John Steinbeck, Tortilla Flat. Recenzja.


Każdy ma swoje Monterey

Bardzo jest dobrze mieć przyjaciół.
Jakże samotny jest człowiek, jeśli nie ma przyjaciół,
z którymi może posiedzieć i podzielić się swoją grappą.

(Danny)

Paradoksalnie, pierwsza głośna powieść Johna Steinbecka, wielkiego społecznika i humanisty, została przyjęta dobrze, lecz… „antyspołecznie”. Szerokie grono krytyków i czytelników, choć doceniało literacką wartość „Tortilli Flat”, zarzucało pisarzowi brodzenie w stereotypach, ocierające się o rasizm uwłaczanie meksykańskim Amerykanom (czy też, jak kto woli, potomkom hiszpańskich konkwistadorów), którzy w powieści mienią się dźwięcznie jako paisanos. Dziś, znając nie tylko znaczenie i wymiar twórczości Steinbecka, traktujemy to jak niegroźną dykteryjkę, ale w 1935 r. takie opinie mogły autorowi zaszkodzić. Podjął on nawet próby publicznej obrony, na szczęście dość szybko proza zaczęła bronić się sama, a dokładając co dwa lata kolejne genialne dzieła („Myszy i ludzie” w 1937 r. oraz nagrodzone Pulitzerem „Grona gniewu” w 1939 r.), Steinbeck stał się jednym z najbardziej poczytnych i lubianych pisarzy amerykańskich.

Tortilla Flat to dzielnica miasteczka Monterey, w której mieszkają Danny, główny bohater, i jego przyjaciele. Do kalifornijskiego Monterey Steinbeck będzie wracał w swojej twórczości jeszcze wielokrotnie – w „Ulicy Nadbrzeżnej”, „Cudownym czwartku” czy w sporych fragmentach „Na wschód od Edenu”. Ten rybacki port nad Pacyfikiem to tygiel ludzi różnej orientacji społecznej, różnej maści, pochodzenia i ambicji. Spotkamy tu sprytnych właścicieli spelunek i adwokatów, zarówno „porządnych” Amerykanów, jak i ubogich, pokrzywdzonych weteranów wojennych, policjantów i złodziejaszków, ciężko harujących rybaków i obijających się całymi dniami lekkoduchów.

„Tortilla Flat” – ekranizacja Victora Fleminga z 1942 roku (w rolach głównych: John Garfield jako Danny, Spencer Tracy – Pilon, Hedy Lamarr – Dolores)

Danny i jego kompania, w skład której wchodzą same sławy (Pilon, Pablo, Pirat, Wielki Joe Portugalczyk, a nawet Jezus Maria), należą rzecz jasna do tej ostatniej grupy. I wydaje się, że jest im z tym bardzo dobrze. Życie upływa tym panom na wylegiwaniu się na słońcu, zarywaniu znudzonych panien, drobnych kradzieżach, kombinowaniu, jakby tu niewielkim kosztem zdobyć parę centów na wino, a gdy już się to uda, wydojeniu tego wina z kumplami w słoikach po konfiturach. Sprawa nie zawsze jednak jest prosta, ponieważ czasy prohibicji potrafią mocno dać w kość barwnej ekipie. Mają oni zresztą, w sporej części uzasadnione, pretensje do swojego kraju. „Siedzimy sobie tutaj (…) ze złamanymi sercami” – żartuje Pilon, na co Danny odpowiada mniej lirycznie: „…to nie poemat. Siedzimy tutaj bezdomni. Oddaliśmy nasze życie ojczyźnie, a teraz nie mamy nawet dachu nad głową”.

Nominowany do Oscara Frank Morgan w roli Pirata (z prawej)

Pretensje naszych bohaterów nie mają jednak bolesnego wymiaru – to raczej pijackie filozofowanie, podtrzymujące w ich sercach pretekst do tego, by nic nie zmieniać, ponieważ w gruncie rzeczy większości z nich podoba się takie życie. Kiedy zatem otwiera się przed nimi szansa na odziedziczenie domu, wcale nie przyjmują jej z radością i optymizmem. Niby własny dach nad głową, lecz z drugiej strony… „na twarzy Danny’ego malował się wyraz troski, jaka zawsze towarzyszy bogactwu. I już do końca życia troska ta nie zniknie. Już nigdy w życiu Danny nie będzie wybijał w mieście cudzych szyb, mając własne szyby do wybijania”.

Aby carpe diem nie było zbyt błogie i nudne, nasi przyjaciele przeżywają szereg przygód. Właściwie każdy z siedemnastu rozdziałów jest odrębnym epizodem, w którym odkrywa Steinbeck kolejne zakamarki miasteczka i przedstawia losy kolejnych bohaterów (głównych i pobocznych). Czyni to, swobodnie nawiązując do legend arturiańskich, nie tylko w konwencji (przygodowa stylistyka, charakterystyczne tytułowanie rozdziałów), ale również w warstwie symbolicznej. W „Tortilla Flat” co rusz uświadczymy bogatego folkloru, odnoszącego się do mitów i legend, w postaci skarbów zakopanych w ziemi, które świecą podczas wigilii św. Andrzeja, walki Dobra ze Złem czy Domu-Okrągłego Stołu, z którego przyjaciele wyruszają na kolejne wyprawy.

I choć im dalej w las, tym przygodowo-sowizdrzalska nuta zaczyna przybierać melancholijne filozoficzne tony, zwiastując (jednak) nieadekwatny do tej melodii koniec, to „Tortilla Flat” zawsze pozostanie przede wszystkim pięknym portretem o przyjaźni. Portretem dowcipnym, sentymentalnym i prostym, lecz przez to ponadczasowym. Bo społecznych problemów i nierówności świat nie wyzbędzie się nigdy, ale najlepszych przyjaciół poznaje się właśnie w biedzie. Steinbeck o tym wiedział, a ta książka jest także o tym, że każdy z nas ma swoje Monterey, swoją Tortilla Flat.

John Steinbeck, Tortilla Flat, przeł. Jan Zakrzewski, Prószyński i S-ka, Warszawa 2013.

Rafał Niemczyk

Doris Lessing, Lato przed zmierzchem.


Trwa lato, ciemności jeszcze nie okryły życia

Po tym, jak w 1973 Nagrodę Nobla w kategorii literatury dostaje Patrick White, Sándor Márai notuje w dzienniku: „Literackiej Nagrody Nobla już od jakiegoś czasu nie dostają pisarze, tylko państwa. W tym roku otrzymał ją młodzieńczy, rozwijający się kontynent: Australia. Wcześniej otrzymały ją Gwatemala, Islandia, Chile, Jugosławia i Nelly Sachs. Mauretania i Albania jeszcze czekają na swoją kolej; ale to tylko kwestia alfabetu”. Ciekawe, co miałby do powiedzenia o laureatce Doris Lessing? W końcu Lessing nie jest autorką z jakiegoś małego/nowego kraju. W końcu nie jest autorką kilku książek, a kilkunastu. Była pisarką pełną gębą (Gombrowicz się kłania). Pani Iwona Torbicka napisała:
„W powieściach Lessing odnajdziemy znakomitą rekonstrukcję psychiki kobiet. I właśnie dlatego powinni je czytać mężczyźni, którzy deklarują, że kobiet nie rozumieją”. Nie twierdzę, że nie rozumiem kobiet, staram się je rozumieć bardziej, lepiej, pewnie dlatego zdecydowałem się przeczytać tę książkę.

Bohaterką książki Lessing jest czterdziestopięcioletnia kobieta – Kate Brown. Żona Michaela, wziętego lekarza neurochirurga, którego poznała na studiach w Oxfordzie i za którego wyszła nie ukończywszy studiów: literatury i języków romańskich. Została za to matką, matką czwórki dzieci: Stephena, Eileen, Jamesa i Tima. „Gdyby nie wyszła wtedy za mąż, chyba stałaby się kimś cenionym w swojej dziedzinie. Może wykładowcą? Kobiety rzadko zostają profesorami. Ale te myśli nie nachodziły jej często: nie uważała dzieci za rzecz nużącą”.

Doris Lessing w 1957 roku (fot. Warner)

Poznajemy ją, jak stoi na schodach prowadzących z kuchni do ogrodu. Latem. Stoi i czeka z założonymi rękami. Na co czeka? Aż zagotuje się woda, ale równie dobrze mogłaby czekać na to, co przyniesie jej zbliżające się lato i, w pewnym sensie, możemy powiedzieć, że właśnie na to czeka. Ponieważ ma to być pierwsze od dwudziestu kilku lat lato, które będzie miała spędzić sama. Sama, bez męża, który razem z córką wyjeżdża na cztery miesiące do Stanów, do Bostonu. Sama, bez pozostałych dzieci, gdyż Stephen jedzie do Maroka i Algierii, James do Sudanu, a Tim do Norwegii. I oto kobieta, która przez prawie całe swoje dorosłe życie krzątała się („Wszystkie, każda z nich, przeszły długą edukację w jednej rzeczy – krzątanie. (…) Oto do czego doprowadziły wszystkie te lata nabywania cnót: ona i jej rówieśniczki stały się maszynami nastawionymi na jedną czynność: na kierowanie, aranżowanie, regulowanie, przewidywanie, nakazywanie, zanudzanie, martwienie się i organizowanie. Słowem, na krzątaninę”.) w domu przy mężu i dzieciach, zostaje, w wyniku zbiegu kilku okoliczności, postawiona w zupełnie nowej dla niej sytuacji, w której musi się odnaleźć. Musi coś ze sobą zrobić przez najbliższe miesiące.

Być może nie jest to dla niej sytuacja graniczna, jednak na tyle nowa (i jak się potem okazuje ważna), że musi się wobec niej, wobec siebie, określić. Role społeczne: matki, żony, głowy domu, które pełniła przez ostatnie lata, okazują się bezużyteczne. Jest zmuszona, przez sytuację zewnętrzną, do przyjęcia na siebie nowych ról, gdyż, aby posłużyć się kategorią socjologiczną zaczerpniętą z interakcjonizm symbolicznego, kluczowa rola głównej bohaterki zostaje zawieszona. W sukurs przychodzi jej mąż, a dokładnie jego znajomy, który oferuje jej pracę tłumacza konferencyjnego w międzynarodowej instytucji „Żywność dla Świata”, którą, z wahaniem wynikłym z wiary w swoje siły i zdolności, przyjmuje. Jej/ich dom na czas wakacji zostaje wynajęty obcym ludziom, a ona sama przeprowadza się do wynajętego mieszkania w Londynie.

Doris Lessing z Nagrodą Nobla (fot. Shaun Curry/AFP)

Należy zauważyć, że te sytuacje nie wynikają z działań samej Kate Brown, raczej zgadza się na to, co jest jej proponowane. Nie uzyskała jeszcze pełnej podmiotowości, która w dalszej część książki będzie tak ważna, dla nowego określenia siebie głównej bohaterki. Po kilku tygodniach pracy dostaje awans, który znów wiąże się z krzątaniem, zaczyna organizować, dzwonić, ustalać, umilać, decydować. Jednak z większą świadomością tego faktu. Organizuje konferencję w Konstantynopolu, podczas której w hotelu poznaje młodszego od siebie mężczyznę Jeffreya, który proponuje jej wyjazd, wakacje w Hiszpanii. Kate Brown, szanowana matka, żona, tłumaczka, organizatorka, koleżanka, przyjaciółka, decyduje się wyjechać na drugi koniec kontynentu europejskiego z obcym, młodszym mężczyzną, by przeżyć miłe chwile (szalony romans?).

Decyduje się właśnie dlatego, by zapomnieć, by odciąć się od tych wszystkich ról wymienionych powyżej, by w końcu zrobić coś dla siebie, choćby miało to być coś tak nierozsądnego, jak ów wyjazd. I w tym momencie książka się rozkręca, nabiera tempa, nabiera rumieńców, zaczynamy widzieć i rozumieć zmiany, jakie zachodzą w Kate, „Dlaczego jednak nie oznajmić rodzinie, że ma zamiar się zmienić, że jest w trakcie zmieniania się?”. Dwie strony dalej jest zdanie, jedno z kluczowych dla tej książki: „Mogłaby wędrować tak, gdzie zechce, i wrócić do domu za dwa miesiące, spędzając ten okres naprawdę sama, to znaczy jak ktoś, kto kieruje się własnym wyborem”, jak ktoś, kto jest wolny – chciałoby się dopowiedzieć.

Dla mnie jest to właśnie książka o dochodzeniu do wolności, o dochodzeniu do zrozumienia/pojmowania wolności w związku, w rodzinie, w życiu. Nie będę zdradzał dalszych elementów fabuły. Tego, czy romans był płomienny, czy konieczny był rozwód, czy dzieci płakały, tego czy czasem po powrocie do Anglii życie Kate Brown toczyło się dalej wcześniej wyznaczonymi torami. I tego kim jest Maureen, i jak wpłynęło na Kate poznanie jej, i jakie miało to spotkanie ostatecznie skutki. W końcu wciąż trwa lato, lato przed zmierzchem, ciemności (wciąż jeszcze) nie okryły życia…

Doris Lessing, Lato przed zmierzchem, tłum. Barbara Radkiewicz-Sadowska, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2008.

Maciej Gierszewski
Kopiec Kreta

Kenzaburo Oe, Sprawa osobista.


Samozałganie

W 1994 roku pewien sąd w Skandynawii, dokładniej w Oslo, powodowany radą i opinią wielu kwalifikowanych ławników, uznał Kenzaburo Oe winnym oraz za siłę i poezję w tworzeniu wyimaginowanego świata, w którym życie i mit składają się na poruszający obraz sytuacji człowieka we współczesnym świecie skazał go na popularność, splendor i chwałę w literackim świecie, a żeby taki wyrok podsądnemu z Japonii osłodzić, postanowił obdarować go drobną nagrodą pieniężną.

Istotnym dowodem rzeczowym w procesie była „Sprawa osobista”, której autor pewnie zastanawiał się, czy taki honor wobec jego osoby powinien przyjąć. Tym bardziej, że równo 30 lat wcześniej, w 1964 roku, jego pisarski idol – Jean Paul Sartre – znalazłszy się w podobnych tarapatach, odmówił nagrody, tłumacząc się tym, że żaden człowiek nie powinien być uwieczniony za życia, dodając z przekąsem, ale i uporem, iż zaszczyty ograniczają wolność… Kenzaburo Oe najwyraźniej nie zgodził się z takim argumentowaniem, gdyż pozwolił Akademii Szwedzkiej nagrodę wręczyć. W specjalnej mowie podziękował za takie jego pisarstwa uznanie, a czyniąc to ostatnie, wspomniał swego syna, Hikariego, który reagował tylko na szczebiot dzikich ptaków, nigdy na dźwięk ludzkiego losu – być może pozdrowił tym samym Sartre’a, wtedy znajdującego się już w zaświatach, których prawdopodobnie – według przeświadczenia obu panów – nie ma.

W ten sposób, jak często w życiu bywa, czyli paradoksalnie, związały się nitki dwóch ludzi: jeden – fundator nagrody – był wynalazcą dynamitu, drugi – ten wyróżniony – zaciekłym aktywistą antynuklearnym. Literatura zaś po raz kolejny udowodniła, że potrafi budować mosty między różnymi poglądami na rzeczywistość i, nawet jeśli są to opinie na temat narzędzi zabijania, mogą to być rozmowy pokojowe.

Pozostawiając żartobliwej uwadze blichtr świata, czyli kwestie sławy, nagród i paradoksów życiowych znanych osób, przyjrzyjmy się bliżej „Sprawie osobistej”, bo to pozycja godna czytelniczego zainteresowania i rzeczywiście, trzymając się wyżej przyjętej terminologii, jest przekonującym dowodem literackiego kunsztu Kenzaburo Oe.

Skandal nienormalnego dziecka

Dwóch noblistów rodem z Azji – Kenzaburo Oe i Mo Yan – na chińskiej farmie tego ostatniego (fot. aMAo, 2005)

Powszechnie uważa się tę książkę za zapis etapu dojrzewania młodego mężczyzny, Ptaka – niezbyt rozgarniętego życiowo korepetytora anglistyki, posiadającego w przeszłości kilka niechlubnych kart, z teraźniejszością radzącego sobie niezupełnie lepiej, a w sprawach przyszłości snującego mrzonki na temat Afryki, języka suahili oraz guźców. Samą postać Ptaka utożsamia się z alter-ego autora lub przynajmniej dostrzega się w niej motywy autobiograficzne, bo Kenzaburo Oe jest również ojcem niepełnosprawnego syna, wspomnianego wyżej Hikariego. Ponadto traktuje się „Sprawę osobistą” jako studium zachowania człowieka, który zostaje ojcem dziecka z przepukliną mózgową, podlejszą nawet od przepukliny rozworu przełykowego, i – przynajmniej początkowo – zupełnie nie wie, co z tym zrobić, a pierwsze, co przychodzi mu do głowy, to uciec, bo zawsze do tej pory w takich momentach uciekał.

Z pewnością jest to prawda, jednak nie cała, bo jest to również rzecz o czymś innym, a jeszcze lepiej o czymś szerzej pojętym – jest to bowiem świetny opis zarówno sytuacji osaczonego, jak i krytyka samego osaczania, bo przecież mówi się tu nie tylko o inności i jej zatrważających konsekwencjach, ale również o potrzebie znęcania się nad słabszym, o wypływającym z tego rozgoryczeniu ofiar, o godności słabszego czy wreszcie o sytuacji jednostki skonfrontowanej z omnipotencją społeczeństwa. Pełno tu samotności, chłodu emocjonalnego, zagubienia, egoizmu pojmowanego jako jedyne możliwe wyjście i będącego oczywistością (Uczucie wstydu było w nim zbyt silne, by mógł okazać zainteresowanie komukolwiek poza sobą).

Rzeczywistość stawia Ptaka w dość niekomfortowych okolicznościach i, jak sardoniczny filozof, zadaje mu pytanie o odwagę. Ci, którzy byli na wojnie, mogą z całą pewnością odpowiedzieć czy są odważni, czy nie; Ptak nie był na wojnie, a musiał odpowiedzieć na to samo pytanie i to raczej twierdząco. Mógł również zełgać, ale musiał to zrobić bardzo umiejętnie, gdyż okłamać musiał także, albo przede wszystkim, siebie, a było to tym trudniejsze, że osobiście uważał się za tchórza.

Kenzaburo Oe (fot. Hpschaefer, 2008)

To niebezpieczny świat, który – jeśli ma się szczęście i siłę – trzeba przetrwać, przeczekać; pełno w nim już nie rozgoryczenia, a właśnie planowych zaniechań i porażek. Cierpienie jest tu tak powszechne, że stało się naturalne i już się go nie dostrzega, nie sarka się na złą rzeczywistość, a jedynie, jeśli jest to możliwe, za wszelką cenę stara się jej nie uświadamiać. Logiki jest tu bardzo dużo, o wiele za dużo, istnieją wyłącznie prozaicznie życiowe związki przyczynowo-skutkowe. Powoduje to bezwzględne konieczności i okropne kategorie myślowe, jak śmierć dziecka będącego na poziomie rośliny pojętą jako najwłaściwsze rozwiązanie.

Brzmi smutno i strasznie, i takie zapewne być musi, bo człowiek znajdujący się sytuacji ostatecznej tak właśnie wygląda, ale pisarstwo Kenzaburo Oe tym różni się od powieści obyczajowych rodem z literatury popularnej, że wykracza poza wspomnianą ohydę i nieszczęście. Taki stan, choć odmalowany wiarygodnie i perfekcyjnie, jest jedynie pretekstem, okolicznością dla zbadania duszy ludzkiej.

Sartre, Kafka, Joyce…

Jest jeszcze coś. „Sprawa osobista” to oddzielny świat, zupełnie odmienny od tego, gdzie byłeś wcześniej, czytelniku: jest okropny, nawet przerażający i bardzo smutny, ale wciąga jak trzęsawisko i uzależnia jak narkotyk – jeśli już w niego wejdziesz, zapomnisz o innej rzeczywistości. Jak to możliwe? Przecież większość z nas, w tym piszący te słowa, nie posiada ulubienia w masochizmie, a wręcz ucieka od takich jednoznacznie czarnych i nieprzyjemnych okoliczności, jeśli nie w życiu, to na pewno w literaturze.

Sprawia to literacka zręczność i sposób pisania Kenzaburo Oe, i za to, przynajmniej moim zdaniem, należał mu się literacki Nobel: za umiejętność stworzenia okoliczności i równolegle prowadzenia właściwej opowieści w dokładnie taki sposób, jaki zaplanował, umiejętnie przy tym utrzymując czytelnika w zainteresowaniu. Jak to robi? Odpowiedź nie jest łatwa, jednak wiele wskazuje na genialne użycie techniki strumienia świadomości. Mamy tu więc narrację subiektywnymi odczuciami, zapis nie rzeczywistości, a uczuć, myśli, w tym zwątpień, wahań i ucieczek myślowych, które rzeczywistość powoduje. Przy czym autor „Sprawy osobistej” rezygnuje z pierwszoosobowej narracji – typowej dla strumienia świadomości – na rzecz narratora wszystkowiedzącego, ale jednocześnie takiego, który również jest nieobiektywny, a jeśli komuś sprzyja, to tym kimś jest Ptak. To wszystko łączy z plastycznym realizmem swojej prozy, niemal pedantycznym, pozwalającym czytelnikowi „zobaczyć” miejsca, w których jest Ptak – nie zapominajmy jednak, że realizm dotyczy wyłącznie scenerii. Te dwa wspomniane wyżej elementy, a w zasadzie ich umiejętne zestawienie, powodują prawdziwość scenerii i fabuły.

Franz Kafka (fot. Atelier Jacobi, 1906)

Czytając książkę, na pewno jej pierwszą część, trudno nie zauważyć analogii z „Procesem” Kafki. Mamy tu osaczenie, opętanie sytuacją narzuconą z zewnątrz, z którą jednostka musi się zmagać, albo właściwie podporządkować, przyjąć komunikat. Dokładnie tego doświadcza Ptak na bezosobowych i nieczułych korytarzach szpitala lub w karetce pędzącej przez miasto na sygnale do kliniki, w której będzie zupełnie tak samo. Role bowiem – wydaje się – zostały rozdane, a Ptak jest osobą znajdującą się na końcu, najniżej w hierarchii, jest tym kimś, kogo się obserwuje, jest petentem, jest w pewnym sensie ofiarą; nie ma prawa głosu, nie posiada wstydu – przynajmniej tego transcendentnego oraz publicznie okazywanego. Ptak to pan K. z „Procesu”, widać to w wielu scenach, np. gdy ma rozpoznać swoje dziecko w sali z niemowlętami. Ptak jest tu w zasadzie nikim, bardziej przedmiotem niż podmiotem – przynajmniej tak traktuje go większość. Nie pyta się go o zdanie, tylko komunikuje. Różnica polega tylko na tym, że o ile u Kafki osaczenie było absurdalne i paranoiczne, to tu nie jest to żadna aberracja – to stan właściwy, realny, a dzięki prozie Kenzaburo Oe na tyle prawdziwy, że podczas lektury wierzymy w takie realia i prawa.

Innym tropem literackim, który dość łatwo odnaleźć w „Sprawie osobistej”, jest pisarstwo Jeana Paula Sartre’a oraz filozofia egzystencjalizmu. Stąd uczucie lęku i beznadziei istnienia bliskie nihilizmowi; stąd fatalizm, pesymizm prozy Kenzaburo Oe. Jednak równie widoczne jest to, że Sartre i egzystencjalizm są jedynie punktem wyjścia, pewną inspiracją, a japoński noblista dokłada tu zarówno coś od siebie, jak i Dalekiego Wschodu, w pewnym stopniu przezwyciężając tragizm myśli powstałej w Europie…

Książka powinna w duszy czytelnika wywoływać obrażenia i choć to równie kontrowersyjna opinia, jak osoba Emila Ciorana, odpowiedzialnego za ten bonmot, to trudno się nie zgodzić, że coś jest na rzeczy. Omawiana tu pozycja nie rani, bo przecież napisał ją pacyfista, który dobrze wiedział, co robi, ale właśnie dzięki swemu nieprzeciętnemu kunsztowi literackiemu spowodował, że na pewno na długo pozostanie w duszy jej czytelnika, o ile oczywiście ten ostatni może się poszczycić jej posiadaniem.

Himiko i jej rozmyślania na temat pluralistycznej koncepcji świata

Świat postaci książki jest raczej niezbyt liczny, co nie oznacza, że ubogi – wręcz odwrotnie. Obok Ptaka, mamy tu w zasadzie jeszcze tylko jedną istotną postać, mianowicie Himiko – ekscentryczną i zagubioną w nieszczęściu kobietę, kochankę Ptaka, która na ogół sypia w dzień, a nocami uprawia wściekle prędką, ryzykowną i pełną wizgów opon jazdę czerwonym MG po opuszczonych ulicach miasta lub zatraca się w przygodnych doznaniach seksualnych z tyleż zdziwaczałymi, co żałosnymi partnerami. Jest również Himiko orędowniczką pluralistycznej koncepcji świata:

Jean-Paul Sartre (1950)

Tak się złożyło, że istniejemy w całkowicie odmiennych formach i w różnych światach, których jest niezliczona ilość. Popatrz: każde z nas znalazło się kiedyś w sytuacji, gdy szanse życia i śmierci były pół na pół. Na przykład w dzieciństwie zachorowałam na dur brzuszny i o mało nie umarłam. Świetnie pamiętam moment, kiedy stanęłam u rozstajnych dróg: mogłam albo zstąpić w otchłań śmierci, albo piąć się w górę – ku życiu. Oczywiście Himiko, która tu z tobą siedzi, wybrała życie. Ale w tym samym momencie inna Himiko wybrała śmierć! I cały świat, pełen ludzi, którzy zachowali krótkie wspomnienie zmarłej Himiko, kręci się wokół moich młodych zwłok rozpalonych gorączką duru. Rozumiesz Ptak? Za każdym razem, kiedy stajesz na rozdrożu życia i śmierci, masz przed sobą dwa światy; z jednym w chwili śmierci tracisz wszelki kontakt; z drugim przez fakt życia ten kontakt zachowujesz. To jest tak, jakbyś zrzucił z siebie ubranie: opuszczasz świat, w którym istniejesz jedynie jako trup, i przechodzisz do świata, w którym żyjesz nadal. Innymi słowy, każde z nas otoczone jest bezmiarem światów jak pień drzewa konarami i liśćmi… Świat, który człowiek umierając, powiedzmy, w bardzo młodym wieku, porzuca, i świat, w którym żyje, nie przestają istnieć, przeciwnie: stale się mnożą.

W drugim, trzecim i kolejnych planach mamy inne postaci, zwykle ledwie zarysowane, za to o mocno skreślonych konturach i charakteryzujące się na pewno konkretnością wizerunku, może nawet małą przesadą. Niemniej ich wyrazistość oraz często malowniczość jest sporą: dla nas – atrakcją czytelniczą, dla autora – pomocą w kreacji scenerii opowieści. Nie zapomnę jeszcze długo pana Delczewa, z zawodu dyplomaty małego bałkańskiego państwa, z ulubienia abnegata i romantycznego kochanka uciekającego w najgorsze przedmieścia przed światem, który oburzył się jego związkiem z nie dość, że sporo młodszą kobietą, to jeszcze Japonką, i za wszelką cenę postanowił takiemu wybrykowi przeciwdziałać; teściowej Ptaka – skrajnie racjonalnej i zimnej kobiety, będącej jakby zaprzeczeniem jakiejkolwiek empatii czy chłopca-studenta, który groteskowo demaskuje syndrom dnia następnego u profesora-Ptaka. Jest oczywiście więcej takich osób, to są smaczki lektury, nie tu pewnie miejsce, aby o nich pisać, są jednak w takim stopniu pyszne, że nie sposób nie wspomnieć przynajmniej jednym zdaniem.

Książkę przełożyła Zofia Uhrynowska i jest to przekład z języka angielskiego, co wyraźnie odczuwa się podczas lektury, np.  kiedy Himiko wita się z Ptakiem: się masz, Ptak! Jest to mankament, ale nieduży, wspominam o nim jedynie ze skrupulatności, gdyż  tłumaczenie jest dobre i płynne.

Kenzaburo Oe, Sprawa osobista, przeł. Zofia Uhrynowska, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1974.

Dominik Śniadek

Gabriel Garcia Marquez, Nie wygłoszę tu mowy. Recenzja.


„Wymyślający bajki” o rzeczywistości, Cortazarze i książce, którą każdy powinien nosić w plecaku

Tytułowe „Nie wygłoszę tu mowy” padło z ust Gabriela Garcii Marqueza w liceum w Zipaquira, podczas pożegnania kolegów ze starszego rocznika. Przyszły pisarz miał wtedy niespełna siedemnaście lat. Jednak w przyszłości jako wpływowy artysta, pisarz-noblista, pacyfista i człowiek mocno zaangażowany w sprawy społeczne – musiał ostatecznie wygłaszać te nieszczęsne mowy. Ale kiedy już to czynił, odznaczały się one (podobnie jak jego dzieła literackie) wyjątkową starannością, perfekcją słowną, wyrazistym przekazem, nierzadko też poczuciem humoru, z którego wszak Marquez słynął – uwielbiał wtrącać anegdoty zawsze, gdy była po temu okazja.

„Nie wygłoszę tu mowy” to nie tylko zbiór najważniejszych publicznych wystąpień kolumbijskiego pisarza: przemówień, laudacji, dyskursów czy polemik. To także skrócona podróż przez życie pisarza, rozmowy o jazzie z Cortazarem i Fuentesem prowadzone w pociągu z Paryża do Pragi, rozprawa o przyjaźni podczas 70. urodzin Alvaro Mutisa czy wyjaśnienia złożone nam, czytelnikom, w sprawie trzydziestu dwóch przegranych rewolucji pułkownika Aureliano Buendii.

Garcia Marquez, jak każdy starzejący się pisarz, zdradza sekrety początków artystycznej kariery. Debiutanckie opowiadanie wysłane do bogockiego dodatku literackiego „El Espectador”, gdzie szefem był wtedy Eduardo Zalamea Borda, było z założenia młodzieńczym buntem przeciwko stwierdzeniu tego ostatniego, że „nowe pokolenia pisarzy niczego nie wnoszą, że nigdzie nie widać nowych powieści ani opowiadań”.

Gabriel Garcia Marquez (fot. Cesar Rangel-AP)Ten bunt odcisnął się w postawie Marqueza już na całe życie, znajdując swe ujście choćby w 1986 roku w Meksyku, kiedy na II Spotkaniu Grupy Sześciu z pozorną naiwnością przeliczał koszty produkcji amerykańskich bombowców B-1B, rakiet MX rozmieszczonych w Zachodniej Europie i radzieckich łodzi podwodnych Tajfun na koszty realizacji programu pomocy najbiedniejszym dzieciom na świecie, problemu żywności i analfabetyzmu. Nawoływał wtedy do działań antywojennych i bezwzględnego pokoju. „Wyścig zbrojeń podąża w kierunku przeciwnym do inteligencji” – przekonywał. Stawiając w swoich powieściach pytania o naturę władzy, powiedział kiedyś do żołnierzy: „Wierzę, że życie każdego z nas byłoby lepsze, gdyby każdy z Was nosił w plecaku książkę.”

Zdeklarowany obrońca praw człowieka o sercu Don Kichota, któremu wytykano, że wygłasza swoje orędzia na Kubie w towarzystwie Fidela Castro. Właśnie w Hawanie sfinalizowano projekt Fundacji Nowego Kina Latynoamerykańskiego, której Marquez był przewodniczącym (filmowy dryg odziedziczył po ojcu Rodrigo Marquez, który został reżyserem; zaczynał od kina niezależnego, pracował też przy kilku znanych serialach).

Nad „Sto lat samotności” Marquez dumał dziewiętnaście lat. Zwierzając się z literatury „od strony kuchni”, przyznaje, że najbardziej intrygująca jest dla niego koncepcja powieści lub opowiadania, moment inspiracji, złapania pomysłu, początek, a później stopniowe „wygładzanie”. Samo pisanie to już „zajęcie mniej interesujące”.
„Zawód pisarza jest być może jedynym, który wykonuje się coraz trudniej w miarę jego praktykowania” – wywodził w 1970 roku, trzy lata po premierze najsłynniejszej powieści.
Był zagorzałym orędownik kultury w ogóle, a kultury Ameryki Łacińskiej w szczególe – jako zwolennik integracji politycznej, gospodarczej i kulturowej swojego kontynentu, starał się bronić świadomości narodowej, etnicznej i terytorialnej.
„Kultura jest siłą spajającą twórczość: społecznym wykorzystaniem ludzkiej inteligencji” – oświadczał, wiele lat później krytykując „nowoczesne” systemy kształcenia dziennikarzy, brak twórczego rozwoju, ciekawości świata, pociągu do wiedzy, samodzielnego myślenia i wyciągania wniosków. Niedługo potem postulował ograniczenie albo nawet zniesienie uciążliwych zasad, pragnąc by język hiszpański „swobodnie wszedł w XXI wiek”.

Gabriel-Garcia-Marquez-2009Wspaniale agitował Marquez na rzecz Ameryki Łacińskiej podczas ceremonii wręczenia literackiej Nagrody Nobla w 1982 roku. Opowiadając o jej „samotności”, przyznał, że to jej niezwykła rzeczywistość, a nie literackie wyobrażenie, zwróciła tak naprawdę uwagę Szwedzkiej Akademii Literatury.
„Rzeczywistość ta nie jest z papieru, lecz żyje z nami (…) Poeci i żebracy, wojownicy i złoczyńcy, my wszyscy – wytwory tej rozbuchanej rzeczywistości – nie musielibyśmy nadużywać wyobraźni, bo największym wyzwaniem był dla nas brak konwencjonalnych środków, niezbędnych, by uwiarygodnić nasze życie. To właśnie jest, drodzy przyjaciele, sedno naszej samotności.”
Jednocześnie przywoływał słowa swojego mistrza, Williama Faulknera, który w 1949 roku wypowiedział w tym samym miejscu słynne „I decline to accept the end of man” („Nie przyjmuję do wiadomości końca człowieka”).

„Nie wygłoszę tu mowy” to dla miłośników Gabriela Garcii Marqueza świetne uzupełnienie biografii i twórczości pisarza, którą znamy mniej lub więcej z jego dzieł. To nie autobiografia, ale obraz pisarza wyłaniający się z jego słów – nie tych z książkowych rozdziałów, obejmujących jednak to samo spectrum. Bo Marquezowe światy literackie są tożsame z tym, co za oknem, a zapiski na marginesie powieści mogą być istotne nie bardziej, niż list małego dziecka do Świętego Mikołaja. „Wymyślający bajki” ma tego pełną świadomość.

Gabriel Garcia Marquez, Nie wygłoszę tu mowy, przeł. Weronika Ignas-Madej, wyd. MUZA SA, Warszawa 2011.

Rafał Niemczyk

%d blogerów lubi to: