Bez mapy i bez kompasu. O „Wielopolu“ Wojciecha Klęczara


Bez mapy i bez kompasu. O „Wielopolu“ Wojciecha Klęczara

Mapa to nie terytorium, mówi Kobrzyński, za Kobrzyńskim flagowy cyniczny melancholik późnej nowoczesności, Michel Houellebecq. Więc kiedy jesteś w obcym miejscu, kiedy wyciągasz z ciasnej kieszeni ten czy inny model niemodnego już w tym sezonie smartphone’a, kiedy chcesz się dostać z punktu A do punktu B i tylko to cię w danej chwili interesuje, wiesz doskonale, że mapa to tylko utylitarna abstrakcja. Że mapa nie jest dziełem artystycznej imaginacji, intelektualnej brawury czy nieokiełznanego talentu. Stawką jest precyzja, umiejętność przełożenia trójwymiarowej przestrzeni na dwuwymiarową powierzchnię kartki czy ekran twojego starego telefonu. Mapa to figura porządku i kontroli, która poprowadzi cię bezpiecznie w nieznane krajobrazy odległych dzielnic, kiedy właśnie szukasz mieszkania, to zmyślny plan, który zabierze cię z lotniska wprost do hałaśliwego hostelu, gdzie spędzisz kolejne trzy noce. Mapa to podróż, czasem rozrywka. Ale co zrobić z takim jej rodzajem, który rzeczywistość przestrzeni przekłada nie na starannie wycyzelowany obrazek, ale na słowa i zdania?

To właśnie taka mapa jest strukturą organizującą dziesięć mniejszych tekstów w debiutancką powieść Wojciecha Klęczara „Wielopole“. Tytuł książki może być nieco mylący. Nie jest ona bowiem nawiązaniem do kultowej sztuki Tadeusza Kantora – mrocznej podróży w głąb pamięci, która obraca kalejdoskopem prywatnej i narodowej historii. Tytułowe Wielopole to też doświadczenie indywidualne, wpisujące się w szersze kolektywne, a być może i formatywne doznanie, ale jego kaliber i proweniencja jest już zgoła inna. Dla Krakusa i Krakuski w pewnym wieku asocjacja może być tylko jedna. Chodzi o słynną imprezownię, na którą składało się parę modnych barów (m.in. Caryca, Łubu Dubu i Kitsch) mieszczących się w zrujnowanej wiekami, niefrasobliwymi właścicielami i smogiem kamienicy przy ulicy Wielopole 15. Jej losy potoczyły się dramatycznie, choć obyło się bez ofiar: pewnej pamiętnej soboty w 2011 roku zawaliły się schody prowadzące do jednej z knajp. Książka Klęczara zaczyna się dokładnie w momencie, kiedy dla wielu skończył się świat beztroskich obłapiań w przepastnych czeluściach tego czy innego pulsującego dark electro i bitami z wczesnej twórczości Madonny wnętrza. „Bezdomni imprezowicze“ snują się teraz po mieście, muszą wydeptać nowe szlaki, odnaleźć nowe destynacje, w których konsekwentnie będą pracować nad kolejną erotyczną zdobyczą, kolejnym niedzielnym kacem.

Wojciech Klęczar (foto: Joanna Borgieł)

Na pierwszy rzut oka „Wielopole“ to próba naszkicowania nowej mapy, wytyczenia nowego terytorium po lokalnej mikro-katastrofie. Wrażliwość i precyzja, z którą Klęczar opisuje przestrzeń, jest z pewnością mechanizmem napędowym powieści. Na wyjątkową uwagę zasługuje surrealistyczna scena, w której narrator sunie w nocy po krakowskich Plantach, budząc z bahusowego rauszu typicznych użytkowników tego terytorium. Oni zaś ze swoim emocjonalnym bagażem, traumami i pragnieniami, dołączają się do opowiadacza w niezwykłym, kolorowym korowodzie: I tak dotarłem do Siennej. Do ulicy, którą jeszcze niedawno co weekend nocną porą pielgrzymowały z Rynku na Wielopole tłumy imprezowiczów: biedni studenci, liczący na tanie picie; biedne studentki, liczące na darmowe picie; bogaci studenci, liczący na biedne studentki; bogate studentki, nie wiadomo po co; pracownicy biur, banków i korporacji, by poczuć zew przygody; nauczyciele, by wydać ostatnie grosze; lansiarze, by się puszyć; domorośli tancerze, by poskakać; introwertycy, by posiedzieć przy barze; introwertyczki, by popatrzeć na przystojnych; przystojni, by szukać ładnych; ładne, by je podrywano; brzydkie, by trafić na księcia; niskie i wysokie, by spotkać wysokiego; niscy i wysocy, by spotkać niską lub wysoką; smutni, by dokarmiać depresję; szczęśliwi, by podlewać radość; luminarze, by rozmawiać o filozofii; idioci, by rozmawiać jak najmniej; długoletnie pary, by zwalczyć monotonię; samotni, by wreszcie kogoś poznać; homoseksualiści, by wreszcie poczuć się swobodnie; hetero, by czuć się jak zwykle; samce alfa, by jakąś upolować; nieśmiali, by choć raz się odważyć (…) (s. 72)

Przytoczony fragment, który ciągnie się przez dobrych parę akapitów, stanowić może wystarczający powód do przeczytania książki, ale jest też istotny z innych względów. Ukazuje on bowiem jedną z wielu twarzy narratora: barmana, melomana-hochsztaplera, niedoszłego prawnika, trochę paranoika, trochę melancholika, bystrego i uważnego konesera nocnego (i porannego) życia Krakowa, którego poznajemy bliżej w tytułowym tekście. Bohater, którego myśli i zsynchronizowany z nimi nieustanny ruch w przestrzeni śledzimy, zdaje się współczesną wersją fin de sièclowego flâneura – profesjonalnego spacerowicza i wnikliwego obserwatora miasta. Historycznie figura ta powiązana jest z początkami kryzysu podmiotowości. Nie inaczej jest w „Wielopolu“, gdzie poczucie końca i wyczerpania wpisano w rozedrgane sylwetki głównych bohaterów. To jest też właśnie narrator (niesłusznie przez niektórych recenzentów utożsamiany z autorem), który staje się naszym samozwańczym przewodnikiem po ciemnych zaułkach, pogrążonych w mroku ulicach i skwerach, tanich jadłodajniach, a przede wszystkich po kultowych barach, knajpach i spelunach, w których jednocześnie dzieje się wszystko i nie dzieje się nic.

Czytane z tej perspektywy „Wielopole” to fascynujący i nieoczywisty plan imprezowego Krakowa, tego sprzed lat i tego współczesnego, tego ekstatycznego od alkoholowego haju i tego odurzonego melancholią dnia po końcu imprezy. Jądrem, wokół którego centralizuje się opowieść krakowskiego pisarza, jest fikcyjna knajpa o symptomatycznej nazwie Prokrastynacja, nawiedzana przez zastęp mniej lub bardziej ekscentrycznych klientów, których życie wypadło z torów i uporczywie nie może na nie wrócić. Bywają prawnikami, dziennikarzami, muzykami, żołnierzami, sprzątaczami i naukowcami, ale tymi nieudanymi, tymi, z których złośliwie naśmiewa się życie. Życiem Jacka, Malutkiego, Radka czy Mariusza rządzi niefrasobliwy przypadek, a jego poczucie humoru nie zna granic. Raz rzuca bohatera z obiecującego związku wprost w kryminalną intrygę, kiedy indziej znad stołu w kasynie jednym ruchem przesuwa do stolika na dansingu dla ryczących pięćdziesiątek, by za moment, ot tak dla zabawy, z rokującego naukowca w Krakowie zrobić wziętego kelnera w Paryżu, a z przeintelektualizowanego księgarza-aresztanta osadzonego za posiadanie. Ale żaden z tych „wiecznie rokujących”, potencjalnych ludzi, mężczyzn niedokończonych, nie jest w stanie przełamać swojej pasywności, zawalczyć, by wygrać lub przegrać. Ich gesty i ruchy są puste i bez znaczenia. Coś nimi działa, ale oni sami pozbawieni są energii do podjęcia jakiejkolwiek inicjatywy. Dlatego, na przykład, Mariusz, oddany uczestnik licznych kursów językowych, laureat olimpiady historycznej, były redaktor gazetki kółka matematycznego, niespełniony pisarz i autor wielu niedokończonych artykułów, a także marzyciel niestrudzenie snujący wizje o przyszłej o karierze dyplomaty, czuje się najlepiej, gdy właściciel księgarni wydaje mu polecenia. Horyzont Mariusza wyznacza odgórnie zainicjowane przenoszenie książek z miejsca na miejsce. Organizuje cierpliwie tę przestrzeń, ale zawsze pod czyjeś dyktando. To ten inny, ktoś z zewnątrz, musi coś zrobić z rzeczywistością bohatera, gdyż on sam niezdolny jest do podjęcia jakichkolwiek działań. Symptomatyczny jest sposób, w jaki dowiadujemy się o tych ważkich faktach z życia Mariusza. Historie te wypływają bowiem, gdy zmarnowany po dniu w areszcie chłopak wreszcie zasypia: A kiedy się budzi – ten poniedziałkowy ranek jest ładny i słoneczny, w sam raz na winko na Kopcu Kościuszki – dziwi się, że w jednym śnie może się tyle zmieścić. (s. 39)

W opowiadaniu „Dyplomata” sen staje się metaforą życia, w którym dzianie się zostaje zastąpione przez permanentny stan zawieszenia. Podobną funkcję pełnią w powieści wszystkie refleksje autotematyczne. „Wielopole” pełne jest bowiem rozsypanych tu i ówdzie tropów związanych z pisaniem i czytaniem, gdzie tekst staje się bezpieczną przestrzenią, w której można się schować przed zawsze kłopotliwym namiarem świata. Księgarzem o literackich aspiracjach jest wspomniany już Mariusz. W pewnym momencie i narrator demaskuje się jako nieudany pisarz: Wtedy ostatecznie zdecydowałem, że rzucam pisanie, tak naprawdę był to pusty gest, bo niczego od dawna nie napisałem, a zresztą wcześniej, kiedy niby coś pisałem, nie udało mi się stworzyć żadnego opowiadania, które byłoby choćby ponadprzeciętne. (s. 60)

Większym sukcesem pochwalić się może obsesyjny i narcystyczny Julian – autor tekstu opublikowanego w jednym z niszowych pism literackich. Ale i ten niewielki sukces nie pociągnął za sobą następnych, bardziej spektakularnych osiągnięć. W świecie literatury, muzyki i filmu żyje też Kolo – notoryczny gapowicz, drobny złodziejaszek, radiowiec i utalentowany strzelec wojskowy – którego wzorce relacji międzyludzkich ukształtowane są całkowicie przez wymazującą nudę i dłużyzny z egzystencji fabułę. Najbardziej zdecydowany gest wypisania się z rzeczywistości podejmuje Dziennikarz: były korespondent wojenny, obecnie autor tekstów o militariach. Lata codziennego obcowania z najbardziej plugawymi występkami, makabrycznymi zbrodniami i najciemniejszymi zaułkami ludzkiej natury uczyniły z człowieka, który widział pływające w zupie oczy, emocjonalne truchło. Jedynym paliwem napędzającym resztki tego życia, które po koszmarze wojny może być doświadczane już tylko przez ekran komputera, jest pierwsza, następna, kolejna bania czystej.

Rola alkoholu, a także innych używek, jest w powieści kluczowa. Dla większości bohaterów pełni on oczywiście funkcję terapeutyczną: pozwala zapomnieć o tym, o czym pamiętać nie można, łagodnie zapełnia najbardziej nawet ziejącą pustkę w duszy, jest kojącym okładem na złamane serca. W tej refleksji nie ma, rzecz jasna, nic odkrywczego. Interesujący jest jednak zupełnie inny kontekst. Alkohol w „Wielopolu” staje się bowiem wehikułem niespodziewanych okoliczności. To dzięki nieplanowanej libacji Radek nie wygłasza w końcu referatu na konferencji w Paryżu i znów, przez zupełny przypadek, znajduje zatrudnienie w restauracji. Zapijanie smutków sprawia, że narrator tytułowego „Wielopola” dowiaduje się pewnych kluczowych dla rozwoju narracji informacji. Niecały gram palenia dziwnym trafem wsadza Mariusza do aresztu; Malutkiego, który przepuszcza ostatnie grosze w podrzędnych kasynach, uzależnienie od hazardu pcha – przynajmniej teoretycznie – w ramiona podstarzałych sponsorek. Żaden jednak z bohaterów nie rozpoznaje swojego problemu. Dobitnie obrazuje to scena, w której Dziennikarz – sam zapijający swoją traumę kolejnymi kieliszkami czystej – komentuje z politowaniem jednego ze stałych bywalców Prokrastynacji. Szkoda gościa, fajny człowiek był, alkohol go zniszczył. Znaliśmy się kiedyś, za licealnych czasów, och, dawno to było, jak dawno… (s. 20-21) – podsumowuje z nieudawanym współczuciem mężczyzna, który potrafił patrzeć w twarz kloace świata, ale nie umie skonfrontować się z własnym alkoholizmem i demonami, które go w uzależnienie wpędziły.

Spotkanie autorskie (prowadzi Agnieszka Jeżyk)

Diagnozy społeczne z bezlitosną szczerością, ale i z autentycznym zrozumieniem serwowane przez Klęczara, są dojmująco pesymistyczne. Wszystkich bohaterów, którzy na kartach powieści zwierzają się ze swoich intymnych przeżyć, dzielą się anegdotami czy niezwykłymi doświadczeniami, łączy uczucie dojmującej pustki ziejącej z każdej komórki, sunącej neuronami, płynącej wartko w krwiobiegu. Na tę niemoc, to wszechogarniające otępienie, nie pomaga tak naprawdę ani wódka, ani joint, chwilowa podnieta z wygranej partii, adrenalina pompowana przez ekstremalne doświadczenia, przypadkowy seks ani rozmowa z empatycznym barmanem z nieskończonymi pokładami wrażliwości. Klęczar notuje i zbiera, ale nie ocenia. Pomijając nieco zbyt konwencjonalnie eksploatujące stereotypy, opowiadanie „Aktywistki” i niewnoszącego do tomu nic intrygującego „Pisarza”, „Wielopole” to fascynująca galeria ludzkich osobliwości, które pod czułym i uważnym piórem autora stają się niepokojąco uniwersalne. To pełne empatii, ale i bezpretensjonalnego poczucia humoru głęboko humanistyczne historie o pokoleniu, które pozbawione żywiołowego temperamentu beneficjentów przemiany ustrojowej i roszczeniowej buńczuczności milenialsów, pogrąża się w egzystencjalnej i społecznej inercji. To opowieść o generacji, tej bez mapy i bez kompasu, której zostaje tylko chlać obsesyjnie kontemplując utracone szanse, niewykorzystane okazje i te wszystkie „twoje pięć minut”, które nigdy porządnie się nie nadziały. Przede wszystkim jednak jest to narracja o depresji, o chorobie bezlitośnie toczącej dzisiejszych trzydziestolatków, którzy nie umieją wpasować się w wygórowane wzorce lansowane przez nastawione na rozwój osobisty i erotyczne sukcesy media, kult ego promowany przez portale społecznościowy i nakaz odnoszenia wciąż to nowych osiągnięć zawodowych w prywatnych firmach, międzynarodowych korporacjach, w startupach, o każdej porze dnia i nocy, siedem dni w tygodniu, to perpetuum mobile będące kwintesencją późnego kapitalizmu.

Depresja w „Wielopolu” ma wiele odcieni. Niekiedy to raczej rodzaj subtelnej melancholii, która nawiedza narratora: Bywałem niejednokrotnie kimś w rodzaju Bieguna, tyle że łażąc, nie walczyłem ze złem, a jedynie ze złymi myślami. (s. 78) Kiedy indziej, jak w przypadku Jacka z pierwszego z opowiadań w tomie, to stan chronicznego, wiecznie powracającego rozczarowania, rozpaczy, mroku. Bardzo dobitnie obrazuje to jedna z kluczowych scen z tytułowej historii, w której narrator w wyniku dziwnego zbiegu okoliczności trafia na spotkanie sekty wyznawców teorii radykalnego pesymizmu Philippa Mainländera. Dla wszystkich tych nadwrażliwych, niedostosowanych, naiwnych, idealistycznych, nieporadnych, nieatrakcyjnych, błądzących, zbyt głośno samotnych, infantylnych, beznadziejne melancholijnych nie ma lepszego patrona niż autor „Metafizyki Unicestwienia”. Tak! Jedynie śmierć może wyzwolić nas z cierpienia. Tylko ona może dać ulgę i wybawienie. Ale pamiętajmy: odczujemy ulgę tylko wtedy, gdy będziemy zaprzeczać woli życia. Tylko wtedy! Tylko wówczas na zawsze znikniemy. – wraz z demoniczną prelegentką zdają się powtarzać jednym tchem wszyscy bohaterowie „Wielopola”. Klęczar jednak puszcza do czytelnika swoje diabelskie oko i serwuje mu na deser zupełnie nieoczekiwane zakończenie…

Wojciech Klęczar, Wielopole, Wyd. FORMA, Szczecin 2016.

Agnieszka Jeżyk

Joanna Siedlecka, Jaśnie Panicz. O Witoldzie Gombrowiczu. Recenzja.


Między szaleństwem a astmą

Moje książki dużo mi sławy przysparzają, ale mniej pieniędzy, bo tylko dla Jaśniejszych pisane, nie dla Ciemniejszych, więc sprzedaż idzie wolno.

(Gombrowicz w liście z Argentyny do swojej dawnej ulubionej służącej Anieli, tej samej, która wymyśliła zdanie „Koniec i bomba, a kto czytał ten trąba”)

Stoi młodzian przed ogromnym, w oprawie secesyjnym, lustrem; w sylwetce piękny, wytworny, gustownie i modnie ubrany, widać znaczna persona, ktoś ważny, bogaty, posiadający wyjątkową towarzyską pozycję, słowem Jaśnie Panicz. Stoi, przegląda się, zachwyca, sprawdza kunszt arystokratycznego profilu; miny, grymasy i „gęby” próbuje i podziwia. Pyszne i błogie zajęcie. Wtem lustro w drobny mak rozpryska się zupełnie bez powodu. Odłamki szkła i tego sprzed chwili obrazu prędko po perskim dywanie w niespodziewanej malignie, jak rzeka w delcie w wielu drobnych strużkach płyną i równie szybko w niepamięci giną. Młodzian nogą z wściekłości tupie, los srogo fuka i sztorcuje, a gdy ten mu nie odpowiada zagniewany, od niesławy niezwłocznie i daleko ucieka. Całe życie będzie tęsknił i do tego widoku, i do okoliczności zwierciadła. Lecz mimo licznych wysiłków i pretensji do całego świata już go nie poskłada. Minął bowiem czas okoliczności zwierciadła…

Dowód osobisty Witolda Gombrowicza, 1922 r. wydany przez Urząd Gminy Sadowie, pow. Opatowski

Dowód osobisty Witolda Gombrowicza, 1922 r. wydany przez Urząd Gminy Sadowie, pow. Opatowski

„Jaśnie Panicz” jest właśnie takim, z drobnych i z trudem odnalezionych okruchów, literackim rekonstruowaniem życia młodziana i okoliczności tamtego świata. Joanna Siedlecka nie napisała bowiem biografii sensu stricte. To raczej rodzaj malowanego wspomnieniami literackiego portretu samego Gombrowicza, ale i, co wydaje się równie, a może bardziej cenne, obraz miejsc oraz ludzi, którzy odegrali niepoślednią rolę w życiu autora „Trans-Atlantyku”.

Książka składa się z dwóch części. W pierwszej przedstawiono życie i świat Witolda Gombrowicza do sierpnia 1939, czyli jego wyjazdu z Polski. Druga dotyczy owej ucieczki od „stłuczonego zwierciadła” i obejmuje czas, w którym mieszkał w Argentynie, Niemczech i Francji. Słuszny to podział, bo jakże inne to były okresy życia.

Witold Gombrowicz jako uczeń, ok. 1918 r.

Witold Gombrowicz jako uczeń, ok. 1918 r.

Część pierwsza jest moim zdaniem lepsza, żywsza, wierniejsza, prawdziwsza, bardziej kompletna. Wynika to może z tego, że przeważają w niej relacje świadków, wspomnienia. Poza tym dotyczy w większości miejsc znajdujących się w Polsce, gdzie autorce znacznie łatwiej było dojechać, zobaczyć i poczuć. Pierwsze wydanie omawianej tu pozycji ukazało się w roku 1987. Nie można zapominać o ówczesnych realiach. W części drugiej brak tej empatii do miejsc, osób i wydarzeń. Więcej w niej listów niż bezpośrednich relacji. Nie bez znaczenia jest również fakt, że lata przedwojenne to przecież młodość Gombrowicza, jego „jaśniepaństwo”, czyli wyjątkowa pozycja społeczna, zamożność, nawet bogactwo, a okres późniejszy to niezbyt przyjemna sytuacja materialna, czasem również towarzyska, poza tym to wiek dojrzały, ciężka i śmiertelna choroba – astma, a wszystko to w atmosferze jedynej wiernej przyjaciółki – samotności, słowem: rzeczywistość najczęściej szara.

Wkraczamy w świat sandomierskiego ziemiaństwa, w Międzywojniu cieszącego się reputacją „najbardziej chyba zasiedziałego, tradycyjnego i zdziwaczałego”. Główną areną są, jeśli chodzi o wieś, Małoszyce, Bodzechów i nieco później Wsola i Potoczek. To kraina dworów, czworaków, rządcówek, bandosiarń ale także papierni, cegielni, młynów, tartaków, gwoździarni, olejarni, a nawet małej huty wyposażonej w piece pudlinki. Miejsce w jakieś mierze, zwłaszcza z dzisiejszej perspektywy dla wielu idylliczne, a na pewno i dla wszystkich już minione, odeszłe, niebyłe.

Poznajemy dosyć szczegółowo losy dwóch rodzin ziemiańskich, krewnych twórcy „Kosmosu”: Kotkowskich (matka) i Gombrowiczów (ojciec), dodajmy obu dość znacznych i obu z ciekawą historią.

Kotkowscy, świetni gospodarze, lecz ludzie „jak tu się mówi – fisie, czyli dziwadła, oryginały”, prawdopodobnie z powodu bliskiego pokrewieństwa osób zawierających małżeństwa. Najlepszą partią był kuzyn lub kuzynka. Nie było tu w tym nic dziwnego, a nawet rodzina oczekiwała takiego postępowania. Czyniono tak dla zachowania majątku i w ten przebiegły, ale i ryzykowny genetycznie sposób przeciwdziałano jego rozdrobnieniu. Nie brakowało w tej familii ekscentryków – „zła krew” robiła swoje. Pewien „gdy się ożenił, wsiadł na konia i pojechał zameldować o tym na policję”, inny był tak skąpy, że „zamykał do cukierniczki muchę, żeby sprawdzić czy nikt nie podkradał cukru”.

Witold Gombrowicz, jego matka, babka (Aniela Kotkowska) i siostra Rena, Bodzechów, ok. 1913 r.

Witold Gombrowicz, jego matka, babka (Aniela Kotkowska) i siostra Rena, Bodzechów, ok. 1913 r.

Rodzina Gombrowiczów, równie ciekawa, niegdyś posiadająca duże znaczenie, z rodowodu litewska, do Sandomierskiego trafiła na skutek reperkusji, jakie wywołał udział przodka w powstaniu narodowym, z tego samego powodu przez konfiskatę mienia nieco zbiedniała.

Witold Gombrowicz odnalazł się w tym świecie znakomicie, lecz otoczenie bez wątpienia wywarło na niego poważny wpływ – zarówno na osobowości pisarza, jak i na twórczość literacką.

Dosyć istotne wydaje się również to, że był najmłodszym i ukochanym synem Marceliny Antoniny z Kotkowskich Gombrowiczowej, która to, nie mogąc doczekać się córki, dosyć długo ubierała go na sposób dziewczęcy oraz wykazywała sporą nadopiekuńczość, niejednokrotnie wręcz śmieszną: „chodziła z nim wyłącznie lewą strona placu Mokotowskiego, obok którego mieszkali – uważała, że po prawej wieją silniejsze wiatry, które mogą mu zaszkodzić”.

Znajdziemy tu mnóstwo tropów literackich, pewnych hipotez psychologicznych, a także po prostu ciekawych opowieści o członkach rodzin Gombrowiczów i Kotkowskich oraz ludziach w jakiś sposób bliskich Witoldowi. Spisanych bardzo naprędce, wydaje się w ostatniej chwili, ze względu na podeszły wiek świadków. Lecz bardzo sumiennie i plastycznie.

W pierwszej części „Jaśnie Panicza” Siedlecka, słowami osób wspominających, opowiedziała również część przedwojennej historii Warszawy, zwłaszcza tę dotyczącą Gombrowicza. Wyjątkowo ciekawy wydaje się fragment o młodym pisarzu, środowisku literackim i spotkaniach w kawiarniach: Zodiak i Ziemiańska. Szczegółów nie zdradzam, nie chcąc psuć przyjemności i smaczków lektury.

Witold Gombrowicz jako student prawa

Witold Gombrowicz jako student prawa

Część druga poświęcona jest losom wojennym i powojennym Gombrowicza.

Długim dwudziestu czterech latom w Argentynie, kiedy to bywało ubogo, a nawet biednie, gdy pracował jako urzędnik w Banco Polaco, chałturzył też z konieczności różnymi dosyć odległymi literaturze zajęciami. Poznajemy środowisko argentyńskiej Polonii. Prawdę rzekłszy, również bliższe aberracji niż stanowi normalnemu, przynajmniej w tej jego części, w której uczestniczył pisarz. Częściej udzielono tu głosu autorowi „Pornografii”, cytując jego listy, tak pełne determinacji i stanowczości w walce o rozpropagowanie swej twórczości.

Mamy tu wreszcie relację z lat powrotu do Europy, owego krótkiego, ale jednak tryumfu Gombrowicza, małej chwili sławy oraz względnej stabilizacji materialnej. A więc okres rocznego stypendium Fundacji Forda, który spędził w Berlinie Zachodnim, czasów paryskich oraz ostatnich lat życia w Vence koło Nicei.

Ewidentnym mankamentem tego fragmentu książki jest brak wspomnień, listów i relacji osób najbliższych w tamtym czasie Gombrowiczowi, mianowicie: Rity Labrosse – towarzyszki życia, sekretarki i opiekunki oraz późniejszej żony; Konstantego Jeleńskiego – przyjaciela, tłumacza i największego propagatora pisarstwa Gombrowicza; Marii i Bohdana Paczowskich – przyjaciół i wielokrotnych wybawicieli. Jednak precyzja i solidność biograficznego kunsztu Siedleckiej oraz dokładność i uporządkowanie pozostałej części „Jaśnie Panicza” wykluczają możliwość, aby po prostu o tym zapomniała…

Obficie i szeroko za to udostępniono relacje osób okazjonalnie odwiedzających Gombrowicza w tamtych czasach. Tych wszystkich początkujących prozaików, krytyków literackich oraz ludzi szeroko pojętej kultury. Najczęściej na stałe mieszkających w Polsce. Widoczna jest obustronna ciekawość, zarówna Gombrowicza jak i gości.

Ciekawa jest część dotycząca kontaktów Miłosza i Mrożka z Gombrowiczem.

Książka na pewno trudna, o człowieku niełatwym, skomplikowanym, wielopłaszczyznowym, posiadającym zamiłowanie do formy i przywdziewania różnorakich „gęb”; człowieku wielbiącym prowokacje, z zamiłowaniem i świadomie do niej doprowadzającym; ponadto doświadczonym, jak całe jego pokolenie, niełatwym losem; artyście uwikłanym w pułapki historii, kpiącym z celebry, a jednocześnie jej pożądającym, pisarzu często nierozumianym, czasami wykorzystywanym politycznie. Nade wszystko o jednostce samotnej, inna rzecz, że tę samotność, jak się wydaje, lubiącej. Bez wątpienia jednak książka dobra, wyważona, przemyślana, solidna, bardzo plastyczna i wiarygodna.

Maria-Rita Labrosse i Witold Gombrowicz, Vence, lata sześćdziesiąte

Maria-Rita Labrosse i Witold Gombrowicz, Vence, lata sześćdziesiąte

Największą siłą tej pozycji jest to, że autorka prawie w ogóle nie zaznacza swej obecności, sądów i opinii, a jeśli już to robi to bardzo subtelnie, między wierszami. W tym tkwi tajemnica piękna jej literackiego malarstwa. Dostajemy obraz samego Gombrowicza, a także ludzi i okoliczności jego życia. Co z tym zrobimy, to już nasza sprawa.

Jest to również opis dawnej Polski, zarówno tej wiejskiej, ziemiańskiej, jak i wielkomiejskiej, warszawskiej. Co bardzo często oznacza kolejne „Zdążyć przed Panem Bogiem”, bo tamten świat odszedł był już w przeszłość, a Siedlecka w ostatniej chwili odwiedziła, w ten lub inny sposób, i wypytała, również już odchodzących, jego naocznych świadków. Opis cenny, wielopłaszczyznowy, zróżnicowany, reprezentowany zarówno wspomnieniami ludzi prostych, niewykształconych, jak i elit ówczesnego świata: arystokracji i inteligencji.

Warto podkreślić, że jest to debiut Siedleckiej w kategorii biografii literackich. Debiut udany i całkiem smakowity w lekturze. Przyznam, że fanem jej pisarstwa stałem się po lekturze „Pana od poezji” – tamta książka jest wyśmienita i pozostaje klasą samą dla siebie. Jednakże w jak innych okolicznościach była pisana („Jaśnie Panicz” wydany w 1987 roku, „Pan od poezji” w 2002) oraz jakże innego literacko i estetycznie człowieka opowiadała.

W ostatnim słowie warto wspomnieć o zagadnieniach edytorskich. Jest to nareszcie wydanie porządne, nawet odrobinę eleganckie. W solidnej twardej oprawie. Wyposażone w zdjęcia i ilustracje, w liczbie akuratnej i adekwatnej do treści, którą zawiera. Znajdziemy tu faksymile zarówno korespondencji Gombrowicza, jak i pewnych jego dokumentów. Książka posiada dobrze opracowany i sporych rozmiarów „Indeks osób”, co ułatwia poruszanie się po niej w trakcie mniej standardowej lektury. Zamieszczono tu również kilka recenzji, w tym też  słowo „Od autorki”. I jeśli przy tych pierwszych możemy nieco zastanawiać się nad sensem decyzji redakcji, to ostatnie wydaje się konieczne i niezbędne, wziąwszy pod uwagę kontrowersyjność samego Gombrowicza, jak i radykalnie rozbieżne oceny jego życia i twórczości w społeczeństwie polskim.

Joanna Siedlecka, Jaśnie Panicz. O Witoldzie Gombrowiczu, Wydawnictwo MG, Kraków 2011.

Dominik Śniadek

Andrzej Stasiuk, Opowieści galicyjskie. Recenzja.


Pocztówki ze świata poza czasem  

Rok 1989 był to dziwny rok, w którym rozmaite znaki na niebie i na ziemi zwiastowały jakoweś klęski i nadzwyczajne zdarzenia. Likwidacja miejscowego PGR-u i nadejście „chaosu kapitalizmu” było dla pospolitych mieszkańców okolic Beskidu Niskiego nie tylko końcem pewnej ery, ale początkiem czasów, których nie byli w stanie ogarnąć, których nie potrafili do końca zrozumieć, odnaleźć się w nich i zaakceptować nowego ładu. Takie tło, zaraz po upadku komunizmu i na początku transformacji ustrojowej, maluje Andrzej Stasiuk w „Opowieściach galicyjskich”.

Józek pije, czasem ciężko pracuje, a w trakcie picia dużo opowiada – jak prawie każdy chłop. Opowiada to za mało powiedziane; jest niemalże opowieścią samą w sobie, człowiekiem-opowieścią. „Józek zasiada i po jednej setce całkowicie zamienia się w mowę, która działa na świat, na całą rzeczywistość (…) Następstwo zdarzeń znika, znikają przyczyny i skutki i znika grzech razem z historią. Wszystko dzieje się jednocześnie, zaczyna przed czasem i dobiega końca nim się zacznie.”
Takie są „Opowieści galicyjskie”, gdzie prości ludzie doświadczają miłości, biedy, pijackich sentymentów, kaprysów przyrody, prozy życia, która wyprawę pekaesem do większego miasta oznacza naszywką odświętnego wydarzenia. Choć nowe czasy przynoszą okruchy świata zza grubej kurtyny, nie tak prosto ulepić z nich chleb. A przecież coś trzeba jeść, „trzeba żyć”, jak powie Lewandowski, wracając z wymiany kaset video gatunku ponad podziałami.

Wino-truskawkowe-1Jest tutaj Janek pracujący przy wyrębie lasu, retortach, spalinowych piłach, ciągnikach. Pachnie żywicą, dymem, węglem drzewnym i potem. Jego życie to robota w lesie, wypłata, knajpa, na chwilę dom – i tak w kółko. Jest temperamentny, krnąbrny Kościejny o „zatartym przez czas obliczu”, który nie może żyć bez pracy i świniobicia, a którego nie chce „zauważyć” własna żona. Jest Wasylczuk, który Kościejnego żonie „pomaga” w czasie nieobecności męża. Jest Rudy Sierżant, od prawie trzech dekad typowy wiejski milicjant/policjant o ciepłym sercu. Jest prawie stuletnia babcia, w chałupę której strzelił piorun, a mąż utopił się po pijaku w potoku. Jest lokalna femme fatale – Maryśka. Jest Edek-emigrant – dorobkiewicz w błyszczących kolorowych strojach, adidasach i koszulach z palmami. Jest czuwający nad zagubionymi duszami ksiądz. Jest knajpa. Jest Cergowa – „czarna skarbonka”, do której podczas pięknych zachodów wpada krążek słońca. Jest posterunek, kościół i chałupy. Jest w końcu mistyczne Miejsce – stara cerkiew rozebrana i wywieziona z lasu jako eksponat muzealny.

Stasiuk ani nie obwinia tych ludzi, ani ich nie usprawiedliwia, może czasami nieco im współczuje. Ludziom, których pozostawiono samym sobie. Pisarz wsłuchuje się w to, co dźwięczy w środku samotnego człowieka. „Nie próbuję sprzedawać żadnej mądrości – powiedział w jednym z wywiadów. – Bo wiem, że mądrość jest wartością przypadkową. Jak się napniesz na mądrość, to ni chuja nic ci nie wyjdzie”. Więc Stasiuk ani nie moralizuje, ani nie uczy. Reporterski styl narratora z zewnątrz miesza się w książce z prozą poetycką na granicy realizmu magicznego. Stasiuk opisuje imponderabilia czasu i przyrody obrazowo, poetycko, ale z wyczuciem, jakby mówił jej językiem. Opisuje przecież miejsce, z którym związał swoje życie.

Wino-truskawkowe-2„Chmury nad Żłobiskami dalej kreśliły swoje zawijasy. Chwilami ich krawędzie przypominały ogniste trzaśnięcia z bicza. Ale czasem, zwłaszcza o zachodzie, gdy słońce zapada już za horyzont i światło zgarnia z ziemi wszystkie domy, drzewa, martwe pegeery, dawne więzienia, przechodniów i pijaków, krowy, motocyklistów i żółty pekaes z Dukli, gdy ukośne promienie porywają jak magnes wszystkie widzialne rzeczy – wtedy chmury są lustrem świata i można w nich zobaczyć wszystko jak na wielkim ekranie, jako na ziemi, tak i w niebie, lecz trwa to tylko mgnienie, bo czas ma barwę szarą i postać ptaka o przejrzystym ciele: jedno muśnięcie skrzydeł i zaczyna się zmierzch.”

„Opowieści”, mimo że nie zawsze chronologiczne, często enigmatyczne i zaledwie muśnięte, są płynne, mają swoje przyczyny i skutki, nie zawsze widoczne gołym okiem, nie zawsze wyczuwalne. Autor uzmysławia nam fakt, że prości ludzie mogą stworzyć świat magiczny. Świat melancholijny, smutny, pijany, w jakiś sposób cyklicznie przewidywalny i z pokutującym duchem mordercy błąkającym się w poszukiwaniu rozgrzeszenia, ale magiczny. Stasiuk nie podaje na tacy passepartout do tego świata, ponieważ on nigdy do końca nie będzie należał do nas – ludzi z zewnątrz.

Andrzej Stasiuk, Opowieści galicyjskie, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2008.

Rafał Niemczyk

* Na podstawie „Opowieści galicyjskich” w 2008 roku powstała udana adaptacja filmowa pt. „Wino truskawkowe” w reżyserii Dariusza Jabłońskiego. Film opiera się na rozbudowanym wątku miłosnym, ale wizja reżysera została w pełni zaakceptowana przez Andrzeja Stasiuka. Muzykę napisał Michał Lorenc, który tradycyjnie okazał się niezawodny, tworząc melancholijną, ale pełną folkloru i pasji ścieżkę dźwiękową. Polsko-słowacka produkcja była w 2009 roku nominowana do nagrody Złotej Kaczki za najlepszy film sezonu.

Szczepan Twardoch, Tak jest dobrze. Recenzja.


Nie jest zbyt dobrze

„Tak jest dobrze” to trzeci zbiór opowiadań Szczepana Twardocha, autora „Wiecznego Grunwaldu”. Opowiadań jest sześć, a ich tematem nadrzędnym jest ludzka cielesność, tragiczna kondycja psychiczna bohaterów – najczęściej ludzi z pokolenia Twardocha – i zaklęte w niej dramaty.

Książkę otwiera najlepsze opowiadanie w całym zbiorze. „Gerd” to historia bardzo starego Ślązaka, z nieuleczalną traumą z czasów wojny. To były snajper SS „Nordland”, którego czyny ciągną się za nim nawet po półwieczu. Człowiek zgorzkniały, wyprany z dobrych uczuć, potępiony przez świat i samego siebie. Najboleśniejszą tragedią Gerda Piontka jest jednak jego potomek – zniewieściały syn, emocjonalne zero, za którego ojciec-morderca się wstydzi. W opowiadaniu warto wychwycić efektowny fragment, w którym przeżywający osobowościowy dualizm Gerd, dzwoni do Radia Maryja, przemawiając wielorakimi głosami różnych ludzi. Jak przystało na rodowitego Ślązaka, Twardoch popisuje się nienaganną gwarą, co dodaje „Gerdowi” swojskiego, regionalnego klimatu.

„Masara” dotyka problemu tolerancji i braku akceptacji. Tytułowa bohaterka to śląska licealistka, przezwana tak w związku ze swoją ogromną nadwagą. Szpetota ciała wyzwala w Paulinie dogłębne poczucie niższości i kompleksy, a szyderstwo rówieśników sprawia, że każdy dzień w szkole to dla dziewczyny dręczące katusze. Niedużo lepiej jest w domu, gdzie poczucie wstydu wzbudza świetnie wyglądająca matka, a swoje trzy grosze dorzuca komentująca wszystko bez skrupułów ciotka. Druga część opowiadania ukazuje pokolenie Y w krzywym zwierciadle, z fałszywym sensem oraz dominującą rolą mediów i komunikatorów społecznościowych, które mają być namiastką remedium na samotność i życie pozbawione metafizycznej powłoki (ponure, puste życie playboya-rockandrollowca marnującego spory potencjał). Swoją drogą, Twardoch jest dla społeczeństwa zbyt łaskawy, bo problem nadwagi i otyłości zaczyna powoli dotyczyć jego sporej części, a nie jednostek. Może więc warto posłuchać rady ciotki-lekarki, zacząć ćwiczyć i wziąć się z kompleksami za bary? Bo „śmieszność jest gorsza od śmierci”, jak dowiemy się później z opowiadania „Uderz mnie”.

„Dwie przemiany Włodzimierza Kurczyka” to portret zahukanego, nieśmiałego dziwaka zdominowanego przez wychowującą go samotną, despotyczną matkę. Kurczyk nie może się uwolnić od jej panowania nawet kilka lat po śmierci. Nie wyrzuca gnijącego jedzenia, „które kupiła mamusia”, codziennie przynosi jej do przeczytania ulubione gazety. Choć nieźle zarabia, jest w pracy popychadłem. Ma sylwetkę niedbającego o siebie chuchra, stąd nienawidzi pięknych kobiet i dobrze zbudowanych mężczyzn. Tłumiący wewnątrz siebie żądzę i pożądanie, brzydzi się seksem, czując wstręt do własnej cielesności. Wyładowuje się, oglądając w zamkniętym pokoju dziesiątki filmów porno ściągniętych z Internetu. Starając się odmienić życie, pod wpływem nagłego impulsu, zachęcony przez tajemniczą kobietę, Kurczyk przekracza niebezpieczną granicę. Wkracza na teren dla niego nieprzeznaczony, gdzie w powietrzu wisi nieszczęście i zguba. To opowiadanie o próbie odmienienia własnej tożsamości, zatarcia przeszłości, wykastrowania nieśmiałości. Bo często jest tak, że nasze „ego” to od momentu narodzin nasz największy wróg.

Największym problemem Twardocha jest… jego literacki  potencjał, nad którym w niektórych partiach tekstu nie do końca panuje, nurzając się w językowym serwilizmie. W sporych fragmentach pisarz brnie w nachalną poetykę, mnoży fantasmagoryczne opisy, przerośnięte filozoficzne frazy, wrzaskliwe monologi. Wdaje się w manieryczne odwracanie szyku w zdaniach, które stosowane z umiarkowaniem tworzą charakterystyczną stylistykę, ale powielone dziesiątki razy zaczynają przypominać barokowe wieże, wklejone w panoramę hotelu Marriott. Momentami autor zostawia czytelnika bez tchu i możliwości dokonywania własnych obserwacji, wyciągnięcia z tekstu prywatnych, choćby nawet błędnych interpretacji.

Smutnym podsumowaniem zbioru jest opowiadanie tytułowe, inspirowane twórczością Cormaca McCarthy’ego. To ucieczka od bólu i straty w przestrzeń dzikich polarnych terenów, gdzie rządzi przyroda, a noga człowieka stąpa tu jedynie z konieczności. Tundra jest metaforą zagubienia i wyjałowienia spowodowanego pustką po stracie bliskich, której nie da się niczym wypełnić.

Tragicznym, zniewolonym i nieudacznym bohaterom autor, jako uwolnienie się od bagna codzienności, proponuje samobójstwo (nie tylko w tym opowiadaniu). To dekadencka wizja gnijącej przyszłości generacji Y, której Twardoch pozostawia tylko niewielki świetlik nadziei, marne złudzenia i poszarpane perspektywy. Dla niektórych ocena będzie zbyt surowa, dla innych okaże się efekciarskim „straszakiem”, zaś co bardziej cyniczni przyklasną z gorzkim uśmiechem. Jakkolwiek by nie było – lepiej uważać. Bo z pewnością nie jest zbyt dobrze.

Szczepan Twardoch, Tak jest dobrze, Wydawnictwo Powergraph, Warszawa 2011.

Rafał Niemczyk

Jakub Małecki, Dżozef. Recenzja.


Istnieją rzeczy piękne

„Dżozef” Jakuba Małeckiego wzbudził moją ciekawość z kilku powodów. Autor to obiecujący pisarz młodej generacji, w zapowiedziach książki widnieje zaś „intrygujące połączenie powieści dresiarskiej i realizmu magicznego”. Ten ostatni nurt w literaturze uwielbiam, a z dresiarzami będę musiał koegzystować na jednym osiedlu pewnie jeszcze co najmniej kilka lat. Dodatkowo w 2002 roku krytyka dobrze przyjęła u nas debiutancką powieść Doroty Masłowskiej „Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną”, którą okrzyknięto powieści dresiarskiej klasykiem. No i co ma wspólnego z tym wszystkim głowa kozła wystająca ze ściany, groźnie łypiąca okiem z okładki?

Fabuła powieści początkowo wydaje się niezbyt skomplikowana. Oto do szpitala trafia z nosem w strzępach Grzesio Bednar (pobiło go dwóch, nomen omen, dresiarzy i ukradli mu nowiutką nokię), na pierwszy rzut oka – typowy osiedlowy ziomal. Dwudziestotrzylatek po zawodówce, bez stałej pracy, porządnego wykształcenia i perspektyw na udane życie. Mieszka z rodzicami, trenuje na siłowni (cztery-pięć w łapie), chodzi z dziewczyną, której nie za bardzo lubi, łazi z kumplami na imprezy i przeklina pod blokiem.

Grzesio nie jest jednak tak do końca typowym przedstawicielem blokerskiej beznadziei. Potrafi zgrabnie się wysłowić (być może dzięki matce, która w szkole „kazała mu czytać”), jest pogodny, choć zdaje sobie sprawę, że nie ma przed sobą świetlanej przyszłości. Potrafi współczuć, a myśli przebiegające mu przez głowę wskazują, że pod pokładami wytrenowanych mięśni kryje się całkiem wartościowa dusza.

Bednar leży na oddziale z trzema kompanami. Kurz, bo taką ksywę mu Grzesio nadał, to pięćdziesięcioletni biznesmen średniej klasy. Dorobił się na swojej firmie, ale nie na tyle, by móc cieszyć się pełnią życia. Sen z powiek spędzają mu wieczne interesy, rutyna w małżeństwie (choć żonę ponoć kocha) i syn, będący karykaturą niektórych synów polskich biznesmenów – zagoniony do pracy przy firmie ojca, bez młodzieńczej fantazji i z oponą tłuszczu kształtującą się już na brzuchu. Maruda to z kolei wieczny malkontent, jakich możemy w naszym kraju wyciągać garściami z wora czterdziestomilionowego narodu. Nie podoba mu się pogoda, jedzenie, polityka, wszystko w zasadzie. Na szczęście na początku książki opuszcza szpital, naszą historię i już do niej nie wraca.

Najważniejszym pacjentem okazuje się być jednak Czwarty – Stanisław Baryłczak. Zamknięty w sobie dziwak w starszym wieku, zaczytujący się bez reszty w prozie Josepha Conrada. Czwarty zaczyna popadać w dziwne stany hipnozy, podczas których snuje tajemniczą opowieść z lat swojego dzieciństwa. Kiedy znikają szpitalne korytarze, szyba w oknie zachodzi czarną mgłą, a ściany zaczynają się zwężać, zamykając bohaterów w klaustrofobicznym pomieszczeniu, robi się naprawdę groźnie.

Joseph-Conrad (engl.unt.edu)Jaką rolę odgrywa w powieści postać i literatura Conrada? Można dostrzec na każdym kroku fascynację autora twórczością słynnego pisarza polskiego pochodzenia. Proza Józefa Korzeniowskiego nieprzerwanie fascynuje świat od ponad wieku, łączy w sobie symbolizm z impresjonizmem, elementy romantyzmu z pozytywizmem. Conrad pisze o problemach świata poprzez pryzmat jednostki. Jego zdania potrafią zauroczyć, a Małecki uległ temu urokowi. „Jądro ciemności” czy „Lord Jim” pozostawiły trwały ślad w świadomości młodego pisarza.
I choć momentami cytaty z mistrza wydają się dołożone na siłę, kompozycja utrzymana jest w harmonii. Mogę się przyczepić do faktu, że od połowy powieści na plan dalszy schodzą wydarzenia bohaterów czasu rzeczywistego. Przewracając strony, czekamy z niecierpliwością na kontynuację historii małego Stasia Baryłczaka.

Mały Stasio wychowuje się we wsi Rabinowo, gdzieś w województwie kujawsko-pomorskim. Małecki opisuje życie na wsi z dużym wyczuciem, ze wszystkimi jej problemami (bieda, ciężka praca, alkoholizm), ale też i malowniczym folklorem. Stasio odkrywa w sobie talent do rzeźbienia w drewnie, uwalnia z niego coraz to nowe surrealistyczne stworzenia. Sztuka ta staje się dla chłopca odskocznią od szarej rzeczywistości. Pewnego dnia udaje się mu wyrzeźbić z ogromnego pnia Drewniaka – kozła, który staje się jego demonem, fatum dręczącym go przez resztę życia. Malec musi uciec z domu i trafia do Włocławka, gdzie autor wprowadza nas w ciężki we współżyciu świat powojennej Polski. Niebezpieczne to miejsce, zwłaszcza dla małego Stasia. Cała ta historia jest poruszająca, momentami wzruszająca, choć nie łzawa. Poznajemy świat oczami skrzywdzonego przez los dzieciaka, zagubionego, trapionego lękami, tęskniącego za rodzinnym ciepłem, którego zasmakował jedynie okruchów. Ta część powieści udała się Małeckiemu najlepiej. Tak jak postać kozła Drewniaka, stającego się z fantastycznego demona pełnoprawną postacią opowieści.

Pojawiają się w „Dżozefie” nazwiska Rogera Walkowiaka i Waldemara Baszanowskiego. Ten drugi, dwukrotny mistrz olimpijski w podnoszeniu ciężarów, jest nawet przez moment jednym z drugoplanowych bohaterów. Postać Walkowiaka jest jednak znana jedynie głębiej zakorzenionym miłośnikom sportu. To Francuz polskiego pochodzenia, sensacyjny zwycięzca Tour de France z 1956 roku, a więc czasów, w których rozgrywa się „włocławska” część książki. Mężczyźni spierają się przy obiedzie: „Polak to, czy nie Polak?”. Byłoby to nawiązanie do osoby samego Josepha Conrada – Józefa Korzeniowskiego, który w studiach nad literaturą figuruje jako przedstawiciel modernizmu angielskiego? To już pytanie do samego Małeckiego, ale takie smaczki są bardzo absorbujące.

Jakub-MaleckiWidać w tej twórczości pokorę i słuszne wzorce, nie ma zaś silenia się na „kopizm” i nachalnego pchania się do największego literackiego świata, „podpinania się” pod mistrzów.
Nie ma tutaj mowy o realizmie magicznym pełną gębą, a stawianie przez recenzentów prozy Małeckiego w rozliczeniu z twórczością Bułhakowa, Borgesa, Cortazara czy Marqueza, jest nieporozumieniem. Małecki to z pewnością bardzo pilny obserwator. Korzysta też z niektórych archetypów, którymi tak pięknie posługiwał się Borges. Czerpie z poetyki realizmu magicznego inspiracje i całkiem dobrze mu to wychodzi. Nie aspiruje jednak jeszcze do bycia jego reprezentantem.

„Dżozef” to bardzo dobra powieść w gawędziarskim stylu i, jak napisał Jacek Dukaj, „polemika rówieśnika z młodą polską prozą”. Historia o tym, jak sztuka może oddziaływać na człowieka. Rozprawa o początkach czytania, magii literatury i chwilach przemyśleń, które stara się wnieść do naszego życia. Bo przecież, cytując Jakuba Małeckiego, „istnieją rzeczy piękne”. Musimy tylko nauczyć się je dostrzegać i wyzwalać. Gratuluję autorowi i życzę powodzenia w pracy przy następnych książkach. Nie mam wątpliwości, że się one ukażą.

Jakub Małecki, Dżozef, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2011.

Rafał Niemczyk

%d blogerów lubi to: