Sylvain Tesson, W syberyjskich lasach. Recenzja.


Pustelnictwo jest elitarne, czyli wszystko, co zostanie z mojego życia, to notatki…

Sylvain Tesson – czterdziestolatek, Francuz, podróżnik, pisarz, a nade wszystko wrażliwy człowiek – postanawia wziąć pół roku urlopu od życia w okolicznościach współczesnych; wyłączyć siebie i w trybie ostrożnego czuwania podładować baterie. Wynajmuje prostą, bez wygód chatę gdzieś na trzy razy końcu świata i znika tam dla świata, jednocześnie powstając dla papieru. Jakkolwiek by taka opcja nie wydawała się romantyczna lub bajkowa, okazuje się nie tylko możliwa, ale i realna, a także względnie łatwa do przeprowadzenia. „W syberyjskich lasach” jest diariuszem tego doświadczenia. Dodajmy udanym zapisem i zdobywającym się na swoje miejsce w literaturze pięknej.

Pacyfistyczna anarchia

Tesson od lutego do lipca 2010 roku mieszkał w syberyjskim sposobem wybudowanej chacie nad brzegiem Bajkału; czytał, myślał, pił wódkę, w chwilach szczególnych nie odmawiał sobie przyjemności wypalenia cygara, rąbał drewno, łowił ryby, wędrował po tajdze, prowadził „długie rozmowy z oknem”, wystrzegał się w miarę możliwości nieproszonych gości. A jak mu się znudziło takie życie – szedł po lodzie kilka dni wzdłuż brzegu w prawo lub lewo od swojej chyży, nocując w zagubionych w bezkresie przestrzeni chatach strażników parku, rybaków lub innych indywiduów – pijąc z nimi wódkę, próbując zrozumieć ich kraj, sposób myślenia albo milcząc i czytając Jungera. Przy okazji odkrywając kilka starych, nieco już zapomnianych prawd i dochodząc do zaskakujących i paradoksalnych konkluzji. Jak ta, że gdy człowiek, bądź co bądź cywilizowany, z centrum XXI-wiecznej kultury postanawia pomieszkać w barbarzyńskiej tajdze – jak XIX-wieczny romantyk-myśliciel – przy małej pomocy intelektu, dużej dozie wrażliwości oraz sporym udziale empatii dla przyrody odkrywa w zdumieniu, że to on jest barbarzyńcą w cywilizacji lasu.

Książka bez wątpienia jest dziennikiem, lecz tyleż światopoglądowo-filozoficznym, co literackim. Uboga i nieurozmaicona fabuła (w zasadzie streściłem ją wyżej), przy jednostajnej scenerii jest tu pewnego rodzaju wybawieniem, drzwiami percepcji i owym otworem, przez który niczym Alicja w Krainie Czarów przedostać można się do miejsca, gdzie zrozumienie i płynące z niego samookreślenie znacznie łatwiej osiągnąć – proces ten dotyczy zarówno autora, jak i czytelników.

Sylvain Tesson w chacie na Syberii

Pytanie o cel takiej peregrynacji, odwieczne pytanie malkontentów: po co? Jest niezasadne. Ten rodzaj świadomości i taka potrzeba wyłączenia się z cywilizacji albo jest oczywista i jako taka nie wymaga wyjaśnień, albo zupełnie niezrozumiała. Dla jednych będzie to wyzwolenie, wyciszenie, uspokojenie, sprecyzowanie myśli, światopoglądu, odpoczynek, a dla drugich szereg bezsensownych niewygód, poświęceń, wyrzeczeń okraszonych doznaniem zimna, samotności i wyposażonych w znaczne ryzyko niebezpieczeństw czyhających zdecydowanie zbyt często. „W syberyjskich lasach” napisał człowiek z pierwszej kategorii i dla ludzi takich samych jak on.

„Byłem wolny, bo bez drugiego człowieka wolność nie zna granic”

Zostawiając Tessona-eremitę i kierujące nim pobudki, trzeba zauważyć Tessona-pisarza. Tu odkrywamy renesans pewnych form dosyć już staromodnych i poniechanych w literaturze, jak: opis przyrody, personifikacja tej ostatniej; w przypadku relacji z drugim człowiekiem znaczny stopień generalizacji i uogólnienia; jak mikro eseje egzystencjonalno-filozoficzne czy wreszcie dialog wewnętrzny będący początkiem i końcem zarazem.

W książce jest kilka tematów głównych, do których autor powraca co jakiś czas w rozważaniach, wśród nich: samotność, wolność, relacja jednostki ze społeczeństwem i odwrotnie, kultura. Bezcelowe wydaje się przedstawianie tu poglądów autora, tym bardziej, że wykłada on je w sposób arcyciekawy. Warto jednak zaznaczyć, że jak nic nie jest oczywiste, to wszystko jest warte przemyślenia, a kierując się takim założeniem można dojść do intrygujących rezultatów.

Brawo dla Tessona, że nie wpadł był na idiotyczny pomysł ozdobienia swojej książki zdjęciami, bo chociaż przyroda jest warunkiem sine qua non, tworzy amfiteatr i naturalną scenerię dla jego prozy, to tak naprawdę pełni rolę statysty, bowiem nie jest to literatura sensu stricte podróżnicza ani memorialna. Gatunkowo najbliżej książce Tessona do literatury pięknej, która rozpoczyna się wtedy, gdy pięknie pisać można o rzeczach codziennych, zwykłych, nie nadzwyczajnych – choć pisać nadzwyczajnie, magicznie, przy tym miarowo i precyzyjnie. A dystans przestrzeni w połączeniu ze skwapliwością i oszczędnością zapisywanych słów pozwala unikać i patosu, i afektacji. Jest w tym pewien środek umożliwiający opis zabawy w harcerzyka, Robinsona Crusoe czy myśliciela-eremitę bez wzbudzania u obserwatorów-czytelników poczucia śmieszności i nadający takiej sytuacji zarówno sens, jak i znaczenie nieco poważniejsze niż kaprys niedorosłości.

Syberia, jezioro Bajkał

Nie sposób uniknąć porównań do „Walden” Thoreau czy „Przypadków Robinsona Crusoe” Defoe – lecz nie tędy droga. Forma tożsama, okoliczności podobne, ale jakże inny czas i kontekst kulturowy. W przypadku tamtych dwu pozycji alienacja była sposobnością do transcendentnej obserwacji; dla Tessona odosobnienie jest potrzebne do rekonstrukcji zarówno siebie jako jednostki, jak i kultury – jest to proces ponownej kreacji, internalizacji i uzyskiwania tożsamości.

Jest tu również inny trop literacki. Przecież Tesson jest przedstawicielem kultury francuskiej, admirującej Rosję równie długo, co niezrozumiale. I tak samo jak Markiz de Custine w „Listach z Rosji”, Tesson daje nam opis fascynacji kulturą rosyjską, ale jednocześnie niewygodne zakłopotanie względem twardej prozy życia Rosjan, ich ludyczności, niezbyt wygórowanych estetycznie potrzeb, a bywa że prostactwa i chamstwa. Być może właśnie w takiej ambiwalencji oraz problemie zrozumienia ukrywa się przyczyna tej miłości.

Reasumując, warto powiedzieć, że jest to książka nietypowa, bo napisana nie w perspektywie czytelniczej, a autorskiej. Proza przesycona wartościami indywidualizmu, wolności, prawa do samodzielnego myślenia i konstruowania świata. Książka pozbawiona „efekciarskich” trików, lecz chyba właśnie przez to bardzo efektowna. Na pewno adresowana dla pewnej tylko części czytelników, za to potrafiąca zaspokoić nawet wygórowane ich oczekiwania – co, przyznam szczerze, przydarzyło się mnie.

„Byłem wolny, bo bez drugiego człowieka wolność nie zna granic” (wszystkie fotografie: (c) Sylvain Tesson)

Język narracji „W syberyjskich lasach” jest wedle kolejności: szczery, oszczędny, przemyślany, precyzyjny, piękny. To wszystko razem wzięte sprawia, że opowieść jest wiarygodna, fascynująca i, co tu dużo mówić, wciągająca.

I jeszcze słowo o najbardziej niedocenianych ludziach parających się pisaniem. Tłumaczenia dokonała Anna Michalska, i jest to przekład świetny, a na pewno nie był łatwy, wziąwszy pod uwagę „męski” sposób pisania Tessona, charakter życia w lesie oraz kategorie myślowe, którymi posługuje się zazwyczaj autor.

Sylvain Tesson, W syberyjskich lasach, przeł. Anna Michalska, Noir sur Blanc, Warszawa 2013.

Dominik Śniadek

Bolesław A. Uryn, W świecie jurt i szamanów. Recenzja.


Bezdrożami Mongolii

Jest zapewne wielu admiratorów Mongolii, bo to kraj i ogromny, i piękny. Pełen przestrzeni, umożliwiającej inną perspektywę myślową, inny rytm upływu czasu, a nade wszystko pozwalający na model życia w pewien sposób wolny, romantyczny i, jakby to nie zabrzmiało, pionierski – do czasów współczesnych posiadający w sobie erzac nomadyzmu.

Przyroda Mongolii – w wielkim kraju przy małym zaludnieniu – zachowała swój pierwotny, dziki i nieujarzmiony charakter. Klimat tu ostry, dwubiegunowy, lubujący się w przesadzie. Roczna amplituda temperatur sięga 80 stopni, a i dzienna potrafi wprawić w zdumienie. Mało tu dróg utwardzanych, poza stolicą prawie ich nie ma; brak również znaków drogowych i tablic informacyjnych (sic!). Podróżuje się, jak kto zapragnie, jak wygodniej oraz jak wyobraźnia podpowiada. Od nowoczesnych form – jak samolot, samochód terenowy – poprzez kajak lub ponton, a skończywszy na naturalnych, choć już odrobinę staromodnych metodach – jak jazda na grzbiecie końskim lub wielbłądzim.

Gaachurt (fot. PranjalBorah; wszystkie zdjęcia z: wikimedia.org)

Krajobraz oraz oczywista, choć czasem nieco ekscentryczna, gościnność tubylców wynagradzają wszelkie niewygody. Nie wspominając już o uroku niedostępnej tajgi, pięknie wielu pasm górskich, urzekającym bezkresie pustyni Gobi, to gdzie indziej na świecie tak łatwo przyjdzie spotkać nam w lasach saksaułowych jeleniołosia. A mówią, że i ałmasa (yeti) przy odrobinie szczęścia można tu zobaczyć…

Tak mówi się i w tej książce, bo tu mówi się o wszystkim, co wspomnienia wartym jest w Mongolii – przy czym nieważne, czy źródłem jest nauka, czy rzeczywistość bajeczna.

Pojenie wielbłądów na prowincji Ömnögovi – w południowej części pustyni Gobi

„W świecie jurt i szamanów” to relacja adoratora Mongolii, a jednocześnie świadectwo jego ulubienia tego kraju, kultury, krajobrazu i mieszkańców, które usłyszeć można co chwilę: subtelne, bez zbytniej afektacji, czasem szorstkie i męskie, za to permanentne i wierne, jak przystało w przypadku wyznania miłości prawdziwej; będące najczęściej opisem rzetelnym, rzeczywistym, bo wynikającym z wieloletniej fascynacji, z wielu podróży oraz pewnie – gdyby to zsumować – kilku lat życia  spędzonych w Mongolii.

Mankamentem książki jest to, że autor zapragnął powiedzieć nam prawie o wszystkim. Przeskakujemy zatem z ałmasa ( wspomniany już mityczny „człowiek śniegu”) na Czyngis-chana, potem podróżujemy przez tajgę na koniu , spływamy górską rzeką na wątłych kajakach albo szukamy ogromnych larw potworów na Gobi (rzekomo istniejących naprawdę i rzekomo pożerających na śniadanie ludzi), to znów spacerujemy po szybko rozwijającym się Ułan Bator lub szukamy polskich śladów w Mongolii. Czyni to opowieść nieco powierzchowną, z założenia zaadresowaną do wielu, lecz przez to niewielu ciekawiącą. To coś w rodzaju leksykonu na temat tego kraju – od przygód survivalowych do historii i dziejów politycznych. Zamiar może i szczytny, lecz moim zdaniem nie za bardzo udany.

Rynek w Ułan Bator – stolicy Mongolii (fot. Mario Carvajal)

Wspomniany wyżej tematyczny misz-masz powoduje równie rwany sposób narracji – trudno ocenić, czy jest to literatura podróżnicza, piękna, sensacyjna czy popularno-naukowa. Być może są osoby lubiące taki sposób prowadzenia opowieści, niestety piszący te słowa nie zalicza się do nich.

Ewidentną zaletą książki jest jej wysoki poziom edycji. Mnóstwo tu dobrej jakości zdjęć i ilustracji, na marginesach zamieszczono ciekawostki lub krótkie informacje dotyczące kwestii lingwistycznych lub innych fenomenów kultury. Jednym słowem książka jest ładna i potrafi uwieść pewnie niejedno oko czułe na piękno.

Podsumowując, „W świecie jurt i szamanów” jest czymś pomiędzy przewodnikiem, albumem krajoznawczym, relacją z podróży, niczym nie będąc w postaci czystej i do końca.

Bolesław A. Uryn, W świecie jurt i szamanów, Wydawnictwo MUZA, Warszawa 2013.

Dominik Śniadek

Karel Čapek, Listy z podróży. Recenzja.


Quo vadis, pane?

Trudnym zadaniem jest podjęcie się sklasyfikowania w kilku zdaniach twórczości Karela Čapka. Bo w jakie ramy spróbować zamknąć pisarza, który stawiał pytanie o granice prawdy, rozważał teorie dotyczące relatywizmu i stosunek człowieka do wartości bezwzględnych, był wyśmienitym prozaikiem, dramaturgiem, eseistą, aforystą, fantastą, a ponadto znawcą sztuki, ogrodnikiem, dziennikarzem, rysownikiem i podróżnikiem? Zapuszczał się w dziewicze jeszcze w tamtych czasach tereny problematyki nowoczesnej cywilizacji, protestował przeciwko wykorzystywaniu techniki w mordowaniu ludzi podczas pierwszej wojny światowej („R.U.R.”, „Krakatit”). Świadomie czerpał bodźce z nowych prądów filozoficznych i psychologicznych (pragmatyzm, freudyzm), ale równocześnie przestrzegał przed budowaniem zamkniętych systemów myślowych, interpretowanych jednoznacznie i opartych na wybiórczych fragmentach rzeczywistości. Tworzył alegoryczne dramaty i utopijno-fantastyczne powieści (słynne „Inwazja jaszczurów” i „Fabryka absolutu”), a także prześmiewcze sztuki teatralne. Jako pierwszy pisarz wykorzystał i spopularyzował słowo „robot”, we wspomnianym powyżej „R.U.R.” („Roboty Uniwersalne Rossuma”). Przekrojowość literatury Čapka przywodzi na myśl najwybitniejsze umysły pisarskie, a jego bezkompromisowość i poczucie humoru stawiają go w jednym rzędzie obok enfant terrible czeskiego pisarstwa Jaroslava Haška (który także uwielbiał podróżować po Europie, lecz czynił to zazwyczaj… pieszo).

Capek„Listy z podróży” są cyklem inspirowanych podróżami po europejskich krajach felietonów, które Čapek regularnie publikował w prasie w latach 1923-1936. Efektem tych wojaży, połączonych z przenikliwą i wrażliwą obserwacją, są bardzo popularne w owych czasach teksty, które mimo upływu lat warto odświeżyć. Wypełnione uniwersalnymi przesłaniami – w gruncie rzeczy nie zestarzały się ani trochę. Zebrane w formie pięknie wydanego tomu, wzbogacone są setkami rysunków samego autora. Dodaje to subtelnego uroku, a w połączeniu z gawędziarskim stylem opowieści Čapka sprawia, że czytelnik naprawdę może poczuć się, jakby towarzyszył autorowi w jego odkrywczych podróżach. Gdzie zaś zabierze nas Karel Čapek?

Włochy

Zwiedzimy na początku Italię, gdzie czeski pisarz ukaże nam tajemnice starożytnego dziedzictwa kultury, odsłoni kulisy sztuki renesansowej, barokowej i gotyckiej. Wskaże różnice między architekturą chrześcijańską i katolicką, przedstawi sylwetki Giotto, Mantegny czy Donatella. Zwiedzimy m.in. Wenecję, Padwę, Rawennę, Neapol, Palermo, Toskanię. Dowiemy się jakie wrażenie robi padający w San Marino deszcz i dlaczego Karelowi Čapkowi nie podobał się Rzym. Włoska część podróży najbardziej naznaczona jest opowieściami o sztuce. Nie jest to żaden problem, jeśli ktoś chce poczytać więcej o ludziach, ponieważ zaraz potem udajemy się na…

Capek-London-TrafficWyspy Brytyjskie

I tutaj nie zabraknie ogromnej ilości motywów krajoznawczych. Przespacerujemy się ulicami Londynu, gdzie panuje non-stop traffic, cały czas śmierdzi benzyną, a każde skrzyżowanie wygląda tak samo. Zajrzymy do Hyde Parku, dowiadując się, dlaczego tak bardzo uradował podróżnika. Przeczytamy o Natural History Museum i obejrzymy ilustracje rozmaitych muszli i kryształów, mamutów, jaszczurów, ryb i motyli. Zabawimy chwilę w Muzeum Figur Woskowych Madame Tussaud, a także w słynnych uniwersytetach Cambridge i Oxford. Będziemy podziwiać średniowieczne katedry w Lincoln, York czy Durham.

Karel Čapek nie byłby jednak sobą, gdyby nie przyjrzał się dogłębnie napotkanym w różnych krajach społeczeństwom. Podróżując po Wielkiej Brytanii, weźmie udział w spotkaniu w angielskim klubie dżentelmenów, gdzie otoczy go milczenie, wygodne fotele i mężczyźni zatopieni w lekturze gazet. Trafi do East Endu, w ówczesnych czasach dzielnicy biedoty, o której mniej więcej w tym samym czasie napisze niejednokrotnie George Orwell.

Capek-OxfordPrzyjrzy się też życiu angielskiej country i zasmakuje uroków wiejskiego życia. Będzie rozwodził się nad urokiem angielskich parków i ogrodów, które pełne są „starych, rozłożystych, swobodnych, czcigodnych i przeogromnych drzew”. Miłośnicy literatury uśmiechną się, gdy autor dokona prezentacji sylwetek kilku brytyjskich kolegów po fachu. Ze wspomnień czeskiego pisarza wyłonią się John Galsworthy, Gilbert K. Chesterton, Herbert George Wells czy Bernard Shaw. Na koniec Čapkowi przyjdzie pochylić głowę przed angielskim tradycjonalizmem i stwierdzić z satysfakcją, że „Anglia jest naprawdę angielska”.

Był to właśnie jedynie człowiek

Capek-Loch-Eilt-ScotlandJako osobny wątek pozostawiłem wizytę na targach British Empire Exhibition, bo tutaj znajdziemy źródło fascynacji Karela Čapka – piękne, potężne i groźne maszyny. „Piękny jest pałac maszynoznawstwa” – napisze w podnieceniu, dając w dalszych słowach upust myślom, które nękały go aż do śmierci:
„Zanieś mnie do domu, Latający Szkocie, wspaniała stupięćdziesięciotonowa lokomotywo, przenieś mnie przez morze, statku biały i rozświetlony; siądę tam na polnej miedzy porosłej macierzanką i zamknę oczy, bo wywodzę się ze wsi i zaniepokoiło mnie trochę to, co widziałem. Ta doskonałość materii, z której nie wynika doskonałość człowieka, te znakomite narzędzia życia ciężkiego i bez szansy zbawienia mącą mi w głowie. Jak wyglądałby obok ciebie, Latający Szkocie, ślepy żebrak, który sprzedał mi dziś zapałki? Był ślepy i żarła go grzybica; była to bardzo marna i popsuta maszyna; był to właśnie jedynie człowiek.”

Capek-Liverpool

Czy to nie przesunięta dwieście lat w czasie replika Wielkiej Akademii Lagadyjskiej z „Podróży Gullivera” Jonathana Swifta? Gdzieś tutaj zamknięta jest głęboka obawa o przyszłość świata, autor dużo rozprawiał w późniejszych dziełach o nauce i postępie technicznym, przez pryzmat losu zwykłego człowieka stojącego w cieniu tych wspaniałych wynalazków.

Hiszpania, Holandia, Skandynawia

Capek-spanish-gardenPółwysep Iberyjski ukaże nam wąskie uliczki Sewilli, malownicze i egotyczne miniaturowe ogrody; wywołującą dreszcze, aczkolwiek na swój tragiczny sposób piękną, corridę; flamencos, muzułmańskie meczety przeplatające się z katolickimi kościołami (słynna andaluzyjska Giralda). Čapek poświęci więcej miejsca hiszpańskiemu malarstwu ze złotego okresu. Dowiemy się, jakie wrażenie robi malarstwo dworskie Velazqueza; podejrzymy pełne ekstazy, mistyki, ekspresji formy i manieryzmu obrazy El Greco; zatrzymamy się w końcu na krótką chwilę przy twórczości łączącego klasycyzm z barokiem Frascisco Goi, który podobnie jak Čapek starał się „dawać świadectwo prawdzie” i pokazywał ludzi takich, jakimi są – nawet tych z otoczenia królewskiego.

Capek-Netherland-portKraj tulipanów i wiatraków ogląda czeski pisarz z niemałym podziwem, nie mogąc nacieszyć się faktem, że państwo o tak małej powierzchni stało się krainą tak szczęśliwą i niezależną. Holenderską solidność stawia za przykład swojemu krajowi ojczystemu. Równiny, pola, wiatraki, rowery, krowy, wodne grachty, wypompowane i osuszone poldery, przystanie i porty – temu wszystkiemu Čapek oddaje cześć w swoich listach.
Tutaj również dłuższą chwilę poświęca słynnym niderlandzkim malarzom: Vermeerowi, Halsowi oraz Rembrandtowi.

Na koniec długiej podróży zaciąga się na statek i wyrusza na spotkanie dalekiej północy, by podziwiać surowe piękno skandynawskiej przyrody, cieszyć się widokiem fiordów, lodowców i zaznać towarzystwa polarnych dni i nocy. Podczas jednego z takich niesamowitych dni, oszołomiony widokiem z rufy statku napisze:

„I widziałem północne tęcze rozpięte od brzegu do brzegu; złoty i ciepły zachód słońca odzwierciedlał się w morzu w czas mroźnego świtania, widziałem, jak wieczorne oraz poranne zorze łączą się w rozedrganym blasku wód, srebrny grzebień słońca przeczesał iskrzącą się powierzchnię morza; wtem zaczęły groźnie migotać lśniące ścieżki morskich bogów na wodach, i był dzień.”

Capek-Skandynawia

Chwile, momenty, nieuchwytne sekundy

Capek-SevillaNajwiększą radość z odkrywania wraz z Čapkiem tajemnic Europy sprawia fakt, że sposób w jaki mówi czeski mistrz, jest niesamowitym połączeniem mądrości, epickości, błyskotliwej obserwacji oraz prywatnej więzi z czytelnikiem. Urok takiego pisarstwa sprawia, że Karel Čapek staje się nie tylko autorem felietonów, ale przede wszystkim naszym towarzyszem. Dokładając do tego, że opowiada z niesłychaną swadą, wykazując się nietypowym poczuciem humoru (narysuje wam przykładowo konia, który pożarł mu szkicownik albo zaprezentuje instrukcję, jak wspiąć się w pociągu na górne łóżko) – mamy przed sobą postać przewodnika, którego ciężko będzie zastąpić. Przekazał nam też między wierszami cenną wiadomość, że „najbardziej bezgraniczne na świecie nie są rzeczy, tylko chwile, momenty, nieuchwytne sekundy”.

Na shledanou, pane Čapek! To była niezapomniana podróż.

Karel Čapek, Listy z podróży, przełożył Piotr Godlewski, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2011.

Rafał Niemczyk

%d blogerów lubi to: