Eduard Bass, Jedenastka Kłapząba. Sprawozdanie.


jedenastka-klapzaba-okladkaO jedenastu takich, co rozgromili Barcelonę

Nie darowałbym sobie, gdybym nie napisał o tej książce. Chciałem to zrobić w czasie EURO 2016, kiedy to „jedenastka” Adama Nawałki dzielnie stawiała czoła najlepszym, odpadając z turnieju po wyrównanym meczu z przyszłymi mistrzami Starego Kontynentu dopiero po rzutach karnych. Później zdominowany przez igrzyska w Rio odłożyłem książkę, ale gdy w międzyczasie mistrz Polski po ćwierćwieczu awansował do Ligi Mistrzów, zdecydowałem się wreszcie dokończyć niniejszy tekst. Czymże jest bowiem 0:6 Legii z Borussią Dortmund przy K.S. Jedenastce Kłapząba, która rozgromiła Barcelonę 31:0?

Książka Eduarda Bassa – czeskiego pisarza, dziennikarza, reportażysty i humorysty, tworzącego głównie w latach międzywojennych („Jedenastka Kłąpząba” pochodzi z 1922 r.) – to baśniowa przypowieść o ubogim rolniku i jego jedenastu synach, z których tytułowy Kłapząb komponuje piłkarską jedenastkę. Sam natomiast zostaje trenerem lokalnej drużyny, która wspina się po kolejnych szczeblach na szczyt czechosłowackiej ligi, a później wyrusza na podbój Europy i innych kontynentów. Kłapząb, choć to człek prosty, jest oczywiście uosobieniem najpiękniejszych tradycyjnych sportowych wartości: pracy nad sobą, pasji, wytrwałości, uczciwości i przestrzegania zasad fair play. Ów kanon sportowej moralności, w czasach Bassa jeszcze nie całkiem przegniły, dziś wydaje się realny jak pogrom Barcelony przez drużynę Kłapząbów. To właśnie konfrontacja ze „światem zewnętrznym” i weryfikacja ideałów jest kluczem do odczytania morałów płynących z tej książki. Pisze o tym pięknie Ania z Literackich skarbów świata całego – tam doczytacie o bajkowej stronie „Jedenastki Kłąpząba”, inspiracji, jaką był Bass dla Oty Pavla i kilku innych fajnych wątkach. Ja zajmę się w następnych akapitach aspektami czysto futbolowymi.

Futbol przedpotopowy?

Wydawać by się mogło, że bajka dla dzieci sprzed stu lat, napisana w czasach kiedy piłkarski mundial nie został nawet wymyślony (pierwsze MŚ w piłce nożnej to rok 1930), może mieć tyle wspólnego z rzeczywistym futbolem, co ludzie niepiśmienni z grą w scrabble. A jednak. Opowiastka Bassa to dowód na to, że piłka nożna w gruncie rzeczy niewiele się zmieniła. Zawodnicy biegają dziś po boisku szybciej, strzelają mocniej, efektowniej symulują, a trenerskie strategie są być może bardziej zawiłe (fani trenera Gmocha, do których sam się zaliczam, coś o tym wiedzą), lecz mechanizm samej gry pozostaje podobny, piłkarze popełniają te same błędy i ulegają tym samym pokusom. „Jedenastka Kłapząba” co rusz zaskakuje futbolowym smaczkiem, który z bajki dla dzieci czyni lekturę obowiązkową dla piłkarskiego kibica. Serio.

klapzub-trening

Ostatni zakłada siatkę!

12 celnych strzałów w „Jedenastce Kłapząba”

Uwaga: w poniższym akapicie zdradzam pewne szczegóły dotyczące treści książki. Jeśli ktoś jeszcze nie czytał, powinien chyba najpierw to zrobić.

1:0 Po kapitalnej rozmowie Kłapząba-seniora z brytyjskim królem (str. 46-53), obfitującej w ideologiczne bon moty (demokracja vs monarchia), do drużyny Kłapząbów dołącza „stranieri” – książę Walii (str. 63-64), niewątpliwie któryś z przodków Ryana Giggsa czy Garetha Bale’a.

klapzub-rozmowa

„Najlepszy król to taki, który ma najmniej lokajów. Choć oczywiście brak króla jest lepszy niż nawet najlepszy król” (stary Kłapząb)

1:1 Pan Wincenty Macoszka (str. 44 i dalej) z siecią swoich kontaktów i zdolnościami menedżerskimi jako żywo przypomina Pana Zdzisława K. z naszego podwórka, który również zawsze potrafił wszystko wszystkim załatwić.

2:1 Rozważania na temat roli trenera-motywatora w sporcie i podejścia do sportu w USA kończą się motywem piłkarza-celebryty: do Bukwiczek Dolnych (rodzinna wioska Kłapząbów) swoimi grubymi buciorami dociera światowa Sława.

2:2 Kolejni przeciwnicy Kłapząbów jednoczą się w myśl odwiecznej sportowej zasady „Bij mistrza!” (s. 88):

Nie było najmniejszych szans, żeby kiedykolwiek ktoś mógł pokonać Kłapząbów, ale wieczne i nieustające pragnienie osiągania celów nieosiągalnych, które jest najpiękniejszą cechą sportowej rywalizacji, zmuszało wszystkie drużyny do podejmowania coraz to nowych prób. 

2:3 Popularność Jedenastki Kłapząba zmierzała do apogeum, a przeciwnicy proponowali im pieniądze za samą możliwość rozegrania meczu (str. 88). To praktyka obecnie dość powszechna – Reale, Barcelony czy Bayerny jeżdżą sobie w sezonie ogórkowym na tournée po Azji czy Ameryce, promując za pieniądze kontrahentów swoją markę. Sprzedają przy tym tony koszulek wygłodniałym swoich idoli Japończykom czy Chińczykom, zaszczycając strzeleniem kilku bramek ich lokalne drużyny.

klapzub-dzieciaki

„My gramy o honor, a wy o pieniądze! Nie chcę mieć z wami nic wspólnego”

3:3 Po serii sukcesów przychodzi czas na odpoczynek po sezonie, ale Kłapząbów dopada znany piłkarski kac: „głód gry” (str. 90). Dalej mamy „scenkę jak spod bloku” (str. 91) – motyw idoli, których pojawienie się wywołuje wśród kopiących piłkę dzieciaków entuzjazm i chęć wykazania się przed Prawdziwymi Piłkarzami. A jednak zawsze znajdzie się jeden mądry, być może przyszły Ronaldo, który miał w sobie dużo młodzieńczej buty, która nie mogła pogodzić się z tym, żeby przerwać mecz z powodu pojawienia się kilku dorosłych.

Tenże butny młodzieniec wyjaśnia zaraz, że Kłapząbowie są zawodowcami i nie możemy z wami grać. My gramy o honor, a wy o pieniądze! Nie chcę mieć z wami nic wspólnego. Po czym w myśl podblokowej zasady „moja piłka”, zabiera futbolówkę pod pachę, dając słynnym kolegom wiele do myślenia.

3:4 Szpileczka okazuje się bardzo bolesna, przychodzi czas na sportowe wypalenie (str. 97):  Kłapząbowie są zmęczeni własną doskonałością.

4:4 Po okresie zdołowania następuje jednak otrząśnięcie. Oto nasi bohaterowie pojmują, że – jak mawiał nasz nieodżałowany Bohdan Tomaszewski – sport jest najważniejszą rzeczą na świecie spośród tych… mniej ważnych. Bass opisuje to tak (str. 105):

Nagle dostrzegli, że życie jest dużo bogatsze i ciekawsze niż to, co znali dotychczas, oraz że młody mężczyzna ma dużo więcej obowiązków, i to dużo poważniejszych, niż byli to sobie w stanie wyobrazić. W chwili, kiedy sport przestał być ich pracą, a stał się tym, czym naprawdę jest, czyli zdrową zabawą, przyjemnością i uzupełnieniem życia społecznego, zrozumieli, że najważniejsza w życiu jest praca, a nie gra.

Problem gry wyłącznie dla kasy, skrajnego gladiatorstwa, które często stoi w opozycji do prawdziwego ducha sportu, jest w książce poruszany wielokrotnie. Tu rzeczywiście świat i szlachetne poglądy Bassa różnią się znacznie od tych wpajanych nam współcześnie.

4:5 Nie mogło też zabraknąć nieśmiertelnego antyfeministycznego manifestu głoszącego, że „dziewczyny nie znają się na sporcie” (str. 104), a w ogóle to najlepiej, gdy piłkarz nie znajdzie sobie dziewczyny, bo w przeciwnym razie dla drużyny byłby stracony (str. 121).

klapzub-statek

Paaarostatkiem w piękny rejs…

5:5 Podróż statkiem na mecz piłkarski, którą Kłapząbowie odbywają, aby zmierzyć się o mistrzostwo świata z… Australią (dlaczego akurat z Australią, przyznam szczerze, nie rozkminiłem do tej pory), brzmi dzisiaj jak science fiction. A jednak na pierwszy mundial do Urugwaju europejskie ekipy dotarły właśnie drogą morską. Wikipedia, cytując źródła FIFA, pisze na ten temat:

„Zespół rumuński wypłynął z włoskiej Genui liniowcem Conte Verde, na którego pokład 21 czerwca 1930 roku w porcie Villefranche-sur-Mer wsiedli też Francuzi; w Barcelonie na statek dołączyli Belgowie. Statkiem tym popłynął także Jules Rimet wraz z pucharem oraz trzech desygnowanych europejskich sędziów: Belgowie – John Langenus i Henry Christophe oraz Paryżanin angielskiego pochodzenia – Thomas Balway. 29 czerwca w Rio de Janeiro dosiedli się Brazylijczycy, a 7 lipca liniowiec dopłynął do Montevideo. Ekipa jugosłowiańska podróżowała parowcem pocztowym Florida z Marsylii”.

6:5 Rozmowa starego Kłapząba z pułkownikiem armii indyjskiej (– Mewa. – Yes. – The Delfin. – Yes.) odbywająca się na statku (str. 127) przypomina momentami przywiązanie do ojczystego języka i niechęć do zachodnich języków, które w okresie swojej prezesury wykazywał również polski król strzelców z mundialu w 1974 r.:

klapzub-tubylcy

Ekipa Birimarataoa – objawienie nowej edycji Ligi Mistrzów?

6:6 Mecz przeciwko ludożercom z plemienia Birimarataoa (str. 171), cóż… Świat piłkarski widział różne cuda i może jeszcze wszystko przed nami.

Mamy zatem remis 6:6, rzutów karnych nie będzie. Wynik bardziej hokejowy niż piłkarski, ale kto by się tam przejmował. Podobnie jak drobnymi niedoskonałościami technicznymi książki (potknięcia przy składzie i redakcji), które wymieniam jedynie z kronikarskiego obowiązku. Piłkarzy doskonałych nie ma i nigdy nie było, choć staruszkowie w Bukwiczkach Dolnych mogą sądzić inaczej.

klapzub-gol

Eduard Bass, Jedenastka Kłapząba, tłum. Mirosław Śmigielski, ilustr. Josef Čapek, wyd. Stara Szkoła, Wołów 2016.

Relacjonował ze stadionu w Bukwiczkach Dolnych:

Diego Armando Rafi

Emil Hakl, Zasady śmiesznego zachowania.


Zasadniczość dojrzałości

– Jak byś scharakteryzował śmieszne zachowanie?
– Dążenie, żeby za wszelką cenę zachować powagę.
– A ten śmieszny musi coś powiedzieć, żeby się ośmieszyć?
– Właśnie nawet nie.

Zastanawiając się nad tym, czym jest śmieszność, należy niewątpliwie zachować szczególną ostrożność, żeby nie popaść w banał. Tak twierdzą mądrzy ludzie. Według nich człowiek właściwie kalkuluje swoje poczynania wyłącznie przez pryzmat powagi. Ilu jest między nami mądrych, zaradnych ludzi, którzy wiedzą, że to powinno być tak, a tamto inaczej, że życie trzeba poukładać w sposób przemyślany, by nie zaskoczyło nas więcej razy niż powinno? Jest ich trochę. Koleś z ostatniego rzędu zadaje jednak pytanie: czy życie jest dla człowieka, czy człowiek dla życia? To autsajder, więc nikt porządny nie zawraca sobie nim głowy. Właśnie napisałem wstęp, w którym za wszelką cenę (prawie) dążyłem do zachowania powagi. Aby dowieść ponad wszelką wątpliwość, iż śmieszny często nie musi nic mówić, żeby się ośmieszyć, trzeba najpierw wykonać manewr odwrotny, choć Lec pisał już wiele lat temu, że nawet w milczeniu mogą tkwić błędy językowe. Emil Hakl milczeć nie może, ponieważ jest pisarzem. Najzupełniej zasłużenie wyróżniona Nagrodą Josefa Škvoreckiego książka, nad którą się właśnie pochylam, jest przez niego samego ulubioną z całego dorobku.

Emil Hakl (fot. Karel Tuma; zdjęcia pochodzą z oficjalnej strony autora: http://www.emilhakl.cz/ )

Kim jest bohater „Zasad śmiesznego zachowania”? To Honza, lat 50, alter ego autora, w zasadzie, nomen omen, sam Hakl, domorosły filozof (choć bez dyplomu), dziś pisarz, kiedyś copywriter. Uwaga, bo zdradzam sekret: w opinii otoczenia nie nadążający za uciekającym życiem!; żyjący z dnia na dzień, uparcie melancholijny i cyniczny, na dodatek od małego wykazujący skłonności do działań artystycznych (poza literaturą także szkicowanie czy fotografia). Dziwoląg i tyle, na pewno niepoważny. Honza to pisarz postrzegany przez kobiety jako niedojrzały egocentryk, szprycujący się psychotropami autsajder, pozostający w specyficznych relacjach ze swoim ojcem i unikający jak ognia stałych związków z lgnącymi do niego pokręconymi ekstrawertyczkami. „Jesteś wiecznie niezadowolony, podkurwiony, nieokreślony, nie można się do ciebie zbliżyć, nie dasz się nabrać, robisz z siebie gwiazdę, chlejesz, rżysz jak koń, w środku cały się trzęsiesz, potem bierzesz stilnox, żeby zasnąć. Chcesz tak umrzeć? Chcesz i jeszcze będziesz z tego strasznie dumny” – opisuje Honzę jedna z jego byłych partnerek. „(…) to nie ja jestem w dupie tylko ty, bo pisanie zastąpiło ci żywych ludzi” – dodaje druga, sposobem esemesowym, bo Honza często bywa nieuchwytny.

Zasadniczo książka Emila Hakla dzieli się na trzy części. W pierwszej jesteśmy świadkami spontanicznego wypadu w góry, podczas którego 50-letni Honza szybuje na paralotni. To jego debiut w przestworzach, nic więc dziwnego, że zbiera mu się na wspomnienia i swoistą wiwisekcję tożsamości. „Tu na górze jednostka nagle uświadamia sobie, jak ze wszech miar przekracza własne możliwości. Jak zwykle pierwsze skrzypce gra samowspółczucie. Poruszenie wywołane świadomością własnej małości, bo jak tu nie być dumnym z własnej małości. Jak tu się nią trochę nie pochwalić. (…) Nikt nie może być pewien, czy nie robi już tylko za najzwyklejszego błazna”. Powietrzne igraszki dosyć dosłownie oddają stan ducha Honzy – życie jest dla niego tożsame z bujaniem w obłokach, ponadto jedynie w ten sposób jest w stanie spojrzeć z dystansem na własną małość. Z góry zawsze bowiem widać więcej niż z dołu, choć z drugiej strony: z dołu widać dokładniej.

Rozległa, podniebna przestrzeń to wymarzone miejsce na monolog wewnętrzny, w trakcie którego poznajemy m.in. wiosnę ’81 i Honzę-wojaka, jego pierwszą dziewczynę (Łatę) i „patologicznie przystojnego” dowódcę kompanii o aparycji Deana Reada, czyli słynnego „Czerwonego Elvisa” (niektóre kawałki wymiatają!). Ta przeszłość, jawnie groteskowa, jest w pewnym stopniu podkładką pod teraźniejszość, ale Hakl nie czyni z niej determinantu, a jedynie składową zbioru. Jest to postawa przeciwna do tej, którą zazwyczaj wykazują nasi rodacy. Honza zdaje sobie sprawę z podobieństwa do własnego ojca, „człowieka, którego królestwo też nie było z tego świata, co oznacza, że wszystko przeputał, przepił, roztrwonił, rozdał babom, a z reszty dał się okraść”, lecz nie rozstrzyga, kto do kogo jest bardziej podobny: on do ojca czy może odwrotnie?

Emil Hakl (fot. Karel Tuma)

Przeczytałem gdzieś, że Honza to zrzęda. To nieprawda – cynik to nie zrzęda. Cynik kpi z wartości, zasad moralnych i ludzi, zrzęda najczęściej nie akceptuje swojego życia. Honza lubi swoje życie; mimo że zdaje sobie sprawę z własnej niedojrzałości, zupełnie mu ona nie przeszkadza. Czym jest pełna dojrzałość? Wpisywaniem się w schematy, odhaczaniem kolejnych etapów w życiu? Spłodzeniem syna? Wybudowaniem domu? Honza ma to, jak sam mówi, w dupie. „Nie użalam się nad sobą – mówi – Po prostu nie ma we mnie krzty altruizmu, jestem linearnie kumplowaty, kaszowaty, ulotny. Ale nie narzekam. Zawsze znajdzie się ktoś, kto wypije ze mną parę drinków i opowie, co go gryzie”. Rozglądając się po polskim podwórku, bohater Hakla przywodzi na myśl bohaterów Krzysztofa Vargi, a więc w dużym stopniu także i samych autorów, choć kontestujący rzeczywistość Varga bardziej się „spina”, trzęsie na znieczulicę kulturową, traci przez to siły. Honza opisuje czeską rzeczywistość ze złośliwością, ale bez złości, stara się z nią pogodzić – to znacząca różnica. „Patrzeć na nich ze śmiechem w duszy, co innego mi pozostaje. Przestać psioczyć. Czuć się jak u siebie. Przyjąć wspólny kod. Być jak oni (…) tu, na peryferiach, jakiekolwiek elitarne zachowanie jest nam obce. Nie pozostaje więc nic innego, jak od razu przeskoczyć kilka etapów i pogodzić się ze statusem nieciekawej kolonii bez potencjału”. Grubo. Dla wielu z nas nie do przeskoczenia.

Rozmyślania Honzy-Hakla (prawdziwe nazwisko pisarza brzmi Jan Beneš, to tak dla porządku) generują cyniczny przekrój społeczeństwa: daleko w dole (przeszłość), a później po twardym lądowaniu (teraźniejszość) – oto rozbudowane tło robiące za czeskie krzywe zwierciadło. Wrzucamy w automat 250 koron i oglądamy „urzekająco farbowane laski, gładkie rajskie ptaki po hennie, które dopuszczają do siebie wyłącznie podobnie odpicowanych samców; niedobitych środkowo czeskich rastafarian w knajpach; kelnerów z balejażowym jeżykiem na okrągłej spoconej głowie; czy inne symetryczne blondyny”.

Nasz bohater jest w pełni świadomy swojej egzystencji, nie oszukuje ludzi, nie ściemnia przed lustrem. Jego osobowość i brak zaangażowania może irytować (głównie kobiety), ale nie można zarzucić mu lanserstwa czy hipokryzji. „Szczegóły jej nie interesują, co mnie cieszy. Wyszedłbym na nieudane dziecko, rozbitka życiowego, dziecię z nieprawego łoża” – nie ma w Honzie admiralskiej dumy, ale nie ma też uległości. Samookreślenie Honzy-Hakla determinuje jego poczucie wolności. Może zatem ucieczka przed stałym związkiem nie jest opiewaną w patetycznych dziełach „ucieczką przed samym sobą”, ale naturalnym odruchem egocentrycznego samca? „Mogę w dowolnej chwili założyć nogę na szyję. Większość otaczających mnie ludzi zdycha ze zmęczenia, stresu, a ja mogę sobie kilka razy dziennie po prostu poczytać. Ta cała wolność naprawdę mnie przeraża. Mam jej w sobie tyle, że na pewno coś jest ze mną nie tak. Jestem pełen radości, zapału, siły a zarazem jestem w głębokiej dupie” – przyznaje. Największa wartość, którą Honza wyznaje, obraca się w chwilach słabości przeciwko niemu. Pieprzenie systemu staje się pewnego dnia uciążliwe, bo człowiek wyciągnięty ze społecznego kontekstu zaczyna zbyt dużo myśleć, czasami dziczeć. „Nigdy się nie ma tego, czego się chce. A jak ktoś ma, to nie docenia, bo nie wie, że ma coś, co chciałby mieć, gdyby tego nie miał, co nie?” – mówi Honza. Proste?

Emil Hakl (fot. Karel Tuma)

Emil Hakl (fot. Karel Tuma)

Drugą część książki Honza-Hakl poświęca skomplikowanym relacjom z umierającym ojcem. Śledzimy ostatnie chwile jego życia, reakcje na wieść o śmiertelnej chorobie, pobyt w szpitalu. To urzekające, ile bliskości kryje się w uczuciach dwójki z pozoru tak różnych i oddalonych od siebie ludzi. Relacjom Honzy z ojcem daleko jest do wzorowych – spotykają się raczej rzadko, ojciec ma o to nawet do Honzy pretensje. Tym, co fascynuje, jest zupełny brak patosu, podniosłości, której można by się spodziewać w nieodwracalnej przecież sytuacji. Więź pomiędzy Honzą a jego ojcem zasadza się na granicy powagi i zabawy, na ćwiczeniach pamięci w formie przypominania sobie postaci i aktorów ze starych filmów albo starych modeli samolotów, na czytaniu po dziesięć razy kryminalnych opowiadań Poego. To układ szarpany, po raz kolejny człowiek poważny zarzuci mu „niedojrzałość”, ale tkwi w nim authentic i emocjonalność o wiele bardziej wartościowa niż „hipokryzja niedzielnych obiadów”. Hakl nie stawia pomiędzy układami granicy, nie przeprowadza rachunku sumienia. Gdy później odsłuchuje utrwalone na magnetofonowej taśmie drobne gesty, pourywane frazy wspomnień, odnajduje w nich portret ojca: fragmentaryczny, ale w gruncie rzeczy bardzo podobny do siebie. Ta część książki jest przy okazji najlepszym dowodem na to, dlaczego Hakl jest nazywany mistrzem mowy niezależnej. Pisarz posiadł bowiem niebywałą lekkość układania dialogów błyskotliwych, celnych i wciągających, a jednocześnie niewymuszonych i nie rażących sztucznym ego.

Tuż przed śmiercią ojciec prosi Honzę o to, aby rozrzucił jego prochy w morzu. Niektórzy upatrują tu nawiązania to odwiecznego czeskiego marzenia (dostęp do morza), synonimu wolności, ale staruszek kochał nauki przyrodnicze, zajmował się stworami morskimi, więc może trop znów jest zupełnie prozaiczny. Z pomocą znowu przychodzą chłopaki od paralotni, Rulpo i Murgy, a cała trójka wyrusza nad Morze Czarne. Relacje Honzy ze wspomnianą dwójką również wiele mówią o nim samym. Dobrze się czuje w ich towarzystwie, ale jednocześnie ich wspólny język wielokrotnie bywa zagłuszony poprzez różnice pokoleniowe i kulturowe. Po raz kolejny widzimy, jak świat ucieka przed Honzą, a on nie próbuje go gonić. Wystarczy mu to, co ma, nie musi na siłę ścigać się i finiszować rzutem na taśmę. „Czym się różni średnio pokurwiony młodszy mężczyzna od średnio pokurwionego starszego mężczyzny? Stary nie uważa się za centrum metropolii. Zaczyna się czuć swojsko na, nie zapadłych może, ale już peryferiach” – wyjaśnia podczas jednej z rozmów z chłopakami, w której nie bierze udziału.

Trzecia część „Zasad śmiesznego zachowania” to wspomniana wyprawa nad Morze Czarne i po raz trzeci Hakl proponuje nam inną konstrukcję literacką. Ostatni rozdział przypomina reportersko-filozoficzne zacięcie, znane choćby z prozy Andrzeja Stasiuka: jest fascynacja peryferyjnym krajobrazem, przyroda, momentami podniosły język, który tonuje nieodłączny cynizm, ostra fraza. Ze złożoności tej prozy wyłania się przy okazji świetna praca, którą wykonała tłumaczka, Julia Różewicz. Sam Hakl posuwa się do nadmiernej ekspresji tylko wtedy, gdy pragnie oddać oczyszczającą atmosferę podróży, której misja określa po trosze tożsamość samego Honzy („Zaglądam sobie prosto w pysk. Okropny widok, wciąż jednak dużo lepszy, niż nie widzieć nic”). W gruncie rzeczy ta podróż nie jest jednak ucieczką a kołem, które zatacza bohater.

Jorge Luis Borges napisał kiedyś, że jeżeli wieczność istnieje, śmierć jest tylko żartem. A co jeśli żartem jest życie?

Emil Hakl, Zasady śmiesznego zachowania, przeł. Julia Różewicz, Wyd. Afera, Wrocław 2013.

Rafał Niemczyk

Petra Soukupová, Zniknąć. Recenzja.


Półtora rodzica

Książka Petry Soukupovej mogłaby rozpoczynać się od przemówienia jakiegoś ponurego urzędnika, który nosowym głosem odczytałby z kartki garść danych statystycznych: „Według danych czeskiego GUS-u w Czechach rozpada się ponad 50 procent małżeństw. Jednocześnie Czeszki rodzą coraz więcej dzieci. W roku 2009 (a więc wtedy, kiedy w Czechach miała miejsce premiera „Zniknąć” – przyp. RN) przyszło ich na świat 119,6 tysięcy, co oznacza, że każda Czeszka ma już przeciętnie 1,5 dziecka. Ponadto na 10 nowych małżeństw przypada 9 rozwodów, a spory odsetek dzieci jest wychowywany przez samotne matki lub w dwóch rodzinach jednocześnie”. Ten urzędniczy monolog skleciłem naprędce z kilku odnalezionych w sieci źródeł, więc może zawierać małe przekłamania. Ale „Zniknąć” Soukupovej nie jest książką o rozwodach. „Zniknąć” jest książką o dzieciach i to jest w niej najbardziej bolesne.

„Największe przekleństwo ludzkości: większości ludzi wydaje się, że może mieć dzieci” – to zdanie stanowić może motto zbioru, który składa się z trzech dość obszernych nowel. Bohaterem pierwszej z nich jest Jakub, ustępujący w „chłopięcej rywalizacji” swojemu starszemu bratu Martinowi. Kuba rysuje ptaki, niezbyt lubi biegać, co Martinowi wychodzi znakomicie. Rywalizując o względy ojca-trenera, Kuba nie ma szans. Pewnego dnia w wypadku traci nogę i zostaje kaleką. Brzmi brutalnie. Taki zwrot akcji, zrozumiany niewłaściwie, można by odebrać jako poruszający trick, którego miejsce jest w tanich serialach lub literaturze niższego gatunku. Nic bardziej mylnego. Zdradzając ważny element układanki Soukupovej, nie naruszam przy tym ani fabularnego, ani recenzenckiego porządku (nie spoileruję), ponieważ wspomniane zdarzenie ma miejsce na samym początku. To świetny przyczynek do rozważań o alegoryczności widocznej w pierwszym utworze.

Fot. Michael Nitzschke (www.europarl.europa.eu)

Rodzina, której losy przedstawia młoda czeska pisarka, jest pozornie ułożona. Wszelka toksyczność gromadzi się tu powoli, niczym budzące się z pradawnego snu okrutne bóstwo, by pod wpływem tragicznego bodźca wydostać się na powierzchnię. Deformacja rodziny postępuje, ciągnie za sobą następne ofiary, przynosi kolejne tragedie. Degradacja jest jednocześnie metaforyczna (poszukiwania matki), jak i namacalna (picie ojca). Mariusz Szczygieł w swojej recenzji na łamach Gazety Wyborczej przyrównał ten horror do klimatu utworów Elfriede Jelinek. Zakrada się tu również cień surrealistycznej abstrakcji prażanina Franza Kafki. Doskonale widać to na przykładzie zmieniających się adekwatnie do nastroju bohaterów pór roku, kiedy najbardziej dramatyczne sceny rozgrywają się w śniegu i mrozie, a dokoła, jak okiem sięgnął szaro i ponuro. Szaleństwo matki, włóczęga po obskurnych dworcach, ślepa droga na ratunek dziecka – to wszystko z łatwością można wyobrazić sobie jako rzeczywiste. Jednakże sposób literackiego „kadrowania” Soukupovej, łączenia ze sobą poszczególnych obrazów, nadawania im wymiaru nieomal kryminalnego – to z kolei w mistrzowski sposób nadaje opowieści wymiar ponurej groteski. I ten kunszt, nie kunszt języka, a kunszt konstrukcji, to najmocniejsza strona prozy Soukupovej.

Język Soukupovej jest prosty, pozbawiony literackich ornamentów, ponieważ dostosowany do otoczenia, które opisuje. Czeszka twardo trzyma się zasady decorum, operując jednolitym stylem i budując na jego fundamencie wiarygodność. Jednocześnie jest to język perfekcyjnie wystylizowany na „dziecięco-młodzieżowy”, jakby Pani Petra wczoraj w południe odebrała świadectwo ukończenia którejś z klas gimnazjalnych. Żeby tak pisać, trzeba być świetnym obserwatorem, wtopionym w świat, o którym się pisze, bo na najprostszych zdaniach wyłożyć się można równie łatwo, jak na tych bardzo skomplikowanych. Wydarzenia relacjonuje najczęściej chłopiec, a gdy zmienia go narrator, posługuje się podobnym językiem. Ta jednorodność stylistyczna jest niezbędna, aby „podglądać” naszych bohaterów.

Petra Soukupová (www.petrasoukupova.pl)

Tak jest właśnie w drugiej noweli, której bohater, 11-letni Vojta, jest mały i rudy, jego pasją jest sklejanie modeli okrętów, a w szkole uważają go za dziwadło. Ma starszą siostrę, Pavlinę, dziewczynę wpędzoną w kompleksy przez znaczną nadwagę. Barierą między, skądinąd kochającym się, rodzeństwem jest „pomnik ojca”. Chłopiec i dziewczynka mają różnych ojców, których łączy ze sobą to, że… ich nie ma. Szczygieł napisał obrazowo, że mężczyźni w „Zniknąć”… znikli. Ojciec Pavliny przysyła paczki ze Stanów, co dziewczyna bezwzględnie wykorzystuje podczas kłótni z bratem. Małemu Vojcie wkręcono bowiem, że jego tata jest marynarzem, który przez wiele lat podróżuje po morzach i oceanach niczym Odys. Jak relikwię chłopiec traktuje „szwedzką koszulkę” – w przeszłości rzekomo noszoną przez tatusia. W rzeczywistości ojcem Vojty jest mieszkający w tym samym mieście beztroski pijaczek, który wiele lat wcześniej zostawił ich samych z matką. Gdy prawda wychodzi na jaw, Vojta jest wkurwiony.

Wulgaryzmem posługuję się nie ze względu na językowe preferencje, ale dlatego, że nie unikają go nasi bohaterowie. To kolejna świetna rzecz w nowelach Soukupovej. Nie wulgaryzmy, a charaktery chłopców. Mimo że jeden i drugi są w pewien sposób na społecznym marginesie, nie tracą rezonu. Mimo że wielokrotnie poniżani i spragnieni rodzicielskich uczuć, których doświadczają tak rzadko, to fajne, rozumne chłopaki. Połączyła mnie z nimi niespotykana wręcz empatia – te wszystkie kłopoty z nauczycielami, tępi i zarozumiali kumple z klasy, babcie, które wiedzą najlepiej, nieobecni lub podpici ojcowie, sfrustrowane matki, brak należytej uwagi ze strony rodziców… A z drugiej strony to, co w dzieciństwie najpiękniejsze: zapach mieszkania, smak babcinego ciasta, to nieopisane uczucie, kiedy mama w chwilach słabości podchodzi i przytula, pierwsze szkolne zauroczenia. Oczywiście szala przeważa na tę pierwszą, wykrzywioną stronę. Jest jednak spora szansa, że bohaterowie z nowel Soukupovej wyrosną na kogoś lepszego niż ich tatusiowie. A dopóki jest taka nadzieja, mamy obowiązek udzielić im zrozumienia i kredytu zaufania.

Petra Soukupová, Zniknąć, przeł. Julia Różewicz, Wydawnictwo Afera, Wrocław 2012.

Rafał Niemczyk

Petr Šabach, Masłem do dołu. Recenzja.


Kanapka z „Poo Lorna, króla słoni”, czyli starzeć się po czesku

„Złośliwość rzeczy martwych dawno już udowodniono, chleb z masłem spada na podłogę niewłaściwą stroną” – grzmi w piosence „Mikymauz” czeski pieśniarz i poeta Jaromir Nohavica. W uwspółcześnionej wersji prastarego maślanego problemu miejsce chleba zajmuje rogalik, który co prawda nie spada na podłogę, ale kolebie się i przewraca na talerzu. Masłem do dołu, masłem do dołu! W szranki z tą niecną złośliwością staje 60-letni Evžen, najlepszy compadre głównego bohatera i zarazem narratora – swego rówieśnika Arnošta. Postanawia on opatentować talerzyk, na którym zjadanie rogalika stanie się czynnością przyjazną i stabilną.

Zanim się to jednak stanie, Evžen wraz z Arnoštem i kilkoma kumplami obserwują na ekranie knajpianego telewizora samoloty uderzające w World Trade Center. Tak rozpoczyna się nowa książka Petra Šabacha. O tym, że nadciąga nowy porządek świata, rozprawiają stali bywalce lokalu. Knajpa nazywa się Cisza. Nazwa zarazem jest i nie jest przewrotna. Kiedyś zdarzały się tam i rozróby, kiedyś klientela była okazalsza. Teraz większość, z tych co jeszcze żyją, kupuje tanie piwo w supermarkecie. Większość „już nie wychodzi” – oznajmia Evžen. Mimo to Cisza wciąż pozostaje miejscem mistycznym. To tam przy kuflu zimnego piwa dokonują się tajne narady, zwierzenia, tam też podejmowane są kluczowe decyzje. Arnošt pije duże, Evžen zawsze małe, stukają się kuflami leciutko, zupełnie nie jak Niemcy. Wypada zatem rzec cztery zdania o dwójce starzejących się lekkoduchów.

W 2008 r. irlandzki producent masła Kerrygold zarzucił Spółdzielni Mleczarskiej Mlekovita, że  ta w reklamie swojego produktu używa wymyślonego przez nich sloganu 100% masła w maśle.

W 2008 r. irlandzki producent masła Kerrygold zarzucił Spółdzielni Mleczarskiej Mlekovita, że ta w reklamie swojego produktu używa wymyślonego przez Kerrygold sloganu „100% MASŁA W MAŚLE”

Arnošt to lokalny antykwariusz, kompletnie pozbawiony drygu do biznesu, dlatego zasypany książkami ma spory problem nawet z ich usystematyzowaniem. Należy do pokolenia ludzi „swobodnie ukulturalnionych”, zna pisarzy, filozofów, nauki społeczne. „Specjalizacja bibliotekoznawstwo i informacja naukowa na Wydziale Humanistycznym Uniwersytetu Karola w Pradze” w świecie płynnej rzeczywistości już nie wystarczy. Lepiej znać się na biznesie albo chociaż opanować obsługę komputera niż cytować Schopenhauera. Sorry, Winnetou. Arnošt jest rozwodnikiem, a eksmałżonka zamieniła go właśnie na bardziej „współczesny model” – koleś o nią dba i prowadzi jakieś interesy. Często odwiedza w hospicjum 90-letniego ojca i czytuje mu „Poo Lorna, króla słoni” Reginalda Campbella, „bo tak trzeba”. Związany trwałą więzią z córką Julią i wnuczkiem Mišą, jednocześnie nie cierpi swojego zięcia, „Redforda bez szyi”, który prowadzi pizzerię, w wolnych chwilach obracając pracujące dla niego Ukrainki.

Evžen nie czyta, jego specjalnością jest mądrość życiowa stonowanego tetryka. Jest amerykanofilem o wiecznie posępnej minie i nie rozstaje się z wojskową kurtką model M65 wzór Regiment. Studiował na ASP, ale ze względu na nadzwyczajny talent został zwolniony z matury. Utrzymuje się z malowania portretów samochodowych. Ma fioła na punkcie swojej prywatności i wszędzie węszy spiski. W obawie przed wybuchem wojny postanawia przerobić garaż na schron przeciwatomowy, a na kupionym spłachetku pola posadzić ziemniaki i cebulę.

Pomimo tego że te ziemniaki nigdy nie wyrosną, ponieważ sadzone „na bani” stają się jedynie kolejną anegdotą, a podczas powrotu do Pragi nasz tandem nie ma kasy na bilet, w związku z czym Arnošt zmuszony jest odegrać rolę psa, on i Evžen nie są – w naszym polskim ujęciu – menelami. To ludzie dobroduszni, starzejący się z niewymuszonym dystansem, ocaleni dzięki pogodnemu usposobieniu i niewidzialnej dla otoczenia wrażliwości szczególnego gatunku.

Petr Šabach (fot. Wydawnictwo Afera)

„Masłem do dołu” to kolejna książka (celowo nie używam słowa powieść) Petra Šabacha, która będąc pozornie li tylko zbiorem świetnych anegdot, w rzeczywistości portretuje pewien odcinek na powykrzywianej osi ludzkiego życia. W „Gówno się pali” było to dzieciństwo i dojrzewanie (w „Masłem do dołu” pojawiają się ciepłe „wspomnienia literackiego dzieciństwa”), w „Podróżach konika morskiego” – wychowywanie dziecka z punktu widzenia ojca. Tutaj mamy portret starzejących się przyjaciół, namalowany czeską krechą zupełnie nienaznaczoną starczym dekadentyzmem. Przeciwnie: nawet 90-letni papa Arnošta, choć wpatrzony czasem pustym wzrokiem w przestrzeń, często wydaje się tryskać dobrym humorem, zwłaszcza kiedy robi sobie kanapki z „Poo Lorna, króla słoni”. Starość według Šabacha bywa melancholijna, ale nie smutna i rozgoryczona. Choć życie daje czasem w dupę, jego łapska nie muszą pętać człowiekowi nóg. Złośliwi powiedzą, że nie zawsze to możliwe. Prawda, ale po co martwić się na zapas? Co ma być, to będzie. Lepiej sprzedać graty, kupić bilet, wynająć motor i przejechać wzdłuż i wszerz Amerykę (pomysł rzecz jasna Evžena).

Nie wspomniałem jeszcze o tym (a wspomnieć na koniec muszę, ponieważ praski pisarz kolejny raz tego dowodzi), że Šabach to wytrawny obserwator i znawca ludzkich gestów. Drażliwie postawione pytanie „Czego znowu nie wiesz”, reakcja na przyłapanie na popołudniowym przysypianiu, kręcenie bicza z piasku podczas rozmowy z byłą żoną czy zdmuchnięcie przez Julię grzywki z oczu, które oznacza „pełne ręce roboty” – to na takich niuansach zbudowana jest twórczość Petra Šabacha. Kto ma wiedzieć o czym mowa, ten będzie wiedział.

W „Masłem do dołu” wyczytałem ponadto świetny palindrom „A to idiota!” (wyraz czytany tak samo normalnie i wspak) oraz że gdy w koncercie życzeń polecą piosenki mojego dzieciństwa, starość rozpocznie swój mozolny abordaż. Nie obawiam się wcale a wcale, snując przypuszczenie, że koncerty życzeń niebawem zostaną zdjęte z anteny.

Petr Šabach, Masłem do dołu, przeł. Julia Różewicz, Wydawnictwo Afera, Wrocław 2013.

Rafał Niemczyk

%d blogerów lubi to: