Roberto Bolaño, Rozmowy telefoniczne. Recenzja.


Rozmowy-telefoniczne-okladkaOpowieść czy opowiadający?

(…) zawsze istnieje ryzyko, że trafi się na tego samego jurora, dziwaczny zawód, w Hiszpanii wykonywany uparcie przez całą plejadę pomniejszych pisarzy, poetów czy autorów nagrodzonych podczas wcześniejszych edycji. Światek literacki jest straszny, prócz tego, że śmieszny (…)
(Sensini)

W głębi serca Leprince zaakceptował w końcu swoją pozycję złego pisarza, ale pojął też i pogodził się z tym, że dobrzy pisarze potrzebują złych pisarzy, choćby nawet tylko jako czytelników albo giermków.
(Henri Simon Leprince)

I dlatego ja uważam, że ten kraj zszedł na psy już dawno, że my, którzy tu jesteśmy, zostaliśmy, żeby dręczyły nas te koszmary tylko dlatego, że ktoś musiał zostać i zmierzyć się z nimi.
(Detektyw)

Zbiór czternastu opowiadań pt. „Rozmowy telefoniczne” Roberto Bolaño otwiera mottem Czechowa: „Któż lepiej zrozumie mój strach niż pan?”, jednak i bez niego większość literackich fascynacji Chilijczyka, „rozgrywanych” pod nosem czytelnika, jest nietrudna do rozszyfrowania. Pisarz Sensini nadaje synowi imię zainspirowane „Przemianą” Kafki (Gregorio), a na stronach następnego opowiadania pojawia się „spalony rękopis” Bułhakowa oraz zacytowana powyżej „teza o dobrych i złych pisarzach”. Podobnych nawiązań jest wprawdzie o wiele więcej, lecz wcale nie stanowią one fundamentu serii krótkich utworów Bolaño. Autor ma bowiem bzika na punkcie „wymyślania wymyślonych pisarzy”, wrzucania ich do mniej lub bardziej realnych światów, mieszania przeszłości z fikcją i rzeczywistości z przyszłością. Ta obsesyjność bardzo kręci.

Fot. Hydro Electric Commission

Fot. Hydro Electric Commission

Mamy tu przebogate scenerie (Katalonia, Meksyk, Moskwa, przedmieścia, miasteczka i miasta) oraz całą plejadę bohaterów (pisarzy, żołnierzy, detektywów, gwiazdę porno, policjantów i kilku innych „frików”), których Bolaño podgląda, rzeźbi, nagina, rozciąga w czasie, zaglądając w mroczne zakamarki ich umysłów i dusz (wszak „wszyscy nimi jesteśmy”). Autor „Dzikich detektywów” swoim zwyczajem podróżuje do światów opartych na niespełnionych obietnicach i groźbach, strachach i lękach, marzeniach i koszmarach, a także wydłużających się w nieskończoność oczekiwaniach. Wprowadza czytelnika w kulisy pełnej napięcia gry, którą czasem z premedytacją przedwcześnie kończy, roztrzaskując los bohaterów o skały marnej egzystencji w niemożliwej do odkształcenia rzeczywistości. „Rozmowy telefoniczne” to nade wszystko hołd złożony niespełnieniu – w codziennym życiu, w pracy, w literaturze, w miłości, to wniknięcie w krainę wyobcowania i obsesji, których rozpaczliwe próby tłumienia prowadzą zazwyczaj do kolejnych paranoi.

„B coś jednak wyczuwa w słowach A, jakiś ukryty przekaz między wierszami, jakby sławny pisarz mówił mu: Nie myśl sobie, że mnie nabrałeś, wiem, że zostałem tu opisany, wiem, że zażartowałeś sobie ze mnie” – czytamy w „Literackiej przygodzie”. A napisał książkę, w której sparodiował cechy B – innego pisarza, którego A uważa za pretensjonalnego, pomimo jego popularności (a może właśnie przez wzgląd na nią). Między A i B związuje się psychologiczna rozgrywka, choć równie dobrze możemy mieć do czynienia z urojeniami.

W polowaniu na ukryte sensy, symbole, metafory czy nawiązania łatwo się zagubić i zapomnieć o samych historiach. Chilijski pisarz traktuje je zazwyczaj jako alibi, lecz nierzadko są one arcyciekawe: obyczajowe, sensacyjne, romantyczne, patetyczne, dramatyczne. Ich streszczanie tutaj nie miałoby sensu o tyle, że stanowią one pewnego rodzaju całość, spoiwa której powinien spróbować odszukać każdy czytelnik z osobna. Zbiór podzielony jest na trzy części: „Rozmowy telefoniczne”, gdzie bohaterami są literaci; „Detektywi”, gdzie autor skupia się na samej potrzebie opowiadania, nawiązując przy tym do swojego głośnego dzieła; oraz „Życie Anne Moore”, gdzie główne skrzypce grają postacie kobiet.

Fot. quarterlyconversation.com

Fot. quarterlyconversation.com

Znamienna dla twórczości pisarza zmienność stylów i form, intertekstualność, konfabulacja i gawędziarstwo w najdroższym literackim garniturze nie pozwalają przy tym zapomnieć, że Bolaño do pewnego stopnia się uzewnętrznia. Częsta interakcja z narratorem pogłębia to wrażenie, ale nie można bezwarunkowo mu ulegać, ponieważ często bywa ono mylne. Autor „2666” nierzadko skupia się bowiem na istocie samego artyzmu, aktu tworzenia, na zmianę hołdując mu i zarzucając sztuce, że ta nie spełnia swej roli. „(…) na jego twarzy gościł uśmiech, który głosił: jestem już dorosły, zrozumiałem, że można cieszyć się sztuką, nie robiąc z siebie błazna, nie trzeba pisać ani cierpieć”. To dobra puenta do opowiadań Bolaño, ponieważ jednych tchem czytamy tu o uśmiechu i cierpieniu, o błazeństwie i sztuce.

Roberto Bolaño, Rozmowy telefoniczne, przeł. Tomasz Pindel, MUZA SA, Warszawa 2013.

Rafał Niemczyk

Henry James, Daisy Miller i inne opowiadania. Recenzja.


Ścieżka samotnego portrecisty

Amerykanie uważają Henry’ego Jamesa za swojego pisarza, a Anglicy za swojego. W obu przypadkach jest to jak najbardziej uzasadnione, ponieważ James obserwował i wykpiwał obyczaje społeczne po obu stronach barykady (urodził się w Nowym Jorku, ale podróżował po Europie, przez wiele lat również mieszkał na Starym Kontynencie). Wnikliwe obserwacje przekuwał w krytykę, w swoich utworach wiele razy podnosząc motyw przemian w obyczajowości przełomu stuleci. Pod tym kątem dobrane są opowiadania w prezentowanym zbiorze (najwcześniejsze z nich, słynna „Daisy Miller”, pochodzi z 1878 roku). A jednak na pierwszy plan wysuwa się opowiadanie zgoła odmienne, być może najważniejsze w dorobku pisarza, z omawianych tutaj napisane najpóźniej, bo w 1903 roku.

Mowa o „Bestii w dżungli”, gdzie spekulacje na temat wartości i sensu ludzkiego życia ulepione są wokół motywu samotności z wyboru. Choć sam wybór nie jest do końca dobrowolny – determinuje go raczej egzystencjalne tchórzostwo, strach przed podejmowaniem decyzji, przed podwojami życia. Opowiadania ma formę monologu mężczyzny, którego życie strawiły nieustanne lęki i obawy. Ukrywając się przed tytułową Bestią, uosobieniem trwogi, zamienia on swoje życie w szarą, samotną egzystencję. Kiedy orientuje się, co stracił, poczucie upadku prowadzi go do nieświadomych poszukiwań odkupienia, w konsekwencji zaś na skraj obłędu. „Bestia w dżungli” była dla Jamesa opowiadaniem bardzo intymnym. W historii samotnika-egoisty krytycy słusznie widzieli zamaskowaną autorefleksję – wyznania pisarza, który własne życie w gruncie rzeczy rzeczywiście również przeżył samotnie.

Ekranizacja „Daisy Miller” z 1974 roku (reż. Peter Bogdanovich)

Tytułowa „Daisy Miller” tylko z pozoru jest próżną, nieobytą trzpiotka. Figlarna i zaczepna młoda Amerykanka, podróżując po Europie z matką i bratem, wdaje się w nieodpowiednie romanse, a swoją powierzchownością wywołuje wśród snobistycznych wyższych sfer oburzenie. Daisy z premedytacją i cynizmem uwypukla w postawach Europejczyków z przełomu XIX i XX wieku fałsz i obłudę. Wśród pięknych scenerii Genewy czy Rzymu śledzimy okiem narratora – Amerykanina Winterbourne’a zauroczonego panną Miller – wystawne przyjęcia, spotkania towarzyskie, rozmowy i konwenanse. A Daisy bywa prowokująca („Dawniej każdej zimy jeździłam do Nowego Jorku. Tam to jest towarzystwo!”) albo uroczo… feminizująca („Żaden mężczyzna nie będzie mi mówił, co mam robić, ani wtrącał się w moje sprawy”), przez co nie zawsze bywa w towarzystwie mile widziana. Pan Winterbourne określa Daisy mianem „nieodgadnionej mieszaniny cnoty i zuchwalstwa”, a jako postać literacka nazywana jest jedną z prekursorek nurtu feministycznego.

O pewnym pokrewieństwie można mówić w przypadku dwóch pozostałych opowiadań: „Łgarza” oraz „Wychowanka”. W tym pierwszym malarz Oliver Lyon przybywa w gościnę do Arthura Ashmore’a, aby namalować portret jego 90-letniego ojca, sir Davida. Na przyjęciu u gospodarzy spotyka dawną miłość – kobietę zafascynowaną swoim mężem, pułkownikiem Capadose, tytułowym Łgarzem. Pułkownik to dusza towarzystwa, uwielbia brylować i konfabulować. Jego kłamstewka są w gruncie rzeczy nieszkodliwe, a jednak prowadzą Lyona do podjęcia pewnej gry. Malarz postanawia obnażyć przed panią Capadose prawdziwą naturę jej męża, malując jego portret. Opowiadanie w mistrzowski sposób łączy ze sobą elementy psychologiczne z satyrą, a czytelnik zaznajomiony z twórczością Jamesa bez trudu dostrzeże tu oczko puszczone w kierunku powieści gotyckiej (np. w opisach posiadłości czy wspomnieniu duchów), z którą to romans pisarz przypieczętuje 10 lat później powieścią „W kleszczach lęku” (1898).

Henry James – portret autorstwa Johna Singera Sargenta z 1913 roku

O ile „Łgarz” posiada lekki, momentami komiczny ładunek emocjonalny, to „Wychowanek” jest bardzo smutną satyrą obyczajową. Portret niedowartościowanych kosmopolitów o przerośniętych ambicjach namalował James w ponurych odcieniach, patrząc na poczynania rodziców z perspektywy chorego, przedwcześnie dojrzałego syna i jego bardzo osobistej relacji z prywatnym nauczycielem. Społeczeństwo obserwowane oczami dziecka również pojawia się w późniejszej twórczości pisarza, w powieści „O czym wiedziała Maisie” (1898).

Niezwykle precyzyjny język Henry’ego Jamesa stanowi idealne narzędzie do kreowania pełnokrwistych, wiarygodnych portretów. Dlatego opowiadania nowojorczyka, mimo że osadzone w tradycji konkretnej epoki, wciąż uwodzą psychologicznym perfekcjonizmem. Mało to bowiem mamy współcześnie Łgarzy, Wychowanków i Bestii w dżungli?

Henry James, Daisy Miller i inne opowiadania, przeł. Magdalena Moltzan-Małkowska, Prószyński i S-ka, Warszawa 2013.

Rafał Niemczyk

Ota Pavel, Śmierć pięknych saren.


Jak i po co otwiera się okienko z błękitnym niebem

Jeśli urodziłeś się przed wojną a umarłeś po, to – nie ma siły – masz w sobie zadrę, i będziesz nosił ją przez całe życie. To smutne prawo, prawo wyobraźni. Możesz oczywiście próbować ucieczki, możesz nie pamiętać, ale swojej wyobraźni nie oszukasz. Do końca swych dni pozostaniesz ofiarą, taką lub inną, możesz krzywdzić innych, możesz dać skrzywdzić siebie lub w pewnym momencie po prostu stanąć z boku i odmówić dalszej współpracy zarówno z pamięcią, jak i ze światem.

Ota Pavel, reporter sportowy, dostał pomieszania zmysłów na igrzyskach olimpijskich w Innsbrucku w 1964 roku. Jak sam pisze, „mózg mu się zaćmił… zobaczył pewnego pana jako diabła o spróchniałych zębach, [który kazał mu] podpalić zabudowania wiejskie, żeby rozproszyć mgłę”, a stało się tak, bo jego najsilniejszą i najsłabszą zarazem stroną była wrażliwość. Potem był szpital psychiatryczny, wielkie piguły, cierpienie jeszcze większe, walka bardziej zacięta niż na najbardziej brutalnym bokserskim ringu, i na końcu zwycięstwo. Los chciał, że wystarczające ledwie na to, aby napisać, co miał (musiał?) napisać. Potem znowu „spłynęła mgła z Alp”, zamknęło się okienko z błękitnym niebem i było już po wszystkim, a najbardziej po pewnym reporterze sportowym.

Dlaczego o tym piszę, skoro to takie smutne i nie brzmi najlepiej? I jeśli wiadomo, że smutek jest, jeśli nie brzydki, to niepopularny w naszym kolorowym, wygodnym i w zasadzie beztroskim świecie? Z dwóch powodów. Po pierwsze, nie można o tym nie napisać, bo „Śmierć pięknych saren” – na który składają się dwa tomy opowiadań – jest prozą stricte autobiograficzną, nie można więc nie odnieść się do jej głównego bohatera.

Ota Pavel (fot. http://www.radio.cz)

Drugi powód jest nieco innej natury i zdecydowanie trudniej go przedstawić. Chodzi mianowicie o to, że w omawianej książce nie ma ohydy wojny, a przynajmniej nie ma jej w takim wyobrażeniu, jakie zazwyczaj towarzyszy temu tematowi. Jest wprost przeciwnie, odnajdujemy tu raczej dość dobre obrazy, mało tu śmierci a wiele życia, i to takiego jasnego i pogodnego; życia, w którym szuka się radości małych i tych większych. Inaczej, oba zbiory opowiadań przenoszą swych czytelników do jaśniejszej strony świata, pozwalają zobaczyć go przez kolorowe szkiełko i wcale nie są fatamorganą. Tworzą rzeczywistość niemal bajeczną, w pewien sposób magiczną lecz – to ważne – nadal realną i prawdziwą. Tu właśnie znaleźć można największy smak książki – w połączeniu tego specyficznego sposobu patrzenia na rzeczywistość z prawdą o tym świecie. Taki rodzaj sprawozdania z rzeczywistości tłumaczy w jakiś sposób osoba autora i to, czego doświadczył w swoim życiu.

To wszystko razem wzięte daje ten rodzaj smutnego piękna, gdy smutek, ze strachu przed przeszłością, jest niewypowiedziany, a piękno liryczne, choć na pierwszy rzut oka może się wydać nieco sentymentalne i infantylne. Ale inaczej być nie może, kolorowe szkiełka są sentymentalne, co najmniej tak samo, jak jaśniejsza strona świata bywa infantylna. Ale czy w takim wypadku warto tam sięgać? To już jest indywidualne pytanie, na które Pavel odpowiada zdecydowanie twierdząco.

Na książkę składają się dwa zbiory opowiadań, „Śmierć pięknych saren” oraz „Jak spotkałem się z rybami”, których tłumaczenia dokonali odpowiednio: Andrzej Piotrowski oraz Józef Waczków. Pierwszy tom, od którego tytuł posiada cała książka, w przeważającej części dotyczy czasów przedwojennych i w dużej mierze osnuty jest na dziejach życia najbliższej rodziny i otoczenia autora. Na miejsce szczególne wybija się tu postać ojca, w tekście nazywanego „tatusiem”, nic dziwnego, bowiem Leon Popper był postacią nie tylko wdzięczną do opisu ale rzeczywiście, z całym dobrodziejstwem swych zalet i wad nadawał się do roli autorytetu dla syna-wrażliwca. Dość powiedzieć, że był to rekordzista świata w sprzedaży odkurzaczy, światowej rangi wędkarz, człowiek żyjący z pasją i wyobraźnią, często popadający w różne niezręczne sytuacje, czasem przy okazji takiego położenia nieco krzywdzący rodzinę, ale umiejący zdobyć się również na to, aby z tych tarapatów wychynąć – najczęściej przy pomocy żony Herminy. Spotkamy tu również innego pierwszoplanowego bohatera, mianowicie Karola Proszka, gospodarza wiejskiego, który udzielił rodzinie autora gościny na czas ucieczek z Pragi, tych wakacyjnych wilegiatur i takich przyjazdów na chwilkę w innych porach roku; jest to człowiek charyzmatyczny, zapalony rybak (co w tej książce oznacza zawsze wędkarza) i kłusownik, ale w obu przypadkach po pierwsze wysokiej klasy specjalista, a po wtóre człowiek z pewnymi żelaznymi zasadami, czasem przez to trudny, lecz na pewno piękny i ciekawy.

Autor przy pracy (fot. http://www.ceskatelevize.cz)

Mamy tu także sporo przedwojennej Pragi, a w niej lekko opowiedziane życie społeczne, w tym wypadku szczególnie polecam Państwa uwadze epizod z malarzem Nechlebą i żoną dyrektora generalnego, czeskiego oddziału „Elektroluxa” Irmą (opowiadanie „W służbie Szwecji”), a także historię zakupu stawu (opowiadanie otwierające książkę „Najdroższa w Europie środkowej”). Jest tu wiele, nawet bardzo wiele opowieści i historii, i niemal wszystkie wciągają, śmieszą, a nade wszystko przenoszą w ten dawny, zdawałoby się, zapomniany świat. Pojawiają się również „czasy pogardy”, lecz Pavel nie epatuje wojną, a raczej jak tylko może unika tego tematu. Jest to, być może, tym bardziej zatrważające, bo zło tamtych czasów przybiera postać jedynie okoliczności, jest jakby tylko scenerią, czymś co jest i z czym trudno walczyć, bo kwestionować rzeczywistość to wariactwo…

Drugi tom opowiadań, „Jak spotkałem się z rybami”, jest znacznie bardziej osobisty, jeśli w ogóle jest to możliwe. Dzieje się tak przynajmniej w kontekście treści opowiadanych przez Pavla. W większej lub dominującej mierze dotyczy jego życia, a nie jak wcześniej życia osób z jego otoczenia, choć te osoby nadal pozostają postaciami występującymi w opowieściach. Zmienia się tylko języczek u wagi, dość to zrozumiałe, bo gdy w pierwszym tomie dominowało dzieciństwo, tak w drugim palmę pierwszeństwa posiadają czasy dorosłości Pavla. Mamy tu opis włóczęgi z czasów młodości, pobytu z żoną w Bułgarii, miły, zapewne, czytelnikom z naszego kraju, wątek polski (wizyta na łodzi podwodnej) oraz opowieść o „złotych węgorzach”, bardzo zmyślnie w fabule ułożoną. Większa część opowiadań dotyczy czasów powojennych, ale zarówno w tej części książki, jak i pierwszej, autor nie trzymał się ściśle tego podziału. I dobry to zamysł, bo przecież nie o czas pogardy chodzi, ani o czas w ogóle żaden, a o pewien specyficzny sposób obserwacji świata, i pewną umiejętność życia, którą Pavel chce nam przekazać.

Na rybach (fot. http://www.radio.cz)

W obu zbiorach opowiadań rzeczą najpopularniejszą są ryby, jeziora, rzeki i wędkowanie w obu znanych ludzkości opcjach, czyli legalne i kłusowanie. To, wydaje się, jest alfą i omegą pokazanego tu świata – a już na pewno jest tak, jeśli chodzi o świat mężczyzn. To świadectwo pasji i ulubienia autora oraz jego bliskich, ale może jest to coś więcej. Mianowicie rodzaj przenośni, która miałaby czytelnika informować, że dobro ukryte jest w prostych i naturalnych rzeczach i relacjach, i że właśnie tam trzeba sięgać, dla swojego i innych szczęścia.

„Śmierć pięknych saren” jest też pewnego rodzaju pieśnią o wolności, lecz pojmowanej niezbyt idealistycznie, za to realnie i w sposób budzący zaufanie czytelnika. Wolność – na stronicach wspomnień Pavla – jest tym czymś, czego nigdy całkowicie się nie zdobędzie, lecz tym bardziej należy o nią zabiegać i wykazywać radość, gdy uchwyci się choćby jej spłachetek, bo to tak jakby sięgnęło się nieba albo miało krótką rozmowę z aniołem. To rzecz nieczęsta, wymagająca wielu starań, ale przez to jeszcze bardziej cenna.

Świat przedstawiony w książce w jakiejś mierze jest na pewno satyrą na społeczeństwo, może nawet groteską, ale pozostaje przy tym tego świata apoteozą. Taki jest właśnie Pavel, taka jest jego proza; obfita w szczegółowe i wiarygodne opowieści, kunsztownie zbudowane, napisane z pewnego rodzaju humorem zawierającym w sobie dość znaczny element krytyki, ale w przesłaniu objawia się nam: życie jest fajne, ciesz się światem, ludźmi, i nie kombinuj za bardzo.

W całej książce narracja jest prowadzona w pierwszej osobie, przez co opowieść jest jeszcze bardziej wiarygodna. W pewnej części ta pierwsza osoba jest dzieckiem, mamy więc czasem pewną infantylność, jednak za sprawą kunsztu literackiego Pavla, a jeszcze chyba więcej jego empatii, nie przeszkadza to w lekturze. Owa perspektywa dziecięca jest chytrym zabiegiem literackim, dzięki niej rzeczywistość może być uproszczona, pozostając prawdziwą, a być może nawet nieco piękniejszą.

Jeśli opowiadania Pavla niosą jakieś przesłanie to brzmi ono mnie więcej tak: na pewno gdzieś za zakrętem czai się smutek, takie jest już życie, ale można stanąć, chociaż na chwilkę, na samym szczycie szczęścia i jest to naprawdę fajne. Brzmi jak truizm, podany w sosie sentymentalnym z infantylnymi przyprawami, lecz podczas lektury wcale nie wydaje się być takim.

Nie jest to proza ani wielka, ani kompletna, zwłaszcza literacko. Ale to książka świetna i godna polecenia. Pełno tu ciepłych emocji, pewnych pokrzepiających metafor i obrazów tyleż szczerych, co pięknych. W lekturze lekka i przyjemna, choć dotyka, wspomnianych wyżej, niełatwych tematów. A Ota Pavel? Cóż, dzięki tym wspomnieniom otworzył swe okienko i wygrał z chorobą, przynajmniej na chwilę, i chyba chciał nam podarować i tę metodę, i tę lepszą część swojej historii. Co zrobić z taką schedą? Wypada przeczytać i podziękować…

Ota Pavel, Śmierć pięknych saren, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1978.

Dominik Śniadek

John Irving, Ratować Prośka. Recenzja.


Ukryta teoria ognia, czyli jak zostać amerykańskim pisarzem

John Irving, amerykański pisarz współczesny, który imię, sądząc po spektakularności jego fraz, dostał po Rambo z powieści Morrella. Prozaik, którego splendor widać w obrazach, kunszt w słowach, a „po łapkach” dostaje mu się zazwyczaj za dosadność i przesadę, zwłaszcza w sferze obyczajowo-seksualnej, a przecież szczerze rozdaje to, na co ogół obficie ślinką kapie. Znany jako autor książek, w których precyzyjnie stwarza światy możliwe, lecz co najmniej mało prawdopodobne, a jeszcze lepiej kreuje w nich ekscentryczne postaci. I gdy te dwa elementy ma gotowe, rozpoczyna opowieść, najczęściej o życiu na prowincji – umiejscowionej gdzieś w Północnej Ameryce, choć bywa też, zazwyczaj przelotnie, w New Yorku oraz w Europie, z dużym sentymentem w tym względzie dla Austrii. Głównym bohaterem jego prozy jest Inność, ale wcale nie rozumiana jako nieprzystosowanie, tylko wręcz odwrotnie: jako coś okazale wyjątkowego, coś co należy pielęgnować i doceniać, bo jest unikalne, i coś, co trzeba chronić, bo jest bardzo wrażliwe. Autor prawie dwudziestu książek, czytywanych, co prawda czasami z kontrowersyjnym odbiorem, lecz popularnych, za co w polskiej Wikipedii obdarzony został olbrzymim dwulinijkowym życiorysem, z którego połowa dotyczy jego osiągnięć w sztuce filmowej. Panie John, idę o zakład, że po pierwsze byłbyś się pan uśmiał, a po drugie byłbyś z takiego obrotu spraw zadowolony.

John-Rambo

„Ratować Prośka” stanowi w pewnej mierze ewenement w pisarstwie autora „Regulaminu tłoczni win”, bo nie jest to powieść, ale zbiór siedmiu opowiadań, zakończony recenzją, a raczej hymnem dla pisarstwa i osoby Karola Dickensa, poufale nazywanego „Królem powieści”. Jest to na pewno najbardziej autobiograficzna, przynajmniej dosłownie, pozycja Irvinga, jaką czytałem. Najwięcej tu tropów literackich, a także często słyszymy expressis verbis, jak pisać należy powieści i jaki powinien być pisarz. Odnieść można wrażenie, że ten tom nowel jest jakby dopełnieniem lub post scriptum dla całej twórczości Irvinga.

Pierwsze – tytułowe – opowiadanie to historia pewnego śmieciarza, który – jak przyznaje się autor – „pomógł mi zostać pisarzem” (szczegółów nie zdradzam, ale wersja zdarzeń wydaje się być wysoce prawdopodobna). W „Pensjonacie Grillparzer” pojawia się prototyp lub wczesna wersja Susie – najmądrzejszej niedźwiedzicy na świecie, posiadającej stałe zameldowanie w powieści „Hotel New Hampshire”. Kropka nad i postawiona zostaje we wspomnianym już wyżej „Królu powieści” poświęconym Dickensowi.

John Irving (fot. latimesblogs.latimes.com)

Książka bardzo nierówna, nie można mówić tu o żadnym „perły przed wieprze” – bo choć wieprzy tu pod dostatkiem, w zbiorze znajdziemy jedną tylko perłę: mianowicie nowelę „Królestwo zmęczenia”. Jest to najogólniej mówiąc historia o tym, że wszystko w życiu ma swoją cenę, a nasza wartość i klasa próbowana jest w momencie płacenia. Dość symptomatyczne spostrzeżenie dla literatury i kultury amerykańskiej. Szkoda, że mało popularne na Starym Kontynencie. Atrakcyjność opowiadania tkwi w jego konstrukcji oraz perspektywie narracji. I tak: mamy sytuację, gdy główna bohaterka („Minna Barret, lat pięćdziesiąt pięć”) jest jedynie wprowadzeniem do istotnych losów pewnej postaci drugoplanowej (Celesty, która nie obawiała się być sobą) i implikacji, które to pociągnęło za sobą – będących zarówno zakończeniem, jak i przesłaniem całej opowieści. Być może jest to interpretacja błędna, bo ostatecznie nie o Celestę ani Molly tu chodzi; wymiar jest uniwersalny, ludzki. O wartości tego opowiadania świadczy kompletność literacka świata, jaki w nim powstał, powodująca wiarygodność samej historii, jak i przesłania.

Ciekawe są również dwa inne opowiadania: „Przestrzeń wewnętrzna” oraz „Cudze sny”. W tym ostatnim przecieramy oczy i, czytając Irvinga, słyszymy Borgesa w historii Freda, któremu przydarzyła się pewnego razu umiejętność odczytywania snów, co doprowadziło go do dużego zażenowania… „Przestrzeń wewnętrzna” jest już za to bardzo w stylu autora „Świata według Garpa”. To perypetie pewnego urologa z miasteczka uniwersyteckiego, dość silnie zaangażowanego w walkę z wenerycznymi przypadłościami, dodatkowo podejmującego trud wytropienia możliwego źródła problemu i wprowadzenia profilaktyki; prywatnie zainteresowanego w stopniu zaawansowanym botaniką i życiem pewnego drzewa z rodziny orzechowatych.

Zdecydowanie najsłabsze są utwory „Prawie w Iowa” i „Tyrada Brennbara”. W obu przypadkach ma się wrażenie, że są to jedynie epizody lub wprawki do większej opowieści i jako takie pozostawiają uczucie sporego nienasycenia.

Zapaśnik Irving na okładce magazynu „Time”

„Ratować Prośka” to dowód na to, że jego autor, zupełnie jak żaglowiec, potrzebuje przestrzeni dla złapania wiatru, aby swobodnie pruć ocean literatury, czyli innymi słowy jego kunszt pisarski, magia obrazowego widzenia świata oraz umiejętność konstruowania fabuły najlepiej się mają w formach większych – umożliwiających rozmach, kompletność opowieści i wytworzenie sytuacji na tyle skomplikowanej, aby możliwa stała się gra kontekstów, w której bez wątpienia jest mistrzem.

W książce, podobnie jak w całej twórczości Irvinga, znajdziemy mnóstwo zabawnych, a czasem i tragikomicznych fragmentów. Odnajdziemy również przesłanie bardziej uniwersalne, skłaniające do refleksji a wszystko podane, jak przystało na tego autora, ze sporym rozmachem, szczerze, bywa, że z przesadą. Nie jest to literatura wielka, ale przyjemna – akurat na porę pikników w okolicznościach wiosenno-letnich – rozmiarem nie przerażająca, wygodna dla niezbyt pochłaniającej uwagę lektury. Dla bardziej zaawansowanych miłośników prozy Irvinga bardzo cenna, bo dająca odpowiedź na pytanie skąd wyszedł i dokąd zmierza, jako pisarz i człowiek – niezależnie od tego, czy jesteśmy w stanie w to uwierzyć. I tym czytelnikom szczególnie polecam rozdział pierwszy i ostatni.

John Irving, Ratować Prośka, przeł. Andrzej Ceynowa, Prószyński i S-ka, Warszawa 2001.

Dominik Śniadek

Mikołaj Gogol, Opowiadania, Ożenek, Rewizor.


Tantal i Prometeusz

 Im przedmiot jest zwyklejszy, tym wyżej stać winien poeta, aby wydobyć zeń to, co niezwykłe, i aby ta niezwykłość była skądinąd całkowitą prawdą.

 (Mikołaj Gogol o naczelnej zasadzie własnej twórczości)

O Mikołaju Gogolu (1809-1852) trzeba napisać, że był jednym z tych pisarzy, których własna twórczość, genialna twórczość, stała się przyczynkiem wewnętrznego upadku, duchowej klęski, a w konsekwencji śmierci, której okoliczności nigdy nie pozostały do końca jasne. Rewolucyjny charakter twórczości urodzonego na Ukrainie pisarza – krytykujący absurdy patriarchalno-feudalnego układu gospodarczego w XIX-wiecznej carskiej Rosji, hierarchię rang, ohydny aparat biurokratyczny i podlegających mu urzędników – w pewnym momencie „wymknął mu się spod kontroli”.

Oskarżenia o zdradę ojczyzny wymierzone w Gogola przez reakcyjną, a więc lwią część krytyki, wyrzuty sumienia i wewnętrzne rozterki wywoływały u autora „Martwych dusz” karuzelę ambiwalentnych nastrojów. Stał się idolem rosyjskiej młodzieży, głosem prostego ludu, ale także dekabrystów, jego prozę promował i zachwycał się nią słynny „szalony Wissarion” Bieliński. Jednocześnie nienawidziła Gogola arystokratyczna i urzędnicza elita Petersburga i Moskwy, co zaprowadziło zaskoczonego silnym ideologicznym wydźwiękiem własnych utworów pisarza do wielokrotnej rewizji swoich pisarskich dokonań. Doszło do tego, że w „Wybranych fragmentach z korespondencji z przyjaciółmi” z 1847 r., a więc kilka lat po „Martwych duszach” i „Rewizorze”, Gogol potępił cały swój poprzedni dorobek literacki, przyznając, że Rosję zna słabo i jednostronnie. Już wtedy w głowie pisarza zakwitały ideały chrześcijańskie i rozpacz spowodowana brakiem jednolitej, „właściwej” interpretacji jego książek. Rozwścieczony Bieliński napisał wtedy do Gogola list, który stał się jednym z najostrzejszych w historii całej literatury rosyjskiej:

Wielbicielu knuta, apostole ignorancji, rzeczniku obskurantyzmu i wstecznictwa, chwalco tatarszczyzny – co czynisz! Spójrz pod nogi – stoisz nad przepaścią…

Wybitny krytyk „odbiera” Gogolowi prawo do reinterpretacji i rewizji pokazanych światu dzieł, broni ich przed samym autorem, wzywając go do wycofania się ze stanowiska zawartego w feralnych „Wybranych fragmentach…”. Rozpaczliwie powołuje się na potrzeby społeczeństwa rosyjskiego, dla których pisarze są ostatnią i jedyną szansą –

(…) swych jedynych wodzów, obrońców i zbawców od rosyjskiego samodzierżawia, prawosławia i narodowości [tj. nacjonalizmu], zawsze gotowe jest przebaczyć pisarzowi napisanie złej książki, lecz nigdy nie przebaczy napisania książki szkodliwej.

Dramatyczny list „szalonego Wissariona” powoduje najpierw polemiczną ripostę Gogola, ale w jego następstwie pisarz, przemyślawszy rzecz dogłębniej, odpowiada Bielińskiemu (a równocześnie społeczeństwu) w bardziej stonowany sposób. „Trzeba, abym poznał wiele z tego, co zna Pan, a czego ja nie znam…” – pisze. Brawurowej demaskacji aparatu biurokracji carskiej i całego systemu społeczno-politycznego nie udało się Gogolowi zniekształcić nawet w przypływie największej rozterki („Wybrane fragmenty…”) – jego utwory żyły już własnym życiem, stały się symbolami. O ile jednak nie mógł zapanować nad ideowymi interpretacjami „Rewizora”, to o wiele bardziej nie mógł się zgodzić na zarzuty dotyczące warstwy literackiej. Odpowiedział krytyce, publikując „Przedsionek teatralny po premierze nowej komedii”, gdzie odniósł się do nowatorskiej konstrukcji samego dramatu, który jawnie odbiegał od ówcześnie panującej, wodewilowej mody.

Portret Gogola pędzla Fiodora Mollera (lata 40. XIX w.)

W 1846 r. Gogol poddał się mistycyzmowi, popadł w obłęd religijny, zaczęły się też pojawiać pierwsze objawy choroby psychicznej. Kilkukrotnie zmieniał stanowisko w sprawie interpretacji „Rewizora” – obwieszczał, że dramat ma wydźwięk religijno-moralny, a nie społeczno-polityczny, jak „błędnie” odbierało go społeczeństwo. Ten wewnętrzny konflikt, który przerodził  się w sprawę całego narodu rosyjskiego, wyniszczył artystę doszczętnie. Pod koniec życia uznał swą twórczość za „oręż szatana”, a szaleństwo, bieda i choroba nerwowa doprowadziły go do śmierci w niejasnych okolicznościach. Religijny szarlatan, niejaki o. Matwiej Konstantynowski, roztoczył opiekę nad pisarzem, wymuszając na nim rygorystyczne posty i wyrzeczenia się jakichkolwiek kontaktów ze sztuką. Do dziś krąży niepotwierdzona legenda, że pochowano go żywcem w stanie śpiączki, czego miało dowodzić, iż po odkopaniu trumny ciało leżało twarzą w dół. Pogrzeb Gogola stał się społeczną manifestacją; jeden ze studentów biorących udział w uroczystości powiedział: „Chowamy Gogola, wszyscy jesteśmy jego najbliższymi, a wraz z nami jest cała Rosja”.

Mikołaj Czernyszewski – filozof, utopijny socjalista, wódz rewolucyjnej demokracji rosyjskiej – napisał o Gogolu tak:

Jakkolwiek wielkie były twe błędy, męczenniku bolesnej myśli i wzniosłych dążeń, byłeś jednym z najszlachetniejszych synów Rosji i bezgraniczne są twe zasługi wobec ojczyzny.

 ***

W 1831 r. ukazała się pierwsza znacząca publikacja Mikołaja Gogola – „Wieczory na futorze koło Dikańki”. Był to zbiór opowiadań i nowel skonstruowanych w romantycznej konwencji, które poruszały struny folkloru, opowiadając o życiu dawnej Kozaczyzny, gdzie realizm mieszał się z legendą i zabobonami. Najbardziej znanym utworem ze zbioru, wielokrotnie adaptowanym przez kino, jest „Wij”. To relacja z przygody trójki bursaków (studentów), którzy włócząc się w czasie dni wolnych od nauki po okolicznych stepach, trafiają do opuszczonego chutoru, gdzie, jak się okazuje, pomieszkuje wiedźma. Realizm szczegółu miesza się tutaj z elementami grozy w duchu romantyzmu, co jest nader widoczne podczas spotkania z tytułowym demonem.

 

Elementy romantyzmu pojawiają się jeszcze w późniejszym „Mirgorodzie”, a także w powieści opiewającej heroiczną przeszłość Kozaczyzny – „Taras Bulba”. W tym ostatnim Gogol ujawnia tęsknotę za wolnością stepu, za wielkimi czynami, które pozwoliłyby zapomnieć o przytłaczającym życiu w carskiej Rosji.

W 1835 r. pojawia się zbiór pt. „Arabeski”, który wraz z kilkoma późniejszymi utworami tworzy cykl tzw. opowiadań petersburskich. Rodzi się Gogol-realista, naczelny krytyk ówczesnej rosyjskiej rzeczywistości, artystyczny perfekcjonista operujący bezbłędnie groteską i karykaturą.

Reprezentacyjnym i (obok „Szynelu”) najczęściej omawianym opowiadaniem Gogola jest „Nos” z 1836 r. Posłużę się tutaj opracowaniem izraelskiego pisarza Amosa Oza – ten, w zbiorze swoich esejów pt. „Opowieść się rozpoczyna”, w taki sposób rozłożył początek „Nosa” na czynniki pierwsze, nawiązując jednocześnie do konstrukcji literackiej ogółu opowieści petersburskich:

Nie jest to wprowadzenie harmonijne, wcale na takie nie wygląda, lecz raczej biurokratyczne. Język tej narracji, język Gogola w jego opowiadaniach petersburskich, jest pedantyczny i formalny, iluminowany chwilami przez rozbłyski obsesji i szaleństwa: opowiadanie rozpoczyna się szczegółowym sprawozdaniem – podającym miesiąc i dzień zdarzenia, nazwę miasta i adres domu, w którym miał miejsce ów „niezwykle dziwny wypadek”. Ale nawet zanim narrator przejdzie do tej sprawy, jego sprawozdanie zbacza z głównego szlaku, rozdwaja się na zdania wtrącone, a następnie rusza na poszukiwanie pewnego przeoczonego szczegółu, mającego kluczowe znaczenie dla dopełnienia niezbędnych w raporcie wymogów: nazwiska głównego bohatera (…) To, co zdarzyło się w pierwszych zdaniach opowiadania, przedstawiających poszukiwanie nazwiska, będzie powracało w toku całej narracji, w związku z poszukiwaniem utraconego nosa. Siły anarchiczne zaczaiły się za każdym zakrętem fabuły, dążąc do odciągnięcia toku narracji z utartej, biurokratycznej ścieżki, wąskiej, ale prostej, której ów tok usiłuje się trzymać, i wywiedzenia go na mroczne manowce (…) Drobne nieścisłości logiczne, niewinne żarty, groteskowe nonsensy zdarzają się na każdej niemal stronie tego utworu. 

Petersburg, Sennaya (1840; źródło: rusarchives.ru)

O ile opowieść o poszukiwaniu po całym Petersburgu zagubionego nosa przez asesora kolegialnego, majora Kowalewa, w zabawny sposób ośmiesza biurokratyczne i społeczne mechanizmy stolicy Imperium Rosyjskiego, o tyle wydany w 1842 r. „Szynel” (czasami tłumaczony jako „Płaszcz”) to opowiadanie bardziej ponure, smutne. Element groteski zostaje tu zepchnięty na plan dalszy – dominuje złowieszczy realizm, który każe się domyślać czytelnikowi tragicznego końca. „Szynel” jest historią Akakiusza Akakijewicza – podrzędnego urzędnika, zahukanego, pozbawionego jakiejkolwiek pewności siebie, wyśmiewanego i poniżanego przez kolegów z pracy, który nie potrafi się bronić. Gogol staje w obronie szarego człowieka, opisując zalęknionego obywatela, który za wszelką cenę stara się uzbierać fundusze na nowy szynel, ponieważ stary się rozpada, a Petersburg to miasto nieustającego mrozu. Tu, w przeciwieństwie do „Nosa”, mało jest miejsca na śmiech, chyba że ten przez łzy. Konstrukcja literacka „Szynelu”, a zwłaszcza jego zakończenie, przywodzi raczej na myśl późniejsze polskie nowele pozytywistyczne, choćby „Antka” Bolesława Prusa z 1880 r. czy „Janko Muzykanta” Henryka Sienkiewicza, gdzie autorzy piętnowali zacofanie, społeczną znieczulicę czy niezdolność ubogiej jednostki do normalnego funkcjonowania. Z zaznaczeniem oczywiście, że rzeczywistość „Szynelu” jest rzeczywistością rosyjską, a nurt biurokratycznego absolutyzmu, pełniący tu funkcję destrukcyjną, wywodzi się od „Poczmistrza”, którego autor – Aleksander Puszkin – był przedwcześnie zmarłym najlepszym przyjacielem Gogola.

Pierwszy spektakularny dramat Gogola, „Ożenek” (napisany w 1836 r., opublikowany w 1842 r.), w którym poddał satyrze XIX-wieczną rosyjską obyczajowość, opowiadał o poszukiwaniu idealnego kandydata na męża przez kupiecką córkę – Agafię Tichonową. Wszyscy wkoło, łącznie z kilkoma kandydatami na męża, patrzą na małżeństwo z perspektywy przyszłego zysku – podniesienia statusu majątkowego i społecznego. Choć „Ożenek” należy dziś do klasyki komedii rosyjskiej, sam Gogol nie był z utworu do końca zadowolony – krytyka przegniłej warstwy społecznej nie była efektem, który ostatecznie chciał osiągnąć.

Fiodor Paramonom jako Horodniczy

Pomysł na najsłynniejszy dramat Gogola, czyli na „Rewizora”, którego pierwszą wersję oddał do publikacji w 1836 r., również podsunął Puszkin (podobnie jak w przypadku „Martwych dusz”, którym poświęcę w przyszłości osobne miejsce). Był on dość prosty, a opierał się na wątku rzekomego przybycia do prowincjonalnego miasteczka rewizora ze stolicy. Ta niepożądana postać miała dokonać incognito kontroli urzędowych mechanizmów oraz zorientować się w pracy poszczególnych państwowych funkcjonariuszy. Na tych ostatnich – wśród których znajdują się m.in. zarządzający miastem horodniczy, sędzia, kurator instytucji dobroczynnych, naczelnik poczty czy miejscowy lekarz – pada blady strach. Każdy z nich ma na sumieniu własne grzechy i zaniedbania, a bojąc się konsekwencji, postanawiają podjąć rewizora „ze wszystkimi honorami” – wręczając mu łapówki, suto zastawiając stół jadłem i wódką, oferując darmowe noclegi, zabawy, a nawet (to horodniczy) własną córkę za żonę. Rzecz jasna straszliwy rewizor okazuje się być fałszywy: to niejaki Chlestakow – leń, hulajdusza, głupawy i podrzędny urzędniczyna, który postanawia wykorzystać sytuację, stając się w historii dramatu pierwszym słynnym „przypadkowym oszustem”.

Komedia pomyłek i bezlitosne wyszydzanie absurdów  biurokratycznego molocha (Andrzej Walicki napisał, iż „arcydzieło Gogola było jednym z najsilniejszych policzków wymierzonych przez rosyjskiego pisarza rosyjskiemu absolutyzmowi”) idą w parze z geniuszem konstrukcyjnym dramatu. Gogol-perfekcjonista kilkakrotnie przeredagowywał dramat, wyrzucał całe sceny bądź je przenosił, pracował nad każdym słowem każdego dialogu, dopracowywał je tak, żeby były jak najbardziej spójne, by zazębiały się fabularnie, by nie pozostało ani jedno niepotrzebne zdanie. Czynił podobnie z większością swoich utworów, ale w „Rewizorze” osiągnął kompozycyjną perfekcję. Czernyszewski pisał o jego pracy:

Wszystko wydawało mu się słabe i niskie, cokolwiek tylko napisał. Pokażcie mi człowieka z takim pragnieniem doskonałości, a powiem wam: taki nic nie napisze albo stworzy coś naprawdę wielkiego – będzie albo Tantalem, albo Prometeuszem. 

Fotografia Gogola wykonana przez S.L. Levitsky'ego (1845)

Fotografia Gogola wykonana przez S.L. Levitsky’ego (1845)

Czernyszewski się mylił, bo był Mikołaj Gogol i jednym, i drugim. Mitologiczny Tantal wykradł bogom ich sekrety, obalił mit ich wszechwiedzy, za co został strącony do Tartaru, skazany na wieczny głód i potępienie. Gogol to samo czynił z Cesarstwem Rosyjskim, stając się dla ludu pisarzem-Prometeuszem, który przeciwstawił się carowi, feudalnemu systemowi i rządom biurokracji, wiele lat spędził na emigracji, umierając wreszcie w szaleństwie i nędzy. Orężem Gogola była sztuka i mógłby mieć rację ktoś, kto powołałby się na przysłowie: „Kto mieczem wojuje, ten od miecza ginie”, pomny wszystkich nieszczęść, które przez moc własnej twórczości spadły na pisarza. Jednak Imperium Rosyjskie już dawno się rozpadło, a uniwersalne utwory Gogola wciąż obnażają kolejne absurdy. „Nie przygaduj zwierciadłu, kiedy masz gębę krzywą!”.

Mikołaj Gogol, Opowiadania, przeł. Julian Tuwim, Jerzy Wyszomirski, Wyd. Siedmioróg, Wrocław 2001.

Mikołaj Gogol, Ożenek, Rewizor, przeł. Julian Tuwim, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2006.

 Rafał Niemczyk

 * Cytaty wykorzystane w powyższym tekście pochodzą z następujących źródeł:

Mikołaj Gogol, Rewizor, przeł. Julian Tuwim, wstępem i objaśnieniami opatrzył Andrzej Walicki, Biblioteka Narodowa, Wrocław 1966.

Amos Oz, Opowieść się rozpoczyna, przeł. Wacław Sadkowski, Prószyński i S-ka, Warszawa 2000.

%d blogerów lubi to: