John Steinbeck, Tortilla Flat. Recenzja.


Każdy ma swoje Monterey

Bardzo jest dobrze mieć przyjaciół.
Jakże samotny jest człowiek, jeśli nie ma przyjaciół,
z którymi może posiedzieć i podzielić się swoją grappą.

(Danny)

Paradoksalnie, pierwsza głośna powieść Johna Steinbecka, wielkiego społecznika i humanisty, została przyjęta dobrze, lecz… „antyspołecznie”. Szerokie grono krytyków i czytelników, choć doceniało literacką wartość „Tortilli Flat”, zarzucało pisarzowi brodzenie w stereotypach, ocierające się o rasizm uwłaczanie meksykańskim Amerykanom (czy też, jak kto woli, potomkom hiszpańskich konkwistadorów), którzy w powieści mienią się dźwięcznie jako paisanos. Dziś, znając nie tylko znaczenie i wymiar twórczości Steinbecka, traktujemy to jak niegroźną dykteryjkę, ale w 1935 r. takie opinie mogły autorowi zaszkodzić. Podjął on nawet próby publicznej obrony, na szczęście dość szybko proza zaczęła bronić się sama, a dokładając co dwa lata kolejne genialne dzieła („Myszy i ludzie” w 1937 r. oraz nagrodzone Pulitzerem „Grona gniewu” w 1939 r.), Steinbeck stał się jednym z najbardziej poczytnych i lubianych pisarzy amerykańskich.

Tortilla Flat to dzielnica miasteczka Monterey, w której mieszkają Danny, główny bohater, i jego przyjaciele. Do kalifornijskiego Monterey Steinbeck będzie wracał w swojej twórczości jeszcze wielokrotnie – w „Ulicy Nadbrzeżnej”, „Cudownym czwartku” czy w sporych fragmentach „Na wschód od Edenu”. Ten rybacki port nad Pacyfikiem to tygiel ludzi różnej orientacji społecznej, różnej maści, pochodzenia i ambicji. Spotkamy tu sprytnych właścicieli spelunek i adwokatów, zarówno „porządnych” Amerykanów, jak i ubogich, pokrzywdzonych weteranów wojennych, policjantów i złodziejaszków, ciężko harujących rybaków i obijających się całymi dniami lekkoduchów.

„Tortilla Flat” – ekranizacja Victora Fleminga z 1942 roku (w rolach głównych: John Garfield jako Danny, Spencer Tracy – Pilon, Hedy Lamarr – Dolores)

Danny i jego kompania, w skład której wchodzą same sławy (Pilon, Pablo, Pirat, Wielki Joe Portugalczyk, a nawet Jezus Maria), należą rzecz jasna do tej ostatniej grupy. I wydaje się, że jest im z tym bardzo dobrze. Życie upływa tym panom na wylegiwaniu się na słońcu, zarywaniu znudzonych panien, drobnych kradzieżach, kombinowaniu, jakby tu niewielkim kosztem zdobyć parę centów na wino, a gdy już się to uda, wydojeniu tego wina z kumplami w słoikach po konfiturach. Sprawa nie zawsze jednak jest prosta, ponieważ czasy prohibicji potrafią mocno dać w kość barwnej ekipie. Mają oni zresztą, w sporej części uzasadnione, pretensje do swojego kraju. „Siedzimy sobie tutaj (…) ze złamanymi sercami” – żartuje Pilon, na co Danny odpowiada mniej lirycznie: „…to nie poemat. Siedzimy tutaj bezdomni. Oddaliśmy nasze życie ojczyźnie, a teraz nie mamy nawet dachu nad głową”.

Nominowany do Oscara Frank Morgan w roli Pirata (z prawej)

Pretensje naszych bohaterów nie mają jednak bolesnego wymiaru – to raczej pijackie filozofowanie, podtrzymujące w ich sercach pretekst do tego, by nic nie zmieniać, ponieważ w gruncie rzeczy większości z nich podoba się takie życie. Kiedy zatem otwiera się przed nimi szansa na odziedziczenie domu, wcale nie przyjmują jej z radością i optymizmem. Niby własny dach nad głową, lecz z drugiej strony… „na twarzy Danny’ego malował się wyraz troski, jaka zawsze towarzyszy bogactwu. I już do końca życia troska ta nie zniknie. Już nigdy w życiu Danny nie będzie wybijał w mieście cudzych szyb, mając własne szyby do wybijania”.

Aby carpe diem nie było zbyt błogie i nudne, nasi przyjaciele przeżywają szereg przygód. Właściwie każdy z siedemnastu rozdziałów jest odrębnym epizodem, w którym odkrywa Steinbeck kolejne zakamarki miasteczka i przedstawia losy kolejnych bohaterów (głównych i pobocznych). Czyni to, swobodnie nawiązując do legend arturiańskich, nie tylko w konwencji (przygodowa stylistyka, charakterystyczne tytułowanie rozdziałów), ale również w warstwie symbolicznej. W „Tortilla Flat” co rusz uświadczymy bogatego folkloru, odnoszącego się do mitów i legend, w postaci skarbów zakopanych w ziemi, które świecą podczas wigilii św. Andrzeja, walki Dobra ze Złem czy Domu-Okrągłego Stołu, z którego przyjaciele wyruszają na kolejne wyprawy.

I choć im dalej w las, tym przygodowo-sowizdrzalska nuta zaczyna przybierać melancholijne filozoficzne tony, zwiastując (jednak) nieadekwatny do tej melodii koniec, to „Tortilla Flat” zawsze pozostanie przede wszystkim pięknym portretem o przyjaźni. Portretem dowcipnym, sentymentalnym i prostym, lecz przez to ponadczasowym. Bo społecznych problemów i nierówności świat nie wyzbędzie się nigdy, ale najlepszych przyjaciół poznaje się właśnie w biedzie. Steinbeck o tym wiedział, a ta książka jest także o tym, że każdy z nas ma swoje Monterey, swoją Tortilla Flat.

John Steinbeck, Tortilla Flat, przeł. Jan Zakrzewski, Prószyński i S-ka, Warszawa 2013.

Rafał Niemczyk

John Steinbeck, Ulica Nadbrzeżna; Cudowny czwartek. Recenzja.


Małe gesty

Gdyby zorganizować i osadzić współczesną Ulicę Nadbrzeżną gdzieś w polskich realiach, miejsce Macka i spółki zająłby zastęp meneli o mniej skomplikowanych charakterach i nie tak subtelnie uduchowionych (spójrz pan w moje oczy…) i żywotnych, choć z całą pewnością o zdecydowanie bardziej sfatygowanych fizys. Zamiast towarzystwa pełnych wdzięku i gracji pań z burdelu „Pod Niedźwiedzią Flagą”, przyszłoby nam oglądać czyhające gdzieś przy szosie tirówki wyjęte z którejś z  powieści Witkowskiego, a opiekujący się nimi wykidajło byłby łysym, wytatuowanym, studwudziestokilowym trzydziestolatkiem, ze spojrzeniem nijak nie wpasowującym się w kanony literatury pięknej. Miejsce sklepikarza Lee Chonga zająłby jakiś zachodni prywaciarz. A Doktor? W tym akurat wypadku wato byłoby cofnąć się do lat 30. XX wieku, a więc dekady, w której rzeczywiście rozgrywają się wydarzenia z „Ulicy Nadbrzeżnej” („Cudowny czwartek” chronologicznie jest powojenną luźną kontynuacją tychże), a wtedy ukłoniłby nam się Profesor Wilczur z powieści Dołęgi-Mostowicza, „najsłynniejszy chirurg Warszawy swoich czasów”.

Stara ulica Nadbrzeżna (fot. MTYcounty.com)

A jednak „Ulica Nadbrzeżna” i „Cudowny czwartek” to opowieści cudownie pogodne, jakby na przekór ciężkiemu życiu bohaterów. To zdecydowanie ich największa siła. John Steinbeck, który przyzwyczaił nas do kreślenia historii pięknych, choć często melancholijnych lub smutnych, tym razem sięga po poetycki obraz niewielkiego miasteczka – z pogranicza jawy i snu, niezwykle barwnego, tętniącego życiem i pozytywną energią. Mieszkańcy tytułowej nadmorskiej ulicy kalifornijskiego Monterey to dziwni ludzie różnej maści, outsiderzy, refuzerzy, wyrzutki, lekkoduchy. Ludzie najczęściej biedni, często też zagubieni i łudzący się nierealnymi marzeniami (to jawa), ale obdarzeni szaloną wyobraźnią, wrażliwością, poczuciem humoru i lojalności.

Mieszka tu Henri, malarz konstruujący łódź z kawałków drewna, budowy której za wszelką cenę nie chce skończyć, ponieważ nie umie pływać. Do swojej łodzi-domu regularnie sprowadza za to chętne kochanki, które po jakimś czasie zawsze odchodzą (w łodzi-domu nie ma wychodka). Przyjacielem malarza jest Eric, fryzjer kolekcjonujący pierwsze wydania autorów, którzy nigdy nie mieli drugiego wydania. Gwiazdą kampanii reklamowej domu towarowego Holmana jest łyżwiarz pobijający rekord w ślizganiu się dniem i nocą na okrągłej małej platformie przymocowanej do wysokiego słupa. A każdego wieczora, w porze zmierzchu, szarą godziną spaceruje przez miasto duch starego Chińczyka, w staromodnym słomianym kapeluszu, bluzie i spodniach z niebieskiego cajgu i ciężkich buciorach. W ręku trzyma wiklinowy kosz i znika gdzieś na molo, przeciąwszy wpierw teren małej plaży. Tak gadają, a ja w to wierzę, dlatego o tym piszę. W Ulicę Nadbrzeżną trzeba uwierzyć, przekonacie się o tym.

 

„Dwa pokolenia Amerykanów wiedziały więcej o fordowskim zaworze wlotowym niż o łechtaczce, o planetarnym systemie przekładni niż o planetach w ogóle” (Ford T z 1912 roku; fot. best-cars.idols.pl)

W sposób dość trudny do wyrażenia w kilku zdaniach czuwa nad nimi Doktor – samotny rezydent Zachodniego Laboratorium Biologicznego, eksperymentator, naukowiec z namiętnością wsłuchujący się w chorały gregoriańskie. Pierwowzorem jego postaci był niejaki dr Edward Ricketts, z którym amerykański pisarz często pijał i prowadził filozoficzne rozmowy. Gdy tylko jest w stanie, Doktor leczy ciała i dusze mieszkańców Monterey, oni zaś, próbując mu się odwdzięczyć, sprowadzają na niego coraz to nowe kłopoty (celują w tym „Mack i chłopaki” pomieszkujący w baraku zwanym Pałacykiem).

To właśnie lojalność i przyjaźń, sportretowane na płótnie lokalnej społeczności, są rzeczywistymi bohaterami utworu. Akcja jest pozornie leniwa i wcale nie najważniejsza. Choć Ulicę Nadbrzeżną ciągle nawiedzają nowe problemy i niedające się uchwycić w tradycyjny sposób namiętności, a konstrukcja utworu za pomocą krótkich rozdzialików fragmentarycznie uchyla nam rąbków fabuły, najistotniejsze jest to, co można wyczytać gdzieś na marginesie, pomiędzy rozdziałami i – często nieporadnymi – rozmowami bohaterów. Dlatego nieważne, że Mack i chłopaki rozpieprzyli Doktorowi laboratorium. Ważne, że chcieli mu urządzić przyjęcie. Cieszące się niedobrą sławą „chcieć dobrze” zyskuje na Ulicy Nadbrzeżnej nieco inny wymiar. A John Steinbeck po raz kolejny udowadnia, że w życiu najbardziej liczą się małe gesty.

John Steinbeck, Ulica Nadbrzeżna; Cudowny czwartek, przeł. Adam Kaska i Krzysztof Obłucki, Prószyński i S-ka, Warszawa 2012.

Rafał Niemczyk

%d blogerów lubi to: