Rafał Niemczyk, O egzegezach i wizjach Philipa K. Dicka. Esej. Magazyn Wakat, nr 4 (23) 2013.


O egzegezach i wizjach Philipa K. Dicka, czyli dlaczego
Ryszard Wagner nie został wpuszczony do Raju

Gospodyni wydaje przyjęcie i ma śliczny pięciofuntowy stek leżący na stole w kuchni i czekający na usmażenie, podczas gdy ona gawędzi z gośćmi w salonie… wypija kilka drinków i tak dalej. Później przeprasza gości na chwilę i idzie do kuchni, żeby usmażyć mięso… ale steku nie ma. A w rogu siedzi domowy kot, sennie się oblizując.

– Kot zjadł stek – stwierdził Barney.

Naprawdę? Gospodyni woła gości; spierają się o to. Mięsa nie ma, całych pięciu funtów, a w kuchni siedzi kot wyglądający na zadowolonego i najedzonego. „Zważcie kota” – mówi ktoś. Już trochę wypili i wydaje im się, że to dobry pomysł. Tak więc idą do łazienki i stawiają kota na wadze. Waży dokładnie pięć funtów. Wszyscy to widzą i jeden z gości mówi: „Teraz mamy jasność. Stek jest tu”. Są pewni, że wiedzą, co się stało: mają dowód empiryczny. Później w jednym z nich budzą się wątpliwości i pyta ze zdumieniem: „No dobrze, ale gdzie się podział kot?”

(Philip K. Dick, Trzy stygmaty Palmera Eldritcha)

O Philipie K. Dicku krążyły swego czasu (tak po prawdzie, ciągle krążą) różne zwariowane historie. Większość z nich czytelnikowi niezaznajomionemu z jego biografią wyda się z początku mniejszą lub większą konfabulacją, jednakże bliższe spotkanie (trzeciego stopnia) z twórczością pisarza nie pozostawi żadnych wątpliwości, że Dick był freakiem, zaś jego odpały brały się nie z autokreacji, a z przebłysków geniuszu jarzących się w udręczonej narkotykami i naznaczonej cierpieniem poszukiwacza głowie. „Nieodrodne dziecko narkotyczno-hippisowskiej Kalifornii” – pisał o nim przed laty na łamach „Nowej Fantastyki” Jerzy Stachowicz[1]. Lech Jęczmyk z kolei zwykł był nazywać Dicka „Dostojewskim science fiction”[2].

Demaskując Lema

Bodaj najsłynniejszą, zabawną skądinąd, awanturą związaną z urodzonym w 1928 roku w Chicago pisarzem, zawierającą na dodatek polski wątek, okazała się ta z listem do FBI, w którym Philip K. Dick domagał się zdemaskowania komunistycznego tworu, ukrywającego się pod kryptonimem „Stanisław Lem”. Przesłankami tej dekonspiracji miały być nader szeroka tematyka oraz niezliczona ilość pisarskich stylów i konwencji dzieł Lema. Zbyt duża, jak dowodził Dick, by mógł kryć się za nią jeden człowiek, na dodatek Polak z Krakowa. Ów list do Federalnego Biura Śledczego rozwijał wątek komunistycznej propagandy, którą Dick bezlitośnie „zdemaskował” w swojej korespondencji następująco:

Rzecz nie w tym, że osoby te są marksistami [chodzi o Petera Fittinga, Fredrica Jamesona i Franza Rottensteinera – przyp. R.N.], ale w tym, że wszyscy oni bez wyjątku są posłusznymi wykonawcami rozkazów Stanisława Lema z Krakowa w Polsce, stuprocentowego funkcjonariusza partyjnego (wiem to na podstawie jego publikowanych materiałów oraz osobistych listów do mnie i do innych osób). Ta komórka partii zza żelaznej kurtyny – Lem jest najprawdopodobniej wieloosobowym komitetem, a nie pojedynczym osobnikiem, gdyż pisze wieloma stylami i raz zna niektóre obce języki, a raz nie – dąży do zdobycia monopolistycznej pozycji pozwalającej kontrolować opinię poprzez krytykę i artykuły pedagogiczne, stanowiąc zagrożenie dla całej naszej dziedziny science fiction z jej swobodną wymianą poglądów i myśli.[3]

Pisarz (częściowo) odrzucony

Historia ta, jak najbardziej prawdziwa i – jakby nie patrzeć – formułująca pod adresem mistrza polskiej fantastyki wyrafinowane komplementy, stanowi doskonały przyczynek do rozważań na temat utworów samego Dicka. Na jego dorobek – z początku odbierany raczej w kategoriach niezrozumiałej SF, dziś często zaliczany do nurtu postmodernistycznego – składa się niesamowite połączenie klasycznej prozy z fantastyką, rozważań teologicznych w psychodelicznym klimacie z niepowtarzalnym oniryzmem, futurologii z gnozą. Kalifornijczyk często wpisywał w takie tło losy bohaterów borykających się z własnymi lękami, problemami, ludzką niedoskonałością, niepewnością w stosunku do dogmatów, a co za tym szło – poszukujących Nieodkrytego.

Mainstream lat 60. odrzucał prozę Dicka, ponieważ szyld „science fiction”, pod którym funkcjonowała jego wyobraźnia, był wówczas niepopularny zarówno wśród przeciętnych czytelników, jak i (nieprzeciętnych) krytyków. Pomimo licznych znajomości pisarza ze znaczącymi przedstawicielami gatunku (np. z Robertem Heinleinem, autorem Obcego w obcym kraju) literatury tej raczej nie promowano; uznawano ją za zbyt ambitną, niejasną, trudną i mało komunikatywną. Z drugiej strony posiadała ona grono wiernych fanów; Dick był wszak wydawany (może nie w największych wydawnictwach, ale jednak), a powieść Człowiek z Wysokiego Zamku, gdzie przedstawił alternatywną wizję świata – w której III Rzesza Niemiecka z pomocą Włoch wygrała II wojnę światową w Europie i Afryce, a za oceanem Japończycy podbili USA – otrzymała w 1963 roku prestiżową Nagrodę Hugo (rok wcześniej tę samą nagrodę za Obcego w obcym kraju dostał Heinlein). Jednakże książka Dicka, choć wielu zmroziła zamysłem fabularnym, odznaczała się konwencją literacką pozwalającą wpisać ją bez ociągania na mainstreamowe, beletrystyczne listy. Tymczasem z innymi dziełami, w tym z omówioną poniżej trylogią VALIS, bywało różnie…

Wizje w ciemnym zwierciadle, lecz także gdzieś poza nim

Życie prywatne amerykańskiego pisarza przypominało kalejdoskop rzucający na jego postać efektowne, choć zarazem destrukcyjne, refleksy i cienie. Jako człowiek na poły uzależniony, na poły szalony, wiódł życie mimowolnego skandalisty. Nadużywał alkoholu i narkotyków, lecz właśnie w odmiennym stanie świadomości powstało bardzo wiele jego książek. W dodatku nieustanne zażywanie środków psychoaktywnych przypada na czasy największej płodności pisarza. To wtedy, w przeciągu niecałych trzech lat (ok. 1962–1964), napisał jedenaście powieści i ponad sześćdziesiąt opowiadań.

Okres uzależnienia stał się dla Dicka inspiracją do napisania powieści A Scanner Darkly (Przez ciemne zwierciadło, 1977), w której autor przedstawia wizję świata zdegradowanego przez narkotyki, ale też zdegenerowanego poprzez organizacje za wszelką cenę próbujące zapobiegać zjawisku narkomanii. Rok wcześniej wydane zostaje, tworzone wespół z Rogerem Zelaznym przez około dwanaście lat, Deus Irae – dzieło, w którym urodzony bez rąk artysta Tibor McMasters wyrusza wraz ze swoją krową w postapokaliptyczną wędrówkę w poszukiwaniu ludzkiej postaci Boga Gniewu, sprawcy ziemskich nieszczęść, Carletona Lufteufela, aby namalować jego prawdziwe oblicze na fresku. Dzieło symptomatyczne, ponieważ rozmaite wizje i „poszukiwanie prawdziwego oblicza Boga” będą już prześladowały Dicka do końca życia.

Zaczęło się jednak dużo wcześniej. (Rozpoczęcie projektu pt. Deus Irae datuje się gdzieś na rok 1964. W trakcie realizacji Dick doszedł do wniosku, że sam nie da rady, głównie ze względu na braki w wiedzy na temat chrześcijaństwa; stąd pomysł na zaproszenie do współpracy Zelaznego, który znany był z zamiłowania do religii i mitologii) Wspominałem już, że okres największych problemów Dicka z narkotykami przypada na lata 60., dlatego zrzucanie wszelkich nadnaturalnych widzeń na karb przedawkowania wydawało się wówczas dość słuszne. Jerzy Sosnowski w przedmowie do nowego wydania Trzech stygmatów Palmera Eldritcha przytacza wizję, jaka nawiedziła Philipa Dicka w roku 1963 podczas spaceru po polnej drodze w okolicy wynajętej chatki, która służyła pisarzowi wówczas jako dom i pracownia. Wizja przybrała postać twarzy, unoszącej się gdzieś wysoko pod nieboskłonem. Dick wspominał ją później tak: „Była olbrzymia, zapełniała ćwierć nieba. Miała puste szczeliny oczu, była metalowa i okrutna i, co najgorsze, był to Bóg. Pojechałem do mojego kościoła i rozmawiałem z księdzem. Doszedł do wniosku, że miałem widzenie Szatana”[4].

Coś, co przybywa z pustymi, otwartymi rękami, nie może być Bogiem

Szaleństwo? Może i tak, ale z niego wywodzi się jeden z głównych tematów twórczości Dicka, a zarazem jedna z jego najważniejszych (obok Ubika, Człowieka z Wysokiego Zamku, Czy androidy śnią o elektrycznych owcach?, powieści znanej później jako Blade Runner, oraz trylogii VALIS) książek – Trzy stygmaty Palmera Eldritcha. Nawiasem mówiąc, z powyższym zestawieniem wielu czytelników będzie polemizować i dodawać do niego różne inne pozycje, w zależności od fascynacji i upodobań, ale nie to nas w tej chwili najbardziej interesuje.

W ambiwalencji Bóg–Szatan, rozumianej zarówno dosłownie, jak i symbolicznie, słusznie upatruje Sosnowski kręgosłupa Trzech stygmatów… Nie mniej ważnym aspektem jednak, stanowiącym stygmat całej twórczości Dicka, pozostaje opozycja realne – nierealne, a w zasadzie: rzeczywistość – urojenie, gdyż, jak niejednokrotnie będzie nas przekonywał Kalifornijczyk, „realne” nie zawsze oznacza „rzeczywiste”. Trzy stygmaty… są pod tym kątem najistotniejszą książką obok Ubika, w przypadku którego do dezorientacji percepcyjnej przykładali rękę ludzie (żyjący, ponieważ Ubik równolegle rozwijał teorię czasu połowicznego rozpadu) oraz zjawiska/moce paranormalne.

W Trzech stygmatach Palmera Eldritcha tytułowej postać przypisywać należy przymioty mesjańskie, zaś urzeczywistnienie nadchodzącego Zbawienia stanowią narkotyki. Eldritch wprowadza na rynek nowy narkotyk – Chew-Z, w który zaopatruje się podczas tajemniczej podróży międzygwiezdnej. Chew-Z, wywołujący stan perfekcyjnego odrealnienia i przeniesienia do rzeczywistości równoległej, staje się przebojem, wypierając powoli dotychczasowego lidera – Can-D. To ostatnie, w połączeniu z zestawem Perky Pat, pozwalało na iluzję, w esencji której pięknie wyrzeźbione ciała (Pat i Walt – odpowiedniki lalek Barbie i Kena!) hasały beztrosko po słonecznej plaży, flirtując, popijając drinki, wymieniając się kochankami. Dla osób przymusowo „oddelegowanych” na marsjańską pustynię (a lokalizowanie na Marsie getta dla kolonizatorów, wysłanych tam z przeludnionej Ziemi z własnej lub narzuconej woli, charakterystyczne dla ówczesnej fantastyki naukowej, przetrwało szczątkowo w prozie SF do dziś) Can-D było idealnym rozwiązaniem, a z Leo Bolero (jego imię może nawiązywać do Lwa z Apokalipsy) czyniło „biznesmena”, a ściślej: narkotykowego potentata. Pojawienie się Eldritcha krzyżuje mu plany; Leo posyła więc do akcji swojego najpewniejszego zawodnika: konsultanta-prognostyka i jasnowidza w jednym – Barneya Mayersona. Ten ostatni występuje w powieści, jak to często w przypadku protagonistów Dicka bywa, w roli człowieka naszpikowanego własnymi słabościami i naznaczonego niepewną przeszłością, która kładzie się cieniem na jego biografii.

Kluczowe pytanie, jakie trzeba tutaj zadać, posiada naturę ontologiczną: czy Zbawiciel pod postacią Palmera Eldritcha jest Mesjaszem, czy Antychrystem? Istotą, którą można określić za pomocą dyskursu „ludzkiego”, czy też tworem Innego, Niepoznanego, którego istnienie nie oznacza ani Dobra, ani Zła w żadnej ze znanych nam konwencji? Jeśli przyjąć do wiadomości teorię Tomasza z Akwinu, głoszącą, że „zło jest brakiem dobra”, rezygnując jednocześnie z uznawania Eldritcha za Mesjasza lub Antychrysta, to jego postać zacznie dryfować w okolice względnego niebytu, zaś Chew-Z, narkotyk, który oferuje ludziom namiastkę niebytu absolutnego – okaże się nie posiadać żadnych cech i nie mieć logicznego sensu. Pod koniec książki Anne zwraca się do jasnowidza Barneya słowami: „To, co spotkało Palmera Eldritcha i wniknęło weń, i z czym się zetknęliśmy, przewyższa nas i nie możemy osądzić ani zrozumieć, czego chce i do czego zmierza: pozostaje dla nas tajemnicze i niezrozumiałe. Jednakże wiem, że się mylisz, Barney. Coś, co przybywa z pustymi, otwartymi rękami, nie może być Bogiem”[5].

Chińska pułapka na palec

Fascynacja pisarza gnozą i teologią znajduje jeszcze głębsze ujście tuż po pierwszym wydaniu Deus Irae, kiedy Philip K. Dick kończy pisać VALIS[6] (1978), powieść, która wraz z Bożą inwazją i Transmigracją Timothy’ego Archera tworzy tzw. trylogię VALIS (Trylogię Valisa). Są to ostatnie dzieła napisane przez zmarłego przedwcześnie pisarza. W chwili śmierci w 1982 roku Dick miał pięćdziesiąt cztery lata, trzydzieści sześć powieści oraz ponad pięćdziesiąt opowiadań i nowel na koncie, a wiele z nich zostało później zekranizowanych (autor nie doczekał, niestety, nawet kinowej premiery świetnego Blade Runnera w reżyserii Ridleya Scotta, który został wyświetlony kilka tygodni po śmierci pisarza).

Kluczowy dla powstania VALIS był rok 1974 – dla Philipa K. Dicka okres tajemniczych wizji, mistycznych snów i paranoicznych urojeń. Oślepiło go wtedy rzekomo różowe światło wysłane przez Boga (lub jakąś inną skondensowaną twórczą energię), które poza zmianami w świadomości spowodowało powiększenie zdolności poznawczych i poszerzenie zakresu wiedzy. Jakże zdziwić się musiał któregoś dnia, kiedy okazało się, że zamiast charakterystycznych, zatłoczonych amerykańskich ulic widzi… starożytny Rzym nakładający się na obraz Kalifornii lat 70. W tym samym czasie w głowie pisarza rodzą się myśli w języku koine (określenie powszechnej formy języka greckiego, która zastąpiła klasyczny język starogrecki, używana do czasów późnoantycznych – ok. 300 p.n.e. – 300 n.e.). Ponadto, ów promień przekazał mu informację o niewykrytej chorobie jego małego synka, Christophera, która okazała się prawdziwa. „Twój syn ma nie rozpoznaną prawą przepuklinę pachwinową, która perforowała powłokę brzuszną i przedostała się do moszny” – dotarło do Dicka, kiedy słuchał muzyki.

Po prawdzie, osobą rejestrującą ów przekaz nie był już on sam, tylko Koniolub Grubas – alter ego pisarza i główny bohater VALIS. Dick wyjaśnia na kartach powieści pochodzenie tego prostego, choć pozornie dziwacznego pseudonimu: Philip to po grecku philippos („ten, który lubi konie”); Dick to z niemieckiego „gruby”. Koniolub Grubas cierpi na depresję; prześladuje go też mania samobójcza powodowana innym samobójstwem – przyjaciółki Philipa Dicka/Konioluba Grubasa, o której śmierć obwinia się ten ostatni.

VALIS opiera się na fascynacji Dicka gnozą, która zawładnęła nim w ostatnich latach życia. Zainspirowany gnostycznymi teoriami, starając się wyjść poza ramy uznawanych dogmatycznie religijnych porządków, stworzył własną egzegezę zatytułowaną Tractates Criptica Scriptura. Zawarł w niej mieszankę spostrzeżeń i wniosków wyciągniętych z wnikliwych studiów gnozy, różnych odmian chrześcijaństwa, judaizmu, islamu, taoizmu, a także wielu prastarych wierzeń (ze staroegipskimi włącznie), połączonych z rozważaniami na temat kondycji psychicznej człowieka, psychologii analitycznej Junga i dążeniami do absolutnego poznania teologicznego (Koniolub Grubas wyrusza na poszukiwanie kolejnego spośród Szeregu Zbawicieli, do których zaliczają się: Budda, Zaratusztra, Jezus, Abu al-Kasim Muhammad Ibn Haszim, czasami też Mani i Asklepios). Spotykają się tutaj ze sobą „logos będący żywą informacją” (jedną z jego form stanowi poniekąd tytułowy VALIS), entelechia Arystotelesa (w jej świetle każdy byt posiada ucelowioną duszę, która nadaje rzeczy jedność), profetyzm, hipostaza Plotyna (jako byt wyemanowany z Absolutu; przykładem z chrześcijaństwa może być rozbicie Trójcy Świętej na trzy poszczególne osoby), różne formuły kosmogonii (teorie pochodzenia wszechświata), z kolei sam Wszechświat występuje jako hologram (vide: Apoloniusz z Tiany czy współczesny nam Jean Baudrillard). „Istotą wszechświata jest informacja” – dowodzi Dick/Koniolub.

Nie bez przyczyny mówi się, że to najbardziej autobiograficzna powieść w dorobku Dicka. Próbę sięgnięcia w głąb własnych psychicznych rozterek twórcy w transcendentny sposób oddaje prowadzona na kartach VALIS polemika pomiędzy samym Dickiem, Koniolubem Grubasem oraz dwójką jego najlepszych przyjaciół. Pisarza osacza większość lęków, o których pobieżnie wiadomo z jego podstawowych danych biograficznych. „Zgodnie z moją diagnozą ma pan blok w tych trzech sferach: lęk, bezradność i niezdolność do działania” – mówi doktor podczas jednej z psychoterapii do Konioluba Grubasa. Niejako na przekór tej diagnozie stwierdzamy dziś ponadprzeciętną płodność pisarską Dicka i wręcz nieziemskość, nomen omen, jego wyobraźni. Lech Jęczmyk, przytaczając przykład konstrukcji fabularnej VALIS, pyta, czy w taki sposób może pisać szaleniec: „Tak, nadmiar szaleństwa zrywa kontakt między szalonym artystą a normalnym odbiorcą. Zawsze jest ryzyko, że szaleństwo wymknie się spod kontroli i otrzymamy bełkot. W powieściach Valis i Boża inwazja Dick niebezpiecznie, brawurowo zbliża się do powierzchni lustra, ale nie przechodzi na drugą stronę. Przesyła nam zrozumiałe komunikaty z niezrozumiałego świata. Biegnie po ostrzu. Nie ma większej sztuki w sztuce”[7].

Koniolub Grubas zastanawia się, dlaczego Zebra (czyli Bóg, który się kamufluje i ukazuje tylko w rzadkich objawieniach) nie pomógł jego tragicznie zmarłej przyjaciółce. Choroba, ból, niezasłużone cierpienie – skąd się biorą? Od Boga czy „z innego źródła”? Do polemiki na temat braku boskiego zaangażowania w ludzkie problemy włącza się przyjaciel Dicka/Konioluba – Kevin. Posiada on w zanadrzu doskonale skrojony rodzaj testu, który ma zamiar przeprowadzić na Bogu w Dniu Sądu Ostatecznego. Wyobraża sobie, że stanie przed obliczem Najwyższego, dzierżąc w ręku za ogon niczym patelnię swojego martwego, przejechanego przez samochód kota, i zapyta: „What the fuck?”.

Bo VALIS to nie tylko rozprawa filozoficzno-psychologiczna, ale też intrygująca przygoda – zabawna, wciągająca, z charakterystycznymi dla Dicka momentami ciętego, ironicznego humoru. Polecam z uwagą prześledzić motyw rozbierania przez bohaterów książki na części pierwsze filmowej wersji VALIS, z którą to zapoznają się podczas seansu kinowego, a także późniejsze przemówienie dwuletniej Sophii – objawienie, które będzie przekonywać, że „żywym bogiem jest sam człowiek”.

VALIS to także mnogość intertekstualnych, filozoficznych i teologiczno-metafizycznych nawiązań, które spuentować mogą do spółki Philip Dick i Koniolub Grubas historią Ryszarda Wagnera pukającego do bram Raju:

Ryszard Wagner stoi przed bramą do Raju. „Wpuście mnie, powiada. Jestem autorem Parsifala. Jest tam o świętym Graalu, Chrystusie, cierpieniu, litości i uzdrowieniu”. A oni na to: „Wiemy, czytaliśmy i to się nie trzyma kupy”. I TRZASK mu bramę przed nosem. Wagner ma rację i oni mają rację. To kolejna chińska pułapka na palec.[8]

Odlot absolutny

Egzegeza, którą autor podzielił się z czytelnikami za pomocą VALIS, zrodzona z jego obsesji i fascynacji, powraca dwa lata później w Bożej inwazji w sfabularyzowanej formie. Jacek Dukaj napisał w 1997 roku na łamach „SFinksa”, że to od niej powinno się rozpoczynać międzygwiezdną, pogiętą w czasie i przestrzeni wewnątrzumysłową gnostycko-teologiczno-filozoficzną podróż po pełnym narkotykowo-lekowych mikrourazów systema nervosum genialnego kalifornijskiego pisarza. Dukaj dodaje, że dzieło to stanowi najpełniejsze wprowadzenie do wewnętrznego świata autora i że sequelem mógł tę powieść nazwać tylko sam Dick, ponieważ mamy tu do czynienia jedynie z ciągłością obsesji[9]. Dostęp do Dickowskiego świata przypada jednak tylko nielicznym, albowiem nie wystarczy fachowa wiedza, kosmiczna wyobraźnia czy znajomość twórczości i zaburzeń pisarza. Wydaje się, że aby postawić stopę na CY30-CY30 B, gdzie rozpoczyna się akcja Bożej inwazji, trzeba samemu nosić w duszy (jeżeli ta istnieje) pierwiastek szaleństwa.

Herba Ashera, głównego protagonistę, poznajemy w momencie, kiedy leży na koi w swojej kopule we wzmiankowanym CY30-CY30 B, otoczony przechadzającymi się wokół szczuropodobnymi autochtonami i powierzchnią okoloną klatratem metanu, słuchając kasety z nagraniami niejakiej Lindy Fox, która uwspółcześniła muzykę XVI-wiecznego renesansowego wirtuoza lutni – Johna Dowlanda. Asher wyemigrował z Układu Słonecznego do Układu Fomalhauta (większość ludzi emigruje pod presją rządu); w nowym miejscu wegetacji płacą mu za utrzymywanie mentalnego i kulturowego kontaktu z Ziemią, a także wymianę informacji międzyplanetarnej, co ma sprawić, że on i jego sąsiedzi nie zostaną psychicznie zdehumanizowani. Prościej rzecz ujmując: puszcza im w radiu piosenki, najczęściej uwielbianej Lindy Fox. Kiedy pod postacią gorejącego panelu sterowniczego Asherowi objawia się bóstwo Jah i nakazuje mu pomóc w powrocie na Ziemię chorej na stwardnienie rozsiane sąsiadki, Rybys Rommey, która nosi w swoim łonie niepokalanie poczęte wcielenie Boga, wiemy już, że któryś z kalifornijskich szpitali psychiatrycznych szykuje łóżko dla swojego nieodrodnego dziecka. Hola, mości panowie, nie tak szybko!

Na Ziemi rządzi i dzieli mocarny reżim, będący efektem przymierza zawartego pomiędzy Kościołem chrześcijańsko-islamskim z kardynałem Fultonem Statlerem Harmsem na czele a Światopoglądem Naukowym pod przywództwem prokuratora maksimusa Nicholasa Bulkowsky’ego. Mało kto zwraca uwagę na przemycone przez Dicka zjawiska natury społecznej, aktualne również współcześnie, m.in. sztucznie wytwarzaną popkulturową papkę dla mas, seriale, które „dotrzymują ludziom towarzystwa” i współtworzą harmonogram ich życia, problemy kościoła katolickiego i innych instytucji religijnych czy kajdany biurokracji zaciśnięte na przegubach społeczeństwa.

Warstwa fabularna, jak to często bywa u Dicka, pozostaje tutaj jedynie płaszczem, pod którym kryją się garnitury i koszule: rozważania filozoficzno-teologiczne autora dotyczące walki Boga z Szatanem, Dobra ze Złem, Stworzenia z Chaosem, a także znamienne dla jego twórczości, jak choćby w fenomenalnym Ubiku, poszukiwanie granicy rzeczywistości i ułudy. Na pytanie Ziny „Czy piękny sen nie jest lepszy od okrutnej rzeczywistości?”, Bóg-Emmanuel odpowie po chwili zastanowienia, pozostając jednak w rozterce: „Nie można budować świata na życzeniach […]. Bo konieczność jest fundamentem rzeczywistości”[10].

Dick zadaje odwieczne pytanie, na które ludzie od lat bezskutecznie poszukują odpowiedzi: skoro to człowiek odpowiada za zło tego świata, czy można zwalić całą odpowiedzialność na Boga lub fałszywego Demiurga? „W tej Boskiej Maszynerii jest jakieś szczególne okrucieństwo. Żadnego romantyzmu” – rzeknie Rybys. „To dlatego, że chodzi o tak ważne sprawy” – odpowie Elias. Boża inwazja zawiera kilka wyjątkowych smaczków, wśród których polecam szczególnie Biblię pod postacią „żywej” struktury warstw hologramu, różne sposoby odczytywania Tory czy dialog pomiędzy zatrzymanym przez patrol Herbem Asherem, policjantem i centralą policyjną (Dukaj określa go mianem „odlotu absolutnego” i trudno temu zaprzeczyć).

Ostatnie rendez-vous, czyli jak Dick załatwił Śmierć

W 1981 roku ktoś miał przekazać Philipsowi K. Dickowi niezaszyfrowaną informację, niepochodzącą ani od agentów sowieckich, ani od Davida Bowie (w jego piosenkach pisarz doszukiwał się tajnego kodu z przesłaniem dotyczącym natury rzeczywistości), o tym, że Ursula K. Le Guin – w przeciwieństwie do Dicka rodowita Kalifornijka, która wydała się za Francuza – przedstawiła podczas jednego ze swoich wykładów krytyczne uwagi na temat VALIS. Opowiedział o tym Laurence Sutin w książce Boże inwazje. Życie Philipa K. Dicka – bardzo dobrze przyjętej przez krytykę i czytelników biografii. Dicka zabolały słowa pisarki (notabene, bardzo ceniącej całokształt jego twórczości) nawiązujące do kobiecych bohaterek jego powieści, które miały być w każdym calu „odrażającym i zdradzieckim wyobrażeniem śmierci”.

Dick początkowo polemizował z Le Guin, miotał się, wysyłał listy, oświadczenia, czyli przeprowadzał standardowe akcje w swoim stylu, po czym koniec końców pogodził się z opinią pisarki. Ale przyznawszy jej rację, napisał Transmigrację Timothy’ego Archera, książkę, w której narratorką jest przytłoczona ontologicznymi problemami i wszechobecną śmiercią Angel Archer, kobieta ciepła, inteligentna, nijak nieprzystająca do wizerunku literackich bohaterek Dicka, napiętnowanego przez Ursulę Le Guin. Nie mogło jednak być inaczej, skoro pierwowzór głównej bohaterki stanowiła córka pisarza – Laura Archer Dick. Znawcy doskonale wiedzą, że Dick niezwykle rzadko stosował w swoich dziełach narrację pierwszoosobową. Zazwyczaj skłaniał się ku pisaniu w trzeciej osobie, korzystając raczej z narracji prowadzonej równolegle z kilku punktów widzenia akcji. Szczegół ten może dodatkowo podkreślać wyjątkowość tej publikacji dla samego twórcy.

Fatalnym zrządzeniem losu książka przepełniona rozważaniami o śmierci, życiu pozagrobowym, reinkarnacji etc. okazała się ostatnią powieścią Dicka. Owszem, do tej pory miewał ciężkie stany, różne odpały, wieloletnie przejścia z bogatym arsenałem używek, ale wedle słów lekarzy ani ciężko nie chorował, ani nie istniało bezpośrednie zagrożenie dla jego życia. A jednak w roku 1982, kiedy to wydano Transmigrację Timothy’ego Archera, trzecią część trylogii VALIS, przeżywszy lat pięćdziesiąt cztery, Philip K. Dick zmarł.

„W oczach niemieckich romantyków to był największy ze wszystkich grzechów: zmówić się z losem, z losem pojmowanym jako zguba – mówił Dick słowami Timothy’ego Archera (w rzeczywistości zaprzyjaźnionego z Dickiem episkopalnego biskupa Kalifornii Jamesa Pike’a; Tim Archer to postać oparta na jego biografii). – Cały duch Goethego i Schillera, i… innych, cała ich orientacja opierała się na tym, że wola człowieka może pokonać los”[11].

Transmigracja… jest jednym wielkim wyścigiem z losem, ze śmiercią, braniem się z tą szpetną parą za bary, rzucaniem im rękawicy, poszukiwaniem sposobów okpienia ich. Umierają kolejne osoby, umiera symbol epoki ­– John Lennon, a biskup Timothy Archer nie może pogodzić się z istotą śmierci, gotów poświęcić swoją wiarę, dogmaty i drogę, która zaprowadziła go na sam szczyt kościelnej hierarchii. Rzuca wyzwanie, za które przyjdzie mu zapłacić najwyższą cenę. Dowiadujemy się jednak, że śmierć nie ma władzy nad schedą po wartościowym człowieku. Albowiem wpływ, jaki ten ostatni wywiera na swoich przyjaciół i otoczenie, a także piętno myśli, które pozostawia zapisane bądź zakonserwowane w myślach innych, sprawiają, że zyskuje nieśmiertelność. W taki sposób Philip K. Dick załatwił śmierć. To także jedno z przesłań Transmigracji…, pozwalające pisarzowi zaśmiewać się dziś do rozpuku razem z Timothym Archerem/biskupem Pikiem, ożywionym na kartach powieści, który zmarł wycieńczony, spadając w przepaść nad Jam haMelach nad Morzem Martwym, gdzie szukał anokhi, jakiegoś cholernego grzyba, którym rzekomo miał się odurzać Jezus Chrystus wraz ze swoimi uczniami.

Transmigracja Timothy’ego Archera to powieść o poszukiwaniu sensu życia, odtrąceniu, niezrozumieniu i porzuceniu, które wespół doprowadzają do tragedii. Mocną stroną książki jest wewnętrzna walka Tima, kiedy w obliczu traumatycznych zdarzeń jego wiara gaśnie, a biskup rozpaczliwie stawia wszystko na jedną kartę, aby tę wiarę obronić. Nieudolna próba przekonania samego siebie zamienia się w oratorski popis duchownego przed upośledzonym umysłowo Billem, a później w błyskotliwą polemikę pomiędzy nimi.

Dick znany jest z tworzenia dzieł wielopłaszczyznowych, a Transmigracja… nie pozostaje tutaj wyjątkiem. Ostatnią jego powieść należy odczytywać w kategoriach rozliczenia z Ameryką lat 60. i 70. i odbierać jako głos młodego pokolenia tamtych czasów, co spiętrza listę powodów, dla których obsadzenie Angel Archer, studentki Berkeley, w roli narratorki było tak istotne. Autor brutalnie zderza sielankowe życie amerykańskiej klasy wyższej lub średniej owych czasów ze zdegenerowanym parterem, kryjącym się poniżej głównego poziomu wzroku społeczeństwa. W powieści Dicka „dzieci kwiaty” mówią pełnoprawnym głosem.

 

Rzeczywiście jest coś wstydliwego w tym, że młody mężczyzna czy kobieta, a może nastolatek, chce umrzeć i osiąga cel, ginąc, zanim w pewnym sensie zaczął żyć, zanim się narodził. Mężowie biją żony, policjanci zabijają czarnych i Latynosów, starzy ludzie grzebią w śmietnikach albo żywią się jedzeniem dla psów – wstyd rządzi i rozdaje karty. Samobójstwo jest tylko jednym wstydliwym wydarzeniem spośród szerokiego ich wachlarza[12].

 W ostatniej książce Dicka otrzymujemy, jak na ironię, bardzo niewiele fantastyki. Można powiedzieć z czystym sumieniem, że wcale, ponieważ sprawy metafizyczne, wiara w duchy czy ich wywoływanie więcej mają wspólnego z religią, sposobem postrzegania świata tudzież filozofią. Jest w Transmigracji… Dickowska przenikliwość, balansująca na granicy geniuszu i szaleństwa, a jednocześnie ten radosny pierwiastek w odkrywaniu Nieznanego. I może właśnie ta zwariowana odwaga geniusza-szaleńca sprawia, że książki Philipa K. Dicka do dziś stanowią wykopaliska pełne tajemniczych teorii i egzegez. Wiele z nich prowadzi zapewne na manowce, ale istnieją też takie, które nadają Nieznanemu pewne kształty.

Rafał Niemczyk


[1] Jerzy Stachowicz, „Nowa Fantastyka”, nr 12 (279), grudzień 2005, s. 4.

[2] Wywiad z Lechem Jęczmykiem Dick, religijny fantasta: http://esensja.stopklatka.pl/varia/fantastyka/tekst.html?id=1044 [dostęp: 3.11.2013].

[3] Pełny tekst donosu Philipa K. Dicka można przeczytać tutaj: http://hatak.pl/artykuly/16208 [dostęp: 3.11.2013].

[4] Philip K. Dick, Trzy stygmaty Palmera Eldritcha, przeł. Zbigniew A. Królicki, z przedmową Jerzego Sosnowskiego, Dom Wydawniczy REBIS, Poznań 2012, s. 9.

[5] Dz. cyt., s. 278.

[6] VALIS to skrót od Vast Active Living Intelligence System, czyli Rozległy Czynny Żywy System Informatyczny. Nazwę VALIS należałoby zatem pisać wielkimi literami, ale w różnych źródłach spotyka się różną pisownię (raz dużymi, innym razem małymi literami).

[7] Philip K. Dick, VALIS, przeł. i opatrzył przedmową Lech Jęczmyk, Dom Wydawniczy REBIS, Poznań 2011, s. 12.

[8] Dz. cyt., s. 180.

[10] Philip K. Dick, Boża inwazja, przeł. Lech Jęczmyk, z przedmową Mai Lidii Kossakowskiej, Dom Wydawniczy REBIS, Poznań 2011, s. 217.

[11] Philip K. Dick, Transmigracja Timothy’ego Archera, przeł. i opatrzył posłowiem Lech Jęczmyk, z przedmową Dominiki Oramus, Dom Wydawniczy REBIS, Poznań 2012.

[12] Dz. cyt., s. 94-95.

Stanisław Lem, Solaris.


Coraz wymyślniejsze maski, a bohater ten sam

Takiej przyjemności to ja, w imię ojca i ducha, jeszcze w życiu nie miałem. Żeby gości z kosmosu podejmować? Z kosmosu? Który nie wiadomo, gdzie się kończy? Bo gdzie się ten kosmos kończy? Bo stół się, kurna, kończy tu! A gdzie się kończy kosmos?

(Janusz Gajos jako Janek, w filmie „Big Bang”  Andrzeja Kondratiuka)

Kontakt człowieka z obcą cywilizacją, inteligencją lub formą życia to wątek, który należy do najczęściej eksponowanych przez twórców science fiction. Żelazny trzon stanowią tutaj książki, których fabuła koncentruje się wokół inwazji Obcych na Ziemię. Na tle apokaliptycznych wydarzeń podpatrujemy różne modele społecznych postaw, wynikających z ludzkich lęków i spotkania z Nieznanym. Wspomnę tu przykłady XIX-wiecznej jeszcze „Wojny światów” Herberta George’a Wellsa (1898) – dziś uznawaną za literacką klasykę, „Władców marionetek” Roberta Heinleina (1951) czy „Koniec dzieciństwa” Arthura C. Clarke’a (1953). Utwory te mają najczęściej charakter alegoryczny – skupiają się tak naprawdę na człowieku, ziemskich problemach, konfliktach zbrojnych itp. „Wojna światów” odbierana jest dzisiaj jako przestroga i mroczna zapowiedź wybuchu I wojny światowej, a „Władcy marionetek”, gdzie Obcy przejmują kontrolę nad ludzkimi umysłami, to alegoria ewentualnej ówczesnej agresji ZSRR na Stany Zjednoczone. Druga grupa powieści skupia się na wizjach kolonizacji dalekich planet, najczęściej Marsa („Kroniki marsjańskie” Raya Bradbury’ego z 1950; z nowej polskiej SF „Mars” Rafała Kosika z 2009). Tam autorzy podejmują m.in. problematykę zysków i strat, różnic cywilizacyjnych, często także ludzkiej moralności i kształtującego ją systemu wartości. Heinlein pokusił się też o świetną książkę ukazującą proces odwrotny: „Obcy w obcym kraju” (1961) to historia człowieka wychowanego przez Marsjan, który wraca na Ziemię i nie potrafi dopasować się do XX-wiecznej Ameryki, zdławionej przez materializm i konsumpcjonizm.

Ilustracja wykonana przez Rudolfa Eizenhöfera do, jak sam twierdzi, jego ukochanej książki

„Solaris” Stanisława Lema – jedna z najważniejszych powieści science fiction, której poświęcono dziesiątki innych książek, setki analiz i monografii – nie mieści się w ani jednej, ani drugiej formule. Antoni Smuszkiewicz napisał we wstępie do książki poświęconej Lemowi, że „o autorze Solaris nie można wiedzieć wszystkiego, bowiem jeśli uda się uchwycić jego ideę, ona ucieka i jest już gdzie indziej”.

W świetle mnogości interpretacyjnej utworu, który skonstruowano tak, że większość hipotez wzajemnie się wyklucza, jest to bodaj najtrafniejsza konkluzja, jaką można wysnuć po lekturze najgłośniejszej książki Lema. Jerzy Jarzębski w posłowiu dodaje, że „pozycja, jaką powieść zajmuje w historii gatunku, wynika jednak stąd głównie, że Lemowi udało się stworzyć nie tylko szczególnie oryginalną wizję partnera Kontaktu, ale też model literatury, w której dramat poznania Nieludzkiego wtopiony jest organicznie w strukturę fabuły”.

Wyruszamy w kosmos, przygotowani na wszystko, to znaczy, na samotność, na walkę, męczeństwo i śmierć. Ze skromności nie wypowiadamy tego głośno, ale myślimy sobie czasem, że jesteśmy wspaniali. Tymczasem, tymczasem to nie chcemy zdobywać kosmosu, chcemy tylko rozszerzyć Ziemię do jego granic. Jedne planety mają być pustynne jak Sahara, inne lodowate jak biegun albo tropikalne jak dżungla brazylijska. Jesteśmy humanitarni i szlachetni, nie chcemy podbijać innych ras, chcemy tylko przekazać im nasze wartości i w zamian przejąć ich dziedzictwo. Mamy się za rycerzy świętego Kontaktu. To drugi fałsz. Nie szukamy nikogo oprócz ludzi. Nie potrzeba nam innych światów. Potrzeba nam luster. Nie wiemy, co począć z innymi światami. Wystarczy ten jeden, a już się nim dławimy.

W pobliżu Solaris – kadr z filmu Stevena Soderbergha (2002)

Kosmiczna stacja badawcza zostaje zawieszona w bezpiecznej odległości od planety Solaris, którą ziemscy naukowcy próbują rozgryźć od wieku. Na planecie daje się zaobserwować dziwną formę życia pod postacią plazmatycznego, solarystycznego oceanu, posiadającego niezbadane do końca właściwości. Pozwalają one w dziwny sposób wpływać na umysły badaczy, którzy robią wszystko, aby skontaktować się z obcą formą inteligencji. Na stację przybywa młody psycholog, Kris Kelvin, od lat zaangażowany w badania nad Solaris. Już na miejscu zastaje dziwną sytuację, zaś jego współpracownicy – cybernetyk Snaut i fizyk Sartorius – zaskakują go irracjonalnym zachowaniem, balansując na granicy paranoi i szaleństwa. Ponurą atmosferę pogłębia wiadomość o samobójczej śmierci głównego przełożonego badaczy – Gibariana. Jak się ma okazać, ocean podsyła solarystom tzw. „twory F” – przypominające do żywego ludzkie stworzenia bezpośrednio powiązane z życiem naukowców. Nie są to zjawy, jak błędnie wskazują niektórzy czytelnicy, ponieważ są wytworami fizycznie namacalnymi. W przypadku Kelvina jest to Harey – jego była partnerka. Odtrąciwszy jej uczucie, mężczyzna nieumyślnie pchnął ją do samobójstwa. To trauma, z którą od lat żyje, z którą trudno mu się pogodzić, która z niewiadomego powodu powraca – dosłownie rzecz ujmując, przywrócona do życia przez ocean Solaris.

Co to są twory F? To nie są osoby ani kopie określonych osób, tylko zmaterializowane projekcje tego, co na temat danej osoby zawiera nasz mózg.

Twory F w niewytłumaczalny sposób wydają się być „nieśmiertelne” – próby unicestwienia ich wszelkimi ziemskimi sposobami spalają na panewce. Dla skrupulatnego Sartoriusa, który nie wyobraża sobie z perspektywy człowieka nauki braku kontroli nad właściwym biegiem wypadków, głównym celem staje się stworzenie anihilatora – urządzenia likwidującego twory F. Z wolna popada w obłęd, zamykając się we własnym pokoju i prowadząc rozmaite badania. Snaut ucieka w alkohol, ukrywając swoją zjawę przed pozostałymi. Jedynie Kris nie ukrywa obecności Harey – co więcej, wydaje się, że pomiędzy nim, a „zmartwychwstałą” kobietą na nowo rodzi się uczucie, pomimo tego, że mężczyzna ma świadomość nieludzko zaawansowanej, ale jednak iluzji. Geniusz Lema dokonuje na kartach „Solaris” syntezy ambiwalentnych konwencji: oto mamy naukowca, który z własnej woli oddaje się we władanie kobiecego mirażu, stając się przy tym tragicznym romantycznym kochankiem wyjętym żywcem z kart XIX-wiecznych powieści – toczącym wewnętrzną walkę o prawo uczucia do czegoś, co nie ma prawa istnieć. Cierpienie Krisa Kelvina nie usuwa jednak na dalszy plan sprawy Kontaktu, a „Solaris” nie staje się romansem. Mamy tu raczej do czynienia ze stopniową psychoanalizą bohatera, której punkt kulminacyjny będzie miał miejsce w ostatnich scenach książki.

 

„Wykroczenie poza zwykłość ludzkich ładów proponuje też sama fabuła powieści, w której romansowe zdarzenia w tak widomy sposób okazują się maską, pod którą rozgrywa się zupełnie inny dramat – kruszenia właściwych człowiekowi standardów rozumienia i oceny rzeczywistości” – pisze Jarzębski.

Apokryficzna dokumentacja Solaris jest źródłem bliższego poznania planety. Pierwszoosobowa narracja prowadzona przez Kelvina jest przeplatana cytowaniem fragmentów książek, monografii lub relacji solarystów dokonanych na przestrzeni lat. Wielkie wrażenie robią opisy samej planety – ogromnego oceanu, którego zjawiskowości nie sposób porównać do niczego co ziemskie, a wszelkie próby tegoż ulegają w dużym stopniu subiektywnemu zniekształceniu. Żywe barwy oceanu, zachody dwóch słońc rzucających rdzawe lub niebieskie poświaty, klaustrofobiczny charakter stacji i gęstniejąca atmosfera – wszystko to pogłębia somnambuliczny przebieg zdarzeń. Miejscami bohaterowie sami nie wiedzą, gdzie się kończy sen, a zaczyna jawa.

Solaris w filmie Andrieja Tarkowskiego (1972)

Nigdzie bodaj wyobraźnia i umiejętność pospiesznego tworzenia hipotez nie staje się tak zgubna. W końcu wszystko jest na tej planecie możliwe. Niewiarygodnie brzmiące opisy konstelacji, które tworzy plazma, są według wszelkiego prawdopodobieństwa autentyczne, chociaż na ogół niesprawdzalne, ocean bowiem rzadko kiedy powtarza swoje ewolucje. Obserwującego je po raz pierwszy przerażają głównie obcością i ogromem; gdyby występowały w małej skali, w jakimś bajorze, uznano by je zapewne za jeszcze jeden „wybryk natury”, przejaw przypadkowości i ślepej gry sił. To, że miernota i geniusz stają jednakowo bezradni wobec nieprzebranej rozmaitości solarycznych form, też nie ułatwia obcowania z fenomenami żywego oceanu.

W „Solaris” Lem zajmuje stanowisko, które odnaleźć można w wielu jego innych książkach – a mianowicie, że jak na razie nie jest możliwe spotkanie człowieka z odmienną od naszej inteligencją czy cywilizacją. Kluczowe nie są tu braki technologiczne – sama eksploracja kosmosu jest możliwa, ale szukając obcych form życia, człowiek tak naprawdę szuka samego siebie, ewentualnie formuły, w którą mógłby odkrytą Inność wtłoczyć. „Nie szukamy nikogo oprócz ludzi. Nie potrzeba nam innych światów. Potrzeba nam luster.” – mówi Snaut. A gdyby tak odwrócić lustro? Gdyby tak obca forma inteligencji zawitała do nas – w celach nie inwazyjnych, ale poznawczych? Gdyby zdarzyło się tak, jak w komediodramacie „Big Bang” z 1986 roku, że na polu polskiej wsi ląduje nocą statek kosmiczny? Niezapomniany Pan Kazio ustami Romana Kłosowskiego nie pozostawia w tej kwestii najmniejszych wątpliwości: „Człowiek z człowieka mydło wyprodukował i tym mydłem oblicze swoje obmył. Jest się czym pochwalić przed gośćmi z kosmosu…”.

Stanisław Lem, Solaris, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2012.

Rafał Niemczyk 

Stanisław Lem, Bajki robotów.


Bajki_robotow_okladkaO Wielkim Elektroniku, który nakłonił sceptyczną techmłodzież do lektury bajek konstruktora StanLemosa

Wielki Elektronik postukał się po antywstrząsowym kasku, symulując ziewanie i leniwie przestawiając soczewki optyczne na zdolność rozpraszającą, aby dostosować poziom widzenia do trzeciego już tego dnia wschodu słońca. Przykręcił poluzowane śrubki skafandra, a ponieważ spieszył się na wykład i nie chciał marnotrawić czasu na pławienie się w luksusie zmysłowych doznań, przełączył przycisk na automatyczny kamuflaż termooptyczny. Połknąwszy kolorową kapsułkę z napisem ŚNIADANIE, wcisnął przycisk pilota, który odpowiadał za jednoczesne rozwarcie się drzwi na taras i wysunięcie się płata minilotniska. Nie mając w planie zatrzymywania się gdzieś po drodze na Uniwersytet im. Siedmiu Arcyzasad Dynamiki Wentona, postanowił skorzystać z niezwykle praktycznej kapsuły samodostarczalnej. Zatrzasnąwszy się w kapsule, zapiął pasy, wstukał w panelu sterującym skrót UNIWERSYTET WENTONA i wystrzelił się w niebo. Trzecie Słońce nie zdążyło nawet mrugnąć solarnym okiem, kiedy kapsuła z Wielkim Elektronikiem zatrzepotała w uniwersyteckiej siatce parkingowej o numerze 221B.

Bajki_robotow_Daniel_MrozDo dzisiejszego wykładu podchodził bardzo ambicjonalnie – tym bardziej, że zdawał sobie sprawę ze smutnego faktu, iż współcześni mu techstudenci rzadko sięgali do książek w klasycznej odmianie. A już z pewnością nigdy nie zdołałby nakłonić ich do lektury, gdyby hologram wypalony na woluminie wskazywał na tysiącletniego starocia. Wielki Elektronik był jednak technohumanistą, kreatorem labiryntu Cybernatora Nimosa, twórcą spoidła mózgowego jego kalekiego syna z nieprawego łożyska. Pośród mnogości jego zalet – poza naturalną inteligencją (NI) oraz wszechwiedzą – można było wykopać skarby mniej poślednie, a mianowicie spryt właściwy jego praprzodkom, a także empatię, dzięki którym to cechom zaskarbiał sobie sympatię kolejnych pokoleń techmłodzieży.

Uniwersyteckie konwenanse zalecały wykładowcom poruszanie się po terenie uczelni i prowadzenie wykładów w cybergarniturach. W chwili, gdy przestępował próg auli, Wielki Elektronik nacisnął jednak przycisk na pasku, zamieniając oficjalny strój na LUŹNE CYWILNE CIUCHY (Model 3: T-shirt + dżinsy). Powitała go cisza, gdyż techstudenci darzyli go szacunkiem, zaś jego nieoficjalny strój nagrodzono wewnętrzną aprobatą.

– Moi drodzy, dzisiejszy wykład będzie inny niż zwykle – zaczął, modulując głos do poziomu minus 8, na granicy szeptu i cichej mowy; takim tonem, z dodatkiem charyzmatycznej chrypki, snuli swe opowieści Starożytni, a Wielki Elektronik hołdował, kiedy tylko się dało, klasycznym wartościom.

Bajki_robotow_2_Daniel_Mroz– Opowiem wam bowiem historię wielkiego konstruktora z zamierzchłych lat – mówił już rozluźniony, ponieważ wkraczał w swój żywioł – ale nie dajcie się zwieść sztuczkom czasu, porzućcie przekonanie o jego potędze i techwładzy. Tak, wiem, uczą was tutaj czegoś zupełnie innego, ale umówmy się, że jednorazowa wycieczka poza technokratyczne ramy, uczyniona na potrzeby nauki, zostanie przyjęta ze zrozumieniem. Czasami jest tak, że aby pchnąć postęp, nadać mu pędu, właściwego kierunku i wektora, trzeba zrobić krok wprzód. To trochę jak przeskakiwanie przepaści w czasach, kiedy nie wynaleźliśmy jeszcze Jet-packów: pięć kroków w tył, rozbieg i skok. Summa summarum: dziesięć kroków naprzód.

– Lata świetlne wstecz – kontynuował Wielki Elektronik, kierując historię na właściwe tory – w odległej galaktyce z jednym tylko słońcem, być może takiej, której powierzchni ani nasza stopa, ani podwozie naszych kosmolotów nigdy nie będzie w stanie dotknąć, żył wielki konstruktor, choć Człowiek. – Według Starych Ksiąg na imię było mu StanLemos, lecz czasami spotyka się w techkronikach imię nieco inne. Został powołany do życia w przestarzałym procesie prokreacji, dlatego wszelkich umiejętności – biologicznych, społecznych i twórczych – musiał był wyuczyć się sam.

Bajki_robotow_3_Daniel_MrozPo auli przeszedł szmer podniecenia i niedowierzania, ponieważ Wielki Elektronik, zastępca Techrektora Uniwersytetu im. Siedmiu Arcyzasad Dynamiki Wentona, android poważany, niesłychanie mądry i praktyczny, najwyraźniej poprzepalał sobie obwody mózgowe.

– Panie Wielki Elektroniku, technauczycielu nasz wspaniały, jak żaden inny zaufania godny, skarbnico wiedzy niezmierzona, cóż zamiarujesz uczynić, opowiadając nam bajki, w które nie dalibyśmy wiary jako embriony Y, a co dopiero jako techstudenci Czwartego Poziomu? – zawołał żałosnym głosem Angullo, grupowy prymus, który znany był z tego, że pozwalał sobie zuchwale na wplatanie w swoje wypowiedzi słów ze Starej Mowy, większości jego rówieśnikom nieznanej.

– Prawdę powiadam, Angullo, mój ty niewierny w dobrej wierze – odpowiedział Wielki Elektronik, podobnie jak uczeń posiłkując się Starą Mową, co dowieść miało podniosłości dyskusji. – Azali dowieść ci tego zdołam w jeden jedyny sposób, sposób niezawodny i niepodważalny.

Mówiąc to, podszedł do ściennego Metawariografu, z którego korzystali wykładowcy, chcący zweryfikować pochodzenie wiedzy techstudentów podczas egzaminów. Ponownie opowiedział historię konstruktora StanLemosa, tym razem do specjalnego mikrofonu. A kiedy stało się tak, że lampka kontrolna urządzenia zapaliła się na jaskrawy zielony kolor, weryfikujący prawdopodobieństwo prawdy na poziomie 91-97%, nie odezwał się już nikt. Takim oto sposobem Wielki Elektronik, który zdradzał także talenty polityczne i retoryczne, przy prawdopodobieństwie prawdy na poziomie 91-97%, zdobył sobie 100% uwagi swojej publiczności – techstudentów-niedowiarków.

– Konstruktor StanLemos – podjął po chwili – był w stanie czynić rzeczy niezwykłe, nie mając do dyspozycji ani nowoczesnych narzędzi, ani kapsułek wiedzy, ani robotów-asystentów, ani podprojektów, na których opieramy wszak wszystkie nasze dokonania od setek lat. Swoje konstrukcje budował za pomocą SŁOWA.

87% techstudentów wstrzymało oddech, ale już żaden nie odważył się zabrać głosu.

Bajki_robotow_4_Daniel_Mroz– Trzeba wam bowiem wiedzieć, że tysiące lat temu Słowo Pisane było bronią potężną, która potrafiła siać w umysłach tak wiarę, jak i zwątpienie, tak nienawiść, jak miłość, tak prawdę, jak i kłamstwo. Mistrz StanLemos tworzył w czasach, kiedy nie wszystko można było wypowiedzieć na głos, ba, nie wszystko można było napisać. Tworzył pod kontrolą złych przywódców, a groźba cenzury często zmuszała go by swoim dziełom przydawać woal nieprawdopodobieństwa. Za pomocą siły swojego umysłu i nadludzkiego IQ nieprawdopodobieństwa swoich historii przekuwał na prawdę o prawdopodobieństwie 93-98%. Jeśli sięgniecie po jego dzieła, obiecuję w przyszłości dać wam dostęp do stosownej dokumentacji, która potwierdzi wymienione statystyki.

– Jeden z najbliższych przyjaciół StanLemosa, także słowny konstruktor, zwany SlawMrozem, pozwolił sobie na takie oto wyznanie: „Byłem zawsze przytłoczony ponadnormalnością Twojej inteligencji, nieco przerażającej, bo noszącej znamiona ewolucyjnego skoku. Wszelka nawet myśl o rywalizacji musiała być śmieszna, bo to są różnice nie poziomów (które ewentualnie można podciągać czy obniżać), ale rejonu”.

Bajki_robotow_5_Daniel_Mroz– Księga, którą wam dziś prezentuję, osadzona jest we współczesnych nam realiach, choć StanLemos z racji czasów, w których przyszło mu tworzyć, stosował dość przestarzałą terminologię. Napisał ją w konwencji fantastyki naukowej, jednak wplótł tam także motywy typowo baśniowe – gatunku literackiego, który w naszych czasach został praktycznie zaniechany. StanLemos przyjął koncepcję, że nawet żyjąc w niedoskonałym, zacofanym technologicznie świecie, wszystko można skonstruować, ponieważ posługując się Słowem Pisanym, był w stanie wyzbyć się jakichkolwiek barier. Jeżeli Wszechświat jest nieskończony, a za taki go wówczas uważano, to dlaczego skończona ma być twórczość oparta na Słowie Pisanym? Owszem, rozważano już wtedy casus Biblioteki Babel, który wy rozbieraliście na czynniki pierwsze na poprzednim Poziomie. StanLemos wyprzedził jednak swoją epokę o lata świetlne, zastępując przestarzałą magię nadzwyczajną wynalazczością oraz potęgą intelektu. A że jego konstrukcje poza wartością umysłową, niosły ze sobą rozrywkową formę, konstruktor StanLemos cieszył się już za życia zasłużoną estymą. Zasługi jego nieocenione uczyniły go nieśmiertelnym, dowodem czego choćby nasze dzisiejsze zajęcia – tu, w auli Uniwersytetu im. Siedmiu Arcyzasad Dynamiki Wentona, w roku 2921 – zakończył Wielki Elektronik.

Pożegnawszy się z techstudentami przed przerwą, zostawił im w auli stertę klasycznych książek – kartek papieru o charakterystycznym zapachu, wtłoczonych w grzbiet płóciennej okładki. Kiedy tuż po przerwie wrócił na kolejny wykład, z auli zniknęły wszystkie książki i wszyscy uczniowie. Wielki Elektronik był jednocześnie wielkim spryciarzem, potrafił więc obmyślić wszystko tak, żeby urządzić sobie przedwczesny fajrant. Wybrał na wideołączu połączenie z Lady Robotticą, po czym zadał niewinne pytanie: czy ich kolacja nie mogłaby przypadkiem przemienić się w lunch? Trzecie słońce stało już wysoko, a zza horyzontu wychylało się czwarte.

Stanisław Lem, Bajki robotów, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2012.

Rafał Niemczyk   

* Autorem ilustracji wykorzystanych w tekście jest polski grafik, rysownik i scenograf Daniel Mróz – niezapomniany ilustrator „Cyberiady”, „Bajek robotów” i wielu innych książek (m.in. Kafki, Verne’a, Mrożka).

Stanisław Lem, Kongres futurologiczny. Recenzja


Fantomowe wizje z kanału ściekowego

Od wielu lat w kręgach miłośników science-fiction krąży na temat Stanisława Lema zabawna anegdota, którą ukuł swoim działaniem nie kto inny, jak Philip K. Dick. Był to rok 1974, a więc rok, w którym amerykańskiego pisarza mamiły już nie tylko narkotyki, z którymi lubił eksperymentować, ale również różowe światło wysłane przez Boga (lub jakąś inną twórczą energię). Dick zarzucił wykreowanie postaci pisarza Stanisława Lema komunistycznej propagandzie, która swoją tajną misją miała uderzyć w kontrolę opinii publicznej. Corpus delicti stanowił w tej sprawie przede wszystkim dorobek pisarski Lema: zbyt szeroka tematyka jego dzieł i niezliczona ilość pisarskich stylów i konwencji, którymi się posługiwał. Zbyt liczna, jak dowodził Dick, by mógł kryć się za nią jeden człowiek, na dodatek Polak z Krakowa.

Ów list do FBI rozwijał wątek komunistycznej propagandy, którą Dick bezlitośnie zdemaskował w swojej wcześniejszej korespondencji z Federalnym Biurem Śledczym:

Rzecz nie w tym, że osoby te są marksistami [chodzi o Petera Fittinga, Fredrica Jamesona i Franza Rottensteinera – przyp. R.N.], ale w tym, że wszyscy oni bez wyjątku są posłusznymi wykonawcami rozkazów Stanisława Lema z Krakowa w Polsce, stuprocentowego funkcjonariusza partyjnego (wiem to na podstawie jego publikowanych materiałów oraz osobistych listów do mnie i do innych osób). Ta komórka partii zza żelaznej kurtyny – Lem jest najprawdopodobniej wieloosobowym komitetem, a nie pojedynczym osobnikiem, gdyż pisze wieloma stylami i raz zna niektóre obce języki, a raz nie – dąży do zdobycia monopolistycznej pozycji pozwalającej kontrolować opinię poprzez krytykę i artykuły pedagogiczne, stanowiąc zagrożenie dla całej naszej dziedziny science fiction z jej swobodną wymianą poglądów i myśli.

Napisałem o tym nie po to, żeby po raz kolejny Lemowi przewrotnie schlebić ani nie po to, by poprzez ekspresyjne (mówiąc oględnie) wypowiedzi po raz kolejny zwrócić uwagę na geniusz Dicka. Napisałem o tym, bo gdyby zapytać młodszych czytelników o krótki komentarz na temat „Kongresu futurologicznego”, wielu z nich odparłoby, posługując się młodzieżowym slangiem, że jest to powieść „poryta”. Wśród nich byliby i tacy, którzy dołączyliby krótkie porównanie: „jak Dick”. Cały wic polega na tym, że w tych skojarzeniach nie ma nic zdrożnego; wręcz przeciwnie – w wielu naukowych opracowaniach „Kongresu…” dominuje ton satyryczny i wisielczy humor.

Gdzieś w początkach XXI wieku spotyka się na Ósmym Światowym Kongresie Futurologicznym zbieranina naukowców i działaczy politycznych z całego świata. Jest wśród nich Ijon Tichy – kosmiczny wagabunda powszechnie znany z „Dzienników gwiazdowych”. Świat wokół jest niestabilny politycznie i rozedrgany społecznymi emocjami. Głównym problemem jest przeludnienie i to nad jego rozwiązaniem debatują mądre głowy. Szybko dochodzi jednak do zamieszek, a nawet regularnej bitwy pomiędzy wrogimi obozami. Ijon Tichy wraz z kilkoma uczestnikami kongresu znajduje azyl w kanale ściekowym, gdy na miasto spadają, mające pomóc w stłumieniu rozrób, chemiczne środki halucynogenne. Zaczyna się podróż z pogranicza jawy, snu i haju. Zamrażanie, odmrażanie, podróże w czasie i usilne poszukiwanie rozwiązania w sytuacji bez wyjścia. Czy rok 2039 i chemia jako katalizator eutopijnego świata może się sprawdzić w – nomen omen – praniu? Co miałby w tej sprawie do powiedzenia Philip K. Dick?

„Jesteśmy zniewoleni stanem rzeczy. Zagnał nas w kąt. Gramy takimi kartami, jakie nam społeczny los wcisnął w ręce – wyjaśnia „rzeczowidz” George Symington. – Przynosimy spokój, pogodę i ulgę jedynym zachowanym sposobem. Utrzymujemy na skraju równowagi to, co bez nas runęłoby w agonię powszechną. Jesteśmy Atlasem tego świata. Chodzi o to, że jeżeli już musi ginąć, niechaj nie cierpi. Jeżeli nie można odmienić prawdy, trzeba ją zasłonić, to o s t a t n i jeszcze humanitarny, jeszcze ludzki obowiązek.”

Kongres-futurologiczny-BashirTragikomiczna groteska Lema upatruje tej agonii przede wszystkim w upadku kultury, moralności i podstawowych systemów wartości. Jest już za późno, żeby budować cywilizację od nowa, żeby nauczyć jej pokory i szacunku, żeby wpoić jej podstawowe zasady samoorganizowania. Jedyne co pozostało, to ucieczka w nieistnienie i utrzymywanie w ryzach garstki tych, którzy niepotrzebnie dobijają się do drzwi prawdy. Czyż w podobne tony nie uderzał Dick? Ten szukał jednak oparcia w gnozie, chciał wyjść poza ustalone granice, analizując procesy przejściowe lub odwołując się do przeszłości (czasami światów równoległych). Lem, kreując w „Kongresie…” futurologiczny model świata omamionego, wskazuje jednocześnie na to, że postęp jest tutaj podstępem.

„Cywilizacja luksusu i spełniania życzeń jest tam tą samą cywilizacją, w której kilkadziesiąt miliardów ludzi dogorywa w nieopisanej nędzy – pisze Jerzy Jarzębski. Tyle że bohaterowie tej tragedii nic o tym nie wiedzą i mają się za dzieci szczęścia.”

„Kryterium zdrowego rozsądku nie jest do historii ludzkiej stosowalne – peroruje Ijon Tichy. – Czy Averroes, Kant, Sokrates, Newton, Wolter uwierzyliby, że w wieku dwudziestym plagą miast, trucicielem płuc, masowym mordercą, przedmiotem kultu stanie się blaszany wózek na kółkach i że ludzie będą woleli ginąć w nim roztrzaskani podczas masowych weekendowych wyjazdów, aniżeli siedzieć cało w domu?”

Te fantomowe wizje nie są Lemowi obce także w tekstach uderzających w poważniejsze niż brawurowa groteska tony; pisarz szeroko omawia problem wirtualnego świata w „Summa technologiae”. „Kongres…” wyróżnia się jednak niecodziennym humorem, także czarnym, który lokalizuje kąt padania zarzutów stawianych wobec cywilizacji w opozycji do wymogów, a właściwie wyznaczników własnej jakości i struktury, które sama sobie wytworzyła. Bo niby jak znaleźć wyjście w sytuacji, gdy każda podróż kończy się w kanale ściekowym, a i tak jest to najlepsze z możliwych lądowań?

Stanisław Lem, Kongres futurologiczny, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2012.

Rafał Niemczyk

* W sieci można obejrzeć trailer i fragmenty odcinków serialu „Ijon Tichy – gwiezdny podróżnik”, który w 2007 roku zrealizowała telewizja niemiecka (polska wersja z dubbingiem w wykonaniu Macieja Stuhra i Edyty Jungowskiej).

Na 2013 rok zaplanowano animowaną ekranizację „Kongresu futurologicznego” pt. „The Congress”, którego reżyserem będzie Ari Folman, znany m.in. z anime „Walc z Bashirem”. Film ma być w połowie obrazem aktorskim, w połowie animacją 2D.

Stanisław Lem, Dzienniki gwiazdowe. Recenzja


Krzywe zwierciadło, które nigdy się nie kurzy

Sięgając po kilku latach po „Dzienniki gwiazdowe”, trudno dać wiarę, że premierowe opowiadania o przygodach Ijona Tichego powstały już grubo ponad pół wieku temu. Ponadczasowa oryginalność, odnosząca się zresztą do większości utworów Stanisława Lema, daje do myślenia nie tylko na płaszczyźnie literackiej – każe się bowiem zastanowić, czy Lem to tak zręczny pisarz, który potrafi zakonserwować w podszytych ironią i groteską „Dziennikach…” mętne studium ludzkiej cywilizacji, czy też wybitny futurolog sięgający na wskroś w przyszłość, dając do zrozumienia, że gwiezdne podróże Ijona Tichego to nie tylko zabawa dla inteligentnego czytelnika. I jedno, i drugie w równym stopniu jest prawdą.

Celnie ujmuje to w posłowiu krytyk i historyk literatury, wytrawny znawca Lema Jerzy Jarzębski, przedstawiając postać Ijona Tichego – obytego we wszechświecie gaduły, złaknionego wiedzy podróżnika i poszukiwacza przygód – jako kompilację Barona Münchhausena i Guliwera:
„Na pierwszy rzut oka więcej jest w Tichym z Münchhausena: jego przygody mają charakter nieprawdopodobnych a uciesznych przypadków, w których na pozór bardziej chodzi o zabawienie czytelnika i groteskową autoreklamę niż o zysk poznawczy, w samym zaś podróżniku trudno uchwycić proces dojrzewania i wewnętrznej przemiany” – pisze Jarzębski.

Taka jest większość z wcześniejszych przygód Tichego. W Podróży jedenastej trafia on na planetę Karelirię rządzoną przez potężny elektroniczny mechanizm – Jego Induktywność Kalkulatora Elektrycego Pierwszego. Planetę zamieszkują „fałszywe roboty”, a jak się można szybko domyślić – za całym zamieszaniem i haniebną maskaradą stoi człowiek, jego chciwość i pycha.
„Jak to jednak miło pomyśleć, że tylko człowiek może być draniem” – powie Ijon Tichy i myśl tę będzie można odnieść do wielu innych podróży.

Stanislaw-LemI tak – w Podróży czternastej zwiedzimy z Tichym planetę Enteropię i zapolujemy na kurdle – istoty, które dawno temu uratowały ludziom skórę w zabójczych okresach strumów meteorytów. Ludzka pamięć jest zawodna, a niewdzięczność powszechnie znana, więc nawet Tichy przez pewien czas nie ma świadomości, w czym zgodził się wziąć udział.

Podróż dwudziesta pierwsza to z kolei filozoficzna rozprawa po wizycie Tichego na Dychtonii. Zapobiegliwi mieszkańcy tej dziwnej planety posiedli wręcz nieograniczoną moc tworzenia i przeobrażania swoich ciał we wszystko, co zechcą. Sytuacja wydaje się wymarzona, aż na usta samo ciśnie się pytanie: „Czegóż chcieć więcej?”. Odpowiedź okazuje się prozaiczna, ale jednocześnie w groteskowy sposób przerażająca. Trzeba bowiem chcieć chcenia albo przynajmniej wiedzieć, czego się tak naprawdę chce. Podobny wątek, choć podany w bardziej technologicznym (a momentami nawet technokratycznym) sosie, podejmuje w opowiadaniu „Linia oporu” Jacek Dukaj [vide: recenzja zbioru opowiadań „Król bólu”], którego bohaterowie w świecie opływającym luksusami poszukują… sensu życia. U Lema okazuje się, że przepis na udane życie posiadają nie jednostki na najwyższym poziomie cywilizacyjnym, a rozumne roboty z niższego szczebla ewolucji. Zakładają własny zakon, wierzą w Boga, ale nie poszukują Absolutu; przeciwnie – niczego od tego Boga nie oczekują. Teologiczne rozprawki i motyw stwórcy/demiurga (tak ręki boskiej, jak i ludzkiej, która za boską pragnie się uważać) jest obecny w kilku innych podróżach oraz w późniejszych „Wspomnieniach Ijona Tichego”.

W lwiej części opowiadań przebija za to kpina z „ziemskiego porządku”, hierarchii ludzkich wartości, głupoty jednostek i społeczeństw. „W tych wczesnych opowieściach Ijona Tichego autor rozdawał razy na wszystkie strony: obrywali od niego zgodnie z wymogami epoki amerykańscy militaryści i kapitalistyczni przedsiębiorcy; swoje otrzymywali też jednak ideolodzy wschodniego obozu, tyle że w formie zgrabnie zamaskowanej” – pisze polski krytyk. Igraszki ze stalinowską cenzurą i zakamuflowana drwina bardzo bawiły Lema, a jego niesamowity warsztat pisarski, nieograniczona wyobraźnia i – jak pisał Sławomir Mrożek – nieludzka wręcz inteligencja pozwalały pisarzowi zaglądać lwu w paszczę bez obawy. Bo lew spał, uśpiony snem głębokim przez zabawne z pozoru opowiastki o odległych planetach, robocikach i nieprawdopodobnych eksperymentach.

W Podróży trzynastej Ijon Tichy w poszukiwaniu niejakiego Mistrza Oh trafia na planetę Pinta zamieszkiwaną przez Rybitów. Aresztowany przez Rybicję zostaje odstawiony na Pantę – planetę, w której dla dobra mieszkańców „zlikwidowano całkowicie indywidualizm na rzecz społeczności”.
Podróż dwudziesta czwarta pozwala nam dokonać obserwacji społeczeństwa Indiotów, które podzielone jest na Spirytów, Dostojnych i Tyrałów. Mechaniczny władca niezidentyfikowanej planety znajduje sposób na ogólnospołeczny dobrobyt poprzez wprowadzenie „absolutnego porządku”: obywateli układanych rzędami pod postacią standardowych krążków.

„Istny „żywy obraz” z moskiewskiego czy pekińskiego stadionu!” – zachwyca się Jerzy Jarzębski. A podstęp Lema polega na tym, że po pierwsze: rozwodzi się on nad urokami komunistycznych realiów, a po drugie: kpi z błędnych ekonomicznych rozwiązań kapitalistycznych, z którymi Zachód sobie nie radzi. W rzeczywistości zaś te problemy były już z grubsza rozwiązane, a prosty trick sugerował, że Lem o tym nie wie. Wyraz zdziwienia na jego twarzy uwiarygodniony był ponownie przez znakomite pisarskie sztuczki.

Teraz przechodzimy do drugiego wcielenia Ijona Tichego, tego który ma więcej z Guliwera. Obejmuje ono późniejszy okres przygód gwiezdnego podróżnika, a w omawianym zbiorze można zaliczyć do niego większość utworów zawierających się we „Wspomnieniach Ijona Tichego”.
„Tichy-Guliwer – raz jeszcze podeprę się słowami Pana Jarzębskiego: ten nie umie już kreślić swobodnie swoich karykatur, coraz lepiej wie bowiem, że groteskowy absurd i nierozwiązywalne problemy wpisane są w ludzką kondycję od samego zarania. Stąd tonacja późniejszych zwłaszcza opowiadań cyklu jest znacznie poważniejsza niż wprzódy.”

Wytrawny czytelnik nie będzie miał problemu z dostrzeżeniem zmian także w konstrukcji literackiej tychże opowiadań. Narracja z groteski przeradza się w pełne napięcia utwory, w których mroczna atmosfera budowana jest krok po kroku z elementów charakterystycznych dla opowieści grozy. Pełne śmiesznych stworków, robotów, gagów i satyrycznych wydarzeń planety zamienione są na tajne laboratoria, w których dokonuje się skomplikowanych badań genetycznych, ukryte w głębi lasu posesje odwiedzane przez Tichego w środku burzowej nawałnicy czy też twierdzę na Krecie, gdzie pewien naukowiec dokonuje mrożących krew w żyłach eksperymentów cybernetycznych.

Już wspomnienie oznaczone rzymską cyfrą I sugeruje literackie i merytoryczne przewartościowanie. Dylemat nazwany „skrzyniami profesora Corcorana” przedstawia hipotezę świata jako układającej się w piramidę hierarchii poziomu bytów, w której istoty wyższego poziomu tworzą i kontrolują te z niższego poziomu, władając tym samym całym ich światem. W zamian oferują im elektroniczną ułudę i oto mamy preludium do świata, który kilka dekad później powołali do życia bracia Wachowscy w „Matrixie”.

Space_(fot.NASA)Lem coraz wyraźniej zaczyna też słać przestrogi. We wspomnieniu III Tichy trafia przypadkiem, szukając schronienia przed burzą, do posesji demonicznego nerwusa – profesora Zazula. Garbaty karzełek zajmuje się klonowaniem żywych organizmów, a jego ukoronowaniem jego starań ma być sukces ostateczny – stworzenie w laboratoryjnej retorcie Homunkulusa. Przyjdzie mu się jednak przekonać coś, o czym zawsze było wiadomo, a czego naukowcy nie chcą pamiętać: że z Matką Naturą nie można bezkarnie igrać.

Podobnie będzie w przypadku fizyka Molterisa i jego maszyny czasu, a także doktora Diagorasa, który chce wcielić w życie marzenie cybernetyków z całego świata – samoorganizującą się substancję.

Sam autor odżegnywał się od porównywania Ijona Tichego z wielkimi literackimi poprzednikami. W komentarzu pisarza można przeczytać:
„Stylizacja głównego bohatera Dzienników, Ijona Tichego, na barona Muenchausena, czy Guliwera, nie była świadomym zabiegiem pisarskim, mojej pracy nie poprzedzały żadne teoretyczne założenia, nie szukałem żadnych prefiguracji, wzorców, paradygmatów, tak jak rzeka nie antycypuje swojego koryta. Moje utwory pisały się same, byłem czym w rodzaju racjonalnie pracującego medium, ale nie przetwarzałem jakichkolwiek przedustawnie powziętych planów.”

„Dzienniki gwiazdowe” czytane dziś nie tracą ani krztyny na literackiej wartości. Przeciwnie: czytając o cywilizacyjnych i technologicznych problemach, o których wiele lat temu pisał Lem, nie mogąc przecież założyć ich jako pewnik (choć wiele z nich przewidywał), ma się wrażenie obcowania z krzywym zwierciadłem. Z jednej strony bowiem zabawna nuta i groteskowy styl każe mieć dystans i bawić się ludzkimi błędami, wynaturzeniami, z drugiej jednak strony, kiedy groteska zaczyna przechodzić w poważniejsze tony, krzywe zwierciadło z beczki śmiechu zamienia się w mroczny gabinet luster. Natura ludzka snuje się tu i ówdzie, szukając najczęściej wyjść najprostszych, ale Stanisław Lem wiedział, że sama z sobą i tak nigdy się nie upora. Dlatego z nią igrał, tworząc kolejne arcydzieła. Spore fragmenty „Dzienników gwiazdowych” także są jednym z nich.

Stanisław Lem, Dzienniki gwiazdowe, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2012.

Rafał Niemczyk

%d blogerów lubi to: