Alessandro Baricco, City.


Odnaleźć w sobie dziecko

Komiks, opowieść bokserska, western, genialny dzieciak wymyślający swoich przyjaciół, profesor rozwiązujący „zagadki futbolowe” i traktat o „Nenufarach” Moneta. „City” Alessandro Baricco to książka-labirynt, napisana w formie pastiszu kilku gatunków, a zarazem afirmacja postmodernizmu i hołd złożony popkulturze. To książka, którą napisałby zapewne Quentin Tarantino, gdyby pisał książki, a nie kręcił filmy. To dziwadełko, w trakcie lektury którego wiele razy przechodziły mnie ciary, nawet jeśli czasami zdarzało mi się zgubić między wersami. To powieść, której Krzysztof Varga nie zaakceptował, pisząc o niej o kilka lat za wcześnie, w 2001 roku, jeszcze zanim stał się zakładnikiem „Lostów” i najlepszych seriali Netflixa. To wreszcie książka, którą powinien przeczytać każdy pisarz aspirujący do uczynienia z literatury gatunkowej czegoś więcej niż kolejnej zagadki kryminalnej z trupem porzuconym na wysypisku śmieci w mrocznej dzielnicy.

To książka fenomenalna w swoim chaotycznym wzorze, który rozsupłała już po części Ania w swojej recenzji na blogu Literackie Skarby Świata Całego. Od siebie dorzucam kilka wątków, które na mnie osobiście zrobiły największe wrażenie.

Mały Mozart

      — Nie widzi pani nic przerażającego w fakcie, że dziecko spędza cały czas z dwoma przyjaciółmi, którzy nie istnieją?
      — Nie, dlaczego?

Plejada barwnych bohaterów, a wśród nich… genialny chłopiec Gould i jego najlepsi, bo wymyśleni przyjaciele: olbrzym Diesel oraz (nie)mówiący niemowa Poomerang.

Ucieczka w świat wyobraźni nie jest niczym nowym, rozmaitych Alicji mieliśmy w literaturze dość sporo. To, co odróżnia Goulda od większości literackich geniuszy, których świat chce „przygarnąć” na własny użytek, kryje się w sposobie uciekania. Jest on nieśpieszny, pozbawiony buntowniczego jazgotu i poczucia wyższości. Gould jest wyciszony, wydaje się pogodzony z losem, nieobecny, czasem wręcz zrezygnowany. Kiedy spotyka młodą opiekunkę Shatzy Shell, która także porusza się gdzieś na marginesach normalnego życia, okazuje się, że oboje mówią wspólnym językiem; jak to trafnie i pięknie ujęła Ania: posługują się „szyfrem stukniętych”.

Postać Goulda skojarzyła mi się z pewnym serialem, wyświetlanym w latach 90. w TVP, w czasach, kiedy nie było jeszcze Netflixów. Był to serial francuski, nosił tytuł „Operacja Mozart”, ale ja zapamiętałem go – nie wiem czemu – pod tytułem „Mały Mozart”. W każdym razie bohaterem tego serialu również był genialny chłopiec, specjalista od przedmiotów ścisłych (podobnie jak Gould), chyba głównie matematyki. Nauczyciel Mozarta, jako reprezentant porządnych ludzi, zaniżał chłopcu oceny, aby „naukowy establiszment”, reprezentowany przez agencje rządowe, nie zaczął się nim interesować. Oczywiście sekret został tak czy siak wykryty i mały Mozart musiał zacząć się ukrywać. Podobno wolność zawsze można odzyskać, ale dzieciństwa – nigdy.

Świat jako boisko piłkarskie

[Profesor Taltomar] miał kilka wątpliwych pewników, streszczających się w zdaniu, którym zamykał wszelką dyskusję: „odbicie ręką w polu jest zawsze zamierzone, spalony nie podlega nigdy wątpliwości, wszystkie kobiety to dziwki”. Twierdził, że wszechświat jest „meczem bez sędziego”, ale na swój sposób wierzył w Boga: „jest sędzią bocznym i zmyśla wszystkie spalone”. (…) Gould przypisywał mu, słusznie, absolutną znajomość regulaminu i szukał u niego tego, czego nie potrafił znaleźć u akademickich znakomitości trenujących go do Nagrody Nobla: pewności, że ład jest własnością nieskończoności.

    

Z portfolio agencji reklamowej Ogilvy Sao Paulo Bandsports in Brazil.

Skraj boiska za prawą bramką. Siedzieli tam nieruchomo i patrzyli. Prof. Taltomar ze swoim niedopałkiem w ustach, Gould w wełnianej czapce na głowie, z rękami w kieszeniach.
Całe minuty.
Potem Gould, wpatrując się nadal w graczy, powiedział:

     — Szalona burza na boisku. Dwudziesta minuta drugiej połowy. Crossowe podanie z lewej, środkowy napastnik z drużyny gości, oczywiście na spalonym, zatrzymuje piłkę piersią, sędzia gwiżdże, ale gwizdek zamókł i nie działa, środkowy napastnik strzela, sędzia znowu gwiżdże, ale gwizdek ponownie zawodzi, piłka trafia do bramki, sędzia próbuje gwizdnąć na palcach, ale obślinia sobie rękę i to wszystko, środkowy napastnik rusza jak szalony w stronę narożnej chorągiewki, zdejmuje koszulkę, opiera się o chorągiewkę, wykonuje kilka kroków jakiegoś idiotycznego brazylijskiego tańca, a w końcu spopiela go piorun, który trafia prosto we wspomnianą chorągiewkę.
Profesor Taltomar zyskuje na czasie, wyjmując z ust papierosa i strząsając nieistniejący popiół.
Przypadek był obiektywnie skomplikowany.
W końcu wypluł okruchy tytoniu i wyszeptał cicho:

     — Gol nie uznany z powodu nieprzepisowego zagrania. Środkowy napastnik dostaje upomnienie, ponieważ zdjął koszulkę. Po wyniesieniu prochów z boiska można przystąpić do niezbędnego zastąpienia go. Przedtem należy wymienić gwizdek sędziego i zainstalować nowe chorągiewki narożne, za karę gra wznowiona ma być dokładnie w miejscu, gdzie zdarzył się spalony. Żadnej sankcji dla drużyny gospodarzy. Tylko tego by brakowało, żeby odpowiadać za fakt, że środkowy napastnik miał wyjątkowego pecha.
Milczenie.
Potem Gould powiedział:
— Dziękuję, panie profesorze.
i poszedł sobie.
— Bądź zdrów, synku — szepnął prof. Taltomar, nawet się nie odwracając.
Utrzymywał się wynik zero do zera.
Sędzia niewiele biegał, ale znał się na rzeczy.
Panował straszny ziąb.
Dzieci potrzebują być pewne czegoś w życiu.

Profesor Taltomar, emerytowany sędzia piłkarski, dziś obserwator. Swoimi analizami przypomina zażywającą valium, spokojną wersję trenera Jacka Gmocha w szczytowej formie. Gould przychodzi do profesora i razem oglądają mecze, ale nie to stanowi klucz do ich porozumienia. Po raz kolejny staje się nim wyobraźnia. W inscenizacjach piłkarskich scenek kryje się klucz do ich postrzegania świata. Gould wymyśla absurdalne sytuacje, „boiskowe choroby”, a profesor Taltomar znajduje na nie antidotum. Profesor i Gould widzą boisko z boku. Kiedy coś się dzieje, nawet bardzo dziwnego, są w stanie jako obserwatorzy znaleźć rozwiązanie najbardziej skomplikowanych problemów. Jest jednak pewna zasada: żaden z nich nigdy nie zajmuje się grą. „Albo grasz, albo obserwujesz”. Jak w życiu, gdy zawsze łatwiej jest doradzać z boku, niż samemu brać w czymś udział. To dlatego profesor Taltomar ląduje ostatecznie w obliczu choroby na szpitalnym łóżku – i choć nie da już rady z tego łóżka wstać, to nadal jest w stanie rozwiązać zagadkę Goulda, który przychodzi się z nim pożegnać.

Boks uprawia się, kiedy jest się głodnym”

Mondini skończył czytać i zrozumiał, że źle się dzieje. Jego zdaniem, źle się działo. Świat boksu jest dziwny, można było w nim spotkać najrozmaitszych zawodników, od tego, kto lubił walczyć na pięści, do tych, co na ringu zarabiają na życie i próbują tylko ratować skórę. Byli pięściarze uczciwi i pięściarze, którzy biją poniżej pasa, ale w ostateczności był to świat dość prawdziwy i on lubił go. Boks. Taki, jaki znał. Lubił go. Ale tytuł mistrza świata, ukoronowanie: to co innego. Za dużo forsy wchodzi w grę, za dużo ludzi, których trudno zrozumieć, za dużo sławy. I ciężkie ciosy, ciosy odmienne od innych.

Jake LaMotta w walce z Tommym Bellem (1945, fot. Hank Olen/New York Daily News).

Chyba nigdy żaden pisarz nie pisał z takim wyczuciem o boksie. Sekwencje walk są opisane kilkustronowym ciągiem, łączącym sprawozdawczy ton ze strumieniem świadomości zawodnika. Bo boks jest tutaj nie tylko sportem – symbolizuje walkę o przetrwanie, o godność, o cel drogi, którą jest życie. Ring to życie. W podobnym duchu, choć z o wiele prościej nakreślonym przesłaniem, nakręcony był nagrodzony Oscarem „Rocky” z 1976 roku (ze scenariuszem i niezapomnianą rolą Sylvestra Stallone’a). Rocky Balboa też był zresztą z pochodzenia Włochem, podobnie jak sam Baricco oraz Jake LaMotta, słynący z nadludzkiej wytrzymałości „Byk z Bronxu” – zawodowy mistrz świata wagi średniej. Temu ostatniemu Baricco składa zresztą oficjalny hołd i podziękowanie na końcu książki. Postać LaMotty upamiętniło również kino: oscarową kreację boksera stworzył we „Wściekłym byku” Robert De Niro (1980). Bokserski świat zapamiętał go m.in. z sześciu epickich pojedynków z Sugarem Rayem Robinsonem, mimo że pięć z nich przegrał. LaMotta słynął nie tylko z mocnej głowy i tytanowej szczęki, ale także „życiowych” anegdot. Część z nich przemyca w „City” Baricco, najlepszą pozostawiając na koniec:

„Byliśmy tak biedni – opowiadał „Byk z Bronxu” – że kiedy nadchodziło Boże Narodzenie, mój stary wychodził na dwór, strzelał z pistoletu w powietrze, następnie wracał do domu i oznajmiał: przykro mi, ale Święty Mikołaj popełnił samobójstwo”.

Wśród literackich mistrzów pięknie o boksie pisał jeszcze Julio Cortázar (choćby w opowiadaniu „Druga podróż”), bo dla latynoamerykańskiej biedoty i emigrantów walka na pięści była często szansą na wywalczenie sobie drugiego życia. „Druga podróż” to tragiczna w skutkach historia argentyńskiego boksera i zapis ojcowskiej relacji z jego trenerem (niemal identyczny rodzaj relacji opisuje w „City” Baricco, z tym że w powieści Włocha jest ona bardziej zniuansowana niż w opowiadaniu Cortázara).

Nie ma nic gorszego dla rewolwerowca niż nie umrzeć”

Szeryf jednak rzekł: Pojadę tylko ja. Sam. Nazywał się Wister, był porządnym człowiekiem. Nie lubił wieszania i wierzył w sądy. Znał Pitta, czasami zabierał go na ryby, obiecał mu również, że nauczy go strzelać, trafiać w butelkę z odległości dziesięciu kroków, z zamkniętymi oczami. Oświadczył: Bear to moja sprawa. Wyruszył rano, podczas gdy wiatr kręcił młynki z piasku pod rusztem rozgniewanego słońca.

Polowanie na człowieka to czysta geometria. Punkty, linie, odległości. Rozrysuj je na mapie: geometrię pijaną, lecz nieuchronną. Może to trwać godziny albo tygodnie. Jedne ucieka, drugi ściga. Każda minuta oddala ich od ziemi, która ich urodziła, a która, zapytana, potrafiłaby ich rozpoznać. Wkrótce stają się dwoma punktami w nicości, nie potrafiącej już odróżnić dobrego od złego. Wówczas, nawet gdyby chcieli, nic już nie mogliby poradzić. Są obiektywnymi trajektoriami, geometrycznymi dedukcjami wykalkulowanymi przez los, a ich punkt wyjścia stanowi wina. Znajdą ukojenie tylko w końcowym akcie, wypisanym u dołu życia czerwonym jak krew atramentem. Muzyka.

Kolejnym pastiszem, któremu hołduje w „City” Alessandro Baricco, jest western. Gatunek, którego dekoracja – jak mogłoby się wydawać, została już (głównie przez kino) wyeksploatowana do granic możliwości (choć ludojady w „Bone Tomahawk” są dowodem na to, że zawsze jest nowy ląd do odkrycia). Jak przystało na Włocha, autor serwuje nam spaghetti western. Jak przystało na postmodernistę – klasyczną kompozycję szkatułkową: opowieść w opowieści. A nawet opowieść w opowieści w opowieści. Mamy tu prawego szeryfa ścigającego podejrzanego o morderstwo młodego chłopaka, udręczonego życiem sędziego, rewolwerowca budzącego lokalny postrach, dwie podstarzałe panny operujące strzelbami lepiej niż szydełkiem i włóczką. I stary zegar pośrodku prowincjonalnego miasteczka na Dzikim Zachodzie, w którym czas stanął w miejscu. Kiedy do miasteczka przybywa… zegarmistrz, wiemy już, że jesteśmy w „City”, gdzie nawet szum wiatru, choć znajomy, nie jest taki, jak nam się wydaje.

Urzekający jest sposób, w jaki Baricco bawi się westernowymi kliszami. „Gdyby ta książka była filmem, mówilibyśmy o niej, że składa się z samych kultowych scen” – powiedział Jakub Małecki i idę o zakład, że miał na myśli w dużej mierze westernową opowieść w „City”.

„To bardzo przykre szukać dziecka i nie móc go znaleźć” – przeczytamy w epilogu powieści. Zanurzony w „City”, przedziwnym mieście pełnym zwariowanych postaci i poruszających scen, odnalazłem w sobie to dziecko niejeden raz, na nowo. Wybitna literatura!

Alessandro Baricco, City, przeł. Joanna Ugniewska, wyd. Czytelnik, Warszawa 2000.

Rafał Niemczyk

Kurt Vonnegut, Śniadanie mistrzów, czyli żegnaj, czarny poniedziałku! Recenzja


Przystawka z pstrąga, czyli jak obrazić symbole narodowe i nie zostać wygnanym z ojczyzny  

Wystarczy krótki rzut oka na fabułę utworu, by już po chwili z prawdopodobieństwem bliskim 100% stwierdzić, że mamy w ręce albo scenariusz do kiczowatej amerykańskiej komedii typu „misz-masz gatunkowy z nieudacznikiem w głównej roli i salą śmiechu w tle”, albo powieść Kurta Vonneguta – słynnego amerykańskiego postmodernisty, cynika i prześmiewcy. Z tym że w tym drugim wypadku do śmiechu może być co poniektórym, ponieważ trzeba być przygotowanym na to, że Vonnegut wyszydzi nie tylko obywateli, ale mnie, Ciebie, nasze matki, babcie i – gdyby mieszkał nad Wisłą – sprawę krzyża wiszącego w polskim Sejmie.

„Śniadanie mistrzów, czyli żegnaj czarny poniedziałku” powstało w roku 1973, cztery lata po słynnej „Rzeźni numer pięć”. Główne skrzypce w powieści gra dwóch skrajnie różniących się od siebie protagonistów: Kilgore Trout i Dwayne Hoover.

Kilgore Trout (z angielskiego – pstrąg) pisze taśmowo powieści i opowiadania SF, których nikt nie czyta. „Nikt” nie jest w tym wypadku nadużyciem, ponieważ nie powiela on swoich tekstów, ale wysyła do wydawców oryginały, które najczęściej służą do wypełniania treści magazynów pornograficznych (obok tzw. „bobrów” – według Vonneguta zwierząt najbardziej przypominających kobiece narządy płciowe). Trout jest samotnym, podstarzałym człowiekiem; jako odskocznię od rzeczywistości traktuje wymyślanie niewiarygodnych fantastycznych historii, przy których kolonizacja Marsa, „Gwiezdne wojny” czy potwory z pięcioma głowami to naprawdę sprawy niegodne uwagi. Oczywiście Trout nie mógłby żyć z pisania, więc za pieniądze montuje ludziom żaluzje w oknach. Zaproszony dziwnym zbiegiem okoliczności na festiwal sztuki w Midland City, pakuje się i wyrusza na wyprawę swojego życia.

Dwayne Hoover to z kolei człowiek sukcesu. Najbogatszy przedsiębiorca, szanowany i lubiany obywatel fikcyjnego Midland City – kwintesencji prowincjonalnego, amerykańskiego miasteczka, które jest główną areną wydarzeń w „Śniadaniu mistrzów”. Hoover zaczyna popadać w obłęd, osiągający kulminację po lekturze nowej powieści Trouta. Biznesmen dowiaduje się z niej, że Ziemia zamieszkana jest przez roboty, a on sam jest jedynym stworzeniem na planecie posiadającym wolną wolę.

Breakfast-of-Champions-movieSkoro już intensywnie zapachniało Vonnegutem, wyjaśnię, że Pstrąg, znany z kilku innych utworów Vonneguta (m.in. „Rzeźni numer pięć”, „Sinobrody”, „Trzęsienie czasu”), był wedle słów samego pisarza obwoływany swoim alter ego, a jego postać wzorowana na znanym powojennym twórcy SF – Teodorze Sturgeonie. Publikował on w przeróżnych antologiach, w tym bardzo popularnych w latach 50. tzw. pulp magazine – tanich wydawnictwach, drukujących taśmowo powieści SF lub kryminały na papierze niskiej jakości. Wśród nich zdarzały się jednak perełki. Była takową kompilacja trzech opowiadań połączonych w powieść „Więcej niż człowiek” Sturgeona. Pisał on także scenariusze do oryginalnego „Star Treka” – serialu noszącego dzisiaj status „kultowy”.

Żeby od razu zrobiło się wesoło, Vonnegut bez zbędnych ceregieli już w pierwszym rozdziale szydzi z symboli, które są dla przeciętnego obywatela amerykańskiego nienaruszalną świętością – z flagi i hymnu państwowego. Dla Amerykanów nie ma piękniejszej pieśni niż „Gwieździsty sztandar”; Vonnegut określa ją „bełkotem naszpikowanym znakami zapytania”.

Dalej jest cały czas z górki. Krótką rozprawę o wszechobecnym nie tylko w polityce oportunizmie, sprowadza do lapidarnego wykładu:
„Na Ziemi poglądy były znakami rozpoznawczymi przyjaciół i wrogów. Ich treść nie miała znaczenia. Przyjaciele zgadzali się z przyjaciółmi, aby dać wyraz swojej przyjaźni. Wrogowie nie zgadzali się z wrogami, aby dać wyraz swej wrogości. Przez setki tysięcy lat poglądy Ziemian nie miały większego znaczenia, jako że i tak nie można ich było zrealizować. Mogły służyć jako znaki rozpoznawcze równie dobrze jak wszystko inne”.
Scen nasyconych zgryźliwym humorem jest w powieści cała masa. Vonnegut krytykuje otyłość swoich rodaków, ich niewyrafinowane słownictwo, rasizm, niski poziom kultury (każde miasteczko za wszelką cenę chce mieć „własnego Kilgore’a Trouta”), konsumpcjonizm czy brak elementarnej wiedzy na temat ekologii („procesy produkcyjne niszczyły planetę, a produkowano przeważnie świństwo”).

Kurt Vonnegut (fot. Ulf Andersen)„Śniadanie mistrzów” zostało przyjęte przez krytykę literacką z dużym dystansem. Nie jest to z pewnością najlepsza powieść Vonneguta. Niektórych denerwuje „Maniera Wszechmogącego Twórcy”, innych – nadmierna pewność siebie autora, z której to był znany. Kilka razy, głównie w środkowych partiach utworu, mamy też do czynienia z delikatnymi „zgrzytami”, kiedy ma się wrażenie, że Vonnegut pisał kolejne strony, nie za bardzo wiedząc dokąd zmierza. Ale krótkotrwałe są to zgrzyty i miłośnikom amerykańskiego cynika na pewno nie będą przeszkadzały. Tym bardziej że powieść okraszona jest własnoręcznymi rysunkami autora, które dodają książce kolorytu i jeszcze większego „jaja”.

Na koniec „czarna kurka” – gra popularna w wesołych miasteczkach w czasach dzieciństwa Hoovera:
„Czarny człowiek wysuwał głowę przez dziurę w brezencie, a ludzie płacili za przywilej rzucania w tę jego głowę twardymi piłkami od baseballu. Jeżeli trafili, wygrywali nagrodę”.

Twórczość i sukces Kurta Vonneguta jest pomimo powszechnych kontrowersji znakiem niezależności i wolności literackiej, dlatego warto ją znać. Nawet wychodząc z nieśmiałego założenia, że w Polsce prawdopodobnie stanąłby przed sądem, został zlinczowany, pozbawiony obywatelstwa i wygnany gdzieś do południowej Patagonii.

Kurt Vonnegut, Śniadanie mistrzów, czyli żegnaj, czarny poniedziałku!, przeł. Lech Jęczmyk, Wydawnictwo Albatros A. Kuryłowicz, Warszawa 2011.

Rafał Niemczyk

Kurt Vonnegut, Rzeźnia numer pięć. Recenzja.


Zdarza się

Jeden z naszych znajomych podczas turystyczno-krajoznawczego wypadu do Drezna oburzył się na przewodnika wycieczki, gdy ten wyraził głębokie ubolewanie nad faktem, że podczas bombardowania miasta w 1945 roku tak wiele zabytkowych budynków i miejsc uległo całkowitemu zniszczeniu. Zdaniem naszego znajomego zadośćuczynienie za krzywdy, jakich doznali ludzie z rąk nazistów, i tak nie było wystarczająco pełne. Można było zbombardować inne miasta, zburzyć Berlin i rozstrzelać wszystkich niemieckich obywateli. Wojna pisze najkrwawsze scenariusze. Nasz znajomy, na nasze nieszczęście, nie jest zwolennikiem czytania książek fabularnych. Nie czytał też „Rzeźni numer 5” Kurta Vonneguta. A wielka to szkoda, bo lektura „Rzeźni” potrafi zmiękczyć nawet najbardziej zatwardziałe stanowiska. Wielu takich „znajomych” można spotkać w szkole, na ulicy i w telewizji. Zdarza się.

Głównym bohaterem powieści Vonneguta jest „żołnierz” amerykańskiej armii – Billy Pilgrim, który został schwytany przez Niemców podczas ofensywy nazistowskich wojsk w bitwie pod Ardenami, na przełomie 1944 i 1945 roku. Billy jest „żołnierzem w cudzysłowie”, jest bowiem zupełnym przeciwieństwem amerykańskiego twardziela z kwadratową szczęką i żelaznymi muskułami. „Potrafiłbym wystrugać lepszego człowieka z banana” – określa Billy’ego jeden z generałów słowami Theodore’a Roosevelta. Bliżej mu raczej do życiowego nieudacznika, choć pod małą protekcją swojego teścia radzi sobie nienajgorzej, prowadząc zakład optyczny. Jest więc Billy przeciętnym człowiekiem, ze swoimi kompleksami, problemami i życiowymi rozterkami. Traumatyczne przeżycia na froncie II wojny światowej już nigdy nie pozwolą mu powrócić do normalnego życia. Wrażliwiec Billy trafi do obozu jenieckiego w Dreźnie, które podczas nalotów dywanowych zostanie w lutym 1945 roku doszczętnie zniszczone. Zginie tysiące ludzi, a Billy i jego koledzy z frontu zastanawiać się będą: „Jako alianccy żołnierze, więźniowie nazistów, mamy zginąć od alianckiego bombardowania? Jak to?”

Slaughterhouse-Five-by-Gabriel-Corbera„Rzeźnia numer 5” jest antywojenną satyrą, kpiącą z gatunku ludzkiego i z motywów, jakie ludźmi kierują. Vonnegut jest bezlitosny – nie moralizuje, tylko opowiada. Kpi i szydzi, dla zobrazowania okrucieństw wojny używając czarnego humoru, zamiast patosu. Jako jeden z tych, którzy pamiętny luty’45 w Dreźnie przeżyli jako jeńcy, ma do tego prawo. Robi to przy tym z pełnym wyczuciem – jego powieść jest gorzka, ale w żaden sposób nie narusza granic etyki. Właśnie dlatego osiągnęła taki sukces i po dziś dzień prezentowana jest kolejnemu pokoleniu, jako sztandarowe dzieło prozy antywojennej. Pełno mamy filmów i książek, ukazujących nam bohaterstwo żołnierzy, widowiskowe bitwy, poświęcenie, triumf i sztandary chwały. Ale to „Rzeźni numer 5” bliżej do prawdziwego obrazu wojennego realizmu. Wojna to strach, pogarda i utrata godności. Wojna to upodlenie, łzy i śmierć. Vonnegut wie, o czym pisze, ponieważ tam był. Człowiek nie mogąc pogodzić się z upodleniem swojego świata, wymyśla rozmaite preteksty. Stąd większość tych ociekających zbędnym patosem filmów, stąd wręczanie medali ludziom bez nóg. Stąd Tralfamadoria w głowie Billy’ego Pilgrima, który by się dowartościować, ucieka na obcą planetę. Vonnegut parafrazuje fragment historii biblijnego Jezusa. Zdaniem pisarza, mesjaszowi o poświęcenie się dla ludzkości było o tyle łatwiej, że ten został Synem Bożym. A łatwiej o poświęcenie, „kiedy ma się takie plecy”. Ale nie każdy człowiek ma plecy, a wielu z nich wysyłano na wojnę, nie pytając o zdanie, nakazując im dokonywać przelewu krwi – ku chwale ojczyzny. Zdarza się.

Kurt Vonnegut to jeden z najbardziej znanych i cenionych amerykańskich postmodernistów. W niemalże każdym swoim utworze korzysta z tych samych chwytów – z elementów science-fiction, konstrukcji krótkich rozdzialików, a także z poczucia humoru o nieprawdopodobnym ładunku goryczy. Jego zdania są krótkie i cięte. Sam pisarz twierdził bowiem, że objętość powieści nie ma nic do rzeczy w konstruowaniu trafnego przesłania i w poruszaniu czytelnika. „Żarty tak skutecznie rozwiązują sprawę idei, iż po wypowiedzeniu puenty niewiele zostaje do dodania. Pora wymyślić nową ideę – i następny dobry żart” – pisał. Jego książki są zatem pełne idei. Podczas ich lektury, śmiejemy się do rozpuku, wiedząc przy tym, że nie ma się z czego śmiać. Bezsens otaczającego nas świata, naszej rzeczywistości jest jednak tak ogromny, że chyba jedynym na to ratunkiem jest właśnie śmiech. Śmiejemy się więc w „Kociej Kołysce” z twórcy bomby atomowej, a w „Rzeźni” z wojny. Vonnegut, komentując ogromny sukces, który osiągnął z pomocą tej ostatniej, również nie szczędzi gorzkiego humoru. „Drezdeńskie okrucieństwo (…) było tak bezsensowne, że tylko jedna osoba na całej planecie wyniosła z niego korzyść. To ja jestem tą osobą (…) Dostałem dwa lub trzy dolary za każdą zabitą osobę. Prowadzę niezły interes”.

Kurt Vonnegut, Rzeźnia numer pięć, tłum. Lech Jęczmyk, wyd. Albatros, Poznań 2011.

 Dorota Jędrzejewska
Rafał Niemczyk

%d blogerów lubi to: