Łukasz Bogacz, Wojciech Stefaniec, Noir. Recenzja.


Ciemno

Pierwszy animowany zwiastun komiksu, narysowanego przez Wojciecha Stefańca do scenariusza wspólnie stworzonego z Łukaszem Bogaczem, ujrzał światło dzienne bardzo wcześnie – prawie rok przed premierą komiksu. Przedsmak zaprezentowany przez Stefańca wzbudził spore zainteresowanie. Chociaż ani twórcy, ani wydawca nie chcieli zdradzać żadnych szczegółów fabuły. W maju ‘2013 mieliśmy okazję zobaczyć kolejną animowaną zapowiedź tego dzieła. Przedstawiono w niej głównych bohaterów dramatu: Normana, Oskara, Izę i Roberta. Ale z migających szybko rysunków nadal trudno się było domyśleć, o czym będzie komiks Noir.

Tuż przed MFKiG w Łodzi wydawnictwo Timof Comics udostępniło zestaw kilku plansz {zobacz: klik! klik!} oraz niezwykle enigmatyczny opis: „On – policjant, On – pisarz, On – kobieciarz, Ona – lekarka. Rodzina. Relacje, Uczucia, Małe kłamstewka. I te duże. Wystarczą trzy dni, żeby wszystko się zmieniło…”. Pewnie nie tylko moja ciekawość sięgnęła wówczas zenitu. Chociaż tych kilka „przykładowych plansz” należy traktować bardzo umownie, jako swoistą prowokację ze strony artystów i wydawcy, gdyż nie są to plansze z tej książki. Z drugiej strony, jak powiedział Wojciech Stefaniec w rozmowie {przeczytaj: klik! klik!}, którą z nim przeprowadziłem: „(…) kobieta, która wchodzi do księgarni w Paryżu, to właśnie matka. Bierze do ręki książkę swojego syna. To jest bardzo ważny element fabuły. Dużo mówi, ale nie znajdziesz tego w albumie”.

 

Właściwie ciężko napisać o fabule komiksu w taki sposób, aby nie zdradzić głównego suspensu. Po przeczytaniu i teraz, gdy piszę te słowa, rozumiem dlaczego wydawca ograniczył się do tak zdawkowej zapowiedzi. Postaram się jednak wspomnieć o kilku znaczących elementach fabuły w taki sposób, aby przyszłym czytelnikom nie odebrać radości obcowania z tą książką. Chociaż słowo „radość” w przypadku lektury Noir nie jest na miejscu, gdyż publikacja ta należy do gatunku „niemiłych książek”, o czym za chwilę.

Akcja dzieje się w Warszawie. Głównym bohaterem jest Robert, autor powieści kryminalnych, mąż Izy, która jest lekarką. Jej często nie ma w domu, gdyż bierze zbyt dużo dyżurów w szpitalu, z których niektóre są jedynie pretekstem, by spędzać czas z innym mężczyzną. Kim jest ten „inny”, nie będę zdradzał. Znaczące role odgrywają także ojciec Roberta – Norman oraz jego brat Oskar. Ale niemałe znaczenie w całej historii ma… nieobecna matka, która w „przykładowych planszach” spaceruje sobie ulicami Paryża i w witrynie księgarni widzi nową powieść syna, powstawanie której czytelnik Noir ma okazję prześledzić od początku do końca.

Zabieg polegający na tym, że bohater na bieżąco pisze swoją nową powieść na kartach omawianego albumu jest fenomenalny. Czytelnik ma do czynienia ze scenariuszem pisanym przez życie oraz z tekstem Roberta z jego kolejnej powieści. Dodatkowo realność postaci narratora wprowadza kolejną warstwę znaczeń. Akcja dzieje się na bieżąco, narrator nie jest mądrzejszy od czytelnika, postaci nie zwracają się wprost z kadrów do czytającego – wyraźnie rozmawiają ze sobą, a nie po to, by zdać relację czytelnikowi. Świat rzeczywisty, doświadczany przez bohatera-Roberta, miesza się ze światem tworzonym przez pisarza-Roberta. Przemieszanie tych dwóch narracji wprowadza atmosferę niepewności i wątpliwości. Do końca nie wiadomo, czy mamy do czynienia tylko z kreacją powieściowego bohatera, czy faktycznie Robertowi się wszystko „przytrafia”, a on jedynie zapisuje zdarzenia. Dodając do tego jeszcze jedną z końcowych scen, w której pisarz wysyła maila z maszynopisem na adres timof@timof.pl, to wówczas nasze wątpliwości, czy mamy do czynienia z kreacją, czy z szaleństwem urastają do ogromnego znaku zapytania.

Zrąb scenariusza to historia znana i powtarzana przez wieki na różne sposoby. Jest to współczesna wariacja na temat zdrady, wpisana w szekspirowski dramat, w którym trup ściele się gęsto. Chociaż wyraźnie należy zaznaczyć, że zdrada jest jedynie ramą, na której rozpięte są emocje bohaterów. Myślę, że autorom scenariusza chodziło właśnie o nie; o to by pokazać gołe, obdarte z estetycznych czy moralnych uzasadnień ludzkie relacje, jakie panują w rodzinie. Mamy tu ich pełen zestaw: syn-ojciec, brat-brat, syn-matka, mąż-żona, ojciec-dziecko. Nie napawają one optymizmem, nie są naładowane pozytywną energią.

Wizualnie komiks jest prawdziwym majstersztykiem. Pokazem zdolności Wojciecha Stefańca. Już w poprzednim albumie – w Szelkach do scenariusza Jerzego Szyłaka – pokazał, że potrafi odmalować pełną gamę emocji bohaterów, że nie idzie na skróty, tylko dba o każdy szczegół w kadrze. W Noir, komiksie namalowanym w czerni i bieli (z przewagą czerni!), Stefaniec udowadnia, że jest niesamowicie zdolnym artystą, który za pomocą skądinąd minimalistycznych środków potrafi oddać nastrój scenariusza. Gdybym miał napisać więcej o warstwie wizualnej albumu, to ten tekst byłby co najmniej jeszcze raz tak długi. Dlatego ograniczę się i wskażę kilka rzeczy, które szczególnie mi się podobały. Wyobrażam sobie, że artysta komponuje każdy kadr osobno, a potem składa je w planszę, dzięki czemu prawie nie ma paneli z takim samym układem kadrów. Są panele z dużą ilością kadrów, ale są także (i nie jest ich wcale tak mało) takie całostronicowe. Plansze nie służą tylko pchaniu akcji do przodu, często same w sobie są „osobnymi światami” pełnymi szczegółów i znaczeń. Można je oglądać do woli. Zasze odnajdzie się w nich coś, czego wcześniej się nie dostrzegło.

Album Bogacza i Stefańca to stanowczo niemiła książka. Niemiła i na dodatek nieprzyjemna, której nie czyta się z żadną przyjemnością czy rozkoszą. Chwilami ma się ochotę ją spalić, wyrzucić przez okno lub do kosza na śmieci. Po przeczytaniu ostatniej planszy odczuwa się wyraźną ulgę i zadowolenie, że już ma się ją za sobą, że nie trzeba do niej wracać. Dlatego sięga się po nią raz jeszcze i powtórnie rozpoczyna czytanie. Jednak po przeczytaniu, długi czas nie można się jej pozbyć z głowy. Ponieważ prześladuje i dręczy obrazami. Nie ma możliwości, by się nią „napawać”, powiedziałbym raczej, że zamiast cieszyć, zasmuca.

Świat, który został opisany/przedstawiony w książce, jest ludzki. Czyli nic nie zostało przez autorów upiększone bądź podkoloryzowane. Zdrada jest zdradą, a morderstwo jest morderstwem. Śmierć to śmierć, a rodzina to rodzina, z którą może faktycznie czasem lepiej mieć do czynienia tylko na pamiątkowych zdjęciach. Z drugiej strony jednak autorzy nie oceniają, pozostawiając moralną i etyczną ocenę czynów bohaterów czytelnikowi. Bohaterowie są na wskroś ludzcy. Czytelnik niekoniecznie chce być ich przyjacielem, niekoniecznie chce mieć takie przeżycia jak oni, niekoniecznie chce się z nimi utożsamiać, niekoniecznie chciałby ich spotkać w prawdziwym życiu. A może wręcz za często spotyka ludzi podobnych do Normana, Oskara, Izy czy Roberta.

Łukasz Bogacz & Wojciech Stefaniec (scenariusz), Wojciech Stefaniec (rysunki), Noir, timof comics, Warszawa 2013.

[scenariusz: 5+, rysunki: 6, kolory/cienie: 6+]

Maciej Gierszewski
Kopiec Kreta

* Tekst ukazał się pierwotnie na portalu Gildia.

Nicolas Presl, Fabryka. Recenzja.


Rezerwat dzikich stworzeń

Podczas tegorocznego festiwalu komiksowego Ligatura, który odbywał się w Poznaniu, swoją premierę miał komiks francuskiego autora Nicolasa Presla pt. „Fabryka”. Książka została opublikowana przez znane i cenione Wydawnictwo Lokator z Krakowa. Jest to pierwsza publikacja komiksowa tej oficyny. Pierwsza, ale nie ostatnia; Piotr Kaliński podczas festiwalu zapowiedział, że ma w planach wydać w Polsce wszystkie komiksy tego autora. Tym samym Lokator dołączył do grupy wydawnictw stricte książkowych, które poszarzeją swoją ofertę o publikacje z zakresu narracji wizualnych. Nicolas Presl to twórca dotychczas w Polsce nieznany. „Fabryka” jest pierwszą książką tego autora w naszym kraju. Aż dziw, że żaden z naszych rodzimych wydawców komiksowych nie sięgnął wcześniej po jego publikacje. Na zachodzie ukazało się łącznie 6 książek, większość w szwajcarskim Atrabile, ale także w renomowanym, francuskim The Hoochie Coochie.

„Fabryka” to prawie 200-stronnicowa opowieść o dyskryminacji i terrorze w państwie totalitarnym. Choć autor stara się, aby jego opowieść była uniwersalna, to oczywiście skojarzenia z Shoah są mimowolne i jak najbardziej na miejscu. Co prawda nie pojawia się nazwa żadnego państwa czy miasta, ale techniki inwigilacji, zastraszania i szykanowania są dobrze znane z kart historii. Prześladowana jest, ze względu na pewną anomalię anatomiczną, grupa ludzi, którzy są muzykami i pisarzami. Żandarmi są bardzo skuteczni, pomagają im także zwykli ludzie – konfidenci, którzy donoszą na dziwne zachowania sąsiadów i znajomych, dzielą się swoimi podejrzeniami, że ktoś gdzieś może ukrywać „niechciany element”.

W fabryce pracuje główny bohater opowieści Presla: samotny, postawny mężczyzna. Na pierwszy rzut oka niczym się nie wyróżnia. Ogarnięty jest rutyną codzienności, która polega na stawianiu się rano w fabryce, odbijaniu kart/przepustki, przebieraniu się, udaniu na stanowisko 171, gdzie montuje pociski (bo oczywiście tytułowa „Fabryka” to zakład zbrojeniowy), w wyczekiwaniu na syrenę kończącą szychtę, potem powrót rowerem do domu. Pewnego dnia, gdy wraca z pracy, przed koła roweru wyskakuje chłopiec, ścigany przez żandarmów. Nasz bohater, pchany być może współczuciem, ratuje chłopca. Następnego dnia zabiera go ze sobą do pracy i tam ukrywa, niczym Jonasza we wnętrzu brzucha wielkiego wieloryba.

Czytelnik obserwuje, jak powstaje więź i zaangażowanie między bohaterami. Nie znamy powodu, dla którego mężczyzna zaopiekował się chłopcem. Jednakże z biegiem kolejnych stron jesteśmy coraz bardziej przekonani, że był to odruch dobrego serca. Zaangażowanie rośnie. Mężczyzna martwi się o chłopca, troszczy o niego, żywi, dostarcza mu przedmioty, którymi tamten może się bawić, które go zajmują, rozbudzają wyobraźnię. Chłopiec nie pozostaje obojętny, także emocjonalnie się angażuje. Przejmujące są sceny, gdy się ściskają i tulą, ponieważ boją się o siebie wzajemnie.

Mimo że książka Nicolasa Presla drąży temat dobrze znany z tekstów kultury, robi to w przejmujący sposób, zarówno narracyjnie, jak i wizualnie. Karykaturalne postaci z kwadratowymi głowami, szpetnymi nosami, z rozbudowaną mimiką twarzy, teatralnymi gestami, chwilami w pomnikowych (statycznych) pozach, przekonują nas, że warstwa graficzna jest spójna z warstwą narracyjną. A historia opowiedziana przez autora, mówi coś ważnego o nas, o naszym człowieczeństwie, o kondycji serca i duszy.

Nicolas Presl (scenariusz & rysunki), Fabryka, Wydawnictwo Lokator, Kraków 2013.

[scenariusz: 4+, rysunki: 5, kolory/cienie: 4]

Maciej Gierszewski
Kopiec Kreta

Marek Turek, NeST. Recenzja.


Intertekstualne łamigłówki w komiksie

„Marek Turek nie jest debiutantem” – to truizm. Właściwie nie wart większego zainteresowania. Jednak mam zamiar rozbudować nieco powyższe stwierdzenie, gdyż w albumie „NeST” widać wyraźnie, że tworząc go, autor się nie spieszył, choć może robił go… za długo. Dopieszczono każdy szczegół, każdą kreskę. Książka jest pięknie narysowana, plansze są fachowo skomponowane. Czytelnik nie ma żadnych wątpliwości, które kadry należy właśnie czytać, aby na bieżąco, zgodnie ze scenariuszem, śledzić akcję. Zastosowane liternictwo nie jest banalne.

Mam pewne wątpliwości, czy wybór prostokątnych, „ostrych” dymków oraz podobnego fontu był słuszny? W kadrach prawie nie ma kątów prostych. Chcąc podkreślić kontrast między słowem a obrazem, autor zdecydował się na wyraziste liternictwo. Rzeczywistość, w której rozgrywa się akcja komiksu, mimo autentycznego miejsca w czasie i przestrzeni, jest niezwykle oniryczna. Natomiast słowa/zdania są, dzięki zastosowaniu takiej czcionki, nadzwyczaj realne i jakby przynależące do innego świata. W niektórych miejscach słów jest za dużo. Dzięki narracji wizualnej czytelnik bez żadnych problemów orientuje się w akcji, a jako bonus/naddatek dostaje odautorski komentarz: z dymka dowiaduje się, co widzi. I to, moim zdaniem, jedyna słabość tego albumu.

Fabuła nie jest skomplikowana. Akcja dzieje się w 1940 roku w małym, niewymienionym z nazwy, miasteczku we Francji. Ulice są prawie puste, z rzadka pojawiają się mieszkańcy miasteczka, częściej żandarmi kolaboracyjnego rządu Vichy. Na marginesie Wielkiej Historii ma miejsce prawdziwy dramat mieszkańców: znikają. Z biegiem akcji okazuje się, że co noc kolejni członkowie społeczności zamieniają się w kamienne posągi. Włodarze miasteczka, aby nie siać paniki, przenoszą zastygłe w bezruchu monolity do magazynu. Niektórzy mieszkańcy myślą, że ludzie po prostu albo uciekli, albo zostali deportowani. Trop znikania w niewyjaśnionych okolicznościach można tłumaczyć parafrazą aresztowań i zsyłki do więzień lub obozów koncentracyjnych.

Dla dobra społeczności sprawa jest wyciszana, chociaż śledztwo się toczy. Dochodzenie prowadzi inspektor Reflet (intrygujące imię, pochodzi z francuskiego, gdzie reflet znaczy „odbicie, refleks, odblask”), który jest gotowy na wszystko, aby złapać „przestępcę”. Gdy wszystkie tradycyjne metody dochodzeniowe zawodzą, decyduje się wziąć udział w niebezpiecznym eksperymencie i spenetrować chory umysł. Pod wpływem hipnozy ma wizje, przedstawiające potwory, smoki, tańczące kobiety, szkielety ptaków, wnętrze kościoła Sagrada Familia z Barcelony. Wszystko ze sobą poplątane, pomieszane, trauma, żadnej logiki. Ostatecznie oniryczne podróże inspektora Refleta pomogą w odkryciu sprawcy epidemii.

Marek Turek jest autorem bardzo świadomym, rozstawia dużo interesujący tropów, nawiązań do różnych artystów. Gdzieniegdzie spotkałem się z opiniami, że tych nawiązań jest „aż” za dużo, że do niczego one nie prowadzą, że jest to jedynie „pusta” erudycja, autorski popis. Nie zgadzam się. Uważam „NeST” za grę, której zasady są proste: Czytelniku rozpoznaj/zgadnij z czego/kogo to cytat?

Marek Turek (scenariusz i rysunki), NeST, Kultura Gniewu, Warszawa 2012.

Maciej Gierszewski
Kopiec Kreta

%d blogerów lubi to: