Władimir Wojnowicz, Moskwa 2042. Recenzja.


Bareja po radziecku

Władimir Nikołajewicz Wojnowicz – rosyjski malarz, poeta i prozaik, autor satyrycznej powieści „Życie i niezwykłe przygody żołnierza Iwana Czonkina” o perypetiach sowieckiego odpowiednika wojaka Szwejka. Ta najbardziej znana powieść Rosjanina, w satyrycznym świetle ukazująca bohaterskich sołdatów radzieckich i heroiczną wielką wojnę ojczyźnianą, do roku 1989 znana była w ZSRR tylko z drugiego obiegu, podobnie jak większość jego dzieł. Wojnowicz w swoich utworach piętnował i ośmieszał radziecką rzeczywistość, przez co w 1974 r. został wykluczony ze Związku Pisarzy, a w 1980 r. był zmuszony wyemigrować z ojczyzny. Rok później Leonid Breżniew pozbawił go nawet obywatelstwa radzieckiego. Na emigracji, konkretnie w Niemczech, także jednak nie próżnował – pisał opowiadania, felietony, sztuki teatralne. W 1986 r. ukazała się antyutopijna i satyryczna powieść „Moskwa 2042”. Polskim czytelnikom dane było się z nią zapoznać dopiero po upadku komunizmu – w 1992 r.

Witalij Nikitycz Karcew, również pisarz na emigracji – książkowe alter ego autora – w 1982 r. otrzymuje szansę podróży w przyszłość. Postanawia odwiedzić „Moskwę 60 lat później” i przekonać się, co też wyewoluowało z radzieckiego komunizmu i czy w ogóle taki ustrój jeszcze w Rosji istnieje. Przed wyjazdem odbywa szereg spotkań z ludźmi, którzy w jakiś sposób dowiadują się o jego wyprawie i chcą wykorzystać ten fakt do swoich celów. Niektóre spotkania okażą się znamienne w skutkach, inne pozostaną bez echa – ale w końcu nasz bohater wsiada do chrono-samolotu Lufthansy, jedynego przewoźnika oferującego podróże w czasie i razem z garstką innych pasażerów wyrusza w podróż do Moskwy przyszłości. Niestety szczegółów technicznych lotu i skoku w czasie autor-bohater nie jest nam w stanie przybliżyć, gdyż – jak sam twierdzi – nie jest inżynierem, a poza tym w cenie biletu była zawarta nieograniczona ilość trunków, z czego skwapliwie skorzystał.

Plakat propagandowy z 1951 roku (źródło: komunizm.eu)

Po wylądowaniu na moskiewskim lotnisku, Karcew zostaje przyjęty przez specjalny komitet powitalny na cześć jego przybycia do ojczyzny. Początkowo nie bardzo rozumie, co się wokół niego dzieje, choć komunizm wydaje trzymać się dobrze. Niestety, dyrygowany przez wspaniałego, genialnego i świętego wodza Genialissimusa ustrój przekroczył w niektórych aspektach absurdalny poziom. Nasz bohater co rusz musi zmagać się z szokiem i niedowierzaniem, ale pomimo przejściowych trudności, na niektórych odcinkach jest pod wrażeniem socjal-komuny w wydaniu Moskiewskiej Republiki Komunistycznej. „Od każdego według zdolności, każdemu według potrzeb” – wydaje się, że ta utopijna maksyma i podstawowa zasada komunizmu wreszcie znalazła pełne odzwierciedlenie w rzeczywistości. Nie wszystko jednak wygląda tak różowo, jak się początkowo wydaje…

Oś fabularna kręci się wokół przygotowań i podróży narratora w czasie, a potem wycieczki po Moskwie przyszłości i obserwowania absurdów idealnego komunizmu. Autor przyjął w powieści formułę wspomnień; co rusz podkreśla, że pisze wszystko z pamięci i opisuje tylko to, co widział na własne oczy. Zresztą jest wręcz zmuszony polegać jedynie na swojej pamięci, gdyż już po przylocie skonfiskowano mu wszelkie narzędzia mogące posłużyć do jakiejkolwiek rejestracji obserwowanej rzeczywistości. Choć niektóre „nośniki informacji” zachował – np. aparat fotograficzny – ale wszystkie klisze zostały mu odebrane, gdyż w Mosrepkomie fotografować można do woli, ale posiadanie materiałów światłoczułych jest już zabronione. I tak przewrotność systemu pozbawiła autora jakiejkolwiek możliwości dokumentowania swojej podróży – poza własnym mózgiem.

Wladimir Wojnowicz (źródło: polityka.pl)

Zresztą im dalej, tym niedorzeczności jest coraz więcej. Specyficzne są skróty, które pojawiają się na każdym kroku, jak wspomniany Mosrepkom, czyli Moskiewska Republika Komunistyczna. Niektóre brzmią naprawdę zabawnie i odzwierciedlają jeszcze zabawniejsze miejsca czy instytucje, żeby wspomnieć tylko o Gawysnacie – Gabinecie Wysyłek Naturalnych, czyli pospolitej ubikacji. Niektóre z nich ciężko w pierwszym momencie samodzielnie rozszyfrować, ale po pewnym czasie przestajemy mieć z tym trudności i z rozbawieniem rozwijamy coraz to nowe skróty. Nie zawsze uda się trafić idealnie, ale w większości system nazewnictwa i skrótów zaczyna być na swój sposób logiczny. Język powieści jest niewyszukany, choć siłą rzeczy przesiąknięty komunistyczną ideologią i nowomową. Wszystkie wydarzenia i postacie widzimy oczyma bohatera-narratora, tak więc możemy polegać wyłącznie na jego obserwacjach i osądach.

„Moskwa 2042” to prześmiewcza satyra na Związek Radziecki i ustrój komunistyczny, na którym autor nie pozostawia suchej nitki. Prorokując kres komunizmu, parodiuje nawet Sołżenicyna – w powieści pod postacią Sima Simycza Karnawałowa – przedstawiając go jako wyklętego pisarza, monarchistę, pragnącego na białym koniu powrócić do ojczyzny i obalić obowiązujący system oraz przywrócić carat i niemal średniowieczny feudalizm. Czytając powieść Wojnowicza, nie sposób nie uśmiechać się pod nosem, choć co starsi czytelnicy pamiętający jeszcze czasy poprzedniego ustroju,  mogą doznawać (niekoniecznie przyjemnego) uczucia deja vu. Pisarz przewidział wydarzenia, wydał swoją powieść dosłownie kilka lat przed upadkiem komunizmu w Europie. W 1990 r., jeszcze przed oficjalnym rozpadem ZSRR, przywrócono mu obywatelstwo i Wojnowicz powrócił do kraju.

Rosyjska okładka powieści

Polacy mają Bareję, a Rosjanie Wojnowicza – obu można określić mianem satyrycznych mistrzów w piętnowaniu absurdów realnego socjalizmu. Jakkolwiek Bareja skupiał się raczej na obserwacji teraźniejszości, tak z prozy Wojnowicza wyłania się smutna refleksja. Przyszłość jego bohatera zależy od tego, czy będzie zdolny przystosować swoją przeszłość do wymogów obecnie obowiązującego systemu. I tu przychodzi mi do głowy przeczytana gdzieś ostatnio anegdota, jak do mitycznego Radia Erewań dzwoni słuchacz z pytaniem: „Czy w komunizmie będzie można przewidzieć przyszłość?”. Odpowiedź brzmiała: „Szanowny słuchaczu, w komunizmie nie będzie z tym najmniejszego problemu. Niestety znacznie gorzej będzie z przewidywaniem przeszłości. Ona tak szybko się zmienia”. Powieść Wojnowicza traci w tym kontekście niewiele na aktualności.

Władimir Wojnowicz, Moskwa 2042, przeł. Henryka Broniatowska, PIW, Warszawa 1992.

Jacek „bio_hazard” Bryk

Sławomir Mrożek, Trzy dłuższe historie.


Trzy-dłuzsze-historie-okladkaGłupota, brzydota, kompleksy i marzenia

Stanisław Lem w jednym z listów do Sławomira Mrożka analizował i chwalił swojego przyjaciela za „Moje ukochane Beznóżki”, w czym wtórował mu Jan Błoński. Lem orzekł, że gdyby tak utwór nieco skrócić, skondensować, przyprawić nieco jadem, a zarazem „podkurtyzować”, stałby się on Nowelą Stulecia. Nigdy jednak nie ma tego złego – dzięki swojej objętości „Beznóżki” mogły pojawić się – razem z „Książeczką mułów” i „Monizą Clavier” – w zbiorze „Trzy dłuższe historie”, choć jeżeli brać pod uwagę stylistykę i konwencję, bliżej temu utworowi do genialnego „We młynie, we młynie, mój dobry panie”, który znajdziemy w zbiorze… „Krótkie, ale całe historie”.

Działacze UNESCO mogą spać spokojnie – muły nie występują na liście dziedzictwa zagrożonego

Zacznę od „Książeczki mułów”, albowiem podobny szlak myślowy przetarł tu ostatnio Thomas Bernhard, stwierdzając w „Moich nagrodach”, że „czasy są tępe”. Należy zadać sobie pytanie, czy aby napisana w latach 50. „Książeczka mułów” nie straciła nieco na swej aktualności. Stylizowana lekko na popularne ówcześnie powieści przygodowe stanowić może socjologiczne ministudium społecznych zachowań obywateli z tamtego okresu.

Jednak czy aby na pewno współczesne muły bardzo się zmieniły? Czy przeszły metamorfozę kulturową, cywilizacyjną i mentalną? Czy przekopały się przez stertę papierów i internetowych bluzgów, by w trudzie i błogosławionym filozoficznym wysiłku zgłębić tajemnicę własnej tożsamości? Obawiam się, Szanowni Państwo, że nie.

Muł Idaho Gem, sklonowany przez naukowców z Uniwersytetu Idaho (fot. AFP)

Czy kradną łyżeczki i popielniczki z restauracji, mimo że stać ich bez problemu na jedno i drugie? Kradną. Czy nakładają sobie na obiedzie w restauracji darmowe porcje sałatek z wozu sałatkowego w ilościach tak gigantycznych, że nie mogą im później sprostać i wyrzucają je do kosza? Nakładają. Czy depczą świeżo posadzony trawnik, z uporem leminga podążając do celu najkrótszymi ścieżkami, choć chodnik położono dziesięć metrów dalej? Depczą. Chodniki są dzisiaj niewątpliwie ładniejsze, łyżeczki i restauracje również, ale muły wciąż te same. Mają tylko droższe ciuchy, ukryte po kieszeniach nowoczesne ajfony i telefony komórkowe, a w mózgu żal wobec świata, determinację niespełnionego czynu oraz świadectwo nieomylności.

Mrożek charakteryzuje „muła ostrego” następująco:

Zasadnicze cechy mułów, a więc: jawna sprzeczność ze społecznym rozsądkiem, negowanie niezbitych dowodów, działanie wbrew elementarnym zasadom obywatelskim, a także pogłębiona mułowatość właściwa – te cechy, spotęgowane i utrwalone, tworzą muła ostrego.

Jest jeszcze jedna ważna rzecz. Otóż często zdarza się, że osoby do złudzenia przypominające Mrożkowe muły (choć z pewnością nimi nie są!) sprawują jakieś mniej lub bardziej ważne urzędy, zajmując czasem nadzwyczaj odpowiedzialne stanowiska. Nie miejsce to, by rozsądzać, dlaczego tak się dzieje. Dosyć kuriozalnym faktem jest natomiast, że głowy naszego państwa (czy to prezydent, czy to premier, czy to eurodeputowany) nie mają obowiązku znajomości podstawowego europejskiego języka komunikacyjnego, czyli języka angielskiego. Nie mam tu zamiaru wskazywać nikogo personalnie, ograniczając się jedynie do urzędu, a to wszystko dlatego, ponieważ w większości miejsc pracy, w których dane mi było przebywać, taka znajomość języka była wymagana. A nigdy nie piastowałem stanowiska w przestrzeni publicznej. Sam Mrożek, znający przecież kilka języków, ma na ten temat zapewne własne przemyślenia. Co do odpowiedzialności, to przypomina się niedawna sprawa dachu na Stadionie Narodowym, niezamkniętego na czas przed meczem Polska – Anglia, przez co mecz nie odbył się terminowo.

W „Książeczce mułów” napisano tak:

Podziwialiśmy jego szaloną wprawę w nieprzyjmowaniu na siebie żadnej odpowiedzialności, niedecydowaniu o niczym, nienarażaniu się nikomu. Wspaniały okaz.

Romans Polaka z Zachodem

Premierowa publikacja „Monizy Clavier” zbiegła się mniej więcej w czasie z emigracją pisarza (1963 r.). Można chyba stwierdzić, że to taka „Książeczka mułów” w wersji International, gdzie autor rzuca swojego rodaka-protagonistę utworu na szerokie europejskie wody. Tematem przewodnim opowiadania jest romans zakompleksionego, zaściankowego Polaka z Zachodem, który uosabia tytułowa Moniza – słynna aktorka – oraz jej weneckie otoczenie.

Gondola w Wenecji

Stereotypy zawarte w tym utworze są raczej powszechnie znane. Polak na przyjęciu musi się napić, żeby się wyluzować i stać się sobą. Polak w towarzystwie lubi błyszczeć, ale nie lubi czuć się zagrożony. Polak lubi snuć intrygujące historie, najlepiej na swój temat, ale nie lubi, kiedy jego rozmówca poddaje jego historie weryfikacji. Dlatego Polak z „Monizy Clavier” korzysta z kolejnej sztandarowej cechy, którą we własnym mniemaniu posiada, a mianowicie ze sprytu. Przebiegłością najwyższej klasy powala Zachód na kolana, podając się za Rosjanina, co pozwala mu zrzucić swoje braki w obyciu i kulturze na karb wschodniej fantazji i obyczajowości. Wybornemu lansowi Polaka kładzie kres dopiero… spotkanie drugiego Polaka. Powstaje wówczas swoisty „efekt bazyliszka”, po czym nasi rodacy biorą na spółkę pokój w obskurnym hotelu, sukcesywnie pogrążając się w marazmie, wegetując, kłócąc się i wzajemnie oskarżając. Nihil novi.

„Moniza Clavier” jest świetnie napisana, w duchu najlepszego Mrożkowego satyro-grotesko-absurdu. Można pokusić się o stwierdzenie, że utwór ten stał się przyczynkiem do opublikowanego w 1974 roku dramatu „Emigranci” – jednego z najpopularniejszych dzieł w dorobku pisarza.

Przyjdźcie, me szpetne kochanki!

„Moje ukochane Beznóżki” pozostawiłem na koniec, ponieważ podejmowany w opowiadaniu motyw, a nade wszystko makabryczna stylistyka, nie są adekwatne do dwóch pozostałych opowiadań. „Beznóżki” to kompozycja złożona, napisana w formie listu ojca do syna stanowi swoisty rozrachunek z pięknem, zarówno tym fizycznym, jak i pojmowanym ontologicznie.

Pokazał Tołstoj w „Sonacie Kreutzerowskiej”, iż jest „zdumiewające, jak zupełne bywa złudzenie, że piękno jest dobrem”. U Mrożka opozycja „piękno-brzydota” jest niecodzienna o tyle, że główny bohater – spowiadający się własnemu synowi ze swego nieudanego, pełnego obsesji życia – odnosi się do warunków, które zaoferował mu świat zbudowany na szpetocie, kalectwie, na mentalnym i fizycznym pasożytnictwie.

Mężczyzna od początku życia przejawia wyolbrzymiony do granic możliwości strach przed porażką, świadomy, iż nie tyle gorycz porażki zatruje mu życie, ale że sama możliwość zwycięstwa, niezweryfikowana poprzez działanie, pozwoli mu zapanować nad losem. „Mając tak wiele do stracenia, zwlekałem – tłumaczy synowi. – Moje pożądanie zwycięstwa było wielkie, ale jeszcze większa obawa przegranej”. Zanurzając się w absurdalnej sferze własnych rojeń, które były tym gorsze, im silniej uargumentowane, zaczyna stawiać pewne wymagania faktom, otaczając się pajęczyną brzydoty, w której dostrzega królestwo („potężną loże masońską zmowy Brzydul” – pisze Lem), na tronie którego mógłby zasiąść.

Bartolomeo Passerotti, „Karykatura”

Czy dlatego bano się brzydoty, że jest w niej potęga, której brzydota jest tylko formą, czy też dlatego, że w brzydocie jest tylko brzydota, a potęga zaledwie właściwością wtórną, nabytą przez brzydotę dla samoobrony? Czy potęga zamienia się w brzydotę, czy brzydota w potęgę? Czy to potęga jest brzydka, czy brzydota tak potężna? Niestety, doświadczenie wskazuje raczej na to pierwsze. Palono czarownice na stosie nie dlatego, że były brzydkie, ale za to, że były czarownicami.

Piękno jest zbyt silne, piękna się boi, ponieważ może ono sprowadzić nań zgubę. Nie mogąc jednak do końca wyzbyć się naturalnych instynktów, uznaje, że jedynym sposobem na absolutne odcięcie się od jego wpływu, jest piękna poniżenie. Zwierza się synowi ze swego misternego planu, który jeszcze przed narodzinami dziecka wcielił w życie:

Wiedziałem, że erotyzm od strony technicznej jest brutalny i wcale nie piękny, ale to właśnie dawało nadzieję, że nad pięknem można zapanować. Poniżenie piękna było najlepszym sposobem, żeby odczuć swoją władzę nad nim.

Piękno „Beznóżków” staje się pojęciem nie tylko sensu stricto; jest również ucieleśnieniem spełnionych ambicji, wymagań stawianych sobie, wytyczaniu własnej drogi życiowej. Analogicznie szpetota przeobraża się w makabryczny, bo w pełni zaplanowany, modus operandi człowieka, który czyni z niej narzędzie wręcz metafizyczne (Lem określa to obrazowo jako „socjoekonomię polityczną brzydoty”).

Czułość zainwestowana w osobę piękną i wysoko cenioną procentowała słabo, a wysokość niezbędnej inwestycji wyczerpywała moje skromne zasoby. Odwrotnie, najmniejsza łaskawość okazana kalece, ba, nawet ślad łaskawości, i to niekoniecznie w najlepszym gatunku, bo nawet jawne fałszerstwo uchodziło tu bezkarnie, rentowała natychmiast i stokrotnie.

Pławiąc się w królestwie, które sobie organizuje, mężczyzna jednocześnie poniża piękno i wysysa z kości brzydoty najsmaczniejsze mięso. Odzierając z godności siebie i dewastując w swym umyśle piękno jako wtórny byt, do którego owo pojęcie sprowadza, nie odczuwa wyrzutów, lecz czynom tym przydaje posmak łaskawości, który później przechyla się w stronę nieomal mesjanistycznych wartości.

Kim mianowicie były Beznóżki naprawdę? Zdawałoby się, że udzieliłem już odpowiedzi: nieszczęśliwymi kobietami, którym w zamian za pewne przysługi dostarczyłem odrobiny szczęścia. Sumą samotnych postaci, którą dopiero ja zamieniłem w zespół.

„Moje ukochane Beznóżki” można interpretować wielorako. Lem zarzucił Mrożkowi, że brakowało mu tego, „by sam sos, w jakim podano rzecz, bardziej jeszcze zjadliwym, piekącym skrycie, a z opóźnieniem, okrutnie gryzącym był”. Być może Mrożek nie chciał korzystać z takiego, narzucającego się samorzutnie, rezonansu. Być może uznał, że opowiedzenie o studium brzydoty językiem wygładzonym, przyda mu paradoksalnie większej makabryczności. Pomimo tego chłodna przedśmiertna analiza i przerażająca prośba ojca do syna stają się w pewnym momencie wręcz oczywiste. Przeczytajcie, a zrozumiecie.

Słowem końcowym należałoby napisać, że „Trzy dłuższe historie” są zbiorem świetnym, ale w przypadku prozy Mrożka nie trzeba tego czynić, tak więc tego nie czynię. Wspomnę za to finał książki, który ma nieco niepokojący wydźwięk. Głosi bowiem, że przeciętnemu Polakowi nie chce się już nawet… marzyć. Pokażmy mistrzowi, że to nieprawda. Raz, dwa, trzy – do dzieła!

Sławomir Mrożek, Trzy dłuższe historie, wyd. Noir sur Blanc, Warszawa 2012.

Rafał Niemczyk

Kurt Vonnegut, Rzeźnia numer pięć. Recenzja.


Zdarza się

Jeden z naszych znajomych podczas turystyczno-krajoznawczego wypadu do Drezna oburzył się na przewodnika wycieczki, gdy ten wyraził głębokie ubolewanie nad faktem, że podczas bombardowania miasta w 1945 roku tak wiele zabytkowych budynków i miejsc uległo całkowitemu zniszczeniu. Zdaniem naszego znajomego zadośćuczynienie za krzywdy, jakich doznali ludzie z rąk nazistów, i tak nie było wystarczająco pełne. Można było zbombardować inne miasta, zburzyć Berlin i rozstrzelać wszystkich niemieckich obywateli. Wojna pisze najkrwawsze scenariusze. Nasz znajomy, na nasze nieszczęście, nie jest zwolennikiem czytania książek fabularnych. Nie czytał też „Rzeźni numer 5” Kurta Vonneguta. A wielka to szkoda, bo lektura „Rzeźni” potrafi zmiękczyć nawet najbardziej zatwardziałe stanowiska. Wielu takich „znajomych” można spotkać w szkole, na ulicy i w telewizji. Zdarza się.

Głównym bohaterem powieści Vonneguta jest „żołnierz” amerykańskiej armii – Billy Pilgrim, który został schwytany przez Niemców podczas ofensywy nazistowskich wojsk w bitwie pod Ardenami, na przełomie 1944 i 1945 roku. Billy jest „żołnierzem w cudzysłowie”, jest bowiem zupełnym przeciwieństwem amerykańskiego twardziela z kwadratową szczęką i żelaznymi muskułami. „Potrafiłbym wystrugać lepszego człowieka z banana” – określa Billy’ego jeden z generałów słowami Theodore’a Roosevelta. Bliżej mu raczej do życiowego nieudacznika, choć pod małą protekcją swojego teścia radzi sobie nienajgorzej, prowadząc zakład optyczny. Jest więc Billy przeciętnym człowiekiem, ze swoimi kompleksami, problemami i życiowymi rozterkami. Traumatyczne przeżycia na froncie II wojny światowej już nigdy nie pozwolą mu powrócić do normalnego życia. Wrażliwiec Billy trafi do obozu jenieckiego w Dreźnie, które podczas nalotów dywanowych zostanie w lutym 1945 roku doszczętnie zniszczone. Zginie tysiące ludzi, a Billy i jego koledzy z frontu zastanawiać się będą: „Jako alianccy żołnierze, więźniowie nazistów, mamy zginąć od alianckiego bombardowania? Jak to?”

Slaughterhouse-Five-by-Gabriel-Corbera„Rzeźnia numer 5” jest antywojenną satyrą, kpiącą z gatunku ludzkiego i z motywów, jakie ludźmi kierują. Vonnegut jest bezlitosny – nie moralizuje, tylko opowiada. Kpi i szydzi, dla zobrazowania okrucieństw wojny używając czarnego humoru, zamiast patosu. Jako jeden z tych, którzy pamiętny luty’45 w Dreźnie przeżyli jako jeńcy, ma do tego prawo. Robi to przy tym z pełnym wyczuciem – jego powieść jest gorzka, ale w żaden sposób nie narusza granic etyki. Właśnie dlatego osiągnęła taki sukces i po dziś dzień prezentowana jest kolejnemu pokoleniu, jako sztandarowe dzieło prozy antywojennej. Pełno mamy filmów i książek, ukazujących nam bohaterstwo żołnierzy, widowiskowe bitwy, poświęcenie, triumf i sztandary chwały. Ale to „Rzeźni numer 5” bliżej do prawdziwego obrazu wojennego realizmu. Wojna to strach, pogarda i utrata godności. Wojna to upodlenie, łzy i śmierć. Vonnegut wie, o czym pisze, ponieważ tam był. Człowiek nie mogąc pogodzić się z upodleniem swojego świata, wymyśla rozmaite preteksty. Stąd większość tych ociekających zbędnym patosem filmów, stąd wręczanie medali ludziom bez nóg. Stąd Tralfamadoria w głowie Billy’ego Pilgrima, który by się dowartościować, ucieka na obcą planetę. Vonnegut parafrazuje fragment historii biblijnego Jezusa. Zdaniem pisarza, mesjaszowi o poświęcenie się dla ludzkości było o tyle łatwiej, że ten został Synem Bożym. A łatwiej o poświęcenie, „kiedy ma się takie plecy”. Ale nie każdy człowiek ma plecy, a wielu z nich wysyłano na wojnę, nie pytając o zdanie, nakazując im dokonywać przelewu krwi – ku chwale ojczyzny. Zdarza się.

Kurt Vonnegut to jeden z najbardziej znanych i cenionych amerykańskich postmodernistów. W niemalże każdym swoim utworze korzysta z tych samych chwytów – z elementów science-fiction, konstrukcji krótkich rozdzialików, a także z poczucia humoru o nieprawdopodobnym ładunku goryczy. Jego zdania są krótkie i cięte. Sam pisarz twierdził bowiem, że objętość powieści nie ma nic do rzeczy w konstruowaniu trafnego przesłania i w poruszaniu czytelnika. „Żarty tak skutecznie rozwiązują sprawę idei, iż po wypowiedzeniu puenty niewiele zostaje do dodania. Pora wymyślić nową ideę – i następny dobry żart” – pisał. Jego książki są zatem pełne idei. Podczas ich lektury, śmiejemy się do rozpuku, wiedząc przy tym, że nie ma się z czego śmiać. Bezsens otaczającego nas świata, naszej rzeczywistości jest jednak tak ogromny, że chyba jedynym na to ratunkiem jest właśnie śmiech. Śmiejemy się więc w „Kociej Kołysce” z twórcy bomby atomowej, a w „Rzeźni” z wojny. Vonnegut, komentując ogromny sukces, który osiągnął z pomocą tej ostatniej, również nie szczędzi gorzkiego humoru. „Drezdeńskie okrucieństwo (…) było tak bezsensowne, że tylko jedna osoba na całej planecie wyniosła z niego korzyść. To ja jestem tą osobą (…) Dostałem dwa lub trzy dolary za każdą zabitą osobę. Prowadzę niezły interes”.

Kurt Vonnegut, Rzeźnia numer pięć, tłum. Lech Jęczmyk, wyd. Albatros, Poznań 2011.

 Dorota Jędrzejewska
Rafał Niemczyk

%d blogerów lubi to: