Andrzej Stasiuk, Taksim.


Taksim-okladkaBarbarzyńcy w świecie rozpadu

Pamiętam pewne spotkanie autorskie z Andrzejem Stasiukiem, które odbyło się w 1994 roku w Poznaniu. Nie pamiętam, czy było ono związane z promocją powieści „Biały kruk”, czy też zbioru „Wierszy miłosnych i nie”. Podczas spotkania Stasiuk mówił, że zaprzestaje pisania prozy i zostaje poetą. Na szczęście już wtedy było wiadomo, że nie mówi poważnie. Jego wiersze mnie nie przekonywały. Zresztą, gdy sięgam do tej książki dziś, po tylu latach nadal mnie nie przekonują. Podobnie miałem z „Białym krukiem”, który nie powalił mnie na kolana. Inaczej czytałem opowiadania: „Opowieści galicyjskie”, „Przez rzekę”, „Dukla” i „Mury Hebronu”. Andrzej Stasiuk łączył się w mojej głowie z Kornelem Filipowiczem, którego wiersze – tak na marginesie – także są „nie bardzo”. Wszystkie książki Stasiuka, z wyjątkiem „Wierszy miłosnych i nie”, które kiedyś miałem w domu, w jakiś magiczny sposób zniknęły.

Do „Taksima” przekonała mnie objętość, przeszło 300 stron tekstu. „Poważna powieść” – pomyślałem i kupiłem. Czytając, myślałem o innej książce, dokładnie o „Oswajaniu świata” Nicolasa Bouviera. „Taksim” to dla mnie książka przede wszystkim o tym, że słynna „łagodna ucieczka na południe” nie ma szans powodzenia. Może i da się uciec „od świata”, zostawić za sobą wszystko lub prawie wszystko, zostawić wcześniejsze niepowodzenia, zniknąć z pola widzenia i rozpocząć od nowa w innym miejscu. Tak jak zrobił Paweł. Jednakże „zniknięcie” nie jest całkowite, ponieważ po jakimś czasie znów zaczyna się wikłać. Wikłać się w kolejny układ, tym razem z Władkiem, z którym wchodzi w interes polegający na sprzedaży używanej odzieży („szmat”) z metkami Paris-London-New York. Swój bazar wożą po wioskach i miasteczkach pogranicza, wciąż dalej i dalej na południe. Co ich gna? Skąd biorą siłę? Skąd takie samozaparcie? Skąd pewność, że trzeba się ruszać?

Andrzej Stasiuk (fot. Kamil Gubała)

Andrzej Stasiuk (fot. Kamil Gubała)

W trakcie czytania myślałem także o fragmencie wiersza Kawafisa: „Na cóż czekamy, zebrani na rynku?/Dziś mają tu przyjść barbarzyńcy”. W powieści Stasiuka „barbarzyńcami” są Chińczycy, Wietnamczycy, którzy handlują jednorazowym, tanim badziewiem, które wystarczy ubrać/użyć raz czy dwa, aby się rozpadło. I to jest bardzo mądrze pomyślane, ponieważ od razu trzeba kupić następną rzecz. Rzeczy zamiast trwać, rozpadają się, nie można na nich polegać. Służą przez chwilę, przez sekundę. Świat się rozpada.

„Taksim” napisane jest mocnym, wyrazistym językiem. I ostatecznie, dla mnie, język, a nie opowieść, jest najmocniejszą stroną tej książki. Język, który nie boi się wulgaryzmów, a z drugiej strony nie boi się popaść w liryczny banał. Przedmioty, krainy, ludzie są wyraźni, mają widzialny kontur.

Andrzej Stasiuk, Taksim, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2009.

Maciej Gierszewski
Kopiec Kreta

* Na łamach Dwutygodnika.com do przeczytania ciekawy wywiad z Andrzejem Stasiukiem, przeprowadzony przez Igę Gierblińską i Edytę Hetmanowską, w którym pisarz opowiada m.in. o „Taksimie”, podróżowaniu, kobietach i „chodzeniu do kościoła”:

http://www.dwutygodnik.com/artykul/446-przegadac-ten-swiat.html

Jerzy Pilch, Pod Mocnym Aniołem. Recenzja.


Sekretarz umysłów zrytych alkoholem

Osiemnaście razy leżałem na oddziale deliryków i słuchałem, z jakich powodów piją współbracia w nałogu (…) Pili, bo ojciec był zbyt surowy, i pili, bo matka była zbyt łagodna. Pili, bo wszyscy wkoło pili. Pili, bo pochodzili z rodzin pijackich, i pili, bo pochodzili z rodzin, w których od pokoleń nikt nie umoczył dzioba. Pili, bo Polska byłą pod moskiewskim jarzmem, i pili w euforii po wyzwoleniu. Pili, bo Polak został papieżem, i pili, bo Polak dostał Nobla, i pili, bo Polka dostała Nobla. Pili za zdrowie internowanych i piciem czcili pamięć zamordowanych. Pili, gdy byli sami, i pili, gdy ktokolwiek pojawił się obok nich. Pili, kiedy Polska zwyciężała, i pili, kiedy Polska przegrywała. A doktor Granada z nadludzką cierpliwością wysłuchiwał wszystkich tych odpowiedzi, kręcił przecząco głową i mówił to, co powiedziałem na początku: pijecie, bo pijecie.

Trudno uwierzyć, jak niska jest świadomość problemu alkoholowego w kraju tak głęboko zakorzenionym w tradycji i „kulturze” picia. Pomimo że, jak to ujmuje bohater powieści Pilcha, picie jest „kulturowym elementem naszej sarmackiej obyczajowości” – deficyt wiedzy na temat samego picia od zawsze był i wciąż jest ogromny. Alkoholicy poprzedniego pokolenia po odstawieniu wódki na jedną-dwie doby wciąż mylą gorączkę i nadmierną potliwość (podstawowe syndromy krótkotrwałego odstawienia) z atakiem grypy – zakopują się więc pod kołdrę i aplikują swoim przepitym organizmom syropy i Gripexy. Początkujący alkoholicy młodej generacji piją z kolei najczęściej trybem weekendowym, kilku piw  po pracy w tygodniu nie uważając nawet za „picie”. O 50-latkach, którzy zapili się na śmierć, wciąż mówi się, że umarli na serce, a babcie wciąż powtarzają, że co to za chłop, który się nie napije.

Juruś

„Pod Mocnym Aniołem” Jerzego Pilcha (Nagroda Literacka Nike 2001) jest książką obnażającą pijackie patologie w sposób dość dwuznaczny. Głównym (anty)bohaterem jest Jerzy, do pewnego stopnia alter ego samego Pilcha, poczytny pisarz i skończony pijak. Juruś niewątpliwie ma talent, potrafi pisać, ale na swoje nieszczęście jeszcze lepiej potrafi pić. „Nie ma żadnej filozofii picia, jest jedynie technika picia (…) w życiu idzie o to, by za pomocą właściwej techniki picia należycie korygować złe samopoczucie” – wyznaje Kolumb Odkrywca (w cywilu profesor nauk społecznych) z oddziału deliryków, gdzie stałym gościem bywa również Juruś, który posiada i filozofię, i technikę picia. „Chlanie wódy jest tematem tak kreatywnym, że w każdej chwili powstać może jakaś fundamentalna kwestia” – mówi. To jeden z dwóch kręgosłupów powieści: obnażenie pijackich mechanizmów obronnych (okłamywania całego świata na czele z samym sobą) i porównanie ich do pisarskiej kreacji.

Tyrtejskie frazy i słowo o ekranizacji

Do tego zabiegu doskonałym narzędziem staje się zastosowany przez Pilcha język. Tyrtejskie frazy, barokowe figury, melodramatyczne ciągi i hiperbole, a także czarny humor sprawiają, że „Pod Mocnym Aniołem” długimi fragmentami czyta się jak wyborną powieść pijacką. Nawiązania Pilcha do tej tradycji są oczywiste (przypowieść o dziadku Jurusia, Starym Kubicy), ale wszechobecna groteska i ironia jest w stanie zwieść tylko niesłyszących i niewidzących. Śmiech u Pilcha nie jest śmiechem przez łzy – to śmiech nad grobem tych, którzy upadli i już się nie podnieśli (wymowna inscenizacja pogrzebu Don Juana Ziobro, w cywilu fryzjera, a nawet muzyka). Mimo to Pilch, dla powodów, o których wspominam, nie ubiera pijackiej patologii w najgorsze łachy. Mało tu rzygania, srania pod siebie czy bicia w alkoholowym amoku współuzależnionych żon i dzieci.

Takie bebechy wypruwa z powieści dopiero ekranizacja mistrza demaskowania polskich patologii – Wojtka Smarzowskiego. Sam Pilch był z filmu zadowolony. Nie ograniczony konwencjami Smarzowski wniósł do dzieła charakterystyczną dla siebie dosadną zgniliznę moralną, uciekając od opowieści pijackiej w stronę mrocznego dramatu, z którego scenerii usunięty zostaje główny bohater, zastąpiony przez tego jedynego: nałóg. Reżyser zdecydował się również na otwarte zakończenie, nie bardzo dając wiarę w zbawienny dotyk miłości.

Oddział deliryków

Oddział deliryków, gdzie trafiają skrajnie upadli alkoholicy, jest miejscem mistycznym. Zaglądają tam aniołowie i diabły, toczący nierówną walkę o dusze straceńców (uratowana jedna na tysiąc już jest sukcesem). Odbywają się tam dyskusje i narady, lekarze podają pacjentom wypłukane przez alkohol witaminy i minerały, a psychologowie próbują dotrzeć do trzeźwych na chwilę, lecz zrytych mózgów, proponując im choćby kawałek normalnego życia. Codziennie tworzony jest krąg wspomnień – wtedy każdy może podzielić się z braćmi w nałogu historią swego upadku. Terapia służy jednak nie tylko wywoływaniu ku przestrodze demonów przeszłości. Ma przypominać też o tym, co zostało utracone, a co w szczątkowej formie może zostać odzyskane. Alkoholik bowiem, co zręcznie opisuje Pilch, nie widzi i nie czuje. „Mieliśmy w tamtym życiu niezburzone domy, żyły nasze matki, były przy nas nasze żony, narzeczone, dzieci. Jadaliśmy obiady, kolacje, śniadania. Odróżnialiśmy smak potraw, pory roku i pory dnia” – wspomina Jerzy w trakcie terapii.

Imiona pijaków przebywających na oddziale deliryków są bombastycznie abstrakcyjne, zupełnie jak ich popieprzone losy. Mamy tu Krzysztofa Kolumba Odkrywcę, Szymona Samą Dobroć, Don Juana Ziobro, Króla Cukru, Najbardziej Poszukiwanego Terrorystę Świata czy Królową Kentu. Imion tych nie zawdzięczamy wyobraźni samego autora – jeśli ktoś z was kiedykolwiek znajdzie się na podobnym oddziale albo jakimkolwiek innym oddziale psychiatrycznym, otoczony zostanie wianuszkiem imion pokrewnych. Imiona nadaje się bowiem nie tylko wtedy, gdy chce się coś nazwać, lecz również wtedy, kiedy chce się coś ukryć.

Trudny pacjent

Historie wszystkich tych straceńców opisuje Juruś, który jako pisarz dysponuje najlepszym do tego warsztatem. „W końcu – jak słusznie dowodzi – nie jest wielkim sekretem ani literackim, ani egzystencjalnym fakt, iż mówić umieją wszyscy, natomiast zapisać swe mówienie mało kto potrafi”. Spisywanie wspomnień jest obowiązkowym elementem terapii, zaś dla Jurusia szansą na zarobienie paczki fajek czy flakoniku wody kolońskiej, której używać może jedynie po kryjomu (ze względu na wiadomą zawartość jej posiadanie jest zabronione). „Byłem sekretarzem ich umysłów” – mówi, a każda kolejna historia staje się dopełnieniem tragicznego obrazu, niczym każdy kolejny kieliszek wlany w spragnioną wódy gardziel.

Jest więc „Pod Mocnym Aniołem” studium traumatycznych alkoholowych przejść, a zarazem studium nałogu człowieka inteligentnego, portretem wrażliwego i oczytanego pisarza-pijaka. Dla żadnego terapeuty nie jest tajemnicą, że to właśnie takich ludzi najtrudniej wyleczyć. Z jednej strony posiadają bowiem perspektywy sukcesu, społecznego awansu, szczęśliwego życia, z drugiej – ponadprzeciętne umysły potrafiące oszukiwać najperfidniej. „Trudny pacjent to jest taki pacjent, który posiada w jakiejś dziedzinie wysokie umiejętności i jeśli się tu znajdzie, nie tylko nie jest w stanie wyrzec się swoich umiejętności, ale wręcz używa ich, by bronić swego deliryzmu”.

W powieści jest scena, w której Szymon Sama Dobroć pyta Boga o przyczyny swojej nieszczęśliwości. „Gdybyś nie pił – odpowiada mu Bóg – byłbyś szczęśliwszy, ale rozumiałbyś mało”. „Nie chcę rozumieć. Chcę, żeby mi się ręce nie trzęsły i żeby mi nie skakało serce” – żali się Szymon. „Nie pij następnego dnia. Po prostu: nie pij następnego dnia” – po dłuższym monologu Bóg udziela mu porady, w której zawiera jednocześnie stary jak stworzony przezeń świat motyw wolnej woli człowieka. O tym, że w niepiciu pijaka jest coś heroicznego, wiedzą jedynie nieliczni. Prawdziwych bohaterów trzeba jednak szukać w otoczeniu alkoholików – są najczęściej nerwowi, zagubieni i niepewni, cierpią dożywotnie traumy. Ich terapia odbywa się zazwyczaj w samotności, w ukryciu sami sobie są psychologami. To jednak temat na osobną książkę. Nie będzie w niej miejsca na autokreację, więc nie wiadomo, czy będzie się ją dobrze czytać.

Jerzy Pilch, Pod Mocnym Aniołem, Świat Książki, Warszawa 2014.

 Rafał Niemczyk

* Wszystkie zdjęcia pochodzą z filmu „Pod Mocnym Aniołem” w reżyserii Wojciecha Smarzowskiego (2014).

John Steinbeck, Na wschód od Edenu. Recenzja


Możesz

Pewnej nocy, nocy gorzkiej jak musztarda, nocy, która była wczorajszą, zjawiła się dobra myśl i osłodziła ciemność, kiedy odchodził dzień. I ta myśl trwała od gwiazdy wieczornej aż po Niedźwiedzicę zapóźnioną na skraju pierwszego brzasku – o której mówili mądrzejsi od nas.

Kanwą „Na wschód od Edenu” jest historia ranczerskiej rodziny Trasków, która w drugiej połowie XIX w. osiedliła się na farmie na zachodnim wybrzeżu USA, w dolinie rzeki Salinas – największej rzeki Kalifornii. Kiedy rozpoczyna się saga, Adam Trask – główny bohater spajający trzy pokolenia – dopiero ma przyjść na świat. Jego dzieciństwo, trudne relacje z ojcem i z bratem Karolem, stają się punktem wyjścia dzieła, które ukończył John Steinbeck na swoje 50-te urodziny, oddając zarazem hołd ziemi, na której się wychowywał i dorastał.

„Salinas była rzeką sezonową. Nie była wcale piękna, ale nie mieliśmy innej, więc chełpiliśmy się nią – tym, jaka jest niebezpieczna podczas wilgotnej zimy, a jaka wyschnięta w letnią suszę. Chełpić się można każdą rzeczą, jeżeli jest ona wszystkim, co mamy” – pisze na początku Steinbeck. Przez całą książkę przewijał się będzie motyw jałowej ziemi, która daje marne plony, w przeciwieństwie do miejsc, gdzie osiedlili się ludzie bogatsi albo po prostu ci, którzy mieli więcej szczęścia – dla nich los i ziemia okazały się łaskawsze.

Przedstawicielem tych, z których los nieco zadrwił był Samuel Hamilton – potomek Irlandczyków, cechujący się dobrodusznością, pracowitością, ciepłem, otwartą duszą i poczuciem humoru. To marzyciel, wytrwale topiący swoje oszczędności w patentowaniu kolejnych rewolucyjnych pomysłów, które ostatecznie i tak paliły na panewce lub zostały mu podkradzione przez ludzi bardziej „obrotnych”, czyli po naszemu nieuczciwych. „Nawet pobity może skraść odrobinę zwycięstwa, śmiejąc się z klęski” – tłumaczył Samuel, konsekwentnie realizując kolejne pomysły.

„Trzeba czegoś pożądać, żeby być nieuczciwym” – napisał Steinbeck, a Samuel Hamilton ani nie narzekał na złe fatum, ani nie pożądał cudzej ziemi („ranczo było w jego oczach jakby krewnym”) i żył tak, jakby jego najgorszy w świecie koń był najpierwszym rumakiem. Nazwał go Doksologia, „bo takie niewydarzone stworzenie zasługiwało, żeby mieć przynajmniej jedną rzecz wspaniałą” (w przypadku fajtłapowatego konia o dodatkowo złym charakterze było to imię). A jednak potrafił Samuel uderzyć w stół, kiedy było trzeba, pięknie przemówić, snuć barwne historie, wstrząsnąć swoimi przyjaciółmi, chowając się tylko przed żoną-dewotką, którą pomimo wszystkich uciążliwości kochał i ochraniał. Samuel Hamilton jest ukazany w opozycji do ludzi, którzy mając o niebo lepsze warunki rozwoju – bezrefleksyjnie je marnotrawili.

Na-wschod-od-Edenu-1Adam Trask przez długie lata był takim właśnie człowiekiem, co mogło momentami frustrować, nawet biorąc pod uwagę jego traumatyczne przeżycia z czasów dzieciństwa i tragiczną historię z żoną-diablicą. Adam wychowany wraz z bratem Karolem na farmie w Connecticut przez surowego ojca, który dzięki krętactwom i konfabulacji zrobił karierę wojskową, pozostawiając synom w spadku majątek. Z bratem łączyły go trudne relacje – to właśnie tutaj po raz pierwszy spotykamy motyw mitu Kainowego piętna. Szukający ciepłego uczucia i ojcowskiego uznania Karol, nie odnalazłszy go, wyrósł na krnąbrnego gagatka. Pomiatał Adamem i bił go, znajdując w agresji ujście dla swojej rozpaczy, a jednocześnie kochał brata i był do niego przywiązany, co okazało się, gdy ten kilka lat później wyjechał w świat. Przewrotny ojciec posłał jednak na służbę wojskową Adama, co znacząco determinuje późniejsze zdarzenia.
„Żołnierza zasypuje się upokorzeniami ażeby, gdy przyjdzie czas, nie brał zbytnio do serca tego ostatecznego upokorzenia: bezsensownej i nędznej śmierci” – tłumaczył synowi, gdy ten z całych sił bronił się przed wyjazdem. Po śmierci ojca to jednak Karol będzie skłonny zająć się rozwojem farmy i ciężką pracą, zaś Adam, dotknięty życiowym dramatem, długo nie będzie w stanie odnaleźć własnej drogi.

Kluczową rolę w powieści odgrywa narrator, który urodził się mniej więcej wtedy, kiedy bliźniacy Adama Traska, jako syn Johna Ernsta Steinbecka i Oliwii Hamilton. Był więc Samuel Hamilton dziadkiem małego Johna, który pół wieku później opisał losy swojej familii w „Na wschód od Edenu”. Cała historia ze wszystkimi ostro zarysowanymi postaciami odkrywana jest  sukcesywnie, kawałek po kawałku, dopasowując się do zmieniającej się w zawrotnym tempie amerykańskiej rzeczywistości u wrót uprzemysłowienia i kapitalizmu. Sam Steinbeck pojawia się w powieści jako mały chłopiec w kilku mniej ważnych epizodach, przyglądający się wydarzeniom zza pleców dorosłych, mając oczy i uszy szeroko otwarte – już wtedy tak na dobrą sprawę urodził się pomysł „Na wschód od Edenu”, który dojrzewał w umyśle i sercu pisarza, wychodząc na światło dzienne w 1952 roku.

John Steinbeck to klasyczny, ale bardzo wszechstronny narrator. Czule opowiada o przyrodzie kalifornijskiego wybrzeża, o jej zapachach, kolorach, ziemi i przyrodzie. Bardzo często pobudza do przemyśleń, czy to słowami bohaterów (tutaj prym wiedzie Li – sympatyczny chiński służący burzący wszelkie stereotypy; charyzmatyczny, o dużej wiedzy, którego marzeniem jest otwarcie własnej księgarni), czy też własnymi dopiskami, gdzieś na marginesie, ale zawsze odnosząc się do fundamentalnych wartości. Narrator pomiędzy snutą ze swadą opowieścią, potrafi przemienić się w nauczyciela, udzielającego lekcji historii. Opowiada o nastrojach społecznych i politycznych w ówczesnej Ameryce, o uruchamianiu starych automobili, o noszeniu „gotowych” sukien, o wojnie, w którą zaangażowano wbrew ich woli tyle młodych istnień; przywołuje we wspomnieniach postać Forda czy „Black Jacka” Pershinga. W końcowych partiach utworu dokonuje szczerego rozliczenia z mającą dopiero przybrać najkosztowniejsze szaty legendą Ameryki.

Braterska miłość Toma i Dessie czy ciepło rodzinnej farmy Hamiltonów, gdzie „ranek jest lekki jak puch”, przypomina może sentymentalną twórczość Trumana Capote’go, który we wczesnych opowiadaniach z dziecięcym uczuciem opiewał fale dzieciństwa.
Z drugiej strony mamy starcie demonicznej Kate, łajdaczki, oszustki i egoistki podporządkowującej sobie ludzi, z Adamem (sugestywna scena w burdelu), a wiele lat później także z własnymi dziećmi. Straszne to sceny, uzmysławiające jak ambiwalentne byty jest w stanie pomieścić człowiek we własnym, nawet najbardziej ciasnym otoczeniu.
„Więcej jest piękna w prawdzie, nawet jeżeli to piękno jest straszne. Bajarze spod miejskich bram przekręcają życie tak, że wydaje się słodkie trutniowi, głupcowi i człowiekowi słabemu, a to jedynie potęguje ich ułomności, nie uczy niczego, nie leczy niczego i sercu nie pozwala się wznieść” – wspominał słowa chińskiego ojca Li, tłumacząc Adamowi, dlaczego powinien ujawnić synom mroczny sekret ich rodziny.

Na-wschod-od-Edenu-James-DeanW drugiej połowie sagi na pierwszy planie pojawiają się synowie Adama: Kaleb i Aron. Aron to pozornie romantyczna dusza, chłopak o złotym sercu i dobrym usposobieniu. Jego powierzchowność prowadzi go do nadmiernego wyidealizowania świata i życia. Kal nosi w sobie skazę, która czyni go bardziej „ludzkim” i prowadzi do braku autoakceptacji. Gloryfikowany przez ojca Aron pójdzie do college’u, choć to Kal jest z bliźniaków lotniejszym umysłem. Pomiędzy nimi jest jeszcze Abra – piękna, inteligentna dziewczyna, w której obaj się kochają. Przy czym miłość Arona, właśnie dlatego, że wyidealizowana i „zakonnicza”, staje się dla Abry zbyt nienaturalna. Kontynuacja alegorii do mitu Kaina i Abla wybrzmiewa tutaj bardziej dramatycznym tonem. Gdy rozpaczliwe próby uszczknięcia skrawka ojcowskiej miłości przez Kala spalają na panewce, piętno chłopca przeradza się w gniew.

„Moim zdaniem to jest najbardziej znana historia na świecie, ponieważ jest historią każdego człowieka. Uważam ją za symboliczne dzieje duszy ludzkiej (…) Największą zmorą dziecka jest obawa, że może nie być kochane, a odtrącenie jest piekłem, którego się lęka (…) A z odtrąceniem przychodzi gniew, z gniewem jakaś zbrodnia czy zemsta, ze zbrodnią zaś wina – i oto jest historia ludzkości” – zawyrokuje Li podczas jednego z filozoficznych popołudni.

Na-wschod-od-Edenu-Kal-AbraNajważniejsze przesłanie powieści Steinbeck zawarte jest w tajemniczym hebrajskim słowie „timszel”, użytym w biblijnej opowieści o kainowym grzechu. Oznacza ono: „możesz”. „Timszel” daje ci prawo wyboru, ponieważ MOŻESZ panować nad grzechem. Przenosi odpowiedzialność z boskich wyroków i zaklęć przeznaczenia na barki człowieka. Bowiem jeżeli „możesz”, to także „możesz nie”. Steinbeck dowodzi, że zło nie jest przenoszone w genach, nie lęgnie się ani w patologicznych korzeniach rodzinnych, ani w toksycznym powietrzu, jakim niektórzy ludzie zmuszeni są oddychać. Czyni go to podobnym do Faulknera, który w powieści „Stary” ukazuje więźnia pomagającego w ewakuacji ludzi podczas najbardziej niszczycielskiej powodzi w Stanach Zjednoczonych – nad Missisipi w 1927 roku.

„Na wschód od Edenu” to przejmująca powieść o miłości i jej braku, stracie, odtrąceniu, odrzuceniu, odkrywaniu siebie, kreowaniu własnego świata. Obyczajowa saga ze świetnymi elementami dreszczowca, kryminału, a także subtelnego moralitetu. Ale przede wszystkim opowieść o walce z wewnętrznymi demonami, którym nie wystarczy raz spojrzeć w twarz, żeby je pokonać. „Nie można zrobić konia wyścigowego ze świni” – zakpi Adam w rozmowie z Samuelem. „Nie. Ale można z niej zrobić bardzo szybką świnię” – odpowie z uśmiechem dziadek Johna Steinbecka. A trzeba Wam wiedzieć, że był to bardzo mądry dziadek.

John Steinbeck, Na wschód od Edenu, przeł. Bronisław Zieliński, wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2011.

Rafał Niemczyk

* Na motywach powieści „Na wschód od Edenu” powstały dwie produkcje filmowe. W 1955 roku premierę miał pełnometrażowy film w reżyserii Elii Kazana z nominowanym do Oscara Jamesem Deanem w roli Kala. Doskonałą kreację Kate stworzyła Jo Van Fleet, która dostała statuetkę za najlepszą rolę drugoplanową. Nominacjami uhonorowano też reżyserię oraz scenariusz (choć ten spłycono i odarto z subtelności, szczególnie w zakończeniu). W 1981 roku nakręcono 3-odcinkowy serial telewizyjny (trailer u góry), a za kamerą stanął znany jako reżyser przygód porucznika Columbo – Harvey Hart. Okazało się to strzałem w dziesiątkę, ponieważ prawie 8-godzinna produkcja pozwoliła na szerszą interpretację dzieła Johna Steinbecka. Jako Kate wystąpiła, znana z popularnego „Dr Quinn”, Jane Seymour. Zarówno aktorka, jak i cały serial zostały uhonorowane Złotymi Globami, spotkał się także z ciepłym przyjęciem krytyki.

Haruki Murakami, 1Q84 (tom 3). Recenzja.


Świnie na wietrze

Skończyło się. Dwa księżyce, duży jasny i mniejszy zielonkawy, zeszły się w jeden. Japońskie kyū zamieniło się na powrót w arabską dziewiątkę i rok 1Q84 dobiegł końca. Ktoś zginął, ktoś uciekł, ktoś się ukrył, a ktoś inny odnalazł. Ostatni tom trylogii Murakamiego udzielił odpowiedzi na kilka enigmatycznych Questions, jakie autor postawił w poprzednich tomach. Ale czy są to odpowiedzi dla czytelnika satysfakcjonujące?

Żeby nie rozpisywać się na temat warstwy fabularnej, odsyłam do wcześniejszych recenzji poprzednich tomów „1Q84”: pierwszego i drugiego. Ostatni tom trylogii spina klamrą wiele powieściowych zdarzeń, pozostawia jednak sporymi momentami uczucie znużenia i niedosytu. Zacznę jednak od pozytywnych stron, co by nie zostać zjedzonym przez fan-cluby japońskiego prozaika, w które obrodziło w naszym kraju ostatnimi laty całkiem obficie.

Pojawiła się nowa postać (choć występująca epizodycznie już na kartach środkowego tomu), eksponowana w finałowej części na równi z Aomame i Tengo. To Ushikawa – były prawnik wykluczony z palestry, aktualnie zaś prywatny detektyw, idący tropem naszych bohaterów niczym rasowy pies gończy. Ushikawa jest konsekwentny w działaniach, uparty w dążeniu do wytyczonego celu, doświadczony, opierający się na sprawdzonych przez siebie w praktyce metodach. Ponadto łysieje, ma zdeformowaną głowę, nikt go nie lubi, nie wzbudza w ludziach zaufania, wyrzekła się go rodzina, a żona zabrała dzieci i odeszła od niego wiele lat wcześniej. Ushikawa – godzien z jednej strony potępienia, a z drugiej współczucia – jest niewątpliwie w „1Q84” oddechem świeżości, którego długimi momentami naprawdę brakuje.

Umiejętnie wyprofilowane postacie są mocną stroną trylogii Murakamiego. Pytanie tylko, czy autor aby na pewno potrzebował do ich wykreowania prawie półtora tysiąca stron? Mielenie do upadłego poszczególnych wątków zaczyna chwilami irytować. Nieszczęśliwe dzieciństwo głównych bohaterów Murakami przedstawiał w interesujący sposób, stosując retrospekcje, wspomnienia, ciekawe rozmowy. Niekonieczne było dodawanie kilku łopatologicznych rozdziałów, które fabularnie niewiele wnosząc, sprawiają, że opowieść sztucznie się wydłuża i rozmywa. Do tego dochodzi nadmierne uszczegółowianie, które powoduje, że czytelnik może czasem poczuć się jak obserwator japońskiego reality-show. Uważam, że skondensowanie treści przydałoby „1Q84” więcej lekkości i esencjonalności.

Murakamiemu udało się też długimi chwilami zbudować przygnębiający klimat osaczenia. Uzyskał go nie tyle poprzez wykorzystanie w książce zgranych elementów rasowego thrillera, ale wprowadzając postać upiornego inkasenta NHK. Ten uporczywie terroryzuje jednego po drugim bohaterów powieści, dobijając się do drzwi, których żaden z nich nie może z różnych powodów otworzyć, prowadząc przy tym dwuznaczny, demoniczny monolog. Postać „upiornego inkasenta NHK” mogłaby z powodzeniem zagościć na planie filmowym któregoś z japońskich horrorów.

Japoński pisarz porusza też kilka spraw światopoglądowych, wrzucając je jak smaczne przyprawy do gotującej się zupy. Nie zawsze wnoszą coś wyrazistego, ale sprawiają, że smak powieści staje się bardziej różnorodny. Mamy więc rozważania na płaszczyznach teologicznych, liberalne podejście do miękkich narkotyków wypowiadane ustami sympatycznej dziewczyny, obraz godnego znoszenia nieuchronnej bliskości ludzkiej śmierci czy wspomnienie domu Carla Gustava Junga, słynnej „Wieży” wybudowanej w Bollingen nad Jeziorem Zuryskim. Jeśli ktoś nie miał okazji odwiedzić Szwajcarii, może podziwiać niesamowity pałacyk twórcy psychologii głębi w tym miejscu (krótką podróż śladem szwajcarskiego psychologa ozdabia piękna muzyka włoskiego kompozytora Gianni Ferrio, pochodząca z nieznanej u nas adaptacji „Tajemniczej wyspy” Juliusza Verne’a z 1973 roku, z Omarem Sharifem w roli głównej).

1Q84-book-3Za oknem pierwsze solidne oznaki jesieni. Kończy się rok 2Q11, a ja nie będę ukrywał, że mam ogromny problem z oceną „1Q84” jako całości. Swoista ludyczność prozy Murakamiego sprawia, że jego książki, pomimo wytykanych mu przez krytykę usterek, czyta się bardzo dobrze. Niosą też one ze sobą wartości literackie całkiem nietuzinkowe, czego dowodem niech będzie charakterystyczny, rozpoznawalny na całym świecie styl pisarza. Opinie o tym, czy Murakami zmierza w dobrym kierunku, pozostawiam Wam.

Nie mam w zwyczaju przyznawać w recenzjach wymiernych ocen ani gwiazdek. Robię to czasem na własny użytek, „dla zabawy”, mając świadomość subiektywizmu i niemożności porównywania wielorakich stylów i szkół pisarskich. Zdradzę Wam za to, że gdybym miał ocenić najnowsze dzieło Japończyka, wystawiłbym mu zdecydowane Q/10. W tym przypadku Q niech pozostanie pytajnikiem, a nie „dziewiątką”, „zerem” czy jakąś inną „cyferką” albo „gwiazdką”.

Jeśli zaś idzie o uczucie Tengo i Aomame (zapomniałbym dodać, że poznajemy w końcu jej pierwsze imię), to zamiast wpatrywać się ze zjeżdżalni na placu zabaw w niebo (co oczywiście jest czynnością nader romantyczną), powinni dla odmiany posłuchać gdzieś na odludziu „Pigs on the Wing” Pink Floydów. Wczytawszy się w słowa Rogera Watersa, „zerkając na siebie poprzez strugi deszczu, zastanawiając się, którego z tych kretynów obwinić, patrząc na latające świnie”.

Haruki Murakami, 1Q84 (tom 3), przełożyła z japońskiego Anna Zielińska-Elliott, wyd. MUZA, Warszawa 2011.

Rafał Niemczyk

%d blogerów lubi to: