Andrzej Stasiuk, Opowieści galicyjskie. Recenzja.


Pocztówki ze świata poza czasem  

Rok 1989 był to dziwny rok, w którym rozmaite znaki na niebie i na ziemi zwiastowały jakoweś klęski i nadzwyczajne zdarzenia. Likwidacja miejscowego PGR-u i nadejście „chaosu kapitalizmu” było dla pospolitych mieszkańców okolic Beskidu Niskiego nie tylko końcem pewnej ery, ale początkiem czasów, których nie byli w stanie ogarnąć, których nie potrafili do końca zrozumieć, odnaleźć się w nich i zaakceptować nowego ładu. Takie tło, zaraz po upadku komunizmu i na początku transformacji ustrojowej, maluje Andrzej Stasiuk w „Opowieściach galicyjskich”.

Józek pije, czasem ciężko pracuje, a w trakcie picia dużo opowiada – jak prawie każdy chłop. Opowiada to za mało powiedziane; jest niemalże opowieścią samą w sobie, człowiekiem-opowieścią. „Józek zasiada i po jednej setce całkowicie zamienia się w mowę, która działa na świat, na całą rzeczywistość (…) Następstwo zdarzeń znika, znikają przyczyny i skutki i znika grzech razem z historią. Wszystko dzieje się jednocześnie, zaczyna przed czasem i dobiega końca nim się zacznie.”
Takie są „Opowieści galicyjskie”, gdzie prości ludzie doświadczają miłości, biedy, pijackich sentymentów, kaprysów przyrody, prozy życia, która wyprawę pekaesem do większego miasta oznacza naszywką odświętnego wydarzenia. Choć nowe czasy przynoszą okruchy świata zza grubej kurtyny, nie tak prosto ulepić z nich chleb. A przecież coś trzeba jeść, „trzeba żyć”, jak powie Lewandowski, wracając z wymiany kaset video gatunku ponad podziałami.

Wino-truskawkowe-1Jest tutaj Janek pracujący przy wyrębie lasu, retortach, spalinowych piłach, ciągnikach. Pachnie żywicą, dymem, węglem drzewnym i potem. Jego życie to robota w lesie, wypłata, knajpa, na chwilę dom – i tak w kółko. Jest temperamentny, krnąbrny Kościejny o „zatartym przez czas obliczu”, który nie może żyć bez pracy i świniobicia, a którego nie chce „zauważyć” własna żona. Jest Wasylczuk, który Kościejnego żonie „pomaga” w czasie nieobecności męża. Jest Rudy Sierżant, od prawie trzech dekad typowy wiejski milicjant/policjant o ciepłym sercu. Jest prawie stuletnia babcia, w chałupę której strzelił piorun, a mąż utopił się po pijaku w potoku. Jest lokalna femme fatale – Maryśka. Jest Edek-emigrant – dorobkiewicz w błyszczących kolorowych strojach, adidasach i koszulach z palmami. Jest czuwający nad zagubionymi duszami ksiądz. Jest knajpa. Jest Cergowa – „czarna skarbonka”, do której podczas pięknych zachodów wpada krążek słońca. Jest posterunek, kościół i chałupy. Jest w końcu mistyczne Miejsce – stara cerkiew rozebrana i wywieziona z lasu jako eksponat muzealny.

Stasiuk ani nie obwinia tych ludzi, ani ich nie usprawiedliwia, może czasami nieco im współczuje. Ludziom, których pozostawiono samym sobie. Pisarz wsłuchuje się w to, co dźwięczy w środku samotnego człowieka. „Nie próbuję sprzedawać żadnej mądrości – powiedział w jednym z wywiadów. – Bo wiem, że mądrość jest wartością przypadkową. Jak się napniesz na mądrość, to ni chuja nic ci nie wyjdzie”. Więc Stasiuk ani nie moralizuje, ani nie uczy. Reporterski styl narratora z zewnątrz miesza się w książce z prozą poetycką na granicy realizmu magicznego. Stasiuk opisuje imponderabilia czasu i przyrody obrazowo, poetycko, ale z wyczuciem, jakby mówił jej językiem. Opisuje przecież miejsce, z którym związał swoje życie.

Wino-truskawkowe-2„Chmury nad Żłobiskami dalej kreśliły swoje zawijasy. Chwilami ich krawędzie przypominały ogniste trzaśnięcia z bicza. Ale czasem, zwłaszcza o zachodzie, gdy słońce zapada już za horyzont i światło zgarnia z ziemi wszystkie domy, drzewa, martwe pegeery, dawne więzienia, przechodniów i pijaków, krowy, motocyklistów i żółty pekaes z Dukli, gdy ukośne promienie porywają jak magnes wszystkie widzialne rzeczy – wtedy chmury są lustrem świata i można w nich zobaczyć wszystko jak na wielkim ekranie, jako na ziemi, tak i w niebie, lecz trwa to tylko mgnienie, bo czas ma barwę szarą i postać ptaka o przejrzystym ciele: jedno muśnięcie skrzydeł i zaczyna się zmierzch.”

„Opowieści”, mimo że nie zawsze chronologiczne, często enigmatyczne i zaledwie muśnięte, są płynne, mają swoje przyczyny i skutki, nie zawsze widoczne gołym okiem, nie zawsze wyczuwalne. Autor uzmysławia nam fakt, że prości ludzie mogą stworzyć świat magiczny. Świat melancholijny, smutny, pijany, w jakiś sposób cyklicznie przewidywalny i z pokutującym duchem mordercy błąkającym się w poszukiwaniu rozgrzeszenia, ale magiczny. Stasiuk nie podaje na tacy passepartout do tego świata, ponieważ on nigdy do końca nie będzie należał do nas – ludzi z zewnątrz.

Andrzej Stasiuk, Opowieści galicyjskie, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2008.

Rafał Niemczyk

* Na podstawie „Opowieści galicyjskich” w 2008 roku powstała udana adaptacja filmowa pt. „Wino truskawkowe” w reżyserii Dariusza Jabłońskiego. Film opiera się na rozbudowanym wątku miłosnym, ale wizja reżysera została w pełni zaakceptowana przez Andrzeja Stasiuka. Muzykę napisał Michał Lorenc, który tradycyjnie okazał się niezawodny, tworząc melancholijną, ale pełną folkloru i pasji ścieżkę dźwiękową. Polsko-słowacka produkcja była w 2009 roku nominowana do nagrody Złotej Kaczki za najlepszy film sezonu.

%d blogerów lubi to: