Shaun Tan, Regulamin na lato.


Jeśli nie znasz reguł, weź ze sobą przewodnika

Braliśmy wszystko to, co dało się zabrać, stając się na wieki dłużnikami. Przeskakiwaliśmy przez szosę, z jednej strony chodnika na drugą, gdzie nie czekało na nas nic prócz podziurawionych betonowych kwadratów, z których letnie ulewy spłukiwały wyrysowane kredą lub cegłą symbole. Były to sekretne znaki na ołtarzach, po których deptały podziurawione i zakurzone trampki. Obserwowaliśmy owady, ich życie w upale było zbyt pracowite i pełne pasji, aby się nami przejmować. Wąchaliśmy truskawki, bo nasze żołądki nie dały już rady ich pomieścić, a żując na wyścigi pestki z czereśni, graliśmy na nosie zgrzybiałemu właścicielowi sadu. I było lato, i dni były długie, nieskończone: zaczynały się gruchaniem gołębi, trwały w popołudniowym bezruchu dumne i gorące, by zakończyć się dopiero różowym blaskiem nieba, na tle którego odcinały się ptaki wieczora, kruki, wrony, i smukłe kominy elektrowni. I każdy taki dzień trwał tak długo, dopóki niebo nie zniknęło, a kiedy już zniknęło, znikaliśmy i my, wracaliśmy do domów i kładliśmy się spać w bezgranicznej ufności, że promienie słońca wędrują i zawracają, wędrują i zawracają, by za parę godzin znów obudzić gołębie na poddaszach, osuszyć trawę z porannej rosy, rozświetlić letni ołtarz i ocucić z letargu swych wyznawców. Wielu z nas chodziło spać ze smutkiem, niekochani, oszukani, ale budziliśmy się zawsze pełni wiary. Mieliśmy swoje zasady. Najważniejsze, że było ciepło.

(„Ciepło”)

Tego nauczyłem się ostatniego lata:

Lato rządzi się własnymi prawami. To wtedy wolno włóczyć się do samej nocy, a do domu wracać z poharatanymi łokciami i siniakami w zaskakujących miejscach. Mimo że na lato składa się kilka najbardziej beztroskich tygodni w roku, jest ono jednocześnie okresem najintensywniejszego dorastania. Pozostawieni samopas przygodzie, nieodpowiedzialni i rozochoceni słońcem, nazbyt pewni siebie i zupełnie naiwni, to właśnie latem poznajemy świat najintensywniej. Nie z podręczników i regułek wygłaszanych przez odpowiedzialnych opiekunów, ale z własnego doświadczenia.

Nigdy nie zostawiaj jednej czerwonej skarpetki na sznurze do suszenia prania.

Musimy jednak zachować ostrożność. Nasza letnia wolność, choć piękna, może nas bowiem wpuścić w maliny. Bezcenny okazuje się więc bardziej doświadczony towarzysz i zbiór odpowiednich zasad. Bohaterów jest zatem dwójka: starszy z nich jest przewodnikiem młodszego (brata?), odkrywa przed nim tajemnice i reguły. Taka konwencja przypomina nieco wspaniałą grę video stworzoną przez studio Starbreeze pt. „Brothers: A Tale of Two Sons” – osadzoną w klimatach skandynawskich legend i baśni Andersena opowieść o dwóch braciach wyruszających w podróż po lekarstwo dla chorego ojca.

„Regulamin na lato” to kolejny popis nieograniczonej wyobraźni i wspaniałej kreski Shauna Tana. Tym razem sięga on do czasów dzieciństwa, które spędził na przedmieściach australijskiego Perth. Jednak podobnie jak w przypadku innych dzieł Australijczyka, i tutaj mamy do czynienia z dziełem uniwersalnym. Lato i dzieciństwo każdy przeżywa i pamięta na swój sposób, mimo to istnieje szereg kluczy, za pomocą których jesteśmy w stanie się porozumieć. Tan za pomocą swojego picture booka oddaje w nasze ręce cały pęk kluczy – złożone sceny i krajobrazy pełne są metafor, dwuznaczności i symboliki. Punktów regulaminu jest szesnaście, a każdy z nich zawarty jest dokładnie w jednym zdaniu.

Nigdy nie dawaj kluczy nieznajomemu.

Ilustracje Shauna Tana to wielobarwne, soczyste obrazy olejne, często wypełnione znaczącymi szczegółami. Bez trudu dostrzeżemy w nich przeróżne inspiracje, z których na pierwszy plan wysuwają się prace przedwojennego brytyjskiego surrealisty Paula Nasha. Krajobrazy są bujne i parne, ale nie zawsze beztroskie. Prócz pięknych scenerii i lazurowego nieba, mamy tu surowe, opustoszałe przedmieścia, wszędobylskiego kruka czy korowód niepokojących gości. Surrealistyczne widziadła podkreślają niesamowitość letniej przygody, ale ostrzegają też, że niebezpieczeństwa czyhające na naszych małych bohaterów, choć nienazwane, są bardzo realne. Zwłaszcza, jeśli ktoś nie zna reguł.

Shaun Tan, Regulamin na lato, tłum. Jacek Drewnowski, Kultura Gniewu, Warszawa 2014.

Dorota Jędrzejewska
Rafał Niemczyk

Preludium do parady (więcej na: http://www.shauntan.net)

Shaun Tan, Przybysz. Recenzja.


Przybysz-okladkaSwój w obcym kraju

Gdyby tak usiąść i zastanowić się nad tym dłużej, uznać by można pomysł opowiedzenia o rozłące bez pomocy słów za jednocześnie: prosty, dość karkołomny, lecz jednocześnie genialny. Jako że mamy do czynienia z australijskim mistrzem obrazu, Shaunem Tanem, autor „Przybysza” bezsłowność swojej opowieści czyni jednym z jej głównych atutów. To właśnie brak słów w którymś ze znanych nam języków sprawia, że rysunki Tana ożywają na kartach komiksu, układając się mimowolnie w niewypowiedziane zdania, emocje i historie. Zasłużenie obsypany licznymi nagrodami „Przybysz” jest opowieścią o emigracji, wyobcowaniu, próbie odnalezienia swojego miejsca w nieznanej i egzotycznej rzeczywistości, a także o sile rodzinnej więzi, stanowiącej dla bohatera największe oparcie.

Przybysz-1Nie ma potrzeby, by zdradzać szczegóły niezbyt skomplikowanej fabuły komiksu. Wystarczy powiedzieć, że pewnego dnia ojciec pakuje walizkę i wyrusza za chlebem do dalekiego kraju, pozostawiając w domu tęskniącą żonę i dorastającą córkę. Jak zaznacza autor w krótkiej nocie na końcu książki, inspiracją dzieła były w dużej mierze anegdoty opowiedziane przez imigrantów z różnych stron świata, w tym również ojca samego Shauna Tana, który przybył do Australii z Malezji w 1960 roku. Tan inspirował się również fotografiami ze starych albumów (m.in. zdjęciem z 1912 roku, na którym uwieczniono chłopca ogłaszającego zatonięcie Titanica), a także rysunkami i obrazami z XIX i XX wieku. Nie byłoby w tym niczego nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że artysta dokonuje syntezy neorealistycznych ujęć (np. kadry z tłoczącymi się ludźmi), znanych z wybitnych filmów włoskich reżyserów tego okresu (choćby Roberta Rosselliniego), z surrealistycznym pejzażem odległego świata.

Przybysz-2Neorealizm jest zresztą wpisany w „Przybysza” również od strony programowej. Podglądanie ciężkiego losu emigrantów w historii Shauna Tana przywodzi na myśl okres powojenny, a więc czasy największej świetności włoskiego kina, kiedy to głównymi aspiracjami ówczesnych reżyserów (Rossellini, Visconti) były filmy „przyglądające się życiu”. Hanna Książek-Konicka szuka korzeni tego filmowego powołania w „wizualnym typie kultury, jaki owocował we Włoszech przez stulecia olśniewającym bogactwem i niespotykaną ilością sztuk plastycznych”. Skąd u komiksiarza z Antypodów taka właśnie inspiracja? Takiej wiedzy nie mam. Natomiast zamiłowanie do nostalgicznych i surrealistycznych obrazów dostrzeżemy bez trudu zarówno we wcześniejszej, jak i późniejszej twórczości Tana, m.in. w „Opowieściach z najdalszych przedmieść” czy „Zagubionej rzeczy” (za krótkometrażową animowaną adaptację tej książki otrzymał wraz z Andrew Ruhemannem w 2011 roku Oscara).

Przybysz-3W „Przybyszu” surrealistyczny świat z jednej strony służy autorowi do uwypuklenia izolacji naszego bohatera i jego towarzyszy w doli lub niedoli (bo obraz Australijczyka, choć melancholijny, nie jest z gruntu pesymistyczny). Drugą rolą, którą pełni owa stylistyka, jest – paradoksalnie – nadanie dziełu rangi uniwersalnej (znów kłania się neorealizm, w którym obserwację dramatu szarego człowieka twórcy przedzierzgali w wielkie uogólnienia).

Kraina, do której trafia nasz emigrant, pełna jest dziwnych istot, roślin, maszyn, pojazdów i budowli. Język, którym posługują się jej mieszkańcy, to system tajemnych znaków i symboli. Wraz z oniryczną stylistyką (popadającą momentami w steampunkowe tony) znakomicie oddają one zagubienie mężczyzny w radykalnie obcym dla niego miejscu. Do tego dochodzi specyficzna kolorystyka i kadrowanie – najróżniejsze odcienie sepii i często stosowany „fotograficzny” układ kadrów przywodzą na myśl stary album ze zdjęciami. Oglądamy zatem starą jak świat (i emigracja) historię zwykłego człowieka przeniesioną w egzotyczne (wręcz fantastyczne) realia.

Przybysz-4Dzieło Shauna Tana, pomimo postmodernistycznej otoczki, dzięki swej płynności i wiarygodności, zachowuje cechy klasycznej (choć niemej) opowieści. Odkrywając krok po kroczku zasady rządzące obcą krainą, później zaś jej zakamarki i mieszkańców, dostrzegamy podobieństwo z „naszym” światem. Choć pejzaże wydają się abstrakcyjne, a niektóre istoty budzą grozę, mechanizmy rządzące „nieznanym” są nam raczej znane. W ten sposób autor pogodził zapędy własnej wyobraźni, która przełożyła się na wspaniałe rysunki, z uniwersalnym przekazem. A że uczynił to w mistrzowski sposób, „Przybysz” stał się komiksem, który nawet sceptycy mogą uznać za wybitny.

Shaun Tan (scenariusz & rysunki), Przybysz, Kultura Gniewu, wyd. II, Warszawa 2013. 

Rafał Niemczyk

Shaun Tan, Opowieści z najdalszych przedmieść. Recenzja.


Pamięć jest ważna

„Opowieści z najdalszych przedmieść” Australijczyka Shauna Tana to książka, w którą się wpada. Od pierwszej strony, właściwie od wklejki, gdzie autor narysował wiele różnorakich, małych ilustracji. Na pierwszy rzut oka wyglądają one jak wyjęte ze szkicownika, takie bez ładu i składu umieszczone rysuneczki, które być może rysownicy robią z nudów lub dla zabicia czasu. Jednakże w wykonaniu Tana jest w nich coś więcej, są subtelne i miejscami absurdalne. Ogląda się je z ciekawością. Po sczytaniu przedniej wklejki, niezwłocznie przewróciłem na tylną, aby sprawdzić, czy tam też są. Są. Chciałem od razu także je przeczytać, już zacząłem, ale się powstrzymałem. Wróciłem do pierwszych, rozbiegowych stron, bo i one są wspaniale zaprojektowane.

Żeby nie było niejasności, należy wyraźnie podkreślić, że publikacja Kultury Gniewu nie jest komiksem, co dla wielu czytelników będzie wielkim zaskoczeniem. Chociaż nie jest to również tylko i wyłącznie zbiór opowiadań opatrzony pięknymi oraz trafnymi ilustracjami. W wypadku tej książki mamy do czynienia z concept albumem. Strona wizualna książki, edytorska, redakcyjna i narracyjna zostały spięte razem. Wszystkie elementy składowe zostały zaprojektowane, wymyślone/obmyślone przez autora, nic w niej nie jest przypadkowe. Czytelnik chwali/zachwyca się każdym z elementów, a nie tylko treścią lub ilustracjami. „Opowieści z najdalszych przedmieść” są pięknie przemyślanym, zaprojektowanym przedmiotem. W tym miejscu należy zaakcentować, że polski wydawca również zadbał o każdy szczegół tej publikacji, chwała mu za to.

Jakiś czas temu czytałem książkę Georgesa Pereca pt. „Pamiętam że”, którą opublikował krakowski Lokator. I jakoś obie książki mi się ze sobą złożyły. Mam wrażenie, że ze sobą współgrają, albo mi się tylko tak wydaje. W każdym razie obie bazują na podobnym założeniu: pamięć jest ważna. Jednak w wypadku książki Pereca znaczące jest to, że pewne rzeczy z o s t a ł y zapamiętane i poprzez pamięć własną budowane jest iluzoryczne poczucie wspólnoty („iluzoryczne”, albowiem przeszkadzają braki, dziury w pamięci, „fałszywa pamięć”, która zakłamuje, dodatkowo książka nie funkcjonuje bez przypisów wydawcy, wyjaśniających kto, skąd, z kim, dlaczego).

W wypadku książki Tana również mamy odwołanie do wspomnień z dzieciństwa. Tylko nie ma próby ich (re)definicji, szukania sensów, realnej nad(od)budowy. Opowieści snute przez narratora wywodzą się z dziecięcej wyobraźni. Tytułowe Przedmieścia są miejscem magicznym, w którym nie wszystko jest jasne, nie wszystko jest wyjaśnione za pomocą „twardych” faktów. Brakujące elementy układanki dopowiada wyobraźnia, dziecięca wyobraźnia. Próba wyjaśnienia rzeczywistości za pomocą „magicznych” sytuacji, przywodzi na myśl także prozę Gabriela García Márqueza.


Zastanawia mnie, czy książka „Opowieści z najdalszych przedmieść” jest publikacją dla dzieci, albo do jakiego stopnia nią jest? Nie ulega wątpliwości, jest to fenomenalny zbiór opowiadań. I chyba przeznaczona jest, mam takie przeczucie, dla dorosłych i nie, bo tak to już bywa z dobrą literaturą.

Shaun Tan (tekst & ilustracje), Opowieści z najdalszych przedmieść, tłum. Magdalena Koziej, Kultura Gniewu, Warszawa 2013.

[tekst: 5, ilustracje: 5+, kolory/cienie: 5]

Maciej Gierszewski
Kopiec Kreta

%d blogerów lubi to: