Don DeLillo, Mecz o wszystko. Recenzja.


Futbol w odcieniach postapokalipsy

– A mogę włożyć tę twoją ulubioną pomarańczową sukienkę?
– Wyglądasz w niej jak eksplozja nad pustynią.

Pisarze nader często bywają na bakier ze sportem. Wśród licznych powodów owej niechęci należałoby wymienić wyższość intelektualizmu nad cielesnością człowieka, zaś pogardzanie tą ostatnią jako wyraz buntu wymierzonego przeciwko kultowi ciała. Don DeLillo lekceważy awersję do sportu, w swojej drugiej (chronologicznie) powieści czyniąc z futbolu amerykańskiego suwerenną filozofię, organizującą byt i myśli bohaterów książki. Dodać należy, że nie pierwszy to pisarz hołdujący sportowi. Ze współczesnych nam mamy zapaśnika Johna Irvinga, biegacza Murakamiego, kochającego baseball Stephena Kinga, a na krajowym podwórku choćby Jerzego Pilcha, który za piłkę nożną dałby się pokroić.

Dlaczego DeLillo zanurza się akurat w świecie futbolu amerykańskiego? Po pierwsze, bo jest na wskroś amerykański. Owszem, w Ameryce kochają też koszykówkę i baseball, ale tylko futbol amerykański jest całkowicie… amerykański. Po drugie, DeLillo musi być fanem futbolu, bo kto inny z takim zaangażowaniem potrafiłby poświęcić cały rozdział na opis przebiegu meczu? Polski czytelnik może poczuć się skonsternowany, ale czyż nie wywołuje u nas, kibiców, ciarek na plecach „piłkarski monolog” wieńczący dramat „Narty Ojca Świętego” wspomnianego już Jerzego Pilcha? Po trzecie, tematem nadrzędnym „Meczu o wszystko” jest wojna, czyli krew, pot i łzy. Zupełnie jak futbol, bo futbol w swym złudzeniu przypomina wojnę, choć DeLillo odwraca tę pospolitą metaforę na swój sposób. Jeden z bohaterów, dziwaczny wykładowca Alan Zapalac, mówi wprost: „Odrzucam koncepcję futbolu jako wojny. Wojna jest wojną. Nie potrzebujemy namiastek, skoro mamy autentyk”.

Don DeLillo

Myliłby się ktoś, kto by pomyślał, że młody DeLillo (wówczas 36-latek) stworzył moralitet, nawet jeśli miałby on być złośliwy i w przewrotnej formie (jego pierwszą powieścią była przecież „Americana”). „Mecz o wszystko” jest raczej czarną komedią, krzywym zwierciadłem, w którym odbija się sposób funkcjonowania amerykańskiej prowincji lat 70. XX wieku. Trwa wojna w Wietnamie, potęguje się ponura atmosfera wyścigu zbrojeń, a zimna wojna nie jest już wcale taka zimna. Mała uczelnia w północnym Teksasie organizuje drużynę futbolową na kolejny sezon. Tu, na prowincji, trwa „epoka drobnych zdarzonek i błahych rozpaczy”, a sama wojna pozostaje daleko obok. „Trup” ściele się gęsto, ale podczas zabawy w „bum, nie żyjesz!”.

Gary Harkness, główny bohater i narrator powieści, to domorosły filozof, myśliciel poszukujący własnej „drogi na zewnątrz”. Studiując na odludziu, zajmuje się rutynowymi czynnościami, wśród których znajduje się napisanie listu do „kochanej osoby”, powtarzanie nazwisk amerykańskich prezydentów czy zapoznanie się codziennie z nowym, „trudnym” słowem. Nie czuje się częścią społecznego mechanizmu, tak jak czuje się częścią drużyny na boisku. Ale i futbol, gra zespołowa, nie jest w stanie przynieść mu satysfakcji. Gary ma zostać gwiazdą, lecz wybiera jointa, chcąc przekonać się, jak to jest wyjść na boisko zjaranym. Tym bardziej że sam wynik meczu nie jest przecież najważniejszy: od początku wiadomo, że ekipa Logos pokona wszystkich rywali, zatrzymując się dopiero na tym najważniejszym – drużynie Centrexu, uosobieniu tego, czego nie sposób osiągnąć. Taka forma przeciwstawia się kanonom dramatu sportowego, w którym z reguły ziszcza się sen młodego człowieka o karierze i sławie.

George Blanda (karta z 1971 r.). Gwiazda NFL, rozegrał w niej rekordową ilość 26 sezonów. W latach 70. zawodnik Oakland Raiders (źródło: 1971fbcards.blogspot.com)

Futbol nie jest zatem sposobem na lepsze życie, raczej sposobem na życie w ogóle dla grupy dwudziestolatków z Teksasu, wśród których znajdziemy: pierwszego Murzyna w Logos College, Tafta Robinsona, którego przyjęto na uczelnię, bo był szybki; Bloomberga, 150-kilowego Żyda z niezaleczonym poczuciem winy czy Mynę, która przyciąga Harknessa nie fizycznością a intelektem. To kolejny przykład na to, jak DeLillo bawi się kliszami, sięgając do stereotypów równie często jak marynarz po butelkę z rumem. „Niełatwo być piękną – mówi Myna. – Ma się wtedy zobowiązania. Człowiek staje się prawie publiczną własnością. Można się zupełnie pogubić i prawie rozchorować psychicznie tylko przez to, że uroda ma charakter publiczny”. Autor „Podziemi” równie mistrzowsko bawi się językiem, przeplatając cyniczną frazę świetnie skrojonymi dialogami, filozoficzne wstawki komentarzem sportowym albo boiskowym slangiem. Wszystko to do kupy sprawia, że postmodernistyczna szkatuła wypełnia się skarbami, które – być może – nie każdemu przypadną do gustu, co wcale nie deprecjonuje ich wartości. Żeby ją otworzyć, potrzeba było Michała Kłobukowskiego, który przetłumaczył książkę z całym swoim kunsztem.

Gary’ego bardziej od futbolu pociąga psychologiczna rozgrywka ze stetryczałym, autorytarnym trenerem, Emmetem Creedem. Creed to skrzyżowanie oschłego dowódcy z autsajderem, którego na margines zepchnęły nie tyle sportowe wyniki, co problemy z tożsamością. Metody starego, skuteczne na prowincji, nie sprawdzają się w konfrontacji „na wyższych szczeblach”. Dlatego jako człowiek jest skazany na bycie wiecznym trenerem, jak więzień, który spędził całe życie w zamknięciu i nie potrafi odnaleźć się w życiu na wolności. To, co uderza w postaci Creeda, jest jego samoświadomość i – w gruncie rzeczy – pogodzenie z losem. Właśnie dlatego upodobał sobie Harknessa, a chłopak z tego samego powodu darzy sympatią Mynę. Na pytanie „Czemu jest taka gruba?” odpowiada: „Przez odpowiedzialność za własną urodę. Czuje, że by jej nie udźwignęła. Musiałaby się zmienić”.

VIII finał Super Bowl (1974): Miami Dolphins vs Minnesota Vikings na Rice Stadium w Houston
(fot. http://www.stadiumsofprofootball.com)

Gary to obsesyjny miłośnik postapokalipsy – wyobraża sobie różne miejsca na ziemi po katastrofie nuklearnej. Zainteresowanie bronią jądrową i jej wykorzystywaniem przekłada się na poetyckie opisy katastrof snute przez chłopaka. Apokalipsa nie ma być formą biblijnego katharsis, a jedynie skojarzeniem, wizją zagłady, która uwiarygodnia w jego umyśle kondycję świata. Kumulacją tego jest „gra wojenna”, którą Harkness prowadzi z majorem pod koniec powieści, polegająca na wojskowej symulacji ogólnoświatowego kryzysu.

„Mecz o wszystko”, jak to bywa u DeLillo, można by zanalizować na setki sposobów. Tu każdy szczegół ma znaczenie, zaś przewrotna kompozycja przywodzi na myśl dzieła Stanleya Kubricka. Humor jest tu wyborny, ale ma gorzki smak. I choć „End Zone”, czyli oryginalny tytuł, oznacza linie końcowe mieszczące się na krańcach pola punktowego, tak „Mecz o wszystko” jest wstępem do wielkiej kariery pisarskiej, zapowiedzią przyszłych dzieł i lęków Dona DeLillo.

Don DeLillo, Mecz o wszystko, przeł. Michał Kłobukowski, Noir sur Blanc, Warszawa 2013.

Rafał Niemczyk

Dmitrij Głuchowski, Metro 2033. Recenzja.


Świat w tunelu

Moskiewskie metro A.D. 2033 – dom nielicznych (nie)szczęśliwców, którzy zdążyli schronić się w tunelach przed atomową apokalipsą, która obróciła w perzynę ich miasto i unicestwiła większość życia na Ziemi. Po metrze zaś krąży wiele legend, zabobonów i dziwnych, wręcz niewiarygodnych opowieści, jego tunele skrywają mroczne sekrety. Metro ma również swoich bohaterów. Zaliczają się do nich stalkerzy – parający się przeszukiwaniem korytarzy oraz wyprawami na powierzchnię, odnajdywaniem i przynoszeniem do tuneli wszystkiego, co da się w jakikolwiek sposób wykorzystać. Bez nich życie pod ziemią byłoby po stokroć cięższe. Zawód stalkera jest marzeniem niemal każdego chłopca zamieszkującego metro.

Główny bohater – dwudziestokilkuletni Artem – urodził się przed apokalipsą. Jest sierotą uratowaną przez jednego z żołnierzy przed szczurzym potopem, który pochłonął całą jego stację, gdy Artem miał pięć lat. Od tamtej pory żyje na stacji WOGN jako przybrany syn swojego wybawcy. Uczy się i pracuje dla wspólnego dobra małej społeczności, ale skrycie marzy o wyrwaniu się z okowów przygnębiającej i nudnej egzystencji na rodzinnej stacji. Pragnie zgłębiać i poznawać tajemnice metra – świata, w którym przyszło mu żyć. Nadarzy się ku temu okazja, kiedy Artem wyruszy z jednym ze stalkerów w podróż przez stacje i tunele podziemnej kolei, aby ocalić WOGN (a być może i całe metro) przed inwazją „czarnego zła”.

Nie będzie to łatwe zadanie, gdyż stacje ze sobą walczą, zawierają sojusze, próbują narzucać swoją ideologię sąsiadom. Jednak pod ziemią to nie człowiek jest swoim najgroźniejszym wrogiem. W tunelach można spotkać przeróżne niebezpieczne stwory i mutanty. Co więcej – niektóre tunele same w sobie stanowią zagrożenie. W niewyjaśniony sposób doprowadzają do obłędu przebywających w nich ludzi, a niewytłumaczalna siła czająca się w korytarzach jest zdolna nawet zabić. Zagrożenie zaczyna przychodzić także z powierzchni. I to nie tylko pod postacią różnorakiego zmutowanego tałatajstwa, bo z tym mieszkańcy jakoś sobie dotąd rodzili. Oto do tuneli metra, przez stację WOGN, próbują wdzierać się tzw. „czarni”. Wyglądem przypominają ludzi, ale jest w nich coś innego, odmiennego. Wydają się bezbronni, ale pozbawieni uczucia bólu – sama myśl o tych istotach wywołuje dreszcz strachu. Kiedy nadchodzą „czarni”, mało kto jest w stanie oprzeć się postępującemu wraz z nimi przerażeniu.

Metro A.D. 2033 to przekrój przez alternatywny świat. Mimo że zamieszkują je mieszkańcy tylko jednego miasta, głównie Rosjanie, jest to w pewnym sensie zminiaturyzowana kula ziemska. Każda stacja (lub grupa stacji związanych sojuszem) posiada inny klimat, charakter, ustrój, wierzenia. Różnią się też między sobą poziomem cywilizacyjnym, kulturowym i technicznym. Znajdziemy tu faszystów, komunistów, rewolucjonistów, wyznawców Jehowy, handlarzy, wojskowych, wyrzutków społecznych różnej maści, uczonych, a nawet kanibali. Cała mozaika ideologii i postaw zamknięta w tunelach metra.

Choć Dmitrij Głuchowski nie ustrzegł się iście hollywoodzkich scen z rodzaju „uratowany w ostatniej chwili” czy „zabili go i uciekł”, to wykreowany przez niego świat i fabuła są dość wiarygodne. Dominuje atmosfera dusznych korytarzy rodem ze „Schronu” Mirosława Jabłońskiego, momentami zahaczając o klimaty socjotechnicznego eksperymentu z „Klaustropolis” Istvana Nemere. Wraz z wyjściem bohaterów na powierzchnię nasuwają się skojarzenia z „Aleją Potępienia” Rogera Zelaznego – zwłaszcza jeśli chodzi o pomysły Głuchowskiego odnośnie nowych gatunków fauny i flory. Tej chwytliwej mieszanki dopełniają wątki z „Gdzie dawniej śpiewał ptak” Kate Wilhelm czy filmu Davida Cronenberga „Scanners”. Takich zapożyczeń jest cała obfitość, ale rosyjski pisarz żongluje nimi bardzo sprawnie.

Akcja prowadzona jest dynamicznie, bez zbędnych przestojów, co w połączeniu z niewyszukanym językiem miało wpływ na popularność, którą zdobyła powieść. Autor umiejętnie stopniuje napięcie, potęguje krok po kroku aurę tajemniczości wypełniającą tunele metra, sugerując czytelnikowi, że w jego najgłębszych zakamarkach czai się coś nieznanego.

„Metro 2033” na pewnym poziomie jest również książką drogi. Razem z głównym bohaterem przemierzamy kilometry tuneli, odkrywając nowe skrawki mapy i spotykając całą paletę postaci rozmaitego pochodzenia i charakteru. Ateista Artem kroczy także ścieżką rozwoju duchowego. Podczas wędrówki dojrzewa w nim przeświadczenie o bezsensowności egzystencji bez nadziei na powrót do dawnego życia czy wiary w kogoś lub w coś, co czuwa nad człowiekiem i prowadzi go od narodzin aż do śmierci. Powieść zyskuje dzięki temu drugie dno. Choć napisana językiem prostym i przystępnym (wedle słów autora był to zabieg celowy, mający przysporzyć książce popularności), nie jest jedynie prostą historyjką o walce ze znojem w podziemnym postnuklearnym świecie. Głuchowski ukazuje katastrofę człowieczeństwa – zarówno pod względem technicznym, cywilizacyjnym, jak i moralnym. Dowodzi, że w ostatecznym rozrachunku życie pozbawione wyższych idei i wiary okazuje się być beznadziejną i pozbawioną sensu wegetacją.

Wybuchowa mieszanka Dmitrija Głuchowskiego usatysfakcjonuje wielbicieli dynamicznych opowieści spod znaku „motocykla i obrzyna”, ale i czytelnicy preferujący nieco ambitniejszą lekturę mogą zostać pochłonięci przez moskiewski podziemny świat A.D. 2033.

Dmitrij Głuchowski, Metro 2033, tłum. Paweł Podmiotko, Insignis 2010.

 Jacek „bio_hazard” Bryk

* Screeny ilustrujące recenzję pochodzą z gry pod tym samym tytułem (prod. 4A Games, wyd. THQ).

** Tekst ukazał się także w serwisie kultury postapokaliptycznej Outpost.

Peter Heller, Gwiazdozbiór Psa. Recenzja.


Pamiętniki potrzaskanego umysłu

Epidemia grypy unicestwiła prawie całą ludzkość. Specyfika wirusa powoduje, że degradacja nie dotyka źródeł natury, lecz samych ludzi. Ocaleni ukrywają się, by przetrwać, albo walczą, żeby przeżyć. Pierwotne zło drzemiące w człowieku obnaża jego najciemniejsze strony; zabijanie staje się dla niektórych makabryczną rozrywką. Są też nieszczęśnicy, których epidemia nie zmogła od razu, ale choroba krwi powoli wyniszcza ich organizmy i nieubłaganie popycha ku śmierci. Od nich zwykle trzymają się z daleka wszyscy.

Hig przeżył i objął we władanie opuszczone lotnisko do spółki z niejakim Bangleyem – fanatykiem broni, technik survivalu i zdeklarowanym samotnikiem. Duet dzieli się obowiązkami, aby zapewnić sobie przetrwanie. Hig swoją cessną 182 patroluje okolicę, uprawia ogródek i poluje. Bangley dba o bezpieczeństwo ich obu, zabijając wszystko, co pojawi się w zasięgu jego snajperskiego karabinu. Chyba, że akurat trwa noc. Wtedy przydaje się i Jasper – najlepszy przyjaciel i nieodłączny kompan Higa. Jasper wyczuwa nieproszonych gości. Mimo że jest już stary i prawie głuchy, na szczęście pozostał mu dobry węch i szósty psi zmysł. Kiedy wszyscy grają zespołowo, intruzi są bez szans.

Cessna 182 – samolot, którym Hig patroluje okolicę (www.callandfly.pl)

Trzeba przyznać, że dziewięć lat po epidemii panowie urządzili się całkiem nieźle. Przyjaźń dwóch mężczyzn o całkowicie odmiennych charakterach, wymuszona niejako okolicznościami, mimo pozorów niedostępności i wzajemnej niechęci, jest nie do podważenia. Życie upływa im względnie spokojnie, według ustalonych reguł i schematów, dopóki Hig, podczas jednego ze swoich podniebnych patroli, nie odbiera niewyraźnego sygnału radiowego z odległego lotniska. Niestety, miejsce to leży daleko poza punktem powrotu jego cessny. Ale Higowi coraz bardziej doskwiera samotność, tęskni za ludźmi, w szczególności za kobietami, za dawnym światem, za prostymi przyjemnościami. Postanawia wyruszyć w nieznane, za głosem kilku niewyraźnych słów wyłapanych w eterze…

Paonia Valley – jedno z ukochanych miejsc Higa i Jaspera (www.peterheller.net)

„Gwiazdozbiór Psa” jest swoistą pochwałą survivalu, co uwidacznia się w szczegółowych opisach związanych z technikami przetrwania. Na stronach powieści wyczuwalna jest fascynacja autora dziką przyrodą, a w szczególności ptakami. Peter Heller w piękny sposób przedstawia naturę, jej majestat, różnorodność, ale i kruchość. Choć opisana przez niego katastrofa dotknęła przede wszystkim ludzi, to i przyroda zaczyna się zmieniać. Klimat ociepla się, rzeki wysychają, zwierzęta migrują, giną niektóre gatunki – zmienia się ekosystem. Przyczyny tego stanu rzeczy nie zostają już wyjaśnione, niemniej z tego obrazu wyziera troska autora o kondycję świata oraz refleksja nad korelacjami między naturą a człowiekiem. Sam to zresztą podkreśla w wywiadach i wymienia jako główną inspirację do napisania powieści. Ponadto „Gwiazdozbiór Psa” to studium samotności i tęsknoty za utraconym człowieczeństwem. Traktat o rozpaczy po utracie bliskich, na których nagłą śmierć nie ma lekarstwa. Nie wiadomo już, czy uodpornienie na wirusa to wielkie szczęście, czy też szatańskie przekleństwo.

Polskim czytelnikom pomysł początkowego umiejscowienia akcji na opuszczonym lotnisku może kojarzyć się z opowiadaniem Marka Baranieckiego pt. „Głowa Kasandry”, jednak poza tym faktem oba utwory nie mają ze sobą praktycznie nic wspólnego. Autor potwierdza, że z opowiadaniem Baranieckiego nigdy się nie zetknął. „Gwiazdozbiór Psa” przyrównywany jest także do „Drogi” Cormaca McCarthy’ego. Jednak mimo podobieństw w warstwie koncepcyjnej (w obu powieściach bohaterowie dokądś zmierzają w postapokaliptycznym świecie) oraz dość bogatej oprawy językowej, sceneria w jakiej rozgrywa się akcja powieści Hellera jest skrajnie różna od tej ukazanej w „Drodze”. Heller opisuje dziką przyrodę w żywym wydaniu, którą możemy nieomal poczuć i dotknąć. Krajobrazy malowane zielenią drzew i bielą śniegu w żadnym razie nie przypominają księżycowych, szarych i spopielonych wizji  McCarthy’ego. Akcja powieści Hellera ukazana jest oczami Higa. Autor przyjął formę prowadzenia narracji bez standardowych dialogów; nasz protagonista opowiada czytelnikowi właściwie o wszystkim, co widzi, co czuje, co się wokół niego dzieje.

Peter Heller - człowiek wielu pasji (www.voanews.com)

Peter Heller – człowiek wielu pasji (www.voanews.com)

Peter Heller do tej pory znany był jako dziennikarz środowiskowy, nagradzany reportażysta i autor kilku książek literatury faktu. Z sukcesami dołączał także do wypraw mających na celu piętnowanie i przeszkadzanie w zabijaniu zagrożonych gatunków fauny morskiej. Ponadto – jak można przeczytać w jego biografii – to także zapalony pilot, wędkarz, survivalowiec, kajakarz i uczestnik wielu wypraw przygodowo-podróżniczych. Cały ten amalgamat doświadczeń oraz obaw znalazł odbicie w jego pierwszej powieści beletrystycznej, łącznie z własnym alter-ego w roli głównego bohatera, co zaowocowało statusem międzynarodowego bestsellera.

Debiutancka powieść Petera Hellera powiela w pewnym stopniu schematy obecne już wcześniej w literaturze postkatastroficznej. Można odnieść wrażenie, że wiele wątków i pomysłów znamy z innych książek czy filmów. „Gwiazdozbiór Psa” nie jest szczególnym gatunkowym novum, co zatem stanowi o jego wyjątkowości? Myślę, że ów wspomniany konglomerat osobistych doświadczeń i specyficznych zainteresowań autora w połączeniu z nieudawaną troską o losy ginącej, dzikiej przyrodę sprawił, że powieść jest niezwykle prawdziwa.

Peter Heller, Gwiazdozbiór Psa, przeł. Olga Siara, Insignis Media, Kraków 2013.

Jacek „bio_hazard” Bryk

* Recenzja ukazała się również w serwisie kultury postapokaliptycznej Outpost.

Paolo Bacigalupi, Zatopione Miasta. Recenzja.


Na Potomacu stan alarmowy przekroczony, czyli mokra postapokalipsa na dobranoc

Poziom oceanów podniósł się, woda zalała wybrzeża, podtapiając przybrzeżne miasta. Niektóre kraje, wśród nich choćby Chiny, starały się przygotować i zabezpieczyć przed skutkami potopu. Jak się domyślacie, nie wszędzie wygrał zdrowy rozsądek. Znaleźli się bowiem tacy, którzy w ogniu wzajemnych oskarżeń, zamiast próby ratowania struktur pogrążającego się chaosie i destrukcji świata, wybrali walkę o władzę. Katastrofa naturalna rychło pociągnęła za sobą upadek norm i obyczajów oraz zezwierzęcenie społeczeństwa. Nastąpił regres cywilizacyjny. Waszyngton, Alexandria, Arlington – niegdyś jeden z największych obszarów metropolitalnych USA – przekształcił się w Zatopione Miasta, w których pomiędzy lokalnymi watażkami, samozwańczymi generałami i wszelkiej maści partyzantami trwa nieustająca wojna o wpływy i panowanie nad ruinami dawnej metropolii.

Mahlia – kaleki wyrzutek, dziewczyna z genami znienawidzonych rozjemców i Mouse – wątły chłopak, sierota ze spalonej farmy. Para nastoletnich przyjaciół, żyjąca w zagubionej pośród dżungli wiosce pod opieką niepoprawnego altruisty – dra Mahfouza. Kiedy w ich nędzny, acz spokojny żywot wkroczy z buciorami wojenna pożoga, nasi bohaterowie będą zmuszeni do ucieczki lub stawienia jej czoła. Na ich drodze pojawi się Tool – półczłowiek, genetycznie zmodyfikowana istota zaprojektowana jako maszyna do zabijania. By przeżyć, będą potrzebowali siebie nawzajem.

Panorama Waszyngtonu (źródło: lcweb2.loc.gov)

Czytelnik od razu zostaje wrzucony na głęboką wodę – czas i miejsce akcji nie są sprecyzowane. Dopiero w trakcie lektury ze stopniowo serwowanych strzępków informacji powoli składamy wersję wydarzeń. Część układanki autor pozostawia w sferze domysłów. Próżno szukać wyjaśnień na temat genezy różnych frakcji czy ciekawych kultów religijnych obecnych w świecie Zatopionych Miast. 41-letni Bacigalupi jest bardzo oszczędny w udzielaniu odpowiedzi na nurtujące czytelnika pytania i nieskory do zaspokajania jego ciekawości. Być może dzięki temu świat powieści zyskuje aurę tajemniczości, ale pewne niedomówienia pozostawiają niedosyt.

„Bestie z południowych krain” (2012, reż. Benh Zeitlin)

Narracja pędzi do przodu w zawrotnym tempie, a postacie są dość wyraziste – akurat na tyle, by można się z nimi utożsamić, choć kierują się raczej prostymi emocjami. Ich zachowania są raczej przewidywalne, jednak trafiają się osobowości nieco bardziej skomplikowane. Sam pomysł na fabułę jest nieco naiwny, niektóre decyzje naszych bohaterów wydają się nieracjonalne lub wręcz głupie, ale wydaje się, że to celowy zamysł autora. Wskazanie, że w zdegenerowanym świecie pozostały jeszcze wartości, którym warto zawierzyć, jak przyjaźń, honor czy nadzieja. Bacigalupi konfrontuje postawy czysto egoistyczne z niemalże „judymowskimi”, konformistyczne z buntowniczymi, determinację z oportunizmem. Naszym bohaterom przyjdzie wybierać między instynktem samozachowawczym a przyjaźnią. Zmierzą się ze strachem i poczuciem niespłaconego długu, walcząc o poczucie wartości i zachowanie granic człowieczeństwa.

Język powieści jest plastyczny. Wyobraźnia podsuwa obrazy zrujnowanej aglomeracji i da się niemal poczuć fetor Zatopionych Miast, które powoli, ale nieubłaganie natura obejmuje w swe władanie. Wszechobecna woda tworzy swoisty labirynt kanałów między zalanymi i na pół zawalonymi budynkami, dżungla wpełza na zurbanizowane dawniej tereny, a wraz z nią w pogruchotanej metropolii gnieżdżą się dzikie i drapieżne zwierzęta. O to, co przedstawia jeszcze jakąkolwiek wartość, toczą się nieustanne starcia pomiędzy wrogimi frakcjami. Kto sprzeda więcej złomu – kupi więcej broni i amunicji. Kto zgromadzi lepszy arsenał – zdobędzie więcej złomu. Tak zamyka się błędne koło „wypaczonego recyklingu”. Wszechobecny chaos, rozkład, beznadzieja i rozpad więzi społecznych, okrzyki pijanych i naćpanych trepów, wrzaski torturowanych jeńców i niewolniczy lament.

„Wodny świat” (1995, reż. Kevin Costner, Kevin Reynolds)

„Zatopione Miasta” wykazują pewne podobieństwa z „Zatopionym światem” J.G. Ballarda, choć u Bacigalupiego trudno doszukać się „Ballardowskiej metafizyki” czy głębszych rysów psychologicznych bohaterów. „Zatopionym Miastom” z wodno-apokaliptycznym klimatem bliżej jest do „Wodnego świata”. Filmu z 1995 r. reżyserskiego duetu Kevinów – Costnera i Reynoldsa – w którym Costner zagrał również główną rolę. Świat Ballarda pozbawiony jest nadziei – ludzkość jest w ciągłym odwrocie przed nieprzyjazną naszemu gatunkowi przyrodą. W „Wodnym świecie” siłą napędową dla garstki ocalonych z potopu jest wiara w mityczny suchy ląd – zagubiony gdzieś w bezmiarze oceanu. Motyw ten powielają „Zatopione Miasta”, gdzie niektórym ludziom marzy się ucieczka do lepszego świata – najlepiej „za wielką wodę”, gdzie egzystuje jeszcze spokojna, nieskażona przemocą cywilizacja.

Walki w mieście nieodparcie przywołują skojarzenia z krwawymi wojnami gangów narkotykowych w Ameryce Południowej. Sceny pacyfikacji wioski Banyan Town – tortury, bestialskie mordy, palenie plonów, bezlitośnie okaleczani wieśniacy – to wypisz-wymaluj kadry z brutalnych filmów o wojnie wietnamskiej. Natomiast opisy żołnierskiego życia młodocianych trepów jako żywo przypominają obrazki z wojen domowych w Afryce, na których chłopcy, niewiele więksi od postawionego na baczność kałasznikowa,  dumnie prężą się do kamery ze swoją bronią.

„Zatopione miasta” to ksiązka dla starszej młodzieży, nazywanej na zagranicznym rynku young adults. Z jednej strony sporo scen przemocy i bezprzykładnego okrucieństwa, z drugiej uładzony język, brak seksu i wulgaryzmów, co trochę łagodzi odbiór, surowego przecież z założenia, postapokaliptycznego świata. Jednakowoż książkę można polecić i starszym czytelnikom, którzy będą mogli pochylić się nad gorzką refleksją na temat kondycji współczesnego społeczeństwa.

Paolo Bacigalupi, Zatopione Miasta, przeł. Łukasz Małecki, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2012.

 Jacek „bio_hazard” Bryk

Orson Scott Card, Wezwanie ziemi. Recenzja


Na pohybel Nadduszy

Basilika stoi u progu wojny domowej. Niemniejsze zagrożenie stanowi zbliżająca się z drugiej strony murów miasta potężna armia imperatora Gorayni. Pod komendą charyzmatycznego dowódcy podstępem spróbuje wedrzeć się do Basiliki i wkupić w łaski obywateli. Czy bohaterskiemu, oddanemu ideałom Nafaiowi uda się, z pomocą Nadduszy i swojej młodej żony – wodnej wieszczki Luet – ocalić miasto kobiet przed zagładą? Jak spełnić marzenia o powrocie na Ziemię po czterdziestu milionach lat spędzonych na Harmonii? A może opowieści o podróży na planetę-matkę są tylko absurdalnymi wyobrażeniami kilku chorych umysłów?

„Wezwanie Ziemi” jest drugim tomem pięcioksięgu Orsona Scotta Carda „Powrót do domu”. Czytelników, którzy chcieliby sobie przypomnieć wydarzenia z tomu pierwszego, jak i zasady rządzące uniwersum Harmonii, odsyłam do recenzji „Pamięci Ziemi”.
A ja już spieszę wyjawić, co czeka Was podczas drugiego spotkania z mieszkańcami położonej lata świetlne stąd, choć tak bliskiej ziemskim wyobrażeniom, planety. Wszak Orson Scott Card znany jest z tego, że fantastyka w jego science-fiction jest pryzmatem, przez który przegląda się człowieczeństwo. Nie inaczej będzie tym razem – to ludzie, ich charaktery i perypetie będą kreślić losy świata. Znaczące u Carda płynne dialogi znów pokierują wydarzeniami, rozpędzając fabułę i ukażą nieznane jak dotąd oblicza protagonistów powieści.

Pisarz zafundował nam z okazji „Wezwania Ziemi” dodatkowego głównego bohatera. To generał Vozmuzhalnoy Vozmozhno, którego nazwiskiem mógłby łamać wrogom kończyny sam Steven Seagal. Zorientowawszy się w tym problemie autor, zaproponował skróconą wersję generalskiej godności – Moozh. Generał Moozh jest najznamienitszym spośród dowódców imperatorskiego wojska. Zawdzięcza to nie tylko fizycznej sile i charyzmatycznym usposobieniu, ale także nadludzkiej inteligencji i wojskowemu sprytowi. Cechy te niejednokrotnie pozwoliły jego żołnierzom odnosić wielkie wiktorie, ponosząc przy tym minimalne straty własne. Lecz Moozh zmaga się nie tylko ze swoimi przeciwnikami i ukrywaną nienawiścią do imperatora. Prawdziwym przeciwnikiem jest dla niego Naddusza („bóg”, jak sam ją określa). Vozmuzhalnoy Vozmozhno kroczy drogą chwały i samotnie chce dzierżyć przeznaczenie we własnych rękach. Wewnętrzna batalia toczona przez generała po to, by nie ulegać boskim wpływom przy podejmowaniu decyzji, jest solidną osią wydarzeń „Wezwania Ziemi”.

Wezwanie-Ziemi-Darek-KocurekNa równorzędnym planie rozgrywać się będą przygody Nafaia i jego krewnych. Kluczową rolę odegrają też sny, jakie Naddusza w przypływach wspaniałomyślności zechce zsyłać swoim podopiecznym. Owe nacechowane pretensjonalnym symbolizmem sny, początkowo intrygujące, za którymś razem potrafią znużyć – na szczęście wartka akcja szybko zrekompensuje nam te chwile. Momentami nachalne wydały mi się też działania samej Nadduszy. Jeśli ostatecznie wszystko odbywa się wedle wyższego planu, to gdzieś rozmywa się znaczenie decyzji podejmowanych przez bohaterów książki.

Nie chcąc zdradzić zbyt wielu szczegółów, dodam jeszcze, że mam nieco zastrzeżeń co do zakończenia powieści. Budowane stopniowo napięcie urywa się w ciekawym momencie, a dalsze losy Basiliki poznajemy z epilogu, gdzie Card streścił nam kluczowe wydarzenia na jednej zaledwie stronie. Takie było założenie autora, zamierzającego zrobić pełny zwrot przez rufę i podryfować na inne morza.
Wszystko wskazuje na to, że począwszy od trzeciej części cyklu, czekają nas radykalne zmiany. Karawana śmiałków wyruszy na poszukiwanie Ziemi, prowadzona siłą woli niezmordowanej Nadduszy. Jest sporo przesłanek ku temu, że będzie działo się wiele podczas tej podróży, a amazońskie przygody pana Cejrowskiego staną się przy niej weekendową wycieczką dla młodszego rodzeństwa.

Orson Scott Card, Wezwanie Ziemi, tłum. Edward Szmigiel, Prószyński i S-ka, Warszawa 2011

 Rafał Niemczyk

%d blogerów lubi to: