Bez mapy i bez kompasu. O „Wielopolu“ Wojciecha Klęczara


Bez mapy i bez kompasu. O „Wielopolu“ Wojciecha Klęczara

Mapa to nie terytorium, mówi Kobrzyński, za Kobrzyńskim flagowy cyniczny melancholik późnej nowoczesności, Michel Houellebecq. Więc kiedy jesteś w obcym miejscu, kiedy wyciągasz z ciasnej kieszeni ten czy inny model niemodnego już w tym sezonie smartphone’a, kiedy chcesz się dostać z punktu A do punktu B i tylko to cię w danej chwili interesuje, wiesz doskonale, że mapa to tylko utylitarna abstrakcja. Że mapa nie jest dziełem artystycznej imaginacji, intelektualnej brawury czy nieokiełznanego talentu. Stawką jest precyzja, umiejętność przełożenia trójwymiarowej przestrzeni na dwuwymiarową powierzchnię kartki czy ekran twojego starego telefonu. Mapa to figura porządku i kontroli, która poprowadzi cię bezpiecznie w nieznane krajobrazy odległych dzielnic, kiedy właśnie szukasz mieszkania, to zmyślny plan, który zabierze cię z lotniska wprost do hałaśliwego hostelu, gdzie spędzisz kolejne trzy noce. Mapa to podróż, czasem rozrywka. Ale co zrobić z takim jej rodzajem, który rzeczywistość przestrzeni przekłada nie na starannie wycyzelowany obrazek, ale na słowa i zdania?

To właśnie taka mapa jest strukturą organizującą dziesięć mniejszych tekstów w debiutancką powieść Wojciecha Klęczara „Wielopole“. Tytuł książki może być nieco mylący. Nie jest ona bowiem nawiązaniem do kultowej sztuki Tadeusza Kantora – mrocznej podróży w głąb pamięci, która obraca kalejdoskopem prywatnej i narodowej historii. Tytułowe Wielopole to też doświadczenie indywidualne, wpisujące się w szersze kolektywne, a być może i formatywne doznanie, ale jego kaliber i proweniencja jest już zgoła inna. Dla Krakusa i Krakuski w pewnym wieku asocjacja może być tylko jedna. Chodzi o słynną imprezownię, na którą składało się parę modnych barów (m.in. Caryca, Łubu Dubu i Kitsch) mieszczących się w zrujnowanej wiekami, niefrasobliwymi właścicielami i smogiem kamienicy przy ulicy Wielopole 15. Jej losy potoczyły się dramatycznie, choć obyło się bez ofiar: pewnej pamiętnej soboty w 2011 roku zawaliły się schody prowadzące do jednej z knajp. Książka Klęczara zaczyna się dokładnie w momencie, kiedy dla wielu skończył się świat beztroskich obłapiań w przepastnych czeluściach tego czy innego pulsującego dark electro i bitami z wczesnej twórczości Madonny wnętrza. „Bezdomni imprezowicze“ snują się teraz po mieście, muszą wydeptać nowe szlaki, odnaleźć nowe destynacje, w których konsekwentnie będą pracować nad kolejną erotyczną zdobyczą, kolejnym niedzielnym kacem.

Wojciech Klęczar (foto: Joanna Borgieł)

Na pierwszy rzut oka „Wielopole“ to próba naszkicowania nowej mapy, wytyczenia nowego terytorium po lokalnej mikro-katastrofie. Wrażliwość i precyzja, z którą Klęczar opisuje przestrzeń, jest z pewnością mechanizmem napędowym powieści. Na wyjątkową uwagę zasługuje surrealistyczna scena, w której narrator sunie w nocy po krakowskich Plantach, budząc z bahusowego rauszu typicznych użytkowników tego terytorium. Oni zaś ze swoim emocjonalnym bagażem, traumami i pragnieniami, dołączają się do opowiadacza w niezwykłym, kolorowym korowodzie: I tak dotarłem do Siennej. Do ulicy, którą jeszcze niedawno co weekend nocną porą pielgrzymowały z Rynku na Wielopole tłumy imprezowiczów: biedni studenci, liczący na tanie picie; biedne studentki, liczące na darmowe picie; bogaci studenci, liczący na biedne studentki; bogate studentki, nie wiadomo po co; pracownicy biur, banków i korporacji, by poczuć zew przygody; nauczyciele, by wydać ostatnie grosze; lansiarze, by się puszyć; domorośli tancerze, by poskakać; introwertycy, by posiedzieć przy barze; introwertyczki, by popatrzeć na przystojnych; przystojni, by szukać ładnych; ładne, by je podrywano; brzydkie, by trafić na księcia; niskie i wysokie, by spotkać wysokiego; niscy i wysocy, by spotkać niską lub wysoką; smutni, by dokarmiać depresję; szczęśliwi, by podlewać radość; luminarze, by rozmawiać o filozofii; idioci, by rozmawiać jak najmniej; długoletnie pary, by zwalczyć monotonię; samotni, by wreszcie kogoś poznać; homoseksualiści, by wreszcie poczuć się swobodnie; hetero, by czuć się jak zwykle; samce alfa, by jakąś upolować; nieśmiali, by choć raz się odważyć (…) (s. 72)

Przytoczony fragment, który ciągnie się przez dobrych parę akapitów, stanowić może wystarczający powód do przeczytania książki, ale jest też istotny z innych względów. Ukazuje on bowiem jedną z wielu twarzy narratora: barmana, melomana-hochsztaplera, niedoszłego prawnika, trochę paranoika, trochę melancholika, bystrego i uważnego konesera nocnego (i porannego) życia Krakowa, którego poznajemy bliżej w tytułowym tekście. Bohater, którego myśli i zsynchronizowany z nimi nieustanny ruch w przestrzeni śledzimy, zdaje się współczesną wersją fin de sièclowego flâneura – profesjonalnego spacerowicza i wnikliwego obserwatora miasta. Historycznie figura ta powiązana jest z początkami kryzysu podmiotowości. Nie inaczej jest w „Wielopolu“, gdzie poczucie końca i wyczerpania wpisano w rozedrgane sylwetki głównych bohaterów. To jest też właśnie narrator (niesłusznie przez niektórych recenzentów utożsamiany z autorem), który staje się naszym samozwańczym przewodnikiem po ciemnych zaułkach, pogrążonych w mroku ulicach i skwerach, tanich jadłodajniach, a przede wszystkich po kultowych barach, knajpach i spelunach, w których jednocześnie dzieje się wszystko i nie dzieje się nic.

Czytane z tej perspektywy „Wielopole” to fascynujący i nieoczywisty plan imprezowego Krakowa, tego sprzed lat i tego współczesnego, tego ekstatycznego od alkoholowego haju i tego odurzonego melancholią dnia po końcu imprezy. Jądrem, wokół którego centralizuje się opowieść krakowskiego pisarza, jest fikcyjna knajpa o symptomatycznej nazwie Prokrastynacja, nawiedzana przez zastęp mniej lub bardziej ekscentrycznych klientów, których życie wypadło z torów i uporczywie nie może na nie wrócić. Bywają prawnikami, dziennikarzami, muzykami, żołnierzami, sprzątaczami i naukowcami, ale tymi nieudanymi, tymi, z których złośliwie naśmiewa się życie. Życiem Jacka, Malutkiego, Radka czy Mariusza rządzi niefrasobliwy przypadek, a jego poczucie humoru nie zna granic. Raz rzuca bohatera z obiecującego związku wprost w kryminalną intrygę, kiedy indziej znad stołu w kasynie jednym ruchem przesuwa do stolika na dansingu dla ryczących pięćdziesiątek, by za moment, ot tak dla zabawy, z rokującego naukowca w Krakowie zrobić wziętego kelnera w Paryżu, a z przeintelektualizowanego księgarza-aresztanta osadzonego za posiadanie. Ale żaden z tych „wiecznie rokujących”, potencjalnych ludzi, mężczyzn niedokończonych, nie jest w stanie przełamać swojej pasywności, zawalczyć, by wygrać lub przegrać. Ich gesty i ruchy są puste i bez znaczenia. Coś nimi działa, ale oni sami pozbawieni są energii do podjęcia jakiejkolwiek inicjatywy. Dlatego, na przykład, Mariusz, oddany uczestnik licznych kursów językowych, laureat olimpiady historycznej, były redaktor gazetki kółka matematycznego, niespełniony pisarz i autor wielu niedokończonych artykułów, a także marzyciel niestrudzenie snujący wizje o przyszłej o karierze dyplomaty, czuje się najlepiej, gdy właściciel księgarni wydaje mu polecenia. Horyzont Mariusza wyznacza odgórnie zainicjowane przenoszenie książek z miejsca na miejsce. Organizuje cierpliwie tę przestrzeń, ale zawsze pod czyjeś dyktando. To ten inny, ktoś z zewnątrz, musi coś zrobić z rzeczywistością bohatera, gdyż on sam niezdolny jest do podjęcia jakichkolwiek działań. Symptomatyczny jest sposób, w jaki dowiadujemy się o tych ważkich faktach z życia Mariusza. Historie te wypływają bowiem, gdy zmarnowany po dniu w areszcie chłopak wreszcie zasypia: A kiedy się budzi – ten poniedziałkowy ranek jest ładny i słoneczny, w sam raz na winko na Kopcu Kościuszki – dziwi się, że w jednym śnie może się tyle zmieścić. (s. 39)

W opowiadaniu „Dyplomata” sen staje się metaforą życia, w którym dzianie się zostaje zastąpione przez permanentny stan zawieszenia. Podobną funkcję pełnią w powieści wszystkie refleksje autotematyczne. „Wielopole” pełne jest bowiem rozsypanych tu i ówdzie tropów związanych z pisaniem i czytaniem, gdzie tekst staje się bezpieczną przestrzenią, w której można się schować przed zawsze kłopotliwym namiarem świata. Księgarzem o literackich aspiracjach jest wspomniany już Mariusz. W pewnym momencie i narrator demaskuje się jako nieudany pisarz: Wtedy ostatecznie zdecydowałem, że rzucam pisanie, tak naprawdę był to pusty gest, bo niczego od dawna nie napisałem, a zresztą wcześniej, kiedy niby coś pisałem, nie udało mi się stworzyć żadnego opowiadania, które byłoby choćby ponadprzeciętne. (s. 60)

Większym sukcesem pochwalić się może obsesyjny i narcystyczny Julian – autor tekstu opublikowanego w jednym z niszowych pism literackich. Ale i ten niewielki sukces nie pociągnął za sobą następnych, bardziej spektakularnych osiągnięć. W świecie literatury, muzyki i filmu żyje też Kolo – notoryczny gapowicz, drobny złodziejaszek, radiowiec i utalentowany strzelec wojskowy – którego wzorce relacji międzyludzkich ukształtowane są całkowicie przez wymazującą nudę i dłużyzny z egzystencji fabułę. Najbardziej zdecydowany gest wypisania się z rzeczywistości podejmuje Dziennikarz: były korespondent wojenny, obecnie autor tekstów o militariach. Lata codziennego obcowania z najbardziej plugawymi występkami, makabrycznymi zbrodniami i najciemniejszymi zaułkami ludzkiej natury uczyniły z człowieka, który widział pływające w zupie oczy, emocjonalne truchło. Jedynym paliwem napędzającym resztki tego życia, które po koszmarze wojny może być doświadczane już tylko przez ekran komputera, jest pierwsza, następna, kolejna bania czystej.

Rola alkoholu, a także innych używek, jest w powieści kluczowa. Dla większości bohaterów pełni on oczywiście funkcję terapeutyczną: pozwala zapomnieć o tym, o czym pamiętać nie można, łagodnie zapełnia najbardziej nawet ziejącą pustkę w duszy, jest kojącym okładem na złamane serca. W tej refleksji nie ma, rzecz jasna, nic odkrywczego. Interesujący jest jednak zupełnie inny kontekst. Alkohol w „Wielopolu” staje się bowiem wehikułem niespodziewanych okoliczności. To dzięki nieplanowanej libacji Radek nie wygłasza w końcu referatu na konferencji w Paryżu i znów, przez zupełny przypadek, znajduje zatrudnienie w restauracji. Zapijanie smutków sprawia, że narrator tytułowego „Wielopola” dowiaduje się pewnych kluczowych dla rozwoju narracji informacji. Niecały gram palenia dziwnym trafem wsadza Mariusza do aresztu; Malutkiego, który przepuszcza ostatnie grosze w podrzędnych kasynach, uzależnienie od hazardu pcha – przynajmniej teoretycznie – w ramiona podstarzałych sponsorek. Żaden jednak z bohaterów nie rozpoznaje swojego problemu. Dobitnie obrazuje to scena, w której Dziennikarz – sam zapijający swoją traumę kolejnymi kieliszkami czystej – komentuje z politowaniem jednego ze stałych bywalców Prokrastynacji. Szkoda gościa, fajny człowiek był, alkohol go zniszczył. Znaliśmy się kiedyś, za licealnych czasów, och, dawno to było, jak dawno… (s. 20-21) – podsumowuje z nieudawanym współczuciem mężczyzna, który potrafił patrzeć w twarz kloace świata, ale nie umie skonfrontować się z własnym alkoholizmem i demonami, które go w uzależnienie wpędziły.

Spotkanie autorskie (prowadzi Agnieszka Jeżyk)

Diagnozy społeczne z bezlitosną szczerością, ale i z autentycznym zrozumieniem serwowane przez Klęczara, są dojmująco pesymistyczne. Wszystkich bohaterów, którzy na kartach powieści zwierzają się ze swoich intymnych przeżyć, dzielą się anegdotami czy niezwykłymi doświadczeniami, łączy uczucie dojmującej pustki ziejącej z każdej komórki, sunącej neuronami, płynącej wartko w krwiobiegu. Na tę niemoc, to wszechogarniające otępienie, nie pomaga tak naprawdę ani wódka, ani joint, chwilowa podnieta z wygranej partii, adrenalina pompowana przez ekstremalne doświadczenia, przypadkowy seks ani rozmowa z empatycznym barmanem z nieskończonymi pokładami wrażliwości. Klęczar notuje i zbiera, ale nie ocenia. Pomijając nieco zbyt konwencjonalnie eksploatujące stereotypy, opowiadanie „Aktywistki” i niewnoszącego do tomu nic intrygującego „Pisarza”, „Wielopole” to fascynująca galeria ludzkich osobliwości, które pod czułym i uważnym piórem autora stają się niepokojąco uniwersalne. To pełne empatii, ale i bezpretensjonalnego poczucia humoru głęboko humanistyczne historie o pokoleniu, które pozbawione żywiołowego temperamentu beneficjentów przemiany ustrojowej i roszczeniowej buńczuczności milenialsów, pogrąża się w egzystencjalnej i społecznej inercji. To opowieść o generacji, tej bez mapy i bez kompasu, której zostaje tylko chlać obsesyjnie kontemplując utracone szanse, niewykorzystane okazje i te wszystkie „twoje pięć minut”, które nigdy porządnie się nie nadziały. Przede wszystkim jednak jest to narracja o depresji, o chorobie bezlitośnie toczącej dzisiejszych trzydziestolatków, którzy nie umieją wpasować się w wygórowane wzorce lansowane przez nastawione na rozwój osobisty i erotyczne sukcesy media, kult ego promowany przez portale społecznościowy i nakaz odnoszenia wciąż to nowych osiągnięć zawodowych w prywatnych firmach, międzynarodowych korporacjach, w startupach, o każdej porze dnia i nocy, siedem dni w tygodniu, to perpetuum mobile będące kwintesencją późnego kapitalizmu.

Depresja w „Wielopolu” ma wiele odcieni. Niekiedy to raczej rodzaj subtelnej melancholii, która nawiedza narratora: Bywałem niejednokrotnie kimś w rodzaju Bieguna, tyle że łażąc, nie walczyłem ze złem, a jedynie ze złymi myślami. (s. 78) Kiedy indziej, jak w przypadku Jacka z pierwszego z opowiadań w tomie, to stan chronicznego, wiecznie powracającego rozczarowania, rozpaczy, mroku. Bardzo dobitnie obrazuje to jedna z kluczowych scen z tytułowej historii, w której narrator w wyniku dziwnego zbiegu okoliczności trafia na spotkanie sekty wyznawców teorii radykalnego pesymizmu Philippa Mainländera. Dla wszystkich tych nadwrażliwych, niedostosowanych, naiwnych, idealistycznych, nieporadnych, nieatrakcyjnych, błądzących, zbyt głośno samotnych, infantylnych, beznadziejne melancholijnych nie ma lepszego patrona niż autor „Metafizyki Unicestwienia”. Tak! Jedynie śmierć może wyzwolić nas z cierpienia. Tylko ona może dać ulgę i wybawienie. Ale pamiętajmy: odczujemy ulgę tylko wtedy, gdy będziemy zaprzeczać woli życia. Tylko wtedy! Tylko wówczas na zawsze znikniemy. – wraz z demoniczną prelegentką zdają się powtarzać jednym tchem wszyscy bohaterowie „Wielopola”. Klęczar jednak puszcza do czytelnika swoje diabelskie oko i serwuje mu na deser zupełnie nieoczekiwane zakończenie…

Wojciech Klęczar, Wielopole, Wyd. FORMA, Szczecin 2016.

Agnieszka Jeżyk

Kaja Malanowska, Patrz na mnie, Klaro! Recenzja


Patrz na mnie Klaro okladkaProza blogiem pisana

Kaja Malanowska w swojej trzeciej już książce idzie ścieżką nakreśloną już przy okazji debiutu. Zarówno „Drobne szaleństwa dnia codziennego”, jak i zbiór opowiadań „Imigracje”, a teraz powieść „Patrz na mnie, Klaro!” są historiami usytuowanymi blisko życia, ściślej (co wynika z wywiadów) – blisko życia samej autorki. Malanowska sama siebie nazywa osobą emocjonalną, nie dziwne więc, że to emocje grają w jej prozie pierwszoplanowe role. Pojawiające się tu dylematy, problemy większe i mniejsze, pytania i odpowiedzi, są zawsze mocno zakotwiczone w naszej współczesności. Wystarczy wyjrzeć przez okno, zajrzeć do mieszkania sąsiada, przejść się po parku, a już najpewniej połączyć z Internetem, by odnaleźć ten sam świat, o którym czytamy u Malanowskiej. Proza życia.

Tożsamość internetowa to zagadnienie, w ramach którego Malanowska stała się swego rodzaju literacką specjalistką. O zaawansowanym poziomie wtajemniczenia autorki akurat w tej dziedzinie przekonaliśmy się parę lat temu przy okazji jej przekonującego debiutu – powieści ściśle opartej na własnych, autentycznych, blogowych zapiskach. I tak, w „Patrz na mnie, Klaro!” Malanowska ponownie odwołuje się do tej stylistyki, tym razem jednak tworząc zupełnie fikcyjne blogi. Historia składa się tu z trzech narracyjnych głosów. Pierwszy to linearnie rozwijana fabuła, której bohaterką jest tytułowa Klara, drugi – to blog przez nią prowadzony, trzeci natomiast to blog Tamtej Kobiety, czyli obsesyjnego obiektu fascynacji bohaterki. Rozeznawszy się w tym narracyjnym rozbiciu, można by się zastanowić, po co autorka dzieli tę historię na trzy głosy. Czy to tylko zabieg stylistyczny ubarwiający lekturę? Otóż nie tylko. W ten właśnie sposób Malanowska mówi nam co nieco o tym, jacy jesteśmy w Internecie.

A tutaj mierzymy się z pokusą budowy swojej osobowości na nowo. Mamy możliwość mówienia nieswoim językiem, poprawienia czegoś w sobie, stylizacji na zupełnie inną osobę, w wyrachowany sposób podszycia się pod kogoś innego lub desperacko i różnymi metodami zwrócenia na siebie uwagi. Zdarza się, że to, co piszemy, jest częścią pewnej wizerunkowej strategii, która z wysiłkiem i z zaangażowaniem powstaje podczas ciemnych i samotnych wieczorów przed monitorem komputera – z reguły jednak pozuje ona na spontaniczność i naturalność. Taki jest „blogowy” język Klary – wystylizowany, zupełnie nieprawdziwy, naśladujący. Ten język ma pewien naddany cel. Rozszyfrowując go, lepiej zrozumiemy bohaterkę.

Kim jednak naprawdę jest Klara? – ta realna, nie ta internetowa. Jej historię poznajemy niemalże od początku, czyli od najmłodszych lat życia.

Kaja Malanowska, fot. Karol Serewis

Kaja Malanowska, fot. Karol Serewis, źródło: http://www.culture.pl

Malanowska opowiada o relacjach bohaterki z zaborczą matką, szkodliwej znajomości w szkole, pierwszej młodzieńczej fascynacji, aż po zawodową pracę i małżeństwo. Wszystkie relacje, w które angażuje się Klara, są jednak nad wyraz toksyczne. To dziewczyna o znacznie zaniżonym poczuciu własnej wartości (typowy zabieg dla Malanowskiej), desperacko poszukująca akceptacji w oczach innych, a do tego okropnie smutna. Bohaterka walczy choćby o cień uwagi czy aprobaty – to od tego uzależnione jest jej istnienie. Bez akceptacji staje się niewidzialna; gdy akceptację uzyskuje, rozpaczliwie chce ją przy sobie utrzymać, zabiega, stara się, wbrew racjonalnemu zachowaniu, regułom dobrego smaku i własnej godności. W przełomowym momencie swojego życia z tych autodestrukcyjnych cech wynika również obsesyjna chęć przemiany w kogoś innego – Klara naśladuje obcą kobietę z Internetu, zazdrości jej, burząc i tak już kruchą, choć latami budowaną równowagę. Brak jej dystansu do samej siebie i do świata, w wyniku czego wpada w pułapkę własnego umysłu i własnych przekoloryzowanych uczuć.

Czytając „Klarę” trudno nie zaufać autorce, która posiada niezwykłą umiejętność przekładania na prozę prawdziwych emocji i zachowań. Wrażenie to niestety często burzy sam język, który w fabularnych partiach sprawia wrażenie wymuszonego i wypracowanego w pocie czoła. Co rusz pojawiają się nieco szkolne opisy (np. w przypadku powierzchowności bohaterów) i namnożone na potęgę przysłówki. Te potknięcia przytrafią się jednak tylko wtedy, gdy autorka próbuje opisowo zarysować nam jakiś „fizyczny”, namacalny fragment świata przedstawionego. Natomiast wtedy, gdy na plan pierwszy wysuwają się emocje, pióro Malanowskiej nabiera rozkosznej lekkości, język staje się giętki, a autorka udowadnia, że potrafi się nim swobodnie bawić. Przez wspomniane mankamenty książka traci na ogólnym wrażeniu. Pozostaje jednak przy tym zajmującą i dobrze skonstruowaną historią o nas samych lub też o naszych wymarzonych, choć nieprawdziwych wcieleniach.

Kaja Malanowska, Patrz na mnie, Klaro!, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2012.

Dorota Jędrzejewska

Joanna Siedlecka, Jaśnie Panicz. O Witoldzie Gombrowiczu. Recenzja.


Między szaleństwem a astmą

Moje książki dużo mi sławy przysparzają, ale mniej pieniędzy, bo tylko dla Jaśniejszych pisane, nie dla Ciemniejszych, więc sprzedaż idzie wolno.

(Gombrowicz w liście z Argentyny do swojej dawnej ulubionej służącej Anieli, tej samej, która wymyśliła zdanie „Koniec i bomba, a kto czytał ten trąba”)

Stoi młodzian przed ogromnym, w oprawie secesyjnym, lustrem; w sylwetce piękny, wytworny, gustownie i modnie ubrany, widać znaczna persona, ktoś ważny, bogaty, posiadający wyjątkową towarzyską pozycję, słowem Jaśnie Panicz. Stoi, przegląda się, zachwyca, sprawdza kunszt arystokratycznego profilu; miny, grymasy i „gęby” próbuje i podziwia. Pyszne i błogie zajęcie. Wtem lustro w drobny mak rozpryska się zupełnie bez powodu. Odłamki szkła i tego sprzed chwili obrazu prędko po perskim dywanie w niespodziewanej malignie, jak rzeka w delcie w wielu drobnych strużkach płyną i równie szybko w niepamięci giną. Młodzian nogą z wściekłości tupie, los srogo fuka i sztorcuje, a gdy ten mu nie odpowiada zagniewany, od niesławy niezwłocznie i daleko ucieka. Całe życie będzie tęsknił i do tego widoku, i do okoliczności zwierciadła. Lecz mimo licznych wysiłków i pretensji do całego świata już go nie poskłada. Minął bowiem czas okoliczności zwierciadła…

Dowód osobisty Witolda Gombrowicza, 1922 r. wydany przez Urząd Gminy Sadowie, pow. Opatowski

Dowód osobisty Witolda Gombrowicza, 1922 r. wydany przez Urząd Gminy Sadowie, pow. Opatowski

„Jaśnie Panicz” jest właśnie takim, z drobnych i z trudem odnalezionych okruchów, literackim rekonstruowaniem życia młodziana i okoliczności tamtego świata. Joanna Siedlecka nie napisała bowiem biografii sensu stricte. To raczej rodzaj malowanego wspomnieniami literackiego portretu samego Gombrowicza, ale i, co wydaje się równie, a może bardziej cenne, obraz miejsc oraz ludzi, którzy odegrali niepoślednią rolę w życiu autora „Trans-Atlantyku”.

Książka składa się z dwóch części. W pierwszej przedstawiono życie i świat Witolda Gombrowicza do sierpnia 1939, czyli jego wyjazdu z Polski. Druga dotyczy owej ucieczki od „stłuczonego zwierciadła” i obejmuje czas, w którym mieszkał w Argentynie, Niemczech i Francji. Słuszny to podział, bo jakże inne to były okresy życia.

Witold Gombrowicz jako uczeń, ok. 1918 r.

Witold Gombrowicz jako uczeń, ok. 1918 r.

Część pierwsza jest moim zdaniem lepsza, żywsza, wierniejsza, prawdziwsza, bardziej kompletna. Wynika to może z tego, że przeważają w niej relacje świadków, wspomnienia. Poza tym dotyczy w większości miejsc znajdujących się w Polsce, gdzie autorce znacznie łatwiej było dojechać, zobaczyć i poczuć. Pierwsze wydanie omawianej tu pozycji ukazało się w roku 1987. Nie można zapominać o ówczesnych realiach. W części drugiej brak tej empatii do miejsc, osób i wydarzeń. Więcej w niej listów niż bezpośrednich relacji. Nie bez znaczenia jest również fakt, że lata przedwojenne to przecież młodość Gombrowicza, jego „jaśniepaństwo”, czyli wyjątkowa pozycja społeczna, zamożność, nawet bogactwo, a okres późniejszy to niezbyt przyjemna sytuacja materialna, czasem również towarzyska, poza tym to wiek dojrzały, ciężka i śmiertelna choroba – astma, a wszystko to w atmosferze jedynej wiernej przyjaciółki – samotności, słowem: rzeczywistość najczęściej szara.

Wkraczamy w świat sandomierskiego ziemiaństwa, w Międzywojniu cieszącego się reputacją „najbardziej chyba zasiedziałego, tradycyjnego i zdziwaczałego”. Główną areną są, jeśli chodzi o wieś, Małoszyce, Bodzechów i nieco później Wsola i Potoczek. To kraina dworów, czworaków, rządcówek, bandosiarń ale także papierni, cegielni, młynów, tartaków, gwoździarni, olejarni, a nawet małej huty wyposażonej w piece pudlinki. Miejsce w jakieś mierze, zwłaszcza z dzisiejszej perspektywy dla wielu idylliczne, a na pewno i dla wszystkich już minione, odeszłe, niebyłe.

Poznajemy dosyć szczegółowo losy dwóch rodzin ziemiańskich, krewnych twórcy „Kosmosu”: Kotkowskich (matka) i Gombrowiczów (ojciec), dodajmy obu dość znacznych i obu z ciekawą historią.

Kotkowscy, świetni gospodarze, lecz ludzie „jak tu się mówi – fisie, czyli dziwadła, oryginały”, prawdopodobnie z powodu bliskiego pokrewieństwa osób zawierających małżeństwa. Najlepszą partią był kuzyn lub kuzynka. Nie było tu w tym nic dziwnego, a nawet rodzina oczekiwała takiego postępowania. Czyniono tak dla zachowania majątku i w ten przebiegły, ale i ryzykowny genetycznie sposób przeciwdziałano jego rozdrobnieniu. Nie brakowało w tej familii ekscentryków – „zła krew” robiła swoje. Pewien „gdy się ożenił, wsiadł na konia i pojechał zameldować o tym na policję”, inny był tak skąpy, że „zamykał do cukierniczki muchę, żeby sprawdzić czy nikt nie podkradał cukru”.

Witold Gombrowicz, jego matka, babka (Aniela Kotkowska) i siostra Rena, Bodzechów, ok. 1913 r.

Witold Gombrowicz, jego matka, babka (Aniela Kotkowska) i siostra Rena, Bodzechów, ok. 1913 r.

Rodzina Gombrowiczów, równie ciekawa, niegdyś posiadająca duże znaczenie, z rodowodu litewska, do Sandomierskiego trafiła na skutek reperkusji, jakie wywołał udział przodka w powstaniu narodowym, z tego samego powodu przez konfiskatę mienia nieco zbiedniała.

Witold Gombrowicz odnalazł się w tym świecie znakomicie, lecz otoczenie bez wątpienia wywarło na niego poważny wpływ – zarówno na osobowości pisarza, jak i na twórczość literacką.

Dosyć istotne wydaje się również to, że był najmłodszym i ukochanym synem Marceliny Antoniny z Kotkowskich Gombrowiczowej, która to, nie mogąc doczekać się córki, dosyć długo ubierała go na sposób dziewczęcy oraz wykazywała sporą nadopiekuńczość, niejednokrotnie wręcz śmieszną: „chodziła z nim wyłącznie lewą strona placu Mokotowskiego, obok którego mieszkali – uważała, że po prawej wieją silniejsze wiatry, które mogą mu zaszkodzić”.

Znajdziemy tu mnóstwo tropów literackich, pewnych hipotez psychologicznych, a także po prostu ciekawych opowieści o członkach rodzin Gombrowiczów i Kotkowskich oraz ludziach w jakiś sposób bliskich Witoldowi. Spisanych bardzo naprędce, wydaje się w ostatniej chwili, ze względu na podeszły wiek świadków. Lecz bardzo sumiennie i plastycznie.

W pierwszej części „Jaśnie Panicza” Siedlecka, słowami osób wspominających, opowiedziała również część przedwojennej historii Warszawy, zwłaszcza tę dotyczącą Gombrowicza. Wyjątkowo ciekawy wydaje się fragment o młodym pisarzu, środowisku literackim i spotkaniach w kawiarniach: Zodiak i Ziemiańska. Szczegółów nie zdradzam, nie chcąc psuć przyjemności i smaczków lektury.

Witold Gombrowicz jako student prawa

Witold Gombrowicz jako student prawa

Część druga poświęcona jest losom wojennym i powojennym Gombrowicza.

Długim dwudziestu czterech latom w Argentynie, kiedy to bywało ubogo, a nawet biednie, gdy pracował jako urzędnik w Banco Polaco, chałturzył też z konieczności różnymi dosyć odległymi literaturze zajęciami. Poznajemy środowisko argentyńskiej Polonii. Prawdę rzekłszy, również bliższe aberracji niż stanowi normalnemu, przynajmniej w tej jego części, w której uczestniczył pisarz. Częściej udzielono tu głosu autorowi „Pornografii”, cytując jego listy, tak pełne determinacji i stanowczości w walce o rozpropagowanie swej twórczości.

Mamy tu wreszcie relację z lat powrotu do Europy, owego krótkiego, ale jednak tryumfu Gombrowicza, małej chwili sławy oraz względnej stabilizacji materialnej. A więc okres rocznego stypendium Fundacji Forda, który spędził w Berlinie Zachodnim, czasów paryskich oraz ostatnich lat życia w Vence koło Nicei.

Ewidentnym mankamentem tego fragmentu książki jest brak wspomnień, listów i relacji osób najbliższych w tamtym czasie Gombrowiczowi, mianowicie: Rity Labrosse – towarzyszki życia, sekretarki i opiekunki oraz późniejszej żony; Konstantego Jeleńskiego – przyjaciela, tłumacza i największego propagatora pisarstwa Gombrowicza; Marii i Bohdana Paczowskich – przyjaciół i wielokrotnych wybawicieli. Jednak precyzja i solidność biograficznego kunsztu Siedleckiej oraz dokładność i uporządkowanie pozostałej części „Jaśnie Panicza” wykluczają możliwość, aby po prostu o tym zapomniała…

Obficie i szeroko za to udostępniono relacje osób okazjonalnie odwiedzających Gombrowicza w tamtych czasach. Tych wszystkich początkujących prozaików, krytyków literackich oraz ludzi szeroko pojętej kultury. Najczęściej na stałe mieszkających w Polsce. Widoczna jest obustronna ciekawość, zarówna Gombrowicza jak i gości.

Ciekawa jest część dotycząca kontaktów Miłosza i Mrożka z Gombrowiczem.

Książka na pewno trudna, o człowieku niełatwym, skomplikowanym, wielopłaszczyznowym, posiadającym zamiłowanie do formy i przywdziewania różnorakich „gęb”; człowieku wielbiącym prowokacje, z zamiłowaniem i świadomie do niej doprowadzającym; ponadto doświadczonym, jak całe jego pokolenie, niełatwym losem; artyście uwikłanym w pułapki historii, kpiącym z celebry, a jednocześnie jej pożądającym, pisarzu często nierozumianym, czasami wykorzystywanym politycznie. Nade wszystko o jednostce samotnej, inna rzecz, że tę samotność, jak się wydaje, lubiącej. Bez wątpienia jednak książka dobra, wyważona, przemyślana, solidna, bardzo plastyczna i wiarygodna.

Maria-Rita Labrosse i Witold Gombrowicz, Vence, lata sześćdziesiąte

Maria-Rita Labrosse i Witold Gombrowicz, Vence, lata sześćdziesiąte

Największą siłą tej pozycji jest to, że autorka prawie w ogóle nie zaznacza swej obecności, sądów i opinii, a jeśli już to robi to bardzo subtelnie, między wierszami. W tym tkwi tajemnica piękna jej literackiego malarstwa. Dostajemy obraz samego Gombrowicza, a także ludzi i okoliczności jego życia. Co z tym zrobimy, to już nasza sprawa.

Jest to również opis dawnej Polski, zarówno tej wiejskiej, ziemiańskiej, jak i wielkomiejskiej, warszawskiej. Co bardzo często oznacza kolejne „Zdążyć przed Panem Bogiem”, bo tamten świat odszedł był już w przeszłość, a Siedlecka w ostatniej chwili odwiedziła, w ten lub inny sposób, i wypytała, również już odchodzących, jego naocznych świadków. Opis cenny, wielopłaszczyznowy, zróżnicowany, reprezentowany zarówno wspomnieniami ludzi prostych, niewykształconych, jak i elit ówczesnego świata: arystokracji i inteligencji.

Warto podkreślić, że jest to debiut Siedleckiej w kategorii biografii literackich. Debiut udany i całkiem smakowity w lekturze. Przyznam, że fanem jej pisarstwa stałem się po lekturze „Pana od poezji” – tamta książka jest wyśmienita i pozostaje klasą samą dla siebie. Jednakże w jak innych okolicznościach była pisana („Jaśnie Panicz” wydany w 1987 roku, „Pan od poezji” w 2002) oraz jakże innego literacko i estetycznie człowieka opowiadała.

W ostatnim słowie warto wspomnieć o zagadnieniach edytorskich. Jest to nareszcie wydanie porządne, nawet odrobinę eleganckie. W solidnej twardej oprawie. Wyposażone w zdjęcia i ilustracje, w liczbie akuratnej i adekwatnej do treści, którą zawiera. Znajdziemy tu faksymile zarówno korespondencji Gombrowicza, jak i pewnych jego dokumentów. Książka posiada dobrze opracowany i sporych rozmiarów „Indeks osób”, co ułatwia poruszanie się po niej w trakcie mniej standardowej lektury. Zamieszczono tu również kilka recenzji, w tym też  słowo „Od autorki”. I jeśli przy tych pierwszych możemy nieco zastanawiać się nad sensem decyzji redakcji, to ostatnie wydaje się konieczne i niezbędne, wziąwszy pod uwagę kontrowersyjność samego Gombrowicza, jak i radykalnie rozbieżne oceny jego życia i twórczości w społeczeństwie polskim.

Joanna Siedlecka, Jaśnie Panicz. O Witoldzie Gombrowiczu, Wydawnictwo MG, Kraków 2011.

Dominik Śniadek

Dominika Dymińska, Mięso. Recenzja


Niefajnie być mięsem

Do debiutu 21-latki należy podchodzić ostrożnie. Dobrze też przed otwarciem książki wyzbyć się wszelkich uprzedzeń, zbytniej podejrzliwości wobec młodej autorki, zarozumiałego mentorstwa i wydawania wyroków zaledwie po pierwszych dwóch stronach lektury. Negatywna postawa na starcie może zafałszować wnioski rodzące się na mecie. Po przeczytaniu „Mięsa” Dominiki Dymińskiej spytałam samą siebie, czy wiek może stanowić taryfę ulgową dla pisarza? Co, i jak wiele można wybaczyć autorce młodej, tylko ze względu na świeżą jeszcze datę urodzenia? Dymińska na szczęście sama ratuje mnie z kłopotliwych dylematów – jej prozy nie trzeba bowiem usprawiedliwiać na tyle, by czuć się przy tym zakłopotanym i nieszczerym. Postawię nawet tezę – debiutancka książka tej młodej autorki jest zdecydowanie mądrzejsza i bardziej „życiowa” niż niejedna pozycja, która wyszła spod rąk poczytnych polskich pisarek w wieku dojrzałym. A tych przecież nie sposób niczym usprawiedliwić.

Bohaterka „Mięsa” jest do bólu tragiczna. Już od młodego, świeżonastoletniego wieku wpakowuje się w nieprzyjemne sytuacje. Niezbyt urodziwa, zakompleksiona, bez odpowiedniego i rozsądnego wsparcia rodziny, rozpaczliwie poszukuje akceptacji. Poszukiwania te szybko okazują się nieudolne, a wraz ze skrajną nieodpowiedzialnością bohaterki sprawiają, że ta wyrządza sobie poważną krzywdę. Najpierw w mieszkaniu pedofila – na szybko i bez zrozumienia sytuacji. Potem wielokrotnie dokonując nietrafnych wyborów, wplątując się w chore relacje – bez szacunku dla samej siebie i swojego ciała.

Bohaterka „Mięsa” sprawia wrażenie wyzbytej emocji. O swoim trudnym życiu opowiada chłodno i z dystansem, nie oceniając, niewiele komentując. To jednak wrażliwa dusza – czyta książki, pisze wiersze, obserwuje, jest inna od swoich rówieśników, choć kompletnie pogubiona. Nie zawraca ze ślepej uliczki, brnąc w nią z premedytacją, krok po kroku wkracza w kolejny etap autodestrukcji. Wszystko co robi, jest pochopne, nieprzemyślane, zupełnie intuicyjne. Nawet najbardziej wstydliwe wydarzenia ze swojego życia kwituje lekceważącym wzruszeniem ramionami. To jednak maska, ucieczka, próba oszukania samej siebie. Nie bez przyczyny tej dziewczynie pękło serce.

Do języka Dymińskiej trzeba się w trakcie lektury przyzwyczaić. Suchy, kaleki, bezemocjonalny – zupełnie taki, jak jego użytkowniczka – skaleczona młoda dziewczyna. Styl Dymińskiej, owszem, zalicza potknięcia – czasem wykłada się stylistycznie, czasem nie uniknie nachalnego powtórzenia. Na szczęście język zgrzyta na tyle rzadko, by na autorkę się nie obrażać. Są i trywialności, trochę amatorskiej poezji – wszystko to jednak można zrzucić na karb niedojrzałości bohaterki, do której przecież takie właśnie elementy stylu pasują jak ulał. Są jednak momenty, w których szwankuje wiarygodność samej postaci. Ogrom krzywd, które sobie wyrządza, totalna bezmyślność działań (od przygodnego seksu, po narkotyki i alkohol, aż po bulimię), bolesna autodestrukcja, za którą nie idzie głębsza refleksja, całe to pasmo nieszczęść wydaje się tak niesłychane, że aż nieprawdziwe. Ale nie skreślajmy jej. Być może nasza bohaterka obudzi się dopiero za rok? Albo za dwa? Nie zapominajmy, że ma jeszcze dwadzieścia lat. Wtedy z reguły popełnia się najwięcej błędów.

Nie dziwię się komentarzowi Kingi Dunin, który widnieje na okładce powieści:  „czterdzieści lat temu ta książka by mi się spodobała”. Sądzę, że i ja, gdybym w czasach licealnych poleciła „Mięso” koleżance z ławki, egzemplarz debiutu Dymińskiej zacząłby krążyć z rąk do rąk, a nastoletnie dziewczyny przeżywałyby intensywnie tę tragiczną opowieść swojej rówieśniczki. Autorka dosięgnęła tu bowiem powszechnego problemu młodych dziewczyn – tych, które nie potrafią siebie zaakceptować,  zabiegając usilnie o fałszywe, byle jakie świadectwa własnej wartości. Bez względu więc na uchybienia znalezione w całej tej opowieści, tkwi w niej autentyzm. Smutny, pesymistyczny, ale jest.

Dominika Dymińska, Mięso, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2012.

Dorota Jędrzejewska

Michał Witkowski, Drwal. Recenzja


Neurotyczny pisarz na tropie

Michał Witkowski jest obdarzony niepoprawnym poczuciem humoru. Cecha ta, w zestawieniu z giętkim językiem, luzem pisania i wyobraźnią, może być przyczynkiem do wydania na świat dziełka, które w obrębie swych 400 stron będzie stanowiło kawał świetnej i swoiście radosnej rozrywki. „Drwal” dostarcza całe pokłady czytelniczej radości. Osiągnąć ją jednak można dopiero pod jednym warunkiem. Pochylony nad powieścią czytelnik powinien wcześniej wyzbyć się wszelkich uprzedzeń, fochów skierowanych w stronę samego autora i dać się ponieść – przygodzie i brawurowej narracji. Bez względu na specyficznie barwną osobowość pisarza.

Czytając Witkowskiego, należy przyzwyczaić się do kilku charakterystycznych dla niego manier. Jedną z nich jest nieposkromiona chęć autopromocji. Autor „Drwala” lubi stosować PR-owe wtręty, kreować siebie i mówić o sobie – można mu to jednak wybaczyć, bo szczęśliwie nie przekracza w tym granicy dobrego smaku. Przynajmniej mojego. Inną manierą jest zamiłowanie pisarza do gadżetów, przeładowanie swojej prozy nazwami marek, w imię nowoczesnej rzeczywistości hołdującej facebookowi, Ikei i Apple. Nie każdemu to w smak, jednak oko na niuanse przymknąć warto, bo opowieść jest naprawdę rasowa.

Witkowski jest narratorem książki i jej głównym bohaterem. Poszukując natchnienia, trafia do zagubionej w lesie chaty tytułowego drwala, lekomana – trębacza. Wszystko wskazuje na to, że ten skrywa w sobie jakąś mroczną tajemnicę. Pisarz nie byłby pisarzem, gdyby nie próbował jej odkryć i opisać, a towarzyszyć mu w tym będą: jurny lujek, prostytutka Jadzia Parszywa, stary taksówkarz i cały szereg fantastycznie skonstruowanych postaci.

Wydawca informuje na okładce „Drwala”, że mamy do czynienia z kryminałem. W rezultacie już wielu recenzentów wytknęło palcem pisarzowi (lub jego wydawcy), że książka ta z gatunkiem kryminału ma niewiele wspólnego – ledwie nawiązuje do jego konwencji. Intryga  ponoć słaba, zakończenie mało zaskakujące, bez „wkrętu”, tajemnica rozwikłuje się już w połowie – a to przecież nieprawda, przynajmniej do pewnego stopnia. „Drwal” być może nie jest rasowym kryminałem, ale czy w ogóle do tego miana pretendował? Jest za to tym, czym chyba miał być pierwotnie – niczym więcej, niczym mniej. I chwała za to pisarzowi, któremu wyszło dziełko kompletne, nienaciągane, „kryminałopodobne” i w żaden sposób nie jest to jego wada.

Michal-Witkowski (fot.Kasia-Kobel)Tempo „Drwala” jest zabójcze. Przez tekst brniemy bez przeszkód i z czystą przyjemnością, od czasu do czasu śmiejąc się spontanicznie głośno lub pod nosem. To jedna z tych książek, którą zasłużenie można opatrzyć popularną rekomendacją – „wciąga”. Witkowski ujmuje czytelnika nie tylko żywym sposobem opowiadania. Jedną z zalet jego najnowszej powieści jest także atmosfera – wyraźna i plastyczna. W trakcie lektury bardzo intensywnie pracuje nasz węch. Zaciągamy się zapachem zadymionych, odrapanych knajpek nadmorskich po sezonie, gdzie oprócz zaspanego chłodu wyczuwamy również opary kaca i taniej wódki. Wyziera z tych stron nieocenzurowana polskość – alkoholowa, brudna, tandetna, polskie twarze, a raczej „mordy” – skrzywione, wąsate, naburmuszone, z PRL-ową przeszłością. Wszystko to podaje Witkowski w formie dobrej komedii, z przymrużeniem oka, tworzy swoje postacie za pomocą prostych, acz trafnych skojarzeń. Umiejętnie operując humorem sytuacyjnym, buduje groteskowe, niesforne obrazki – cuchnące rodzimą beznadzieją, ale dobrze nam znane.

Witkowski z imponującą lekkością bawi się w swojej książce konwencjami. W drugiej połowie „Drwala” mamy wrażenie, jakbyśmy czytali Nienackiego w wersji dla dorosłych. Zresztą nazwisko ojca „Pana Samochodzika” przywołuje sam pisarz, gdy podążając za wcześniej wywęszonym tropem jako bohater swojej książki, przybywa pod osłoną nocy do opuszczonego ośrodka wypoczynkowego, w którym spotykają się nasi polscy, rasowi, brzuchaci bandyci. Smakowite są kawałki, w których czujemy dreszczyk emocji, podszyty szczerym rozbawieniem (bądź rozbawienie podszyte dreszczykiem), bo fabuła książki się totalnie kotłuje, bohaterowie są nieporadnie komiczni, wariactwo ściga wariactwo, Witkowski straszy paralizatorem, a dziwka Jadzia tapla się w błocie i wyje. Wszystko tu współgra, jest na swoim miejscu, trzyma poziom i przekonuje. ”Drwala” można polubić – nie tylko na facebooku.

Michał Witkowski, Drwal, wyd. Świat Książki, Warszawa 2011.

Dorota Jędrzejewska
(z Jaworzna – Starej Huty)

%d bloggers like this: