Krystyna Miłobędzka, Iwona Chmielewska, Na wysokiej górze.


Permanentne odbicie w lustrze

Od premiery Na wysokiej górze, książki-spotkania Krystyny Miłobędzkiej i Iwony Chmielewskiej, minęło kilka dobrych miesięcy. Publikacja Wydawnictwa Miejskiego Posnania była przez ten czas wielokrotnie nagradzana. Podczas 5. Targów Książki dla Dzieci i Młodzieży we Wrocławiu przyznano jej główną nagrodę w konkursie Dobre Strony. Otrzymała też honorowe wyróżnienie w Konkursie na Najpiękniejszą Książkę Roku 2013, organizowanym przez Polskie Towarzystwo Wydawców Książek, z kolei Biblioteka Raczyńskich z Poznania przyznała swoje wyróżnienie w ramach Poznańskiego Przeglądu Nowości Wydawniczych „Książka zimy 2013/2014”.

Ewa Gruda – jurorka wrocławskiego konkursu – powiedziała podczas gali: „O książkach często mówi się, że są magiczne. Przyznam, że to określenie pasuje do tej książki znakomicie. Jest to dzieło dwóch niezwykłych, uzupełniających się artystek”. Po prawdzie, chociaż trudno w to uwierzyć, Krystyna Miłobędzka nie uczestniczyła w procesie tworzenia publikacji. Jak napisał mi Jarosław Borowiec: „Książka powstawała w zupełnie wyjątkowy sposób, bo była prezentem dla Krystyny Miłobędzkiej; p. Krystyna zobaczyła ją po raz pierwszy w pełni dopiero na targach, nie było żadnych konsultacji, żadnych zmian…”.

Na-wysokiej-gorze-1Jarosław, zapytany przeze mnie o rodowód publikacji, odpowiedział: „Ten pomysł był taką wypadkową rozmów, które prowadziłem z Olchą Sikorską, komisarzem targów i inicjatorką nagrody „Pegazika” dla Miłobędzkiej. Znałem wcześniej prace Chmielewskiej, jej warsztat, stąd pomysł wydał mi się naturalnym połączeniem – różnych, ale w wielu miejscach tożsamych sobie światów”. Iwona Chmielewska wzięła na warsztat fragment tekstu Na wysokiej górze. Commedia della lingua, przedstawienia teatralnego (a właściwie, „gry słownej dla teatru”) napisanego przez Krystynę Miłobędzką. Mam w domowej biblioteczce książkę poetki Siała baba mak, z której zaczerpnięte zostały słowa. Sztuka opatrzona jest rozbudowanym zestawem didaskaliów, w których autorka wszystkowierszy dzieli się swoimi wątpliwościami: „(…) może wszytko odbywa się inaczej – bardzo uroczyście”, „Któreś zaczyna opowiadać, a potem toczy się «rozmowa», która może być grą w talerzyki i pałeczki. Nie znam zasad tej gry”.

Na-wysokiej-gorze-2Chciałbym zacytować jeszcze fragment z posłowia książki Miłobędzkiej, które śmiało można odnieść do omawianej publikacji: „Mówi się jedno słowo a dzieje się wiele rzeczy, wiele rzeczy dzieje się bez słów albo dzieją się same słowa. Rozmaicie. Na czytelników i aktorów czekają także puste miejsca do wypełnienia własnymi słowami. Czekają również gotowe słowa, gotowe przedmioty i role jeszcze niczyje (…)”. Ponieważ Chmielewska pozostawia między ilustracjami również wiele pustych przestrzeni, które może wypełnić (jeśli tylko będzie chciał) czytelnik. Napisałem w pierwszym zdaniu, że Na wysokiej… to książka-spotkanie. Intymne spotkanie (w sensie: ciche, spokojne, skupione), w którym tekst Miłobędzkiej spotyka się z ilustracjami Chmielewskiej, a może odwrotnie. Czytelnik może brać w nim aktywny udział, może dopowiadać (dograć?), współuczestniczyć. Czy ktoś zna odpowiedź na pytanie, dlaczego na jednym z końcowych paneli pies wchodzi po schodach i dlaczego patrzy na zwiewną, białą sukienkę?

Na-wysokiej-gorze-4Nadszedł właśnie taki moment, w którym powinienem napisać, o czym opowiada ten piękny picturebook. Nie jestem pewien, ale postaram się zanotować swoje intuicje, chociaż nie przypominam sobie, abym podczas lektury jakiejkolwiek innej książki miał aż tyle wątpliwości. Czuję się trochę tak, jakbym nie znał reguł tej gry. Z jednej strony jest o starości, która wspomina młodość. Z drugiej strony, jeśli ustawimy lustro pod innym kątem, jest o młodości, która projektuje starość. Jest prawie milczącą lekcją, że wszystko wydarza się jednocześnie, wszystko zawiera się we wszystkim: starość w dziecięcości i odwrotnie, że mała dziewczynka mieszka w starej kobiecie, a w dziewczynce babcia i prababcia. Permanentnie odbijamy się. W lustrach, w czasie, w sobie. Czy kot patrzący w lustro siebie widzi, czy innego kota?

Na-wysokiej-gorze-5O tym, że czasem czujemy się bardzo samotni w pustym pokoju. Dom jest światem, a świat domem. Dom nie jest stałym elementem przestrzeni, jest miejscem niesionym przez czas, oglądanym z różnych perspektyw pamięci i mającym na nią (pamięć) zasadniczy wpływ. Kobieta, nie młoda i jeszcze nie stara, siedzi w pokoju i przez ramę okienną spogląda na rzeczy za nim. Z domu wychodzi się, do domu się wraca, mamy do czynienia z ciągłym przemieszczaniem się. Czas dany nam jest niczym w porównaniu z czasem drzewa, ale czy trzeba się tym smucić? Niekoniecznie. Dziewczynka wychodzi do lasu, a wraca stara kobieta. (Dlaczego te dwa słowa brzmią tak zgrubiale, tak mało przyjaźnie?)

Na-wysokiej-gorze-okladka-2Wyliczanka Miłobędzkiej, zbudowana w myśl zasady: na hasło odpowiada się „skrzywionym” odzewem, jest miejscami zabawna. Muszę przyznać, że właściwie trochę w ilustracjach Chmielewskiej brakuje mi właśnie zabawy. Całość jest melancholijna, utrzymana w nostalgicznym tonie, który podkreśla spłowiała kolorystyka. Jedynie w niektórych panelach świeci intensywnie czerwona kula azalii.

Czy moje intuicje są słuszne? Nie wiem.

Krystyna Miłobędzka (tekst), Iwona Chmielewska (ilustracje),
Na wysokiej górze, Wydawnictwo Miejskie Posnania, Poznań 2014.

[tekst: 5, ilustracje: 5+, kolory/cienie: 4]

Maciej Gierszewski
Kopiec Kreta

Petr Šabach, Masłem do dołu. Recenzja.


Kanapka z „Poo Lorna, króla słoni”, czyli starzeć się po czesku

„Złośliwość rzeczy martwych dawno już udowodniono, chleb z masłem spada na podłogę niewłaściwą stroną” – grzmi w piosence „Mikymauz” czeski pieśniarz i poeta Jaromir Nohavica. W uwspółcześnionej wersji prastarego maślanego problemu miejsce chleba zajmuje rogalik, który co prawda nie spada na podłogę, ale kolebie się i przewraca na talerzu. Masłem do dołu, masłem do dołu! W szranki z tą niecną złośliwością staje 60-letni Evžen, najlepszy compadre głównego bohatera i zarazem narratora – swego rówieśnika Arnošta. Postanawia on opatentować talerzyk, na którym zjadanie rogalika stanie się czynnością przyjazną i stabilną.

Zanim się to jednak stanie, Evžen wraz z Arnoštem i kilkoma kumplami obserwują na ekranie knajpianego telewizora samoloty uderzające w World Trade Center. Tak rozpoczyna się nowa książka Petra Šabacha. O tym, że nadciąga nowy porządek świata, rozprawiają stali bywalce lokalu. Knajpa nazywa się Cisza. Nazwa zarazem jest i nie jest przewrotna. Kiedyś zdarzały się tam i rozróby, kiedyś klientela była okazalsza. Teraz większość, z tych co jeszcze żyją, kupuje tanie piwo w supermarkecie. Większość „już nie wychodzi” – oznajmia Evžen. Mimo to Cisza wciąż pozostaje miejscem mistycznym. To tam przy kuflu zimnego piwa dokonują się tajne narady, zwierzenia, tam też podejmowane są kluczowe decyzje. Arnošt pije duże, Evžen zawsze małe, stukają się kuflami leciutko, zupełnie nie jak Niemcy. Wypada zatem rzec cztery zdania o dwójce starzejących się lekkoduchów.

W 2008 r. irlandzki producent masła Kerrygold zarzucił Spółdzielni Mleczarskiej Mlekovita, że  ta w reklamie swojego produktu używa wymyślonego przez nich sloganu 100% masła w maśle.

W 2008 r. irlandzki producent masła Kerrygold zarzucił Spółdzielni Mleczarskiej Mlekovita, że ta w reklamie swojego produktu używa wymyślonego przez Kerrygold sloganu „100% MASŁA W MAŚLE”

Arnošt to lokalny antykwariusz, kompletnie pozbawiony drygu do biznesu, dlatego zasypany książkami ma spory problem nawet z ich usystematyzowaniem. Należy do pokolenia ludzi „swobodnie ukulturalnionych”, zna pisarzy, filozofów, nauki społeczne. „Specjalizacja bibliotekoznawstwo i informacja naukowa na Wydziale Humanistycznym Uniwersytetu Karola w Pradze” w świecie płynnej rzeczywistości już nie wystarczy. Lepiej znać się na biznesie albo chociaż opanować obsługę komputera niż cytować Schopenhauera. Sorry, Winnetou. Arnošt jest rozwodnikiem, a eksmałżonka zamieniła go właśnie na bardziej „współczesny model” – koleś o nią dba i prowadzi jakieś interesy. Często odwiedza w hospicjum 90-letniego ojca i czytuje mu „Poo Lorna, króla słoni” Reginalda Campbella, „bo tak trzeba”. Związany trwałą więzią z córką Julią i wnuczkiem Mišą, jednocześnie nie cierpi swojego zięcia, „Redforda bez szyi”, który prowadzi pizzerię, w wolnych chwilach obracając pracujące dla niego Ukrainki.

Evžen nie czyta, jego specjalnością jest mądrość życiowa stonowanego tetryka. Jest amerykanofilem o wiecznie posępnej minie i nie rozstaje się z wojskową kurtką model M65 wzór Regiment. Studiował na ASP, ale ze względu na nadzwyczajny talent został zwolniony z matury. Utrzymuje się z malowania portretów samochodowych. Ma fioła na punkcie swojej prywatności i wszędzie węszy spiski. W obawie przed wybuchem wojny postanawia przerobić garaż na schron przeciwatomowy, a na kupionym spłachetku pola posadzić ziemniaki i cebulę.

Pomimo tego że te ziemniaki nigdy nie wyrosną, ponieważ sadzone „na bani” stają się jedynie kolejną anegdotą, a podczas powrotu do Pragi nasz tandem nie ma kasy na bilet, w związku z czym Arnošt zmuszony jest odegrać rolę psa, on i Evžen nie są – w naszym polskim ujęciu – menelami. To ludzie dobroduszni, starzejący się z niewymuszonym dystansem, ocaleni dzięki pogodnemu usposobieniu i niewidzialnej dla otoczenia wrażliwości szczególnego gatunku.

Petr Šabach (fot. Wydawnictwo Afera)

„Masłem do dołu” to kolejna książka (celowo nie używam słowa powieść) Petra Šabacha, która będąc pozornie li tylko zbiorem świetnych anegdot, w rzeczywistości portretuje pewien odcinek na powykrzywianej osi ludzkiego życia. W „Gówno się pali” było to dzieciństwo i dojrzewanie (w „Masłem do dołu” pojawiają się ciepłe „wspomnienia literackiego dzieciństwa”), w „Podróżach konika morskiego” – wychowywanie dziecka z punktu widzenia ojca. Tutaj mamy portret starzejących się przyjaciół, namalowany czeską krechą zupełnie nienaznaczoną starczym dekadentyzmem. Przeciwnie: nawet 90-letni papa Arnošta, choć wpatrzony czasem pustym wzrokiem w przestrzeń, często wydaje się tryskać dobrym humorem, zwłaszcza kiedy robi sobie kanapki z „Poo Lorna, króla słoni”. Starość według Šabacha bywa melancholijna, ale nie smutna i rozgoryczona. Choć życie daje czasem w dupę, jego łapska nie muszą pętać człowiekowi nóg. Złośliwi powiedzą, że nie zawsze to możliwe. Prawda, ale po co martwić się na zapas? Co ma być, to będzie. Lepiej sprzedać graty, kupić bilet, wynająć motor i przejechać wzdłuż i wszerz Amerykę (pomysł rzecz jasna Evžena).

Nie wspomniałem jeszcze o tym (a wspomnieć na koniec muszę, ponieważ praski pisarz kolejny raz tego dowodzi), że Šabach to wytrawny obserwator i znawca ludzkich gestów. Drażliwie postawione pytanie „Czego znowu nie wiesz”, reakcja na przyłapanie na popołudniowym przysypianiu, kręcenie bicza z piasku podczas rozmowy z byłą żoną czy zdmuchnięcie przez Julię grzywki z oczu, które oznacza „pełne ręce roboty” – to na takich niuansach zbudowana jest twórczość Petra Šabacha. Kto ma wiedzieć o czym mowa, ten będzie wiedział.

W „Masłem do dołu” wyczytałem ponadto świetny palindrom „A to idiota!” (wyraz czytany tak samo normalnie i wspak) oraz że gdy w koncercie życzeń polecą piosenki mojego dzieciństwa, starość rozpocznie swój mozolny abordaż. Nie obawiam się wcale a wcale, snując przypuszczenie, że koncerty życzeń niebawem zostaną zdjęte z anteny.

Petr Šabach, Masłem do dołu, przeł. Julia Różewicz, Wydawnictwo Afera, Wrocław 2013.

Rafał Niemczyk

%d blogerów lubi to: