Hermann Hesse, Narcyz i Złotousty.


Między Włóczykijem a Florentino Arizą

Wbrew tytułowi i obiegowej opinii powieść „Narcyz i Złotousty” nie jest poświęcona opozycji tytułowych postaci; jest portretem Złotoustego, a raczej takiej postawy życiowej, jaką on symbolizuje. To obraz artysty oraz sztuki, pojmowanej jako specyficzny akt intelektualny i emocjonalny, dokonywujący się w duszy człowieka. Kusząca wydaje się interpretacja łącząca tę powieść z powstałym trzynaście lat później opus magnum Hermanna Hessego, „Grą szklanych paciorków”. Byłby to swoisty dyptyk o duchowości człowieka, w którym jak w monecie możemy oglądać awers i rewers twórczej strony człowieczeństwa. W obu przypadkach potraktowany ze zwykłym dla tego pisarza głębokim humanizmem oraz krzepiącym idealizmem.

Owszem, Hesse umiejętnie konstruuje dychotomię dwóch, bardzo odmiennych – wydawałoby się – sprzecznych postaw życiowych, które uosabiają postaci tytułowe, lecz jest to zabieg mający uwypuklić portret Złotoustego. Narcyz pełni tu rolę pomocniczą, jest pewnym – umożliwiającym rozwój Złotoustego – inicjatorem, a dla nas, czytelników, kimś/czymś w rodzaju scenerii albo jeszcze lepiej: kontrastowego tła. Zgodnie z przedstawioną wyżej interpretacją Narcyz to Józef Knecht z „Gry szklanych paciorków”, i dopiero tam poświęcono mu należytą uwagę.

Obie postaci to obrazowe przedstawienie dwóch możliwych opcji rozwoju ludzkiej duchowości, mianowicie realizmu i idealizmu. W znacznym uproszczeniu: Narcyz to naukowiec, symbolizuje realizm, jest jakby kontynuatorem myśli Arystotelesa i św. Tomasza, jego życie pełne jest harmonii, ładu, spokoju, jest poświęcone intelektowi, to sanktuarium myśli i logiki, czasem naznaczone pewnymi koniecznymi kompromisami, może nawet niewielkim relatywizmem, jest jednak o wiele bezpieczniejsze i łatwiej osiągnąć tu jeśli nie sukces, to dłuższe istnienie i spełnienie.

Złotousty to drugi biegun – jest artystą, reprezentuje idealizm, myśl Platona i Fryderyka Nietzschego, panuje tu kult prawdy, dogmaty, ortodoksja, ale również namiętność, chaos oraz pewnego rodzaju dzikość i niespokojność, to droga mniej pewna, na której co rusz napotykamy różnego rodzaju pułapki, ryzykowna tak bardzo, że jej skutek niemal na pewno doprowadzi do mniejszej lub większej katastrofy, za to zdobyć można tu więcej, zdecydowanie bliżej tu do piękna i wartości bezwzględnych.

Hesse zderzając ze sobą te dwie postacie, uczynił z tej chwili jak gdyby zarzewie późniejszych losów Złotoustego. Narcyzowi zaś przydzielił rolę inicjatora, albo jeszcze lepiej katalizatora inicjacji; to przecież on uświadomił Złotoustego, jakby obudził go, doradził wybór drogi, co jest tym bardziej cenne i doniosłe, że była to droga zupełnie sprzeczna z jego własną. Zgodnie ze specyficzną modą panującą w prozie autora „Wilka stepowego” rzecz dokonała się w klasztorze Mariabronn, pod opiekuńczym wzrokiem mądrego i dobrego opata Daniela, który z uprzywilejowanej pozycji starca dość kontemplacyjnie przyglądał się zmaganiom młodzików. Jakże znamienne są u Hessego owe relacje: uczeń-mistrz, podrzędny-nadrzędny, zbłądzony-przewodnik.

„Narcyz i Złotousty” to powieść wielka, w tym sensie, że posiada swój własny świat, zupełnie autonomiczny, kompletny, wyczerpujący ale przede wszystkich wiarygodny. Czytelnik odkrywa w niej inną rzeczywistość, podobną przecież do znanej mu, ale jednak odmienną, jak gdyby dopasowaną do treści książki. Trudo to opisać, łatwo poczuć podczas lektury, jest to skutek bardzo przemyślanej kompozycji utworu, którego fabuła jest mistyfikacją popełnioną dla celu wyższego: dla zanalizowania pewnej niepokojącej autora kwestii, w tym wypadku zagadnienia osobowości artysty, jego życia, dzieła etc. Mistyfikacją, jakkolwiek brawurową, to jednak bardzo solidną, dopracowaną i – to, co nas, czytelników, interesuje najbardziej – atrakcyjną w lekturze.

Artysta

Jaki jest Złotousty? To człowiek o „bogatych zmysłach i duchu”, wrażliwy, umiejący wiele zauważyć, lecz przy tym obdarzony silnym charakterem, „o wielkiej sile miłości, którego przeznaczenie i szczęście polegało na tym, by mógł się cały oddać gorącym sercem”, żyjący zgodnie z mottem: idę, celu nie mam, lecz iść muszę, bo coś mnie woła, przy tym jednak zdobywający owe cele, w dużej mierze intuicyjnie, bardzo emocjonalnie; człowiek nad wyraz zakochany w pięknie, ale niezbyt wierny, bo kochający równie mocno wolność, niezależność, noszący w sobie „instynktowne zamiłowanie do wędrówki i obczyzny”, nadto niezmiernie ciekawy świata i ludzi, pełen wewnętrznej namiętności, podatny na wszelkiego rodzaju burze, nienasycony, czasem wręcz dziki, zachłanny, chciwy na doznania, lecz jednocześnie delikatny, czuły, subtelny, ale nie sentymentalny, umiejący w jakiś tajemniczy sposób to wszystko w sobie harmonijnie pogodzić; kochający życie, umiejący je smakować i doświadczać, lecz – pewnie przez tę umiejętność – nie bojący się śmierci, odważny, ba! ekscytujący się ryzykiem, idący śmiało i pewnie, choć często bez wiedzy dokąd zmierza. W końcu człowiek pogodzony ze sobą, znający siebie i podążający za swym przeznaczeniem, przez to szczęśliwy i spełniony, choć posiadający świadomość trudów, jakie przyjdzie mu pokonać – nie obawia się tego, chętnie zapłaci taką cenę.

Ktoś inny powiedziałby krócej i mniej patetycznie: zbiegły zakonnik, bezdomny i włóczęga, trudniący się uwodzeniem i porzucaniem kobiet, który stworzył kilka rzeźb, podobno całkiem niezłych, lecz wiedziony jakimś autodestrukcyjnym instynktem, wkrótce porzucił pracownię rzeźbiarską, wracając na gościńce i drogi, by samotnie podążać ku końcowi świata i siebie.

Wędrówka Złotoustego jest bez wątpienia ucieczką od powtórzeń, od nawyknień, od uporządkowania. Co w tym wszystkim złego? Dlaczego należy przed tym uciekać? Stanie w miejscu, stabilizacja to dla niego brak rozwoju, a więc regres, brak nowych bodźców powoduje zasklepianie i bezsensowne, tragiczne przebieranie nogami pod starym stołem, na którego blacie zna się wszystkie zarysowania, to jakby usychanie rośliny z powodu jałowego podłoża, wyobraźnia Złotoustego, jego dusza i pragnienia nie są w stanie, w dłuższej perspektywie, tak żyć.

Hermann Hesse (fot. www.dw.de)

Hermann Hesse (fot. http://www.dw.de)

Złotousty to artysta, ale jakże dziwny, bo obywający się bez publiczności, przynajmniej większej. Nie interesuje go uznanie, sława i cały wiążący się z tym worek dobrodziejstw, on jest zainteresowany wyłącznie ideą sztuki: tworzeniem, dostrzeganiem piękna. Można odnieść wrażenie, że granice sztuki, którą tworzy, są granicami jego duszy, świadomości, co dalej jest rubieżą albo ziemią obcą, którą należy obserwować i szukać w niej piękna, ale która ostatecznie nie jest istotna.

Jest to oczywiście obraz idealistyczny, mocno przerysowany, bo w zamierzeniu instrumentalny, mający przedstawić pewien typ człowieka, nie tracący konkretności, lecz mało wiarygodny w zwykle otaczającej nas rzeczywistości. Kunszt literacki autora „Gry szklanych paciorków” oraz wielkość tej powieści polega na tym, że mimo wszystko ten obraz nie razi, kupujemy go bez wahania, doskonale zdając sobie sprawę z jego mankamentów. Rzecz jasna nie każdy czytelnik tak się zachowa, ale o tym za chwilę.

Powieść drogi

Świat powieści to w przeważającej mierze drogi, wioski i małe miasteczka Niemiec w bliżej niesprecyzowanym czasie i permanentna między nimi krzątanina pozbawiona wyższej idei. Wielu doszukuje się tu czasów średniowiecza, zapewne w związku z opisanymi w książce: epidemią dżumy, stosunkami feudalnymi i gospodarczymi oraz kulturą materialną. Bardzo to możliwe, lecz nie najważniejsze. Hesse zbudował świat wedle swego uznania, potrzebował takich okoliczności, w których wędrówka mogłaby być zupełnie swobodna, a przestrzeń bogata w małe miejscowości, poprzetykane wielkimi lasami i uroczyskami, w których można przenocować lub pozostać dłuższy czas w ukryciu.

Niemniej czas i przestrzeń są tu jak kręgi na wodzie, powtarzalne i w pewnym sensie złudne i w gruncie rzeczy – mimo że są przydatną kategorią myślową – nie prowadzą do żadnego praktycznego celu, być może zupełnie nie istnieją. Człowiek-artysta jest możliwy w każdej epoce i miejscu na ziemi, a to przecież on jest głównym tematem tej książki.

Bardzo malownicza to sceneria, sprzyjająca towarzyszącemu nam na ogół wyobrażeniu przygody. To jakby „chleb i igrzyska” dla czytelnika, coś co pozwala mu płynniej oddać się lekturze, pozostawiając go jednocześnie cały czas w bliskości duszy Złotoustego i tych procesów, które się w niej odbywają.

Mamy więc pogodnego i beztroskiego wędrowca w niepokojąco romantycznych okolicznościach, podążającego bez celu, spotykającego na swojej drodze niezliczoną ilość kobiet, z którymi nawiązuje taką samą ilość krótszych lub dłuższych romansów, do tego szereg innych od erotycznych przygód. A to wszystko ujęte oczyma pełnymi fascynacji i tej jakże interesującej ciekawości świata i ludzi, choć również ciekawości zatrważająco bezkrytycznej, chciwej na równi widoku pięknego ciała kobiecego, co potwornych obrazów epidemii dżumy – stąpającej równie chętnie po niebie, jak i po piekle.

Wiele tu drugoplanowych postaci, a wszystkie są bardzo wyraziste. Dla przykładu świat męski, poza wspomnianymi wyżej starym opatem Danielem i Narcyzem, reprezentują: mistrz Mikołaj, sławny i znakomity rzeźbiarz, człowiek bez wątpienia oddany sztuce, lecz odrobinę przyduszony codziennością; zbój Wiktor, który z początku wydaje się dość przyjemnym i przyjacielskim wagabundą, lecz w gruncie rzeczy jest pozbawionym skrupułów nikczemnikiem pasożytującym na mniej doświadczonych oraz bardziej naiwnych ludziach (z nim to Złotousty stacza nierówną walkę, walkę słabszego z silniejszym, której stawką jest wszystko, czyli życie, i – co dziwne, ale zarazem charakterystyczne dla Hessego – wygrywa); Robert, inny włóczęga, syn stolarza, który pod pretekstem pielgrzymki pątniczej porzucił osiadły tryb życia, zostawiając za sobą dom i rodzinę, człowiek niezwykle ostrożny i lękliwy, dość szczery i miły towarzysz, pozbawiony jednak tej odrobiny czelności, która w życiu gwarantuje ludziom osiąganie swej woli; zamożny rycerz, nieznany z imienia, rozmiłowany w uczoności i księgach, wykazujący wtórny analfabetyzm nabyty podczas życia wojennego, którego marzeniem jest spisanie szczegółowej relacji z podróży, jakie odbył podczas swojego życia.

Erotyzm

Florentino Ariza z Marquezowskiej „Miłości w czasach zarazy” (za: http://www.zhibit.org)

Są wreszcie liczne kobiety znane z imienia lub anonimowe. Jest ich wiele, wśród tych ważniejszych: Liza, która w okolicznościach mocno improwizowanych udzieliła Złotoustemu pierwszej lekcji ars amandi, a potem, pozostawiwszy go nieco osłupiałego przy pewnej kopie siana, powróciła do męża; siostry Lidia i Julia, rozpieszczone i odrobinę zarozumiałe córki wspomnianego wyżej rycerza, obawiające się swojej seksualności, albo lepiej przedkładające nad nią swój prestiż społeczny; Lena, młoda kobieta, którą Złotousty najpierw w pewien sposób uratował od śmierci, aby potem patrzyć, jak umiera w skutek bardzo nieprzyjemnej i nieprawdopodobnej przygody; na wpół obłąkana wyrządzoną jej krzywdą Rebeka, jakby uosobienie sumienia świata; niepełnosprawna, zagubiona w swoich kompleksach, chroma Maria, córka gospodarzy, u których przez pewien czas mieszkał Złotousty, umiejąca kochać go cicho, jednostronnie i bardzo wiernie; Agnieszka, kochanka hrabiego, namiestnika miasta, kobieta pełna zmysłowości, dojrzała, świadoma, doświadczona i jakby ulepiona z tej samej gliny, co Złotousty.

Złotousty na swej drodze spotyka zdecydowanie więcej kobiet niż mężczyzn. I większość z nich w taki lub inny sposób ulega jego czarowi, jest to jednak erotyzm specyficzny, zasadzający się nie tyle na cechach Złotoustego, ile na samej kobiecości, którą on potrafi odkryć, docenić, zachwycić się nią. Złotousty nie szuka kobiet najpowabniejszych, przynajmniej nie tak, jak to sobie zwykle wyobrażamy; on szuka piękna w każdej kobiecie, i bardzo gorąco wierzy, że to piękno tam jest, tak mocno, że go odnajduje. Ba! Nie tylko to. Potrafi sprawić, że owe kobiety, dzięki jego podekscytowanym spojrzeniom, słowom i pod dotykiem jego dłoni, również w nie wierzą. Czyż może być coś wdzięczniej pięknego? Oczywiście, wcześniej czy później dopiero co odkryte piękno będzie musiało sobie radzić samo, bo zostanie porzucone.

Pieśń o sztuce, wolności i zmysłowości

„Narcyz i Złotousty” – mimo że to książka genialna i prosta – nie każdemu czytelnikowi przypadnie do gustu. Jest to bowiem idealistyczna przypowieść napisana, aby zbadać określony typ duszy ludzkiej; pewnego rodzaju paraboliczna błyskotka prowadząca jednak do filozoficznych i mentalnych pereł – to prawda, że eksplodująca feerią ekscytujących wrażeń, lecz jednak jakby trochę udawana. Nie każdy skłonny jest do takich poszukiwań, choć ten, który z przekonaniem je rozpocznie, będzie usatysfakcjonowany i formą, i malowniczością okoliczności. Łatwo zarzucić tej powieści pewnego rodzaju naiwność w kreacji zarówno bohaterów, zwłaszcza Złotoustego, jak i fabuły, jest to przecież uniwersalistyczna baśń dla dorosłych, napisana, by natchnąć ich do swojej własnej podróży, owego wglądu w samego siebie.

Mistyfikacje literackie – te wszystkie domniemane zuchwałe zwycięstwa i sromotne upadki Złotoustego – prowadzą do zbudowania amfiteatru, w którym będzie można zadać pytanie o duszę, o prymat jej natury. Do tego pytania, istotnego raczej przez fakt jego sformułowania, niż dzięki uzyskanej odpowiedzi.

Hesse oddany kontemplacji (fot. hermannhesse.tumblr.com)

Hesse, na tak postawione pytanie odpowiada niezbyt zdecydowanie: lepszy, a na pewno bliższy sensowi człowieka, jest idealizm. Choć i realizm jest potrzebny, ba!, jest konieczny, lecz mimo wszystko przesuwa języczek u wagi w stronę wolności, zmysłowości i piękna. Przy czym świetnie zdaje sobie sprawę, że nie jest to obiektywna prawda, to ulubienie osobiste i preferencja – tak silna, że podświadomie obecna, nawet jeśli nasz intelekt podpowiedział nam inny wybór.

Hermann Hesse, Narcyz i Złotousty, przeł. Marceli Tarnowski, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1958.

Dominik Śniadek

* Wykorzystane w tekście ilustracje Włóczykija pochodzą, rzecz jasna, z książek Tove Jansson.

Saga o Egilu. Omówienie.


Saga-o-Egilu-okladkaO ekonomii, rzemiośle wojennym i poezji wikingów w czasach przejściowych, na przykładzie dziejów życia Egila, syna Skalla-Grima, i kilku innych przedstawicieli jego rodu

„Saga o Egilu”[1] powstała w XIII wieku, jest to tekst anonimowy, choć coraz częściej za jego prawdopodobnego autora uznaje się Snorriego Sturlusona, islandzkiego poetę skalda, który napisał „Eddę młodszą” (prozaiczną) oraz „Heimskringlę” (Sagę o królach norweskich). Utwór jest sagą rodową – napisany został prozą, lecz posiada również krótkie fragmenty wierszem, o czym później – i, jak często zdarza się w przypadku tego gatunku literackiego, zdecydowanie bliżej mu do powieści niż kroniki historycznej. Wprawdzie daje opis licznych faktów i postaci historycznych, znanych z innych źródeł, niemniej czyni to w sposób nie spełniający wymagań historiograficznych, bywa nawet sprzeczny z nimi – warstwa historyczna została tu wyraźnie podporządkowana wątkom fabularnym i poetyckim. Może dlatego książkę czyta się bardzo dobrze, niemal jak współczesną powieść historyczną.

Berserk w ogniu walki (Maria Hiszpańska-Neumann, drzeworyt)

„Egils Saga Skalla-Grimssonar” (bo tak brzmi jej tytuł w oryginale) opowiada dzieje życia Egila i niektórych jego krewnych, większą uwagę poświęcając oczywiście Egilowi, ale również jego dziadowi, który nosił imię Kweldulf, oraz dwóm synom tego ostatniego: Thorolfowi oraz Skalla-Grimowi, i wreszcie potomstwu Egila, głównie Thorsteinowi. Warto dodać, iż nie wszyscy ludzie byli bezwzględnie pewni, że Kweldulf, Skalla-Grim i Egil nie przemieniali się czasem w wilka lub niedźwiedzia, zwłaszcza podczas walki. Innymi słowy – byli berserkami[2]

Można wyodrębnić dwie części książki. Po pierwsze: sagę o Thorolfie, wuju Egila, mężu słynącym z dzielności, siły, szlachetności i przezorności, skutecznie szukającym sławy na dworze i okręcie króla Harolda Pięknowłosego. Jest to postać archetypiczna dla okresu starożytności nordyckiej: Thorlolf jest piękny, mądry, odważny i sprawiedliwy, uosabia ideały dawnego wojownika. Mimo to, albo właśnie dlatego, ostatecznie los nie jest dla niego łaskawy. Sam, na skutek pewnych intryg, wpada w niełaskę u króla, a potem zostaje zabity, a cała jego rodzina zostaje wyjęta spod prawa i zmuszona do emigracji.

Egil Skallagrimsson na XVII-wiecznym manuskrypcie

Egil Skallagrimsson na XVII-wiecznym manuskrypcie

Drugą częścią jest właściwa opowieść o Egilu, który urodził się już w czasach wczesnofeudalnych w Islandii, jako syn banity, lecz nadal posiada silne związki z Norwegią i jej mieszkańcami. Egil i ludzie, z którym przeplata się jego życie, oddani są bardziej konkretnie, nieco mniej mitycznie, za to naturalistycznie, przy czym pozostają wciąż niewolni od magiczności. Egil jest brzydki, łysy, zdarza mu się postępować nie tylko gwałtownie, ale również niesprawiedliwie, ma także inne słabości, co zbliża go do zwykłych ludzi, mimo to jest berserkiem, do tego wojownikiem znanym i szanowanym, pewnego rodzaju bohaterem. Nie tak krystalicznym jak wuj, niemniej sławnym i podziwianym. Jego postać łączy w sobie nowe ze starym. Dopiero Thorstein, syn Egila, stanie się nowym człowiekiem, osadnikiem, skupionym bardziej na gospodarowaniu na swojej ziemi w Islandii niż na łupieżczych wyprawach. I dopiero on w pełni uzna Islandię za swoją ojczyznę.

Czas trwania wydarzeń opisanych w sadze to mniej więcej druga połowa IX wieku i pierwsza połowa wieku X. Zdarza się, że autor wykracza poza tę cezurę, lecz czyni to tylko epizodycznie. Jest to okres bardzo ważny dla Norwegów i ich państwa, następują wtedy istotne zmiany organizacji społeczeństwa – dawny ustrój plemienny oparty na przynależności do rodu i demokrację wiecową zastępuje wczesnofeudalna monarchia i władza króla. Nie była to, zapewne, bezbolesna transformacja, zwłaszcza w tak indywidualistycznym narodzie, rządzącym się na ogół prawem siły i obyczajami, które zwykliśmy nazywać barbarzyńskimi, co, mówiąc na marginesie, źle świadczy nie o tych obyczajach, a o naszej wiedzy.

Synowie Hildiridy przynoszą królowi daninę z Finnmarku (Maria Hiszpańska-Neumann, drzeworyt)

Synowie Hildiridy przynoszą królowi daninę z Finnmarku (Maria Hiszpańska-Neumann, drzeworyt)

Król domagał się posłuszeństwa oraz danin i dysponował siłą potrafiącą to wymóc. Nie było łatwo zaakceptować taki stan rzeczy, tym bardziej trudne było to dla ludzi obdarzonych nieujarzmioną wolą bycia i działania, nauczonych samowolnego stanowienia o sobie i ziemi, którą posiadali. Osoby nieumiejące znaleźć się w nowych porządkach miały dwa wyjścia: nierówną walka z hirdem[3] królewskim lub ucieczkę z ojczyzny – na ogół korzystały z drugiej możliwości. Jednostki mniej skłonne do kompromisu i podporządkowania musiały w ten lub inny sposób uciekać od władzy królewskiej, a im ta ostatnia była silniejsza, tym emigracja musiała być bardziej odległa. W ten sposób zasiedlono, dotychczas dość bezludną, Islandię.

Innym rezultatem wspomnianych zmian było to, że na terenie Norwegii zapanował większy niż wcześniej porządek prawny, zatem udać się na wiking – wyprawę łupieżczą, gdzie swoją odwagą i orężem, ale także okrucieństwem i przemocą zdobywało się majętność – wypadało zagranicę. Płynęły wobec tego, wzbudzając trwogę wśród innych mieszkańców Europy, długie i smukłe langskipy do Anglii, Szkocji i Irlandii, do Danii, Islandii oraz z nieco mniejszą regularnością do wszystkich innych krajów w basenie Morza Północnego i Bałtyckiego, nawet do Kurlandii, wszędzie tam, gdzie możliwa była grabież, dla największych hałaburdów i zawadiaków zachowując miejsce na dziobie okrętu, gdzie, to prawda, najłatwiej było o śmierć, ale tak samo szybko można było zdobyć sławę.

Historia kolonizacji Islandii i owych „wypłynięć na wiking”, solidnie osadzona w realiach okresu powstawania scentralizowanego państwa norweskiego, stanowi główną scenerię fabuły omawianej książki. Osią akcji pozostają dzieje Egila i jego krewnych i znajomych, choć poznajemy znacznie więcej postaci, bardzo charakterystycznych i ciekawych.

Wikingowie

Wikingowie

Świat to okrutny, pełen przemocy i napawający się do syta brutalnością. Mord, grabież, gwałt, tortura, bestialstwo to chleb powszedni, tak się żyje, takie są realia. Zło definiuje świat, a autorytetem moralnym jest siła. Jest i inny ważny żywioł, ekonomia, co, biorąc pod uwagę ówczesne stosunki społeczne, nieco zdumiewa. Na pewno jest charakterystyczna żądza posiadania złota, srebra oraz innych dóbr, nie zawsze znajdujących właściwe miejsce w rzeczywistości wojowników nordyckich; dóbr gromadzonych nie tyle dla wykorzystania lub pomnożenia, co samego posiadania. Egil, za swoją służbę i jako rekompensatę za śmierć brata, otrzymał od króla Anglii, Adalsteina, dwie skrzynie srebra, które potem bezsensownie woził ze sobą na wszystkie wyprawy, a gdy już był zbyt stary, żeby je odbywać i osiadł na stałe w Islandii, nadal pilnie o nie dbał, przez co należy rozumieć, że strzegł ich przed innymi, a tuż przed swoją śmiercią wyniósł je w nieznane miejsce i zakopał w ziemi. Wątek ekonomiczny pojawia się często, i sam w sobie jest uzasadnieniem działań. Przy czym nie jest to, lub nie tylko, sposób utrzymania, ale raczej metoda zyskania prestiżu wśród innych i dowartościowania się we własnych oczach – okoliczność, jakby nie było, dobrze nam znana.

Odnaleźć można tu pewną, nieco śmieszną regularność. Mężowie – a więc wojownicy, ci, których zwykliśmy nazywać wikingami – większą część roku, tę podczas której jest możliwa żegluga na morzu, spędzają na wyprawach łupieżczych, a na zimę osiadają na swojej lub przyjaciół ziemi. Wyciągają wtedy swoje łodzie na brzeg, a sami udają się na niekończące się uczty, gdzie gościem honorowym jest rytualne obżarstwo, a towarzyszy mu siostra niezguła, libacja. To, rzecz jasna, spore uproszczenie i uleganie stereotypom, bo przecież zimą załatwiano wszystkie konieczne gospodarcze sprawy, witano się również z dawno nie widzianymi żonami… Upraszcza czytelnik, ale podobnie robi autor, bo ta opowieść jest w dużej mierze pieśnią chwały, posiadającą w sobie pewne elementy legendy i bajki, a chwała znaczy owy koniec świata starożytności norweskiej, w zamyśle autora będąc jakby podstawą i budulcem późniejszej tożsamości potomków Egila.

Za sprawą wikingów, czyli wypraw mających przynieść majętność i sławę, w pewnym sensie jest „Saga o Egilu” literaturą zawierającą w sobie wątek drogi. Nieustannie słyszymy o permanentnym ruchu bohaterów uprawiających rodzaj włóczęgi łupieżczej i wojennej. Można sobie wyobrazić owy wiosenny, wesoły rozgardiasz wśród Norwegów wypływających w morze, ku nowemu, często niebezpiecznemu, lecz dającemu szansę na odmianę losu, a nawet jeśli nie, to niosącemu ze sobą sposobność do wciąż nowej przygody, do awantury, do wydarzeń, które później końcem jesieni i zimą będzie można opowiadać przy zastawionym stole, trzymając w rękach róg wypełniony alkoholowym napojem.

Egil w sporze z Bergiem-Önundrem (obraz Johannesa Flintoe z końca XVIII w.)

Egil w sporze z Berg-Önundem (obraz Johannesa Flintoe z końca XVIII w.)

Opowiadać przygody, sławić bohaterskie czyny, kpić z wroga i okazywać sympatię dla przyjaciela lub stronnika – to zawsze było cenne wśród tego narodu, stąd chyba niecodzienna instytucja skalda, który jest kimś pośrednim między poetą a wojownikiem, dokładniej – jest jednocześnie jednym i drugim; więcej jednak cenionym niż zwykły wojownik, może przez długość zimowych wieczorów, a może przez sentyment wielu pokoleń do poezji, która, w tym wypadku, utrwala czas. Taki jest Egil – na co dzień trudni się rozbojem, czasem jest to rozbój słuszny, lub za taki go uważa, to znów zwykły, przestępczy, ale również na co dzień Egil jest poetą. Naprawdę. Czasem bywa to trudne do zrozumienia. Walczy z kimś a potem, po zwycięstwie, które na ogół oznacza śmierć przeciwnika, nierzadko okrutną, opowiada o tym wierszem. Zdecydowanie inny to obraz poety od towarzyszących nam, zazwyczaj, w tej mierze wyobrażeń. Znajdujemy tę poezję w tekście, na ogół są to wiersze składające się z ośmiu wersów, napisane językiem mniej gładkim, niż pozostała część książki, który jest jakby mniej uporządkowany, bardziej dziki i gwałtowny, być może autor sagi zapożyczył te fragmenty ze starszych źródeł, funkcjonujących w jego czasach w przekazach ustnych.

Świat „Egils Saga” jest inny, zupełnie odmienny od naszego, może właśnie przez to w pewien sposób fascynujący i ciekawy; jest straszny i okrutny, wydawałoby się pozbawiony tego wszystkiego, co zwykliśmy nazywać człowieczeństwem. Lecz to chyba przesada, sąd pochopny, wydany bez zastanowienia, bo ten świat i jego bohaterowie umierają, ostatkiem sił zdobywając się na honorowe przemożnych sił odparowanie. Jest więc w tym i piękno, i duma dzielnie zmagającego się ze swym losem człowieka, który ma świadomość nieuchronności nadchodzącego losu i swojego w nim końca, a mimo to postanawia walczyć o prawo bycia sobą.

Lektura nie jest trudna, mimo że od powstania książki upłynęło już wiele epok, nie należy spodziewać się tu ekwilibrystyki językowej, bo to opowieść napisana językiem raczej prostym, za to bardzo homogenicznym, posiadającym wiele sformułowań ściśle przypisanych określonym sytuacjom. Dla przykładu: gdy wprowadzana jest nowa postać pada rytualne: XYZ zwał się pewien mąż, syn tego i tej, spokrewnionych z tymi i tamtymi, mieszkał w takim miejscu; gdy epizod autor uznaje za wyczerpująco opisany: Nic się nie stało, o czym warto wspominać, aż do… Mamy tu także pewne zwroty, charakterystyczne, jak: Miał miecz, na imię mu było, lub Możesz zabrać ze sobą tylu towarzyszów, ilu tylko zapragniesz – co było formą wyrażenia zgody na zimowanie przez gospodarza. Jest tego znacznie więcej i niewątpliwie wzmacnia ekspresję tekstu, pozwalając nam lepiej ukonstytuować wyobrażenie o tamtym świecie.

Wikingowie w drodze na wyprawę (Maria Hiszpańska-Neumann, drzeworyt)

Wikingowie w drodze na wyprawę (Maria Hiszpańska-Neumann, drzeworyt)

Autor „Sagi o Egilu” zdecydowanie przedkłada treść nad formę, lecz tej drugiej nie można wiele zarzucić. Jest to opowieść o czasach byłych, czasach z pewnych względów istotnych, niepozbawionych malowniczości, stanowiących przy tym ważną cegiełkę w gmachu tożsamości potomków ludzi takich jak Egil. Opowieść miejscami okrutna, lecz pokazana bardzo malowniczo, nieco – jak przystało pieśniom chwały – wyidealizowana, ale właśnie przez to bardziej literacka, bardziej magiczna i bajkowa. Oprócz wspomnianych wyżej tematów, znajdziemy tu wiele szczegółów dotyczących czasów wikingów, ich konstytucji psychiczno-społecznej, ich uzbrojenia, statków, słowem całej kultury materialnej i duchowej tamtego świata. Tym cenniejsze to świadectwo, że napisane przez ich niemalże bezpośredniego następcę.

Wedle mojej wiedzy, opisywana książka jest pierwszym i jedynym wydaniem tej pozycji w języku polskim. A powstała, a jakże, staraniem Wydawnictwa Poznańskiego (które jest kontynuatorem przedwojennego Wydawnictwa Polskiego Rudolfa Wegnera z siedzibą również w Poznaniu), zgodnie z pewną tradycją wydawniczą, o której także warto kiedyś napisać, tu wystarczy powiedzieć, że większość literatury skandynawskiej dostępnej w języku polskim zawdzięczamy wspomnianym wydawnictwom.

W ostatnim słowie warto powiedzieć, że „Saga o Egilu” jest ilustrowana całostronicowymi drzeworytami, wykonanymi przez Marię Hiszpańską-Neumann, co znacznie wzmaga estetykę edycji, i niektórym czytelnikom sprawi przyjemność, choć pewnie znajdą się też tacy, których wyobraźnia wytwarza obrazy nieco odmienne od tych zamieszczonych na ilustracjach w książce…

Snorri Sturluson (prawdopodobnie), Saga o Egilu, przekład ze staroislandzkiego: Apolonia Załuska-Stromberg, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 1974.

Dominik Śniadek

[1] Gdzie indziej spotyka się pisownię Egill, tu przyjęto wersję podaną w opisywanej książce, ta sama uwaga dotyczy innych kontrowersji wokół pisowni nazw użytych w tekście.

[2] Berserk, według Słownika Języka Polskiego, to występujący w sagach nordyckich wojownik mający opinię niezwyciężonego, walczący z siłą i dzikością niedźwiedzia, choć „Egils Saga” ujmuję sprawę nieco inaczej. Wedle tego źródła był to wojownik, który w czasie walki przeistaczał się w zwierzę, np. wilka, rodzaj zwierzęcia nie jest dokładnie sprecyzowany; skutkiem przemiany był tzw. „szał berserka”, który sprawiał, że wojownik nabierał cech nadnaturalnych, mógł pokonać znacznie większą ilość wrogów, a gdy po skończonej walce wracał do zwykłej swej postaci, był zmęczony, stawał się ospały i rozkojarzony, zupełnie jakby wrócił z jakiejś odległej i wyczerpującej podróży.

[3] Były to oddziały wojskowe skupione na dworze władcy norweskiego, razem z nim odbywające wyprawy wojenne, przez swą siłę legitymizujące jego poczynania, ale również stanowiące zalążek przyszłej nomenklatury.

Aleksander Szełudiakow, Z plemienia Cedru.


Tajga z lotu ptaka

Co mi powiesz tajgo? Co mi powiesz lesie, gdy ucho twej ciszy powierzę? Żadnej odpowiedzi, tylko brzoza przy brzozie w czarno-białej stoi pozie. I stary cedr z sosną w parze, dalej może osika lub modrzew, i tak kilometrami, dziesięć kilometrów, sto, tysiąc… Dalej niż sięga horyzont, przez las, bagno i jezior morze, bez miary, bez urozmaiceń, z tajemnicami nie do wykrycia. Tu każdy jest gospodarzem, wszystko może, o ile zdoła przetrwać. Tylko echo odbite na wodzie, szeptem, coraz dalej i ciszej powtarza: Tyś, synku, obcy  – zrozumieć nie możesz. Powiem – nie pojmiesz, zamilknę – to się obrazisz…

Aleksandra Szełudiakowa nie zalicza się do obcych, bowiem urodził się we wsi Nikolskoje, położonej w tajdze i w niej spędził dzieciństwo, podczas którego miał dość sposobności, aby przypatrzeć się przyrodzie i ludziom mieszkającym w tej krainie; nasłuchał się również opowieści i legend Ewenków, dawnych jej posiadaczy. A że urodził się w 1928 roku, to przypadła mu rola szczególna, dorastał w czasach, gdy do dawnego dodawano nowe, wskutek czego pierwsze powoli, ale nieuchronnie odchodziło w niepamięć. Ginął stary świat ludzi długiej ścieżki, niknął w oczach naród koczowników i myśliwych, którzy strugali z drewna bożki-totemy mające zapewnić im ochronę i pomyślność podczas długich, często samotnych wypraw w tajgę. Serce jego wierne nie pozwalało uciec od tego miejsca, pracował więc w lotnictwie syberyjskim, później szukał ropy na dalekiej Północy.
W końcu zaczął opisywać świat, w którym żył. Debiutował dość późno, bo w 1964 roku, opowiadaniami.

Tajga na Syberii (fot. Anatoly V. Lozhkin)

Ostatecznie powstała powieść „Z plemienia Cedru”. Warto podkreślić: powieść radziecka, napisana przez radzieckiego człowieka w okolicznościach radzieckich, mimo to, pewnie dzięki tajdze i jej pięknie, książka broni się. Jest pewnego rodzaju bajką, opowieścią w dużej mierze o przyrodzie, ale w jeszcze większej o tych nielicznych ludziach, którzy osiedlili się tu dobrowolnie lub nie, utknęli na dobre w tej krainie pełnej lasu, zwierząt, ryb i przestrzeni tak wielkich, że aż cichych w swym bezmiarze, tworząc dziwny konglomerat; bywa, że mówiący różną mową, lecz w rzeczach naprawdę istotnych rozumiejący się bez słów.

Powieść o świecie innym, często dla nas oryginalnym, może nawet magicznym, gdzie prawda przeplata się z legendami. Budzi to literackie skojarzenie z powieścią Gabriela Garcii Marqueza „Sto lat samotności”, może dość odległe w okolicznościach, lecz jednak trafne. W obu książkach mamy odrębny i odległy świat, posiadający swoje własne reguły, dziwne i ekscentryczne rytuały, odchodzący już do historii, rzekłbyś umierający, resztkami sił zdobywający się na kilka słów, lecz w obu przypadkach, owe kilka słów jest kapitalne i godne naszej uwagi.

Akcja książki umieszczona została w niewielkiej miejscowości Ułangaj – leżącej nad rzeką Jugan, dopływem Obu, niedaleko większej Osady Niedźwiedziego Cypla, jakiś tysiąc kilometrów na północ od Tomska – oraz w tajdze otaczającej to miejsce. Nie o geografię tu chodzi, lecz trzeba podkreślić, że przy odrobinie zawziętości można Ułangaj mniej więcej odnaleźć w atlasie – mój pozwolił odnaleźć rzekę Jugan.

Tajga w Krasnojarsku (fot. http://landscape-photos.org)

Miejsce to odległe od cywilizacji, zagubione wśród lasów i bagien, do którego nie prowadzą żadne drogi, przynajmniej nie takie, jakie mamy w swoim wyobrażeniu. Tu podróżuje się rzeką, gdy niezamarznięta – łodzią, w zimie – po lodzie lub coraz częściej hydroplanem albo helikopterem. Jest to – przynajmniej dla nas – koniec świata, ale dla postaci z książki jest to jego centrum. W trakcie lektury przekonujemy się do takiego punktu widzenia, coraz dokładniej i namacalnie poznajemy tę inną rzeczywistość. Jest tu niewielki sklep, raczej magazyn, który prowadzi Sonia, zaopatrywany rzadko i w rzeczy na ogół niezbyt wykwintne; stanowi pewnego rodzaju centrum życia towarzyskiego, przynajmniej kobiet mieszkających w Ułangaju – tu się spotyka, rozmawia, komentuje i plotkuje; tu swe intrygi przeprowadza babka Andronicha. Jest niewielka szkoła, kilkanaście drewnianych chałup i na skraju osady spółdzielnia, czy raczej sowchoz hodowlany. W centrum, o ile można tak powiedzieć w kontekście tej miejscowości, jest brzeg rzeki, bez przystani, do którego cumują łodzie, to tamtędy wiedzie droga w świat. Jako czytelnicy podróżujemy między Ułangajem a tajgą, często odwiedzając Wyspę Sobolą lub inne uroczyska.

Tematem głównym książki, jakkolwiek by to patetycznie nie zabrzmiało, jest: Uroda życia, urok dobra i świat pierwotnego, bajecznego piękna przyrody.  To dość proste sprawy, można by sądzić, że oczywiste, ale – jak dobrze wiemy – często bardzo trudne do osiągnięcia. Szełudiakow jednak umiejętnie je przybliża. Językiem oszczędnym, na pewno nie egzaltowanym, może nawet nieco szorstkim i prostym, lecz tu będącym jak najbardziej na miejscu. Być może właśnie dzięki temu jego opowieść jest naturalna i trafna.

Książka posiada dwie grupy bohaterów. Pierwsza to przyroda tajgi wraz z zamieszkującymi ją zwierzętami oraz sugerowanymi przez Ewenków duchami i demonami. Świat to na wpół bajeczny i magiczny. Opisany jednak dość konkretnie, bez przesadnego liryzmu. Przez to wiarygodny i bardzo ciekawy, plastyczny i łatwy do wyobrażenia. Bezcenne to dla każdego miłośnika lasu i leśnego życia.

Druga grupa to ludzie. Odnajdujemy tu zarówno rdzennych mieszkańców tej ziemi, czyli Ewenków, zwłaszcza w osobie Jugany, o której za chwilę, ale również osiedleńców przybyłych tu z innych stron, głównie Rosjan, ale przecież i innych… Są nawet żeglujący Cyganie! Ludzie to szczerzy, bezpośredni, ujmujący swym charakterem, pełni pasji, obdarzeni namiętnościami i entuzjazmem, ale przy tym, przez życie jakie prowadzą, nauczeni dystansu do czasu, wydarzeń. Czasem – wydaje się – przerysowani w swych cechach, zbyt krystaliczni i oczywiści, jak w bajce lub legendzie. Ludzie ceniący sobie wolność, swoje zdanie, nie lękający się decydowania i odpowiedzialności za swe czyny, ale też trapieni przez dziwną chorobę, której na imię tęsknota. Autor kreśli te portrety bardzo przekonywająco, wiarygodnie i – a to też istotne – z pewnym rozmachem, swadą i polotem. Mamy więc nie tylko ludzi ciekawych, ale i wyraźnie i kolorowo pokazanych.

Archangielska Obłość (fot. makato, globtroter.pl)

Postaci jest sporo, a większość jest czytelniczo bardzo smaczna. Nie ma tu ani miejsca, ani tym bardziej sensu ich wymieniać. Nie sposób jednak nie wspomnieć o Juganie, bowiem nawet tylko dla niej warto sięgnąć po tę powieść. Jest to Ewenkijka, już na początku powieści kobieta stara, bardzo specyficzna, odważna i zdecydowana. Na ogół wie, czego chce, i równie dobrze umie odnaleźć właściwe środki do realizacji swoich celów – nieważne, że komuś postronnemu mogą one wydać się nieco ekscentryczne, istotne, że na ogół są skuteczne. Jugana jest zdecydowanie najbarwniejszą postacią „Z plemienia Cedru”, kumulującą w sobie wszelkie nadnaturalne i te zwykłe cechy Ewenków. Nie jest to jednak bohaterka spiżowa, jest bardzo ludzka, bliska przez to i wiarygodna. Sposób przedstawienia Jugany powoduje powstanie sympatii u czytelnika względem tej osoby. Siła i śmiałość kobiety przechodząca w zuchwałość jest zrównoważona jej ludzkimi słabościami, jak np. namiętne palenie fajki lub ulubienie w sączeniu winki, przez którą rozumieć należy wszelkiego rodzaju alkohol (i tak biała winka to wódka i spirytus, winka inna to krasnoprutnik, czyli wszelkiego rodzaju nalewki, wina etc.). Upór i radykalizm Jugany, niejednokrotnie dość nieprzyjemny w odbiorze, bilansują nam fragmenty satyryczne dotyczące tej postaci. Charakterystyczny jest gniew Jugany na bożka, gdy – w jej przekonaniu – z jego winy poniosła niepowodzenie na polowaniu. Po powrocie do swej chaty, zdecydowanie jak zawsze, sięgnęła po drewnianą figurkę, totem przedstawiający owego bożka, i wrzuciła go do ognia. Wyjaśniając, że stary bożek stracił siłę, nie pomógł jej w polowaniu, bo strzelba nie wypaliła, trzeba było wystrugać nowego. I tak też zrobiła. Być może w tym błahym epizodzie tkwi sedno jej charakteru. To kobieta, a jednak zawzięty miłośnik polowań, nie lubi bezczynności, mimo swojego wieku ciągnie ją do tajgi, pływa w łodzi, lata samolotem i helikopterem, choć z nazwaniem tego drugiego ma problem i skraca go do „koptera”. Jest to też postać łącząca stare z nowym, to ona pamięta i przeprowadza dawne ceremonie, jak zaślubiny pod cedrem lub składanie ofiar dla duchów i demonów jezior i bagien.

Narracja jest prowadzona w trzeciej osobie, rezultatem tego mamy narratora wszechwiedzącego, który bardzo umiejętnie przechodzi od jednego wydarzenia do drugiego, zręcznie opowiada losy różnych ludzi. W ten sposób – jak to zwykle w klasycznej powieści rosyjskiej – dostajemy opowieść o całej społeczności, ale i o czymś więcej, o tajdze, o istocie życia w niej, a jednocześnie nie mamy wrażenia sztuczności historii. Narrator jest oszczędny, można odnieść wrażenie, że często woli nie dopowiedzieć niż zbyt dużo powiedzieć, w imię zasady: lepiej niedosyt niż przejedzenie.

Mamy tu również, wspomniane wyżej, zderzenie nowego ze starym. Dziki, pierwotny, koczowniczy charakter życia w tajdze zostaje skonfrontowany z cywilizacją, a jakże, niesioną przez ludzi radzieckich. Nie wnikam głębiej w ten temat, mając na uwadze czas i okoliczności powstania książki. Wspomnę natomiast o języku obu światów. Ten pierwotny obfituje w: mokrookie chmury, syberyjskie trojki z dzwoneczkami i jamszczykiem, w czumy i leśne zaimki, gdzie mieszkają myśliwi, nodje – ogniska dające ciepło podczas biwakowania w tajdze, nawet przy sporym mrozie, czarymy – jesienne przymrozki, w miesiąc Kurcząt albo Spadających Liści, zimniki, czyli zimowe drogi, które kluczą po tajdze, omijając mokradła, szajtany – demony, karaczun – śmierć etc. A świat nowy, świat kołchoźników i poszukiwaczy ropy brzmi w słowach takich jak: wszędołaz, próbkobiorca, turbowiert, aerosanie, papierosy biełomor itd.

Oscar Wilde, w jednym ze swych bonmotów, pisał: Nie ma książek moralnych lub niemoralnych. Są książki napisane dobrze lub źle. Nic więcej. Nie będę się z nim spierał, Szełudiakow napisał swą powieść dobrze. Jest wiarygodna, działa na wyobraźnię, przybliża zarówno przyrodę tajgi, jak i życie tych, którzy tam mieszkają, a czyni to plastycznie. Tym bardziej jest to cenne, że „Z plemienia Cedru” opisuje świat, którego już nie ma. Nie jest to powieść dla wszystkich, zdecydowanie nie. Ale dla miłośników przyrody, wolności, dla tych, którzy marzą o odrobinie samotności, dla sympatyków myślistwa i leśnictwa jest to pozycja, której nie powinni przeoczyć. Po książkę powinien sięgnąć każdy, kto mógłby powiedzieć: Co mi powiesz tajgo? Co mi powiesz lesie, gdy ucho twej ciszy powierzę?

Aleksander Szełudiakow, Z plemienia Cedru, przeł. Wiesława Wojtyga-Zagórska, Książka i Wiedza, Warszawa 1978.

Dominik Śniadek

%d blogerów lubi to: