Aleksander Szełudiakow, Z plemienia Cedru.


Tajga z lotu ptaka

Co mi powiesz tajgo? Co mi powiesz lesie, gdy ucho twej ciszy powierzę? Żadnej odpowiedzi, tylko brzoza przy brzozie w czarno-białej stoi pozie. I stary cedr z sosną w parze, dalej może osika lub modrzew, i tak kilometrami, dziesięć kilometrów, sto, tysiąc… Dalej niż sięga horyzont, przez las, bagno i jezior morze, bez miary, bez urozmaiceń, z tajemnicami nie do wykrycia. Tu każdy jest gospodarzem, wszystko może, o ile zdoła przetrwać. Tylko echo odbite na wodzie, szeptem, coraz dalej i ciszej powtarza: Tyś, synku, obcy  – zrozumieć nie możesz. Powiem – nie pojmiesz, zamilknę – to się obrazisz…

Aleksandra Szełudiakowa nie zalicza się do obcych, bowiem urodził się we wsi Nikolskoje, położonej w tajdze i w niej spędził dzieciństwo, podczas którego miał dość sposobności, aby przypatrzeć się przyrodzie i ludziom mieszkającym w tej krainie; nasłuchał się również opowieści i legend Ewenków, dawnych jej posiadaczy. A że urodził się w 1928 roku, to przypadła mu rola szczególna, dorastał w czasach, gdy do dawnego dodawano nowe, wskutek czego pierwsze powoli, ale nieuchronnie odchodziło w niepamięć. Ginął stary świat ludzi długiej ścieżki, niknął w oczach naród koczowników i myśliwych, którzy strugali z drewna bożki-totemy mające zapewnić im ochronę i pomyślność podczas długich, często samotnych wypraw w tajgę. Serce jego wierne nie pozwalało uciec od tego miejsca, pracował więc w lotnictwie syberyjskim, później szukał ropy na dalekiej Północy.
W końcu zaczął opisywać świat, w którym żył. Debiutował dość późno, bo w 1964 roku, opowiadaniami.

Tajga na Syberii (fot. Anatoly V. Lozhkin)

Ostatecznie powstała powieść „Z plemienia Cedru”. Warto podkreślić: powieść radziecka, napisana przez radzieckiego człowieka w okolicznościach radzieckich, mimo to, pewnie dzięki tajdze i jej pięknie, książka broni się. Jest pewnego rodzaju bajką, opowieścią w dużej mierze o przyrodzie, ale w jeszcze większej o tych nielicznych ludziach, którzy osiedlili się tu dobrowolnie lub nie, utknęli na dobre w tej krainie pełnej lasu, zwierząt, ryb i przestrzeni tak wielkich, że aż cichych w swym bezmiarze, tworząc dziwny konglomerat; bywa, że mówiący różną mową, lecz w rzeczach naprawdę istotnych rozumiejący się bez słów.

Powieść o świecie innym, często dla nas oryginalnym, może nawet magicznym, gdzie prawda przeplata się z legendami. Budzi to literackie skojarzenie z powieścią Gabriela Garcii Marqueza „Sto lat samotności”, może dość odległe w okolicznościach, lecz jednak trafne. W obu książkach mamy odrębny i odległy świat, posiadający swoje własne reguły, dziwne i ekscentryczne rytuały, odchodzący już do historii, rzekłbyś umierający, resztkami sił zdobywający się na kilka słów, lecz w obu przypadkach, owe kilka słów jest kapitalne i godne naszej uwagi.

Akcja książki umieszczona została w niewielkiej miejscowości Ułangaj – leżącej nad rzeką Jugan, dopływem Obu, niedaleko większej Osady Niedźwiedziego Cypla, jakiś tysiąc kilometrów na północ od Tomska – oraz w tajdze otaczającej to miejsce. Nie o geografię tu chodzi, lecz trzeba podkreślić, że przy odrobinie zawziętości można Ułangaj mniej więcej odnaleźć w atlasie – mój pozwolił odnaleźć rzekę Jugan.

Tajga w Krasnojarsku (fot. http://landscape-photos.org)

Miejsce to odległe od cywilizacji, zagubione wśród lasów i bagien, do którego nie prowadzą żadne drogi, przynajmniej nie takie, jakie mamy w swoim wyobrażeniu. Tu podróżuje się rzeką, gdy niezamarznięta – łodzią, w zimie – po lodzie lub coraz częściej hydroplanem albo helikopterem. Jest to – przynajmniej dla nas – koniec świata, ale dla postaci z książki jest to jego centrum. W trakcie lektury przekonujemy się do takiego punktu widzenia, coraz dokładniej i namacalnie poznajemy tę inną rzeczywistość. Jest tu niewielki sklep, raczej magazyn, który prowadzi Sonia, zaopatrywany rzadko i w rzeczy na ogół niezbyt wykwintne; stanowi pewnego rodzaju centrum życia towarzyskiego, przynajmniej kobiet mieszkających w Ułangaju – tu się spotyka, rozmawia, komentuje i plotkuje; tu swe intrygi przeprowadza babka Andronicha. Jest niewielka szkoła, kilkanaście drewnianych chałup i na skraju osady spółdzielnia, czy raczej sowchoz hodowlany. W centrum, o ile można tak powiedzieć w kontekście tej miejscowości, jest brzeg rzeki, bez przystani, do którego cumują łodzie, to tamtędy wiedzie droga w świat. Jako czytelnicy podróżujemy między Ułangajem a tajgą, często odwiedzając Wyspę Sobolą lub inne uroczyska.

Tematem głównym książki, jakkolwiek by to patetycznie nie zabrzmiało, jest: Uroda życia, urok dobra i świat pierwotnego, bajecznego piękna przyrody.  To dość proste sprawy, można by sądzić, że oczywiste, ale – jak dobrze wiemy – często bardzo trudne do osiągnięcia. Szełudiakow jednak umiejętnie je przybliża. Językiem oszczędnym, na pewno nie egzaltowanym, może nawet nieco szorstkim i prostym, lecz tu będącym jak najbardziej na miejscu. Być może właśnie dzięki temu jego opowieść jest naturalna i trafna.

Książka posiada dwie grupy bohaterów. Pierwsza to przyroda tajgi wraz z zamieszkującymi ją zwierzętami oraz sugerowanymi przez Ewenków duchami i demonami. Świat to na wpół bajeczny i magiczny. Opisany jednak dość konkretnie, bez przesadnego liryzmu. Przez to wiarygodny i bardzo ciekawy, plastyczny i łatwy do wyobrażenia. Bezcenne to dla każdego miłośnika lasu i leśnego życia.

Druga grupa to ludzie. Odnajdujemy tu zarówno rdzennych mieszkańców tej ziemi, czyli Ewenków, zwłaszcza w osobie Jugany, o której za chwilę, ale również osiedleńców przybyłych tu z innych stron, głównie Rosjan, ale przecież i innych… Są nawet żeglujący Cyganie! Ludzie to szczerzy, bezpośredni, ujmujący swym charakterem, pełni pasji, obdarzeni namiętnościami i entuzjazmem, ale przy tym, przez życie jakie prowadzą, nauczeni dystansu do czasu, wydarzeń. Czasem – wydaje się – przerysowani w swych cechach, zbyt krystaliczni i oczywiści, jak w bajce lub legendzie. Ludzie ceniący sobie wolność, swoje zdanie, nie lękający się decydowania i odpowiedzialności za swe czyny, ale też trapieni przez dziwną chorobę, której na imię tęsknota. Autor kreśli te portrety bardzo przekonywająco, wiarygodnie i – a to też istotne – z pewnym rozmachem, swadą i polotem. Mamy więc nie tylko ludzi ciekawych, ale i wyraźnie i kolorowo pokazanych.

Archangielska Obłość (fot. makato, globtroter.pl)

Postaci jest sporo, a większość jest czytelniczo bardzo smaczna. Nie ma tu ani miejsca, ani tym bardziej sensu ich wymieniać. Nie sposób jednak nie wspomnieć o Juganie, bowiem nawet tylko dla niej warto sięgnąć po tę powieść. Jest to Ewenkijka, już na początku powieści kobieta stara, bardzo specyficzna, odważna i zdecydowana. Na ogół wie, czego chce, i równie dobrze umie odnaleźć właściwe środki do realizacji swoich celów – nieważne, że komuś postronnemu mogą one wydać się nieco ekscentryczne, istotne, że na ogół są skuteczne. Jugana jest zdecydowanie najbarwniejszą postacią „Z plemienia Cedru”, kumulującą w sobie wszelkie nadnaturalne i te zwykłe cechy Ewenków. Nie jest to jednak bohaterka spiżowa, jest bardzo ludzka, bliska przez to i wiarygodna. Sposób przedstawienia Jugany powoduje powstanie sympatii u czytelnika względem tej osoby. Siła i śmiałość kobiety przechodząca w zuchwałość jest zrównoważona jej ludzkimi słabościami, jak np. namiętne palenie fajki lub ulubienie w sączeniu winki, przez którą rozumieć należy wszelkiego rodzaju alkohol (i tak biała winka to wódka i spirytus, winka inna to krasnoprutnik, czyli wszelkiego rodzaju nalewki, wina etc.). Upór i radykalizm Jugany, niejednokrotnie dość nieprzyjemny w odbiorze, bilansują nam fragmenty satyryczne dotyczące tej postaci. Charakterystyczny jest gniew Jugany na bożka, gdy – w jej przekonaniu – z jego winy poniosła niepowodzenie na polowaniu. Po powrocie do swej chaty, zdecydowanie jak zawsze, sięgnęła po drewnianą figurkę, totem przedstawiający owego bożka, i wrzuciła go do ognia. Wyjaśniając, że stary bożek stracił siłę, nie pomógł jej w polowaniu, bo strzelba nie wypaliła, trzeba było wystrugać nowego. I tak też zrobiła. Być może w tym błahym epizodzie tkwi sedno jej charakteru. To kobieta, a jednak zawzięty miłośnik polowań, nie lubi bezczynności, mimo swojego wieku ciągnie ją do tajgi, pływa w łodzi, lata samolotem i helikopterem, choć z nazwaniem tego drugiego ma problem i skraca go do „koptera”. Jest to też postać łącząca stare z nowym, to ona pamięta i przeprowadza dawne ceremonie, jak zaślubiny pod cedrem lub składanie ofiar dla duchów i demonów jezior i bagien.

Narracja jest prowadzona w trzeciej osobie, rezultatem tego mamy narratora wszechwiedzącego, który bardzo umiejętnie przechodzi od jednego wydarzenia do drugiego, zręcznie opowiada losy różnych ludzi. W ten sposób – jak to zwykle w klasycznej powieści rosyjskiej – dostajemy opowieść o całej społeczności, ale i o czymś więcej, o tajdze, o istocie życia w niej, a jednocześnie nie mamy wrażenia sztuczności historii. Narrator jest oszczędny, można odnieść wrażenie, że często woli nie dopowiedzieć niż zbyt dużo powiedzieć, w imię zasady: lepiej niedosyt niż przejedzenie.

Mamy tu również, wspomniane wyżej, zderzenie nowego ze starym. Dziki, pierwotny, koczowniczy charakter życia w tajdze zostaje skonfrontowany z cywilizacją, a jakże, niesioną przez ludzi radzieckich. Nie wnikam głębiej w ten temat, mając na uwadze czas i okoliczności powstania książki. Wspomnę natomiast o języku obu światów. Ten pierwotny obfituje w: mokrookie chmury, syberyjskie trojki z dzwoneczkami i jamszczykiem, w czumy i leśne zaimki, gdzie mieszkają myśliwi, nodje – ogniska dające ciepło podczas biwakowania w tajdze, nawet przy sporym mrozie, czarymy – jesienne przymrozki, w miesiąc Kurcząt albo Spadających Liści, zimniki, czyli zimowe drogi, które kluczą po tajdze, omijając mokradła, szajtany – demony, karaczun – śmierć etc. A świat nowy, świat kołchoźników i poszukiwaczy ropy brzmi w słowach takich jak: wszędołaz, próbkobiorca, turbowiert, aerosanie, papierosy biełomor itd.

Oscar Wilde, w jednym ze swych bonmotów, pisał: Nie ma książek moralnych lub niemoralnych. Są książki napisane dobrze lub źle. Nic więcej. Nie będę się z nim spierał, Szełudiakow napisał swą powieść dobrze. Jest wiarygodna, działa na wyobraźnię, przybliża zarówno przyrodę tajgi, jak i życie tych, którzy tam mieszkają, a czyni to plastycznie. Tym bardziej jest to cenne, że „Z plemienia Cedru” opisuje świat, którego już nie ma. Nie jest to powieść dla wszystkich, zdecydowanie nie. Ale dla miłośników przyrody, wolności, dla tych, którzy marzą o odrobinie samotności, dla sympatyków myślistwa i leśnictwa jest to pozycja, której nie powinni przeoczyć. Po książkę powinien sięgnąć każdy, kto mógłby powiedzieć: Co mi powiesz tajgo? Co mi powiesz lesie, gdy ucho twej ciszy powierzę?

Aleksander Szełudiakow, Z plemienia Cedru, przeł. Wiesława Wojtyga-Zagórska, Książka i Wiedza, Warszawa 1978.

Dominik Śniadek

Michaił Bułhakow, Mistrz i Małgorzata. Po latach.


Blaski i cienie Mistrza

Ciekawostką ubiegłorocznego wydania „Mistrza i Małgorzaty” Michaiła Bułhakowa jest przekreślenie w druku fragmentów, w które ingerowała cenzura przy premierowej publikacji w latach 1966-67, a także dołączone do książki notatki z dziennika Jeleny Bułhakowej, trzeciej żony pisarza, zatytułowane „Ostatnie dni mistrza”. Opisują one ostatnie dni życia Bułhakowa, jego pogłębiającą się chorobę przechodzącą w ponurą depresję, wywołaną w znacznym stopniu złym przyjęciem sztuki o Stalinie, którą mistrz kończył z zapałem i nadzieją. Za oknem rządzi wszechogarniający mróz, a w powietrzu wiszą niespełnione marzenia o wyjeździe na słoneczne południe Europy. W moskiewskim światku literackim krążyło wówczas powiedzenie, że pierwsza żona pochodzi od Boga, druga od ludzi, a trzecia? Trzecią przynosi diabeł.

Bułhakow miał świadomość nadchodzącej śmierci. Ojciec artysty umarł na zdiagnozowaną nerczycę; cierpiąc na tę samą chorobę, więc Bułhakow nie pozostawiał sobie wielkich nadziei na wyzdrowienie. Wiedział, że przed odejściem musi wypełnić literacką misję: ukończyć „Mistrza i Małgorzatę” i dokonać w swoim opus magnum ostatecznych poprawek, aby żaden cień nie kładł się na doskonałość dzieła. Choć pierwsze rozdziały „Mistrza…” – które miały wówczas funkcjonować jako cała opowieść – powstały już w roku 1928, Bułhakow do końca swych dni dopracowywał dzieło. Ostatnie zmiany wprowadzał jeszcze w lutym 1940 roku, na miesiąc przed śmiercią. To wtedy skończył rozdział ostatni zatytułowany „Przebaczenie i wiekuista przystań”. Przez cały czas wiernie asystowała mu żona. Ta, którą ponoć mistrzowi sprowadził sam diabeł, być może nawet noszący maskę Wolanda.

Gustaw Holoubek (Woland), Anna Dymna (Małgorzata) i Janusz Michałowski (Korowiow-Fagot) w polskiej ekranizacji „Mistrza i Małgorzaty” z 1988 roku; czteroodcinkowy serial wyreżyserowali Maria Kuziemko i Maciej Wojtyszko (fot. archiwum TVP)

Paradoks sytuacji przedstawia się tak: mistrz (Bułhakow) kończy powieść swojego życia („Mistrza…”), która na jednym z poziomów (bo poziomów „Mistrz…” ma oczywiście kilka) w sugestywny i oryginalny sposób obnaża absurdy i bezduszność komunistycznych struktur. Mistrz, kończąc „Mistrza…”, pogrąża się w chorobie wywołanej pośrednio gniewem przywódcy ZSRR, któremu nie podoba się sztuka pt. „Batumi” (napisana przez Bułhakowa na 60. urodziny Stalina)… gloryfikująca postać dyktatora.

„Mistrz i Małgorzata” w Teatrze Groteska (fot. Anna Kaczmarz)

O odbiorze dramatu „Batumi” przez władze sowieckie Wasilij Sachnowski, ówczesny reżyser MCHAT, mówił tak (cyt. za: „Ostatnie dni mistrza”):

Sztuka otrzymała na samej górze (to znaczy w KC) skrajnie negatywną ocenę. Nie wolno kogoś takiego jak J. Stalin opisywać jako romantycznego bohatera, nie wolno go umieszczać w wymyślonych sytuacjach i wkładać w jego usta zmyślonych słów. Sztuki nie wolno wystawiać ani publikować.

I po drugie – na samej górze uznali napisanie sztuki za podjętą przez Bułhakowa próbę przerzucenia mostu, by zmienić stosunek do siebie.

Kadr z komiksu "Mistrz i Małgorzata" wydanego w Polsce przez Timof i cisi wspólnicy (2011, oryg. 2005)

Kadr z komiksu „Mistrz i Małgorzata” wydanego w Polsce przez Timof i cisi wspólnicy (2011, oryg. 2005)

Czy „Batumi” faktycznie było „próbą przerzucenia mostu” przez zmęczonego pisarza, który zdawał sobie sprawę, że w Związku Sowieckim nie ma już przyszłości? Satyryczne opowiadania („Diaboliada”, „Fatalne jaja”, „Psie serce”) czy wcześniejsze dramaty jednoznacznie określały stanowisko Bułhakowa do radzieckiego aparatu państwowego. Z drugiej strony na horyzoncie majaczyła mu zapewne wizja „Mistrza i Małgorzaty” jako utworu odrzuconego, zdewastowanego przez cenzurę, może nawet w całości lub częściowo zapomnianego.

A w „Mistrzu i Małgorzacie” jak nigdzie wyczuwalna jest tęsknota za wolnością, której żadne magiczne elementy nie są w stanie ukryć (ba!, nawet na przekór pisarzowi, a może za jego aprobatą, momentami wymykają się spod kontroli). Tu przywary moskiewskiego społeczeństwa pędzone są szatańskim pejczem (wio!), korupcja kwitnie pod każdą strzechą, a za represje i znikanie bez wieści ludzi odpowiedzialny jest diabeł we własnej osobie. Jest wreszcie „Mistrz…” dziełem o istocie aktu tworzenia, tańcem ze sztuką i grzechem (bal ponad bale – scena kultowa!) – całkowitym wewnętrznym odbiciem w diamencie szlifowanym wiele lat i wielkim kosztem.

Rzecz o postaciach – charyzmatycznych demonach, zagubionych niewiastach, godnych pożałowania draniach i innych zjawach – jest zbędna. Pisanie kolejny raz o narracyjnym kunszcie, o wielości narracyjnych technik, o języku, który nie będąc wcale wymyślnym, ale plastycznym i, co najważniejsze, elastycznym, u Bułhakowa pełni jednocześnie rolę wiodącą i wtórną, bo w zależności od gramatury epizodu mistrz dozuje środki odpowiednio, niczym doświadczony neurochirurg – wszystko to jest niepotrzebne. Mistrzowi już nic nie potrzeba, Małgorzacie również.

Michaił Bułhakow, Mistrz i Małgorzata, tłum. Irena Lewandowska i Witold Dąbrowski, AGORA SA, Warszawa 2012.

Rafał Niemczyk

Władimir Wojnowicz, Moskwa 2042. Recenzja.


Bareja po radziecku

Władimir Nikołajewicz Wojnowicz – rosyjski malarz, poeta i prozaik, autor satyrycznej powieści „Życie i niezwykłe przygody żołnierza Iwana Czonkina” o perypetiach sowieckiego odpowiednika wojaka Szwejka. Ta najbardziej znana powieść Rosjanina, w satyrycznym świetle ukazująca bohaterskich sołdatów radzieckich i heroiczną wielką wojnę ojczyźnianą, do roku 1989 znana była w ZSRR tylko z drugiego obiegu, podobnie jak większość jego dzieł. Wojnowicz w swoich utworach piętnował i ośmieszał radziecką rzeczywistość, przez co w 1974 r. został wykluczony ze Związku Pisarzy, a w 1980 r. był zmuszony wyemigrować z ojczyzny. Rok później Leonid Breżniew pozbawił go nawet obywatelstwa radzieckiego. Na emigracji, konkretnie w Niemczech, także jednak nie próżnował – pisał opowiadania, felietony, sztuki teatralne. W 1986 r. ukazała się antyutopijna i satyryczna powieść „Moskwa 2042”. Polskim czytelnikom dane było się z nią zapoznać dopiero po upadku komunizmu – w 1992 r.

Witalij Nikitycz Karcew, również pisarz na emigracji – książkowe alter ego autora – w 1982 r. otrzymuje szansę podróży w przyszłość. Postanawia odwiedzić „Moskwę 60 lat później” i przekonać się, co też wyewoluowało z radzieckiego komunizmu i czy w ogóle taki ustrój jeszcze w Rosji istnieje. Przed wyjazdem odbywa szereg spotkań z ludźmi, którzy w jakiś sposób dowiadują się o jego wyprawie i chcą wykorzystać ten fakt do swoich celów. Niektóre spotkania okażą się znamienne w skutkach, inne pozostaną bez echa – ale w końcu nasz bohater wsiada do chrono-samolotu Lufthansy, jedynego przewoźnika oferującego podróże w czasie i razem z garstką innych pasażerów wyrusza w podróż do Moskwy przyszłości. Niestety szczegółów technicznych lotu i skoku w czasie autor-bohater nie jest nam w stanie przybliżyć, gdyż – jak sam twierdzi – nie jest inżynierem, a poza tym w cenie biletu była zawarta nieograniczona ilość trunków, z czego skwapliwie skorzystał.

Plakat propagandowy z 1951 roku (źródło: komunizm.eu)

Po wylądowaniu na moskiewskim lotnisku, Karcew zostaje przyjęty przez specjalny komitet powitalny na cześć jego przybycia do ojczyzny. Początkowo nie bardzo rozumie, co się wokół niego dzieje, choć komunizm wydaje trzymać się dobrze. Niestety, dyrygowany przez wspaniałego, genialnego i świętego wodza Genialissimusa ustrój przekroczył w niektórych aspektach absurdalny poziom. Nasz bohater co rusz musi zmagać się z szokiem i niedowierzaniem, ale pomimo przejściowych trudności, na niektórych odcinkach jest pod wrażeniem socjal-komuny w wydaniu Moskiewskiej Republiki Komunistycznej. „Od każdego według zdolności, każdemu według potrzeb” – wydaje się, że ta utopijna maksyma i podstawowa zasada komunizmu wreszcie znalazła pełne odzwierciedlenie w rzeczywistości. Nie wszystko jednak wygląda tak różowo, jak się początkowo wydaje…

Oś fabularna kręci się wokół przygotowań i podróży narratora w czasie, a potem wycieczki po Moskwie przyszłości i obserwowania absurdów idealnego komunizmu. Autor przyjął w powieści formułę wspomnień; co rusz podkreśla, że pisze wszystko z pamięci i opisuje tylko to, co widział na własne oczy. Zresztą jest wręcz zmuszony polegać jedynie na swojej pamięci, gdyż już po przylocie skonfiskowano mu wszelkie narzędzia mogące posłużyć do jakiejkolwiek rejestracji obserwowanej rzeczywistości. Choć niektóre „nośniki informacji” zachował – np. aparat fotograficzny – ale wszystkie klisze zostały mu odebrane, gdyż w Mosrepkomie fotografować można do woli, ale posiadanie materiałów światłoczułych jest już zabronione. I tak przewrotność systemu pozbawiła autora jakiejkolwiek możliwości dokumentowania swojej podróży – poza własnym mózgiem.

Wladimir Wojnowicz (źródło: polityka.pl)

Zresztą im dalej, tym niedorzeczności jest coraz więcej. Specyficzne są skróty, które pojawiają się na każdym kroku, jak wspomniany Mosrepkom, czyli Moskiewska Republika Komunistyczna. Niektóre brzmią naprawdę zabawnie i odzwierciedlają jeszcze zabawniejsze miejsca czy instytucje, żeby wspomnieć tylko o Gawysnacie – Gabinecie Wysyłek Naturalnych, czyli pospolitej ubikacji. Niektóre z nich ciężko w pierwszym momencie samodzielnie rozszyfrować, ale po pewnym czasie przestajemy mieć z tym trudności i z rozbawieniem rozwijamy coraz to nowe skróty. Nie zawsze uda się trafić idealnie, ale w większości system nazewnictwa i skrótów zaczyna być na swój sposób logiczny. Język powieści jest niewyszukany, choć siłą rzeczy przesiąknięty komunistyczną ideologią i nowomową. Wszystkie wydarzenia i postacie widzimy oczyma bohatera-narratora, tak więc możemy polegać wyłącznie na jego obserwacjach i osądach.

„Moskwa 2042” to prześmiewcza satyra na Związek Radziecki i ustrój komunistyczny, na którym autor nie pozostawia suchej nitki. Prorokując kres komunizmu, parodiuje nawet Sołżenicyna – w powieści pod postacią Sima Simycza Karnawałowa – przedstawiając go jako wyklętego pisarza, monarchistę, pragnącego na białym koniu powrócić do ojczyzny i obalić obowiązujący system oraz przywrócić carat i niemal średniowieczny feudalizm. Czytając powieść Wojnowicza, nie sposób nie uśmiechać się pod nosem, choć co starsi czytelnicy pamiętający jeszcze czasy poprzedniego ustroju,  mogą doznawać (niekoniecznie przyjemnego) uczucia deja vu. Pisarz przewidział wydarzenia, wydał swoją powieść dosłownie kilka lat przed upadkiem komunizmu w Europie. W 1990 r., jeszcze przed oficjalnym rozpadem ZSRR, przywrócono mu obywatelstwo i Wojnowicz powrócił do kraju.

Rosyjska okładka powieści

Polacy mają Bareję, a Rosjanie Wojnowicza – obu można określić mianem satyrycznych mistrzów w piętnowaniu absurdów realnego socjalizmu. Jakkolwiek Bareja skupiał się raczej na obserwacji teraźniejszości, tak z prozy Wojnowicza wyłania się smutna refleksja. Przyszłość jego bohatera zależy od tego, czy będzie zdolny przystosować swoją przeszłość do wymogów obecnie obowiązującego systemu. I tu przychodzi mi do głowy przeczytana gdzieś ostatnio anegdota, jak do mitycznego Radia Erewań dzwoni słuchacz z pytaniem: „Czy w komunizmie będzie można przewidzieć przyszłość?”. Odpowiedź brzmiała: „Szanowny słuchaczu, w komunizmie nie będzie z tym najmniejszego problemu. Niestety znacznie gorzej będzie z przewidywaniem przeszłości. Ona tak szybko się zmienia”. Powieść Wojnowicza traci w tym kontekście niewiele na aktualności.

Władimir Wojnowicz, Moskwa 2042, przeł. Henryka Broniatowska, PIW, Warszawa 1992.

Jacek „bio_hazard” Bryk

Mikołaj Gogol, Opowiadania, Ożenek, Rewizor.


Tantal i Prometeusz

 Im przedmiot jest zwyklejszy, tym wyżej stać winien poeta, aby wydobyć zeń to, co niezwykłe, i aby ta niezwykłość była skądinąd całkowitą prawdą.

 (Mikołaj Gogol o naczelnej zasadzie własnej twórczości)

O Mikołaju Gogolu (1809-1852) trzeba napisać, że był jednym z tych pisarzy, których własna twórczość, genialna twórczość, stała się przyczynkiem wewnętrznego upadku, duchowej klęski, a w konsekwencji śmierci, której okoliczności nigdy nie pozostały do końca jasne. Rewolucyjny charakter twórczości urodzonego na Ukrainie pisarza – krytykujący absurdy patriarchalno-feudalnego układu gospodarczego w XIX-wiecznej carskiej Rosji, hierarchię rang, ohydny aparat biurokratyczny i podlegających mu urzędników – w pewnym momencie „wymknął mu się spod kontroli”.

Oskarżenia o zdradę ojczyzny wymierzone w Gogola przez reakcyjną, a więc lwią część krytyki, wyrzuty sumienia i wewnętrzne rozterki wywoływały u autora „Martwych dusz” karuzelę ambiwalentnych nastrojów. Stał się idolem rosyjskiej młodzieży, głosem prostego ludu, ale także dekabrystów, jego prozę promował i zachwycał się nią słynny „szalony Wissarion” Bieliński. Jednocześnie nienawidziła Gogola arystokratyczna i urzędnicza elita Petersburga i Moskwy, co zaprowadziło zaskoczonego silnym ideologicznym wydźwiękiem własnych utworów pisarza do wielokrotnej rewizji swoich pisarskich dokonań. Doszło do tego, że w „Wybranych fragmentach z korespondencji z przyjaciółmi” z 1847 r., a więc kilka lat po „Martwych duszach” i „Rewizorze”, Gogol potępił cały swój poprzedni dorobek literacki, przyznając, że Rosję zna słabo i jednostronnie. Już wtedy w głowie pisarza zakwitały ideały chrześcijańskie i rozpacz spowodowana brakiem jednolitej, „właściwej” interpretacji jego książek. Rozwścieczony Bieliński napisał wtedy do Gogola list, który stał się jednym z najostrzejszych w historii całej literatury rosyjskiej:

Wielbicielu knuta, apostole ignorancji, rzeczniku obskurantyzmu i wstecznictwa, chwalco tatarszczyzny – co czynisz! Spójrz pod nogi – stoisz nad przepaścią…

Wybitny krytyk „odbiera” Gogolowi prawo do reinterpretacji i rewizji pokazanych światu dzieł, broni ich przed samym autorem, wzywając go do wycofania się ze stanowiska zawartego w feralnych „Wybranych fragmentach…”. Rozpaczliwie powołuje się na potrzeby społeczeństwa rosyjskiego, dla których pisarze są ostatnią i jedyną szansą –

(…) swych jedynych wodzów, obrońców i zbawców od rosyjskiego samodzierżawia, prawosławia i narodowości [tj. nacjonalizmu], zawsze gotowe jest przebaczyć pisarzowi napisanie złej książki, lecz nigdy nie przebaczy napisania książki szkodliwej.

Dramatyczny list „szalonego Wissariona” powoduje najpierw polemiczną ripostę Gogola, ale w jego następstwie pisarz, przemyślawszy rzecz dogłębniej, odpowiada Bielińskiemu (a równocześnie społeczeństwu) w bardziej stonowany sposób. „Trzeba, abym poznał wiele z tego, co zna Pan, a czego ja nie znam…” – pisze. Brawurowej demaskacji aparatu biurokracji carskiej i całego systemu społeczno-politycznego nie udało się Gogolowi zniekształcić nawet w przypływie największej rozterki („Wybrane fragmenty…”) – jego utwory żyły już własnym życiem, stały się symbolami. O ile jednak nie mógł zapanować nad ideowymi interpretacjami „Rewizora”, to o wiele bardziej nie mógł się zgodzić na zarzuty dotyczące warstwy literackiej. Odpowiedział krytyce, publikując „Przedsionek teatralny po premierze nowej komedii”, gdzie odniósł się do nowatorskiej konstrukcji samego dramatu, który jawnie odbiegał od ówcześnie panującej, wodewilowej mody.

Portret Gogola pędzla Fiodora Mollera (lata 40. XIX w.)

W 1846 r. Gogol poddał się mistycyzmowi, popadł w obłęd religijny, zaczęły się też pojawiać pierwsze objawy choroby psychicznej. Kilkukrotnie zmieniał stanowisko w sprawie interpretacji „Rewizora” – obwieszczał, że dramat ma wydźwięk religijno-moralny, a nie społeczno-polityczny, jak „błędnie” odbierało go społeczeństwo. Ten wewnętrzny konflikt, który przerodził  się w sprawę całego narodu rosyjskiego, wyniszczył artystę doszczętnie. Pod koniec życia uznał swą twórczość za „oręż szatana”, a szaleństwo, bieda i choroba nerwowa doprowadziły go do śmierci w niejasnych okolicznościach. Religijny szarlatan, niejaki o. Matwiej Konstantynowski, roztoczył opiekę nad pisarzem, wymuszając na nim rygorystyczne posty i wyrzeczenia się jakichkolwiek kontaktów ze sztuką. Do dziś krąży niepotwierdzona legenda, że pochowano go żywcem w stanie śpiączki, czego miało dowodzić, iż po odkopaniu trumny ciało leżało twarzą w dół. Pogrzeb Gogola stał się społeczną manifestacją; jeden ze studentów biorących udział w uroczystości powiedział: „Chowamy Gogola, wszyscy jesteśmy jego najbliższymi, a wraz z nami jest cała Rosja”.

Mikołaj Czernyszewski – filozof, utopijny socjalista, wódz rewolucyjnej demokracji rosyjskiej – napisał o Gogolu tak:

Jakkolwiek wielkie były twe błędy, męczenniku bolesnej myśli i wzniosłych dążeń, byłeś jednym z najszlachetniejszych synów Rosji i bezgraniczne są twe zasługi wobec ojczyzny.

 ***

W 1831 r. ukazała się pierwsza znacząca publikacja Mikołaja Gogola – „Wieczory na futorze koło Dikańki”. Był to zbiór opowiadań i nowel skonstruowanych w romantycznej konwencji, które poruszały struny folkloru, opowiadając o życiu dawnej Kozaczyzny, gdzie realizm mieszał się z legendą i zabobonami. Najbardziej znanym utworem ze zbioru, wielokrotnie adaptowanym przez kino, jest „Wij”. To relacja z przygody trójki bursaków (studentów), którzy włócząc się w czasie dni wolnych od nauki po okolicznych stepach, trafiają do opuszczonego chutoru, gdzie, jak się okazuje, pomieszkuje wiedźma. Realizm szczegółu miesza się tutaj z elementami grozy w duchu romantyzmu, co jest nader widoczne podczas spotkania z tytułowym demonem.

 

Elementy romantyzmu pojawiają się jeszcze w późniejszym „Mirgorodzie”, a także w powieści opiewającej heroiczną przeszłość Kozaczyzny – „Taras Bulba”. W tym ostatnim Gogol ujawnia tęsknotę za wolnością stepu, za wielkimi czynami, które pozwoliłyby zapomnieć o przytłaczającym życiu w carskiej Rosji.

W 1835 r. pojawia się zbiór pt. „Arabeski”, który wraz z kilkoma późniejszymi utworami tworzy cykl tzw. opowiadań petersburskich. Rodzi się Gogol-realista, naczelny krytyk ówczesnej rosyjskiej rzeczywistości, artystyczny perfekcjonista operujący bezbłędnie groteską i karykaturą.

Reprezentacyjnym i (obok „Szynelu”) najczęściej omawianym opowiadaniem Gogola jest „Nos” z 1836 r. Posłużę się tutaj opracowaniem izraelskiego pisarza Amosa Oza – ten, w zbiorze swoich esejów pt. „Opowieść się rozpoczyna”, w taki sposób rozłożył początek „Nosa” na czynniki pierwsze, nawiązując jednocześnie do konstrukcji literackiej ogółu opowieści petersburskich:

Nie jest to wprowadzenie harmonijne, wcale na takie nie wygląda, lecz raczej biurokratyczne. Język tej narracji, język Gogola w jego opowiadaniach petersburskich, jest pedantyczny i formalny, iluminowany chwilami przez rozbłyski obsesji i szaleństwa: opowiadanie rozpoczyna się szczegółowym sprawozdaniem – podającym miesiąc i dzień zdarzenia, nazwę miasta i adres domu, w którym miał miejsce ów „niezwykle dziwny wypadek”. Ale nawet zanim narrator przejdzie do tej sprawy, jego sprawozdanie zbacza z głównego szlaku, rozdwaja się na zdania wtrącone, a następnie rusza na poszukiwanie pewnego przeoczonego szczegółu, mającego kluczowe znaczenie dla dopełnienia niezbędnych w raporcie wymogów: nazwiska głównego bohatera (…) To, co zdarzyło się w pierwszych zdaniach opowiadania, przedstawiających poszukiwanie nazwiska, będzie powracało w toku całej narracji, w związku z poszukiwaniem utraconego nosa. Siły anarchiczne zaczaiły się za każdym zakrętem fabuły, dążąc do odciągnięcia toku narracji z utartej, biurokratycznej ścieżki, wąskiej, ale prostej, której ów tok usiłuje się trzymać, i wywiedzenia go na mroczne manowce (…) Drobne nieścisłości logiczne, niewinne żarty, groteskowe nonsensy zdarzają się na każdej niemal stronie tego utworu. 

Petersburg, Sennaya (1840; źródło: rusarchives.ru)

O ile opowieść o poszukiwaniu po całym Petersburgu zagubionego nosa przez asesora kolegialnego, majora Kowalewa, w zabawny sposób ośmiesza biurokratyczne i społeczne mechanizmy stolicy Imperium Rosyjskiego, o tyle wydany w 1842 r. „Szynel” (czasami tłumaczony jako „Płaszcz”) to opowiadanie bardziej ponure, smutne. Element groteski zostaje tu zepchnięty na plan dalszy – dominuje złowieszczy realizm, który każe się domyślać czytelnikowi tragicznego końca. „Szynel” jest historią Akakiusza Akakijewicza – podrzędnego urzędnika, zahukanego, pozbawionego jakiejkolwiek pewności siebie, wyśmiewanego i poniżanego przez kolegów z pracy, który nie potrafi się bronić. Gogol staje w obronie szarego człowieka, opisując zalęknionego obywatela, który za wszelką cenę stara się uzbierać fundusze na nowy szynel, ponieważ stary się rozpada, a Petersburg to miasto nieustającego mrozu. Tu, w przeciwieństwie do „Nosa”, mało jest miejsca na śmiech, chyba że ten przez łzy. Konstrukcja literacka „Szynelu”, a zwłaszcza jego zakończenie, przywodzi raczej na myśl późniejsze polskie nowele pozytywistyczne, choćby „Antka” Bolesława Prusa z 1880 r. czy „Janko Muzykanta” Henryka Sienkiewicza, gdzie autorzy piętnowali zacofanie, społeczną znieczulicę czy niezdolność ubogiej jednostki do normalnego funkcjonowania. Z zaznaczeniem oczywiście, że rzeczywistość „Szynelu” jest rzeczywistością rosyjską, a nurt biurokratycznego absolutyzmu, pełniący tu funkcję destrukcyjną, wywodzi się od „Poczmistrza”, którego autor – Aleksander Puszkin – był przedwcześnie zmarłym najlepszym przyjacielem Gogola.

Pierwszy spektakularny dramat Gogola, „Ożenek” (napisany w 1836 r., opublikowany w 1842 r.), w którym poddał satyrze XIX-wieczną rosyjską obyczajowość, opowiadał o poszukiwaniu idealnego kandydata na męża przez kupiecką córkę – Agafię Tichonową. Wszyscy wkoło, łącznie z kilkoma kandydatami na męża, patrzą na małżeństwo z perspektywy przyszłego zysku – podniesienia statusu majątkowego i społecznego. Choć „Ożenek” należy dziś do klasyki komedii rosyjskiej, sam Gogol nie był z utworu do końca zadowolony – krytyka przegniłej warstwy społecznej nie była efektem, który ostatecznie chciał osiągnąć.

Fiodor Paramonom jako Horodniczy

Pomysł na najsłynniejszy dramat Gogola, czyli na „Rewizora”, którego pierwszą wersję oddał do publikacji w 1836 r., również podsunął Puszkin (podobnie jak w przypadku „Martwych dusz”, którym poświęcę w przyszłości osobne miejsce). Był on dość prosty, a opierał się na wątku rzekomego przybycia do prowincjonalnego miasteczka rewizora ze stolicy. Ta niepożądana postać miała dokonać incognito kontroli urzędowych mechanizmów oraz zorientować się w pracy poszczególnych państwowych funkcjonariuszy. Na tych ostatnich – wśród których znajdują się m.in. zarządzający miastem horodniczy, sędzia, kurator instytucji dobroczynnych, naczelnik poczty czy miejscowy lekarz – pada blady strach. Każdy z nich ma na sumieniu własne grzechy i zaniedbania, a bojąc się konsekwencji, postanawiają podjąć rewizora „ze wszystkimi honorami” – wręczając mu łapówki, suto zastawiając stół jadłem i wódką, oferując darmowe noclegi, zabawy, a nawet (to horodniczy) własną córkę za żonę. Rzecz jasna straszliwy rewizor okazuje się być fałszywy: to niejaki Chlestakow – leń, hulajdusza, głupawy i podrzędny urzędniczyna, który postanawia wykorzystać sytuację, stając się w historii dramatu pierwszym słynnym „przypadkowym oszustem”.

Komedia pomyłek i bezlitosne wyszydzanie absurdów  biurokratycznego molocha (Andrzej Walicki napisał, iż „arcydzieło Gogola było jednym z najsilniejszych policzków wymierzonych przez rosyjskiego pisarza rosyjskiemu absolutyzmowi”) idą w parze z geniuszem konstrukcyjnym dramatu. Gogol-perfekcjonista kilkakrotnie przeredagowywał dramat, wyrzucał całe sceny bądź je przenosił, pracował nad każdym słowem każdego dialogu, dopracowywał je tak, żeby były jak najbardziej spójne, by zazębiały się fabularnie, by nie pozostało ani jedno niepotrzebne zdanie. Czynił podobnie z większością swoich utworów, ale w „Rewizorze” osiągnął kompozycyjną perfekcję. Czernyszewski pisał o jego pracy:

Wszystko wydawało mu się słabe i niskie, cokolwiek tylko napisał. Pokażcie mi człowieka z takim pragnieniem doskonałości, a powiem wam: taki nic nie napisze albo stworzy coś naprawdę wielkiego – będzie albo Tantalem, albo Prometeuszem. 

Fotografia Gogola wykonana przez S.L. Levitsky'ego (1845)

Fotografia Gogola wykonana przez S.L. Levitsky’ego (1845)

Czernyszewski się mylił, bo był Mikołaj Gogol i jednym, i drugim. Mitologiczny Tantal wykradł bogom ich sekrety, obalił mit ich wszechwiedzy, za co został strącony do Tartaru, skazany na wieczny głód i potępienie. Gogol to samo czynił z Cesarstwem Rosyjskim, stając się dla ludu pisarzem-Prometeuszem, który przeciwstawił się carowi, feudalnemu systemowi i rządom biurokracji, wiele lat spędził na emigracji, umierając wreszcie w szaleństwie i nędzy. Orężem Gogola była sztuka i mógłby mieć rację ktoś, kto powołałby się na przysłowie: „Kto mieczem wojuje, ten od miecza ginie”, pomny wszystkich nieszczęść, które przez moc własnej twórczości spadły na pisarza. Jednak Imperium Rosyjskie już dawno się rozpadło, a uniwersalne utwory Gogola wciąż obnażają kolejne absurdy. „Nie przygaduj zwierciadłu, kiedy masz gębę krzywą!”.

Mikołaj Gogol, Opowiadania, przeł. Julian Tuwim, Jerzy Wyszomirski, Wyd. Siedmioróg, Wrocław 2001.

Mikołaj Gogol, Ożenek, Rewizor, przeł. Julian Tuwim, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2006.

 Rafał Niemczyk

 * Cytaty wykorzystane w powyższym tekście pochodzą z następujących źródeł:

Mikołaj Gogol, Rewizor, przeł. Julian Tuwim, wstępem i objaśnieniami opatrzył Andrzej Walicki, Biblioteka Narodowa, Wrocław 1966.

Amos Oz, Opowieść się rozpoczyna, przeł. Wacław Sadkowski, Prószyński i S-ka, Warszawa 2000.

Wiktor Jerofiejew, Dobry Stalin. Recenzja.


Dobry-Stalin-okladkaUrodziłem się we wrześniu 1947 roku.
Miałem szczęśliwe stalinowskie dzieciństwo…

Moskwa lat 50-tych, jesteśmy blisko Kremla, blisko władzy. Świat widzimy z perspektywy małego chłopca, którego ojciec jest osobistym tłumaczem Stalina; poza tym ze „sklepów za żółtymi firankami” przynosi do domu świetne cukierki i kiełbasę „Doktorską”. Gdy chłopiec dorasta, optyka świata pozostaje w gruncie rzeczy taka sama. Zmieniają się detale. Umiera Stalin, Mołotow zostaje odsunięty. Nieco większy chłopiec jedzie z rodzicami do Paryża, gdzie oni pracują w ambasadzie, a on tam mieszka i wychowuje się. Potem jest jeszcze Afryka, Wiedeń. Wszędzie podobnie.

Żyć w Rosji, to jak chodzić po suficie

Gogol „Martwymi duszami” wybrał się na rosyjską wieś, Jerofiejew „Dobrym Stalinem” do gabinetów i dacz komunistycznej wierchuszki. Pierwszy napisał powieść o Rosji, drugi o sobie.

Defilada żołnierzy Armii Czerwonej z psami przeciwpancernymi na Placu Czerwonym w Moskwie (fot. Wikimedia)

„Dobry Stalin” to książka trudna w interpretacji, prowokacyjna, intelektualna, wreszcie rozrachunkowa. To wspomnienia, a nie opowieść. Opowieści są mniej prawdziwe, ale posiadają więcej piękna i są bardziej literackie. Konfabulacja wyszlachetnia obraz rzeczywistości. Jest w niej równocześnie jakaś siła porządkująca – i narrację, i sam sens pisania.

Jerofiejew pisząc powieść autobiograficzną, jak przystało na literaturoznawcę, zanalizował większość napisanych przez rosyjskich pisarzy tego typu książek. Jego wnioski nie napawają optymizmem. Wie, że to bardzo trudna sztuka, i że popełnienie takiej literatury niemal zawsze kończyło się samobójczym golem. Wie jednak również, że musi tego dokonać. Jako pisarz ma taki obowiązek.

W imię marzenia niestraszne są żadne ofiary

„Dobry Stalin” to w pewnej mierze jakaś forma ekspiacji. Bez wątpienia szczera, czasem może nawet za bardzo. Tylko wydaje się, że spowiedź bez Boga nie ma sensu. A katharsis, mające uwolnić od ciężaru winy oraz natrętnych retrospektywnych myśli, zamiast oczyszczenia daje pewną mieszankę sentymentalizmu i ckliwości.

Czarna Wołga – motoryzacyjny symbol ZSRR, a także bohater mrocznych miejskich legend (fot. Marian Sokołowski / PAP)

Punktem kluczowym fabuły jest opublikowanie przez Jerofiejewa „Metropolu”. Pozornie niezależnego almanachu literackiego. Co w rzeczywistości ZSRR było niedopuszczalne. Cierpi na tym on sam, zostaje wyrzucony ze Związku Literatów. Lecz represje władzy najdotkliwiej dotykają jego ojca. Powodując koniec bardzo dobrze rozpoczętej i świetnie rozwijającej się kariery radzieckiego dyplomaty. To swoista donkiszoteria. Absurd tego działania jest trudny do pojęcia poza ramami rzeczywistości sowieckiej. Jerofiejew nie był dysydentem, nie był rewolucjonistą, a skonstruował i zdetonował bombę (sam używa określenia swego czynu: „bomba jądrowa”). Po co to uczynił? W książce nie znajdziemy wytłumaczenia. Być może właśnie w tym miejscu jesteśmy najbliżej meritum duszy rosyjskiej. Tu bunt nie ma uzasadnienia. Dokonuje go człowiek pokorny. Nie szuka wolności.

Lepiej umrzeć w socjalistycznej ojczyźnie, niż żyć w państwie kapitalistycznym

Wielkie przestrzenie powodują absurd. Może w tym właśnie tkwi sekret Rosji. Nieważne, czy jesteśmy na Placu Czerwonym w Moskwie, czy gdzieś w tajdze Syberii.

Podczas lektury „Dobrego Stalina” natrętnie przypominałem sobie „Dzieci Arbatu” Rybakowa. Jakże to dwa inne światy, osadzone w innych okolicznościach, w innym idealizmie. A jednak mentalność narratorów obu powieści w swym rdzeniu wydaje się być niesłychanie podobna. Fatalizm dominuje i determinuje obie książki. Dzisiaj powiedzielibyśmy: nic to, trzeba ogarniać. Jerofiejew pisze: „W Rosji trzeba długo żyć, żeby czegoś dożyć”.

Defilada na Placu Czerwonym współcześnie, 65-lecie zakończenia II wojny światowej (fot. Stringer/Russia Reuters)

Język książki jest na ogół chaotyczny. Znajdziemy tu mnóstwo bardzo skomplikowanych i wielokrotnie złożonych zdań. Często posiadających więcej niż pięćdziesiąt słów. Czasem mamy wrażenie, że w zdaniu dwie myśli walczą o prymat uwagi i przegrywają z trzecim skojarzeniem.

Pomimo to Jerofiejew potrafi być literacko wiarygodny. Tworzy dobre, solidne scenerie. Konstruuje (albo rekonstruuje) świat dawnego Związku Radzieckiego. Zdobywa się na głębię psychologiczną postaci. Ale niestety tonie na płyciznach literackiego słowa. Jego zdaniom brak olśnienia. To dosyć uporządkowane wspomnienia pozbawione tej najgenialniejszej w beletrystyce rzeczy: magii słów. Być może o topornej rzeczywistości trzeba tak samo – nieco kwadratowo, nieco mechanicznie – pisać.

Wiktor Jerofiejew, Dobry Stalin, przeł. Agnieszka Lubomira Piotrowska, wyd. Czytelnik, Warszawa 2012.

Dominik Śniadek

* Tytuł i podtytuły są cytatami, które pochodzą z recenzowanej książki.

%d blogerów lubi to: