Mroczna Wieża IV (komiks): Upadek Gilead. Recenzja.


Chwiejna konstrukcja Świata (Pośredniego)  

Czy warto jest, czy warte to wszystko
By czynić upadek

(Kult, „Czarne słońca”)

Konstrukcja naszego świata zbudowana jest tak, że mocarstwa, które toczą koła historii, jakkolwiek potężne by nie były, po jakimś czasie zawsze upadają. Bywa, że taka oś czasu wytrzymuje większe obciążenie, bywa że pęka w mgnieniu oka, niczym mydlana bańka, ale niezmiennie niszczeje, a na jej miejsce pojawia się następna, i następna, i następna. Upadały wielkie cywilizacje starożytnej Grecji, upadło perskie imperium wchłonięte przez Aleksandra Macedońskiego, z którego zrodziło się kolejne imperium, aby po jego śmierci podzielić się na mniejsze królestwa i rychło zniknąć z mapy świata. Upadło wreszcie Cesarstwo Rzymskie, początkując wieki ciemne i średniowiecze, rozpadło się Cesarstwo Rosyjskie et cetera.

A kiedy wybrzmi dźwięk rogu, Gilead…

Nie inaczej skonstruowany jest Świat Pośredni, gdzie osie historii i osie czasu koncentrują się wokół Mrocznej Wieży. Aby historia Rolanda, ostatniego z legendarnych rewolwerowców, mogła na dobre się rozpocząć, fasada Gilead, jego ojczyzny i niedoszłej spuścizny, musiała niestety runąć, grzebiąc w katakumbach ruin prawie wszystkie bliskie mu osoby. Tak, to okrutne oblicze świata, ale – jeżeli zastanowić się nad tym dłużej i głębiej – jedyne prawdziwe. Oblicze Świata Pośredniego niczym bowiem nie różni się od oblicza jakiegokolwiek innego świata.

„Upadek Gilead”, czwarty tom komiksowej serii osadzonej w świecie Mrocznej Wieży, opowiada o, nie dacie wiary… Opowiada o upadku Gilead. Ekipa tworząca (pod nadzorem Stephena Kinga) współpracowała w nieomal niezmienionym składzie, z małym wyjątkiem. Za rysunki tym razem odpowiedzialny jest wyłącznie Richard Isanove, któremu najwyraźniej jednak brak towarzystwa Jae Lee’go (współautora rysunków do albumów 1-3) zupełnie nie przeszkadza. „Upadek Gilead” utrzymany jest w niezmienionej, mrocznej konwencji poprzednich części.

Fabularnie album jest kontynuacją wydarzeń ze „Zdrady”. John Farson, upiorny Dobry Człowiek, wraz z czarnoksiężnikiem Martenem i armią swoich sługusów (wśród których po raz pierwszy widzimy „powolne mutanty” – inspirowane niewątpliwie orkami z „Władcy pierścieni”) wykradają Grejpfrut Maerlyna, by ostatecznie położyć kres znienawidzonemu królestwu Arthura Elda. Zanim jednak ich wojska dokonają oblężenia zamku, posłużą się bronią najniebezpieczniejszą – ogniem zdrady i podstępu.

Kadr z amerykańskiego wydania „Fall of Gilead”

W „Upadku Gilead” mamy do czynienia z niemalże kompletem archetypów zdrady. Brakuje może uosobienia Judasza Iskarioty w jednej konkretnej osobie, ale duch biblijnego zdrajcy obecny jest na każdej stronie opowieści. To właśnie przewidywalność razi w tej historii najbardziej. Sam Alain, zastrzeliwszy zdradzieckich wrogów, mówi: „Idioci. Gdybym choć przez chwilę pomyślał, że tacy jak ci mieli coś wspólnego ze śmiercią mego ojca, chyba zastrzeliłbym się ze wstydu”.

Okładka do Upadku Gilead #1 (rys. Jae Lee, Richard Isanove)

Wręcz nie wypada, aby elita Gilead dała się podchodzić w tak oczywisty sposób. Trochę oczywiście marudzę, bo przecież i wielki Juliusz Cezar nie potrafił przeniknąć spisku i uprzedzić zamachu na swoje życie. Ale Steven Deschain, w którego żyłach płynie krew Arthura Elda… No nie, nie mogę się z tym pogodzić. Nieporadne momentami dialogi i wtręty narratora, który raz stylizuje się na baśniowego gawędziarza, a innym razem na „spoko-zioma” puszczającego oczko do czytelnika, to już znak rozpoznawczy serii, do którego można przywyknąć.

Świeżego ducha niewątpliwie tchnie w tę historię wyjście spoza ram Gilead i okolic. Stanie się to w kolejnych albumach, dlatego fani Mrocznej Wieży muszą uzbroić się w cierpliwość.

Mroczna Wieża IV (komiks): Upadek Gilead; Robin Furth (fabuła), Peter David (scenariusz), Richard Isanove (rysunki), Stephen King (koncepcja literacka), tłum. Zbigniew A. Królicki, wyd. Albatros Andrzej Kuryłowicz, Warszawa 2012.

Rafał Niemczyk

Komiks Mroczna Wieża: Narodziny Rewolwerowca, Długa Droga do domu. Recenzja.


Roland Deschain spod znaku Marvela

Mroczna Wieża, siedmioksiąg Stephena Kinga przez samego uważany za opus magnum, zdobył sobie już na całym świecie odznaczenie dzieła kultowego. W zaawansowanych planach jest już adaptacja kinowa oraz wieloodcinkowy serial telewizyjny. Miliony fanów prześcigają się w tworzeniu scenariuszy, obsadzania głównych ról, przenoszenia na wizję uniwersum Mrocznej Wieży. By skrócić trochę to niecierpliwe oczekiwanie, Stephen King w porozumieniu z Wydawnictwem Marvel sięgnął po formę komiksu.

„Narodziny rewolwerowca” i „Długa droga do domu” to dwa pierwsze tomy opowieści (z zaplanowanych sześciu). Pojedynek z graficznym obrazem świata Rolanda, jego przyjaciół i wrogów wzięli na swoje barki Jae Lee i Richard Isanove. Scenariusz stworzył Peter David w towarzystwie z Robin Furth, oczywiście do jakiegoś stopnia pod bacznym okiem samego Stephena Kinga.

Od strony technicznej komiks jest wydany znakomicie. Solidna, przyjemna w dotyku twarda okładka, najwyższej klasy papier kredowy, porządne szycie. Rysunki w opinii wielu ekspertów zrobione świetnie, od siebie zaś dodam, że pozytywnie zaskoczyła mnie wizja postaci, zaproponowana przez kreatorów komiksu. Zarówno młody Roland, jak i jego ka-tet (Cuthbert, Alan), ojciec, matka, czarnoksiężnik Marten, Jeźdźcy Wielkiej Trumny, wiedźma Rhea czy zatrważający Karmazynowy Król. Wizualizacja wszystkich postaci w wielkim stopniu pokrywa się z obrazem, jaki tworzyłem sobie oczyma wyobraźni, gdy parę lat temu połykałem kolejne tomy cyklu Kinga. Kolory również robią wrażenie, pastelowe, wyraziste, zmieniające tonację wraz z biegiem akcji.

Narodziny-rewolwerowca-1A czego mi zabrakło? Osobiście bardziej zaawansowanej wizji tła, przestrzeni rozciągających się przed i za bohaterami podczas ich wielkiej przygody. Dyskutując o tym motywie z kilkoma czytelnikami, obozy były prawie równo podzielone. Część czytelników broniła koncepcji rysowników, stawiając tezę (zresztą chyba słuszną), iż puste przestrzenie, emanujące „wielokolorami” są ukłonem w stronę samego autora, którego świat w dużej części taki właśnie był: tajemniczy, „niedopowiedziany”, złowrogi. Świat, „który poszedł naprzód”, a jednocześnie się cofał. Druga grupa odbiorców (w tym autor tej recenzji) uważała, że subtelne wtrącenie więcej ilości szczegółów, unaocznienie krain przemierzanych przez rewolwerowców, zrobiłaby temu dziełu bardzo dobrze. Puste przestrzenie robią piorunujące wrażenie upadającego świata. Pustka czasami przybiera jednak twarz albo maskę.

Dluga-droga-do-domu-1Warstwa fabularna koncentruje się wokół młodości Rolanda. Tylko pierwszy tom jest tutaj adaptacją prozy Kinga. Jest to czas kiedy Roland opuszcza Gilead jako pełnoprawny rewolwerowiec, po pokonaniu w pojedynku swego nauczyciela – Corta. Wraz z Alanem i Cuthbertem zostają wysłani z misją do baronii Mejis, gdzie Roland pozna kobietę swojego życia, a także stoczy walkę z wrogami oraz stawi czoła mocy potężnego kryształu – Grejpfruta. Zagłębianie się w tym momencie w fabułę jest o tyle bezcelowe, że wszyscy miłośnicy Mrocznej Wieży znają ją wszak na pamięć. A jednak w drugim tomie (i kolejnych) przyjdzie im przeżywać nową, nieznaną historię rewolwerowca i jego drużyny. Autorzy odkrywają bowiem przed nami fabułę, stworzoną specjalnie na potrzeby komiksu, choć oczywiście opartą na motywach i osi Świata Pośredniego.

Dluga-droga-do-domu-2Peter David w komentarzu pod koniec „Długiej drogi do domu” odnosi się do krytyki, zasłyszanej tu i ówdzie, a która to krytyka zarzucała mu brak wyczucia przy tworzeniu dialogów, mało „kingowską” stylistykę, co miało wpłynąć na końcowy kształt dzieła. David odgryza się krytykom, pisząc, że „jeśli Steve [King – przyp. R.N.] aprobuje jego twórcze wysiłki, absolutnie nie obchodzi go, co inni mają do powiedzenia”. Może trochę dziwić ten ostry, polemiczny ton. Jestem jednak w stanie zrozumieć, iż presja milionów fanów, pod jaką znaleźli się autorzy komiksu, może przytłoczyć nawet najbardziej odpornych psychicznie. Wam, Drodzy Czytelnicy, pozostawiam ocenę ich pracy. Dodam na koniec, że pomimo kilku wcześniejszych uwag, każdy miłośnik Mrocznej Wieży powinien w kolekcji posiadać ten komiks. Stojący na półce poniżej siedmioksiągu Stephena Kinga.

W oczekiwaniu na kolejne tomy opowieści – miłych dni i przyjemnych nocy życzę!

Mroczna Wieża: Narodziny rewolwerowca, Długa droga do domu, tłum. Zbigniew A. Królicki, wyd. Albatros, Warszawa 2010.

Rafał Niemczyk

%d blogerów lubi to: