Jeph Loeb, Tim Sale, Batman. Długie Halloween. Recenzja.


Batman-Dlugie-Halloween-okladkaHoliday znaczy śmierć, czyli gdyby Chandler zwiedził Gotham

Nawet po śmierci rysy Donegana Marra były spokojne, regularne, łagodne (…) Spoczywał bezwładnie na wyściełanym niebieskim krześle biurowym. Cygaro w popielniczce, ozdobionej na brzegu figurką charta z brązu, dopaliło się samo. Lewa ręka zmarłego zwisała obok krzesła, prawa zaś dotykała pistoletu na biurku. Promienie słońca, padające z tyłu przez zamknięte okno, odbijały się na wypolerowanych paznokciach (…) Marr nie żył; nie żył już od jakiegoś czasu.

Wysoki, szczupły mężczyzna o ciemnej cerze w milczeniu opierał się o mahoniową szafkę, nie odrywając wzroku od zmarłego. Ręce trzymał niedbale w kieszeniach eleganckiego garnituru z granatowej serży. Słomkowy kapelusz miał zsunięty na tył głowy. Tylko jego oczy i proste, zaciśnięte usta zdradzały, że to, co się stało, nie jest mu obojętne.

(Raymond Chandler, „Hiszpańska krew”)

Batman-Dlugie-Halloween-1Na blogu Rękopis znaleziony w Arkham Krzysztof Ryszard Wojciechowski pisze: „Jeśli mielibyście w życiu przeczytać tylko jeden komiks o Batmanie, to niech to będzie ten”. Warto zacząć recenzję właśnie od tych słów, dodając jednocześnie, że pozytywnych recenzji „Długiego Halloween” jest w sieci co nie miara. I wszystkie są zasłużone. Grubaśny (ok. 370 stron) komiks duetu Jeph Loeb & Tim Sale (autorzy m.in. świetnie przyjętego „Supermana na wszystkie pory roku”) to kawał rewelacyjnej, wciągającej rozrywki, choć w zgoła ponurym nastroju. W albumie otrzymujemy wszystko to, czego można by oczekiwać od Batmana: intrygę, całe pokłady mroku, brudne zabójstwa, poczucie beznadziei, ludzkie dramaty, przeszywający dreszczem chichot szaleństwa. Całość podano perfekcyjnie – za pomocą przemyślanych, idealnie skomponowanych kadrów misternie budujących brudny nastrój w klimacie noir. Płynie się przez nie bez najmniejszych zgrzytów, całość układa się w pełną napięcia, jasną i spójną fabułę.

Akcja „Długiego Halloween” rozgrywa się w Gotham, w scenerii na poły Chandlerowskiej i z „Ojca chrzestnego”, gdzie dwa zwaśnione mafijne klany toczą ze sobą zimną wojnę. Konflikt zaognia się, kiedy dochodzi do serii tajemniczych morderstw, których ofiarami padają kolejni gangsterzy Carmine „Rzymianina” Falconego. Trup ściele się gęsto, lecz jak się okazuje, nieprzypadkowo, bo pod świąteczny dyktat. Pierwsza ofiara ginie w Halloween, zaś kolejne morderstwa mają miejsce w Święto Dziękczynienia, na Boże Narodzenie, w Sylwestra, na Walentynki, Prima Aprilis i tak przez cały rok, w koło Macieju. Każda zbrodnia okraszona jest stosowną do okoliczności „kokardką”, a przy zwłokach morderca pozostawia jakiś drobiazg.

Batman-Dlugie-Halloween-2

Seryjny morderca zostaje ochrzczony jako Holiday, a jego krwawa rzeź zaplata sieć wzajemnych podejrzeń. Kim jest Holiday? Czy aby na pewno jest członkiem mafijnej rodzinki konkurencji Rzymianina? A może to kolejny zwyrodniały dziwoląg, którego zrodziło Gotham? Tożsamość egzekutora próbuje ustalić na własną rękę Falcone, jak również „trio sprawiedliwych”: komisarz Gordon, prokurator Harvey Dent i oczywiście sam Batman. Wraz z gęstniejącą atmosferą sprawą zaczyna interesować się z różnych powodów także armia gothamowskich freaków, na czele z Jokerem, Scarecrowem czy psychotycznym Calendar Manem, analizującym śledztwo ze środka hermetycznej celi niczym Hannibal Lecter.

Po pierwszej lekturze „Batman. Długie Halloween” warto komiks obejrzeć jeszcze raz. Zasługuje on bowiem na to, żeby jak najuważniej prześledzić skomponowane mądrze i z pomysłem kadry. Każdy z nich perfekcyjnie chwyta daną chwilę i aktualnie panujące emocje, pomijając jednocześnie pewne szczegóły (jak np. drobiazgowe tło), by uwypuklić inne, istotniejsze i bardziej symboliczne. Warto wspomnieć, że owo „uszczegóławianie” często występuje w utworach samego Chandlera (wróćcie na moment do cytatu z początku recenzji – wydaje się on żywcem dopieszczonym komiksowym kadrem). Ale opowieść ta świetnie operuje również czymś w rodzaju rysunkowego „uogólnienia” (nie tylko rysunkowego) – naprowadza czytelnika na właściwą ścieżkę, upraszcza, ale w bardzo sprawny sposób, przez co historia wręcz sama się czyta. Mrok, nieustanna gra cieni, wysokie sufity, widowiskowe kadry „z góry”, zmarszczone, nieraz groteskowe, choć proste twarze, ponure okoliczności pogody, poszarpana i powyginana peleryna Mrocznego Rycerza – każdy element scenografii tworzy tu paranoiczną atmosferę grozy.

Batman-Dlugie-Halloween-5

Batman-Dlugie-Halloween-4Świetnie w kadrach tegoż „Batmana” odnaleźli się dobrze znani wszystkim fanom Mrocznego Rycerza złoczyńcy – m.in. Joker, Trujący Bluszcz (Poison Ivy), Strach na Wróble (Scarecrow), Szalony Kapelusznik (Mad Hatter) czy Człowiek-Zagadka (Riddler). Nagromadzenie złoczyńców przewijających się w tle całej intrygi to gratka dla czytelników, którzy w jednym komiksie mają okazję przeżyć masę ekscytujących spotkań. Straszne twarze antybohaterów nadają historii schizofrenicznych sznytów. Każdy kolejny epizod jest czymś w rodzaju kolejnego aktu mrocznego teatru chorych umysłów. Gdzieś między twardą i przyziemną mafijną przypowieścią, przebrzmiewa szalona fantasmagoria, tak charakterystyczna dla miasta, w którym narodził się Batman.

No i jest jeszcze człowiek. Ponury i bezradny, choć pełen idei w tym ogarniętym szaleństwem i przestępczością mieście. Harvey Dent. Człowiek prawy, który chce zapanować nad chaosem, ale bezlitosna walka o sprawiedliwość uwalnia w nim mroczną stronę. Postać tragiczna. Są też smutne, cierpiące przez to miasto rodziny, żony i dzieci, które nie mogą zasnąć spokojnie. I jest wreszcie Batman, który niezłomnie staje na straży Gotham, choć wciąż ma pod górkę, a momentami wydaje się nawet, że jego żmudna walka jest skazana na niepowodzenie. Kto tym razem wygra? I czy w ogóle ta gra ma sens?

Batman-Dlugie-Halloween-3„Długie Halloween” z dobrymi kryminałami noir łączy jeszcze jedno, a mianowicie świetnie uknuta intryga. Jak w dobrej powieści kryminalnej, do samego końca ciężko domyślić się „kto zabijał”, choć twórcy porozrzucali tu i ówdzie malutkie tropy. Nawet gdy przychodzi punkt kulminacyjny i rozwiązanie zagadki zostaje nam podane jak na tacy, wydawać się może, że „coś się nie zgadza”, że… Wystarczy. Czytanie kryminałów od ostatniej strony to niezbyt dobry pomysł. Zdecydowanie lepszym jest sięgnięcie po sam komiks i zmierzenie się z Holidayem face to face, ponieważ „Batman. Długie Halloween” to lektura obowiązkowa każdego fana Mrocznego Rycerza, komiksu superbohaterskiego, a może i nawet komiksu w ogóle. Nie tylko na Halloween, ale na cały rok. Na każde święto, które dobrze będzie podczas odwiedzin w Gotham obedrzeć nieco z tradycyjnego lukru.

Dorotka-BatmanJeph Loeb i Tim Sale, Batman. Długie Halloween, tłum. Tomasz Sidorkiewicz, wyd. Mucha Comics, Warszawa 2014.

Dorota Jędrzejewska
Rafał Niemczyk

* Komiks „Batman. Długie Halloween” można kupić w promocyjnej cenie na stronie Mucha Comics.

Daytripper. Dzień po dniu. Recenzja.


Daytripper-okladkaCałe życie jest piękne, stary

[…] je­dynie w śmier­ci nap­rawdę mog­li być ra­zem, je­dynie w śmier­ci pośród miłości miała szan­se mu spros­tać, tam, w niebie ho­telo­wych po­koi, by­li równi, by­li nadzy, i tam do­piero mogło do­konać się praw­dzi­we zmar­twychwsta­nie fe­nik­sa; wprzód zadławiw­szy ją wśród rozkoszy, z nitką śli­ny w ot­wartych us­tach, pat­rząc na nią ek­sta­tycznie, jak­by do­piero ją poznał, jak­by wreszcie przyjął ja­ko swoją, prze­ciągnął na swój brzeg.

 (Julio Cortázar, „Gra w klasy”)

Nieznośna myśl – wpełzająca do głowy stopniowo, gdy zaczynamy oswajać się ze światem i konwencją „Daytrippera” – huczy w głowie jak daleki dzwon, zanoszący wieść, że jedynie śmierć kształtuje życie w sensie ostatecznym i jedynie ona nadaje mu głębszy wymiar, kształt i znaczenie. Proste? Proste. Było? Było. Ale Brazylijczycy Fábio Moon i Gabriel Bá za swój komiks, którego dziesięć zeszytów ukazało się w Polsce nakładem Mucha Comics w zbiorczym albumie pt. „Dzień po dniu”, zebrali mnóstwo nagród (m.in. Eisnera, Harveya oraz Eagle). Nie ma w tym nic dziwnego, ponieważ brazylijskie bliźniaki (tak, tak!) filozoficzne oczywistości przełożyli na serię poruszających, dobrze opowiedzianych historii, które łączy nieuchronna śmierć głównego bohatera.

Brás de Oliva Domingos umiera w każdym rozdziale – tyle możemy zdradzić z konwencji, aby nie zepsuć zabawy. Tytuły rozdziałów zawsze są numerem lub cyfrą i oznaczają pułap wieku, który udało się osiągnąć bohaterowi w kolejnych opowieściach. Przy czym aby nie było zbyt banalnie, kolejne rozdziały nie są ułożone chronologicznie: Brása poznajemy jako faceta w średnim wieku, a później raz cofamy się w przeszłość, raz wybiegamy w przyszłość, poznając coraz to nowe wydarzenia i postacie z jego życia. Jak skończyłoby się, gdyby tragicznie zginął jako nastolatek, a co oferuje mu wiek dojrzały, przejrzały, starość.

Brás to fajny facet i chyba to jest największa siła komiksu. Jest dziennikarzem mieszkającym i pracującym w tętniącej życiem brazylijskiej metropolii – São Paulo. W redakcji zajmuje stanowisko szczególne – układa bowiem nekrologi, które dla rodzin zmarłych są formą ostatniego hołdu, ale i obolem wkładanym w usta bliskim na pożegnanie. Brás wywiązuje się ze swego posłannictwa świetnie, ma wyczucie i własny styl, lecz marzy o czymś więcej, przytłoczony sławą ojca – pisarza. Melancholijne oblicze Brása rozjaśniane jest przez drobne radości: kwitnącą męską przyjaźń z Jorge, coraz większymi sukcesami zawodowymi, pierwszą miłością, narodzinami dziecka, czułością matki. Jednak naszego bohatera spotyka wiele życiowych przeszkód, zawodów, które wpędzają go w kompleksy. Raz jest to nieudany związek, innym razem brak weny, często egzystencja w cieniu ojca, którego uwagę Brás próbuje zwrócić, najczęściej bezskutecznie.

Brás to także zwyczajny facet, co dodaje tej historii jeszcze większej mocy. Na różne sposoby odnajdujemy w nim siebie – w jego przeciętnych problemach i ponadprzeciętnych ambicjach, w jego potencjale, smętnym uosobieniu, strachu przed działaniem, romantyzmie i marzycielstwie, w pytaniach, które zadaje życiu. Nie jest to superbohater, nie jest to też człowiek przebojowy – to normalny, choć szlachetny zjadacz chleba, który podróżuje przez codzienność bez pośpiechu, powoli pchając swój życiorys do przodu.

Jego historia natomiast to ujmująca pochwała życia, w którym każda z chwil ma swoją wartość i gdzie każdy dzień, nawet ten pozornie zwyczajny, niesie ze sobą najprostszą z możliwych, choć często niedocenianą przyjemność istnienia. Połykamy ten haczyk, zgadzamy się z ideą podsuniętą przez autorów, nawet jeśli w pewnych momentach ociera się ona o trywialność. Na szczęście w tej przyjaznej oprawie zupełnie nam to nie przeszkadza.

Komiks autorstwa brazylijskiego duetu jest wyposażony w wyjątkowo przyjemną atmosferę. Kolejne epizody czyta się „miodnie”, a melancholijna opowieść staje się refleksyjną, lecz również autentycznie relaksującą lekturą. Nie bez zasług w takim właśnie odbiorze jest oprawa graficzna „Daytrippera”. Dzięki niej czytelnik płynnie przesuwa się po kadrach, dając się ponieść scenariuszowi. Twarze są tu sympatyczne i pełne emocji, brazylijskie plenery (głównie ulice i domy São Paulo, ale też plaże Rio de Janeiro, a nawet prowincjonalne zakamarki Brazylii) wyraziste i ładne, a kolory – róże i delikatne pastele – skutecznie potęgują klimat.

Całość stanowi zgrabną, poruszającą przypowieść, która głosi, że wbrew pozorom życie jest długie i warte przeżycia. A śmierć, strata, przemijanie? Urodzony po sąsiedzku Argentyńczyk Jorge Luis Borges uważał, że jeżeli wieczność istnieje, śmierć jest tylko żartem. Julio Cortázar dodawał, że jeśli się pośpieszymy i przybiegniemy przed nią – zrozumiemy, że to już bez znaczenia. Fábio Moon i Gabriel Bá do tych latynoskich rozważań dodali kolejną cegiełkę. Podczas jednej z podróży Brás pyta swojego przyjaciela-fotografa, dlaczego ten nie robi zdjęć. „Klisza by pękła od tego piękna – odpowiada Jorge. – Całe życie jest piękne, stary”.

Fábio Moon & Gabriel Bá (scenariusz i rysunki), Daytripper. Dzień po dniu, tłum. Tomasz Sidorkiewicz, Wydawnictwo Mucha Comics, Warszawa 2012.

 Dorota Jędrzejewska
Rafał Niemczyk

%d blogerów lubi to: