Stephen King, Rose Madder. Recenzja.


Stephen King klasy B

Książka, którą można czytać w pośpiechu, w gwarze i w roztargnieniu. Lektura niewymagająca angażu intelektu, mózgu na chodzie, uruchomienia jego machiny i gromadzonej w niej wiedzy. Spotkanie bez zobowiązań – szybkie, nieoficjalne, bezproblemowe. Tu się czuje. Nie myśli. Taka jest właśnie lektura Kinga.

Tym razem historia zaczyna się od krwistoczerwonej plamy na białym prześcieradle. Malutkiej kropelki, nie dającej spokoju myślom – w rezultacie budzącej ze złego snu. Rosie wpatruje się w nią żarliwie, jak pomylona nie może oderwać od niej oczu. Analizuje. „Czternaście lat. Sto sześćdziesiąt osiem miesięcy, począwszy od szarpnięcia za włosy i ugryzienia w ramię za trzaśnięcie drzwiami w noc poślubną. Jedno poronienie. Uszkodzone płuco. Ta straszna rzecz, jaką zrobił jej rakietą tenisową. Stare blizny na częściach ciała zakrytych ubraniem. Przeważnie ślady ugryzień.” To jest ta ważna chwila, w której Rosie, maltretowana żona psychopaty, postanawia od niego uciec. Nagle, spontanicznie, z torebką jako bagażem, ze wsparciem karty kredytowej męża, z paraliżującym strachem – bez planu, bez pomysłu. Świat jednak będzie jej sprzyjał. Rose odnajdzie miejsce, w którym będą czekać dobrzy ludzie. Odnajdzie także siebie i odkryje nowe pasje. Zacznie żyć na nowo kilkaset kilometrów od swojego dawnego piekła.

Piekło jednak tak łatwo nie ustępuje. Norman – rozjuszony, wściekły, głodny zemsty – rozpoczyna swój pościg. Jego cel to znaleźć Rose. Poważnie z nią „porozmawiać”, jak to robił już wiele razy. Wymierzyć okrutną karę.

Rose-Madder (Darek Kocurek)Stephen King już od początkowych stron „Rose Madder” stara się trzymać czytelnika w napięciu. Najpierw częstuje go szokującymi scenami przemocy w rodzinie, potem proponuje konwencję szybko mknącego thrillera, gdzie mamy niewinną, niczego nieświadomą ściganą oraz niebezpiecznego i psychopatycznego ścigającego. Ta historia wciąga. Kibicujemy Rose, usilnie chcemy wierzyć, że nie spotka jej nic złego – mimo iż dobrze wiemy, że do konfrontacji dojść musi. Norman nieustannie depcze jej po piętach. Obserwuje, planuje atak. A my obserwujemy akcję – czasem oczami Rose, czasem oczami Normana – z niepokojem oczekując nieuchronnego rozwiązania.

King do pewnego momentu tak mocno angażuje czytelnika w snutą fabułę, że jesteśmy w stanie wybaczyć mu wiele. Bohaterowie żywcem wyjęci z filmów klasy B, którzy na ekranie nużyliby swoją schematycznością i nudne, konwencjonalne kadry, przerabiane już w przeciętnych dreszczowcach setki razy – tutaj nabierają kolorów. Kupujemy tę historię, z całą świadomością jej przeciętności. Bo King już kolejny raz, za pomocą umiejętnych chwytów, przekuwa przeciętne historie na czytelnicze emocje i dobrą rozrywkę.

„Rose Madder” nie jest jednak typowym thrillerem. King bowiem wprowadza do fabuły elementy fantastyczne. We fragmentach rysuje alternatywny świat, rządzący się własnymi, nieprawdopodobnymi regułami. Wprowadzając do niego Rose, rozluźnia napięcie i wytrąca z rytmu. Mimo żywych kolorów i swoistego uroku, na tle kingowskiej opowieści z życia wziętej, odrealniona rzeczywistość wypada blado. Król literatury popularnej nie potrafi po sobie skracać. Rozwlekł wątek fantastyczny, jakby za mocno się do niego przywiązując, i nadał mu zbyt duże znaczenie – przez co lektura straciła na płynności i stała się nieco przydługawa. Wcześniej rozgrzane emocje osłabły.

Dlatego też Rose Daniels nie dorównała swojej bardziej dojrzałej poprzedniczce – Dolores Claiborne – która rozprawia się ze swoim bezlitosnym mężem zaledwie na dwustu pięćdziesięciu stronach. Tam ufamy każdemu mistrzowskiemu zdaniu pisarza, wciąga nas do reszty psychologiczne, ciężkie podłoże jego prozy. Tutaj, zmagając się z dużo większą objętością, często mamy ochotę go ponaglić. Mistrz budowania napięcia tym razem zapomniał usunąć z powieści zdania niepotrzebne.

Stephen King, Rose Madder, tłum. Zbigniew A. Królicki, Wydawnictwo Albatros, Warszawa 2011.

Dorota Jędrzejewska

Stephen King, Marzenia i koszmary. Recenzja.


Różne oblicza strachu

Co powinien zrobić zmaltretowany codziennością miłośnik teleturniejów, kiedy pewnego dnia słyszy w łazience chrobotanie, którego źródłem okazuje się być ludzki palec wyłażący bezczelnie z umywalki? Jak czuje się doktor Watson, gdy w deszczowe popołudnie udaje mu się rozwikłać skomplikowaną zagadkę morderstwa, wcześniej od swego słynnego przyjaciela – Sherlocka Holmesa? Do czego posunie się dziennikarz szukający chwytliwego tematu, by móc wyśledzić wampira z licencją zawodowego pilota?

Stephen King jest znany jak świat długi i szeroki. Każdy, kto sięga po literaturę popularną, musiał choć raz natknąć się na twórczość amerykańskiego mistrza horroru. Zaś ci, co nie czerpią przyjemności z czytania (a takich ubogich duchowo jest na nieszczęście w naszym kraju coraz więcej), z pewnością widzieli któryś z dziesiątek filmów opartych na książkach Kinga (żeby wymienić choćby „Skazanych na Shawshank”, „Lśnienie”, czy oscarowy „Misery”). „Marzenia i koszmary” to jeden z jego kilku zbiorów opowiadań – możemy stwierdzić niepodważalnie fakt, iż jest to zbiór największy objętościowo. Autor oddaje w ręce czytelników aż dwadzieścia pięć historii.

Możemy przeczytać zarówno opowiadania długie, jak i krótsze, sztukę teatralną (którą odrzucił Steven Spielberg, jako „zbyt mało ożywczą”), a nawet wiersz i przypowieść, będące dodatkami do głównego dania. Jakim są oczywiście opowiadania, bo nie od dziś King z nich słynie.

Willa-King (Darek Kocurek)Historia mężczyzny, który kilka lat życia poświęca, by zemścić się na gangsterze odpowiedzialnym za śmierć swojej żony. Plan przez niego wymyślony jest tak wyrafinowany, że mrozi krew w żyłach. Nie ma nic wspólnego z mało finezyjnymi zemstami rodem z Dzikiego Zachodu, a Kill Bill przy nim to pestka.
Dom stojący przy Maple Street, na pozór niczym nieróżniący się od innych w dzielnicy. Gdy jednak zajrzymy do środka, ujrzymy dzieciaki prześladowane przez niedobrego ojczyma. Pewnego dnia okazuje się, że dom ma niesamowite właściwości, pulsują w nim żyły, a piwnica skrywa własną tajemnicę. Dzieci wpadają na iście szatański plan.
Prowincjonalne miasteczka, gdzie co kilka lat spadają z nieba w porze deszczowej krwiożercze ropuchy, wampiry, zombie, kosmici. King nie straszy jednak samymi potworami – niejednokrotnie katalizatorem strachu okażą się elementy z życia codziennego, czy upiory budzące się w duszach samych ludzi.

Stephen King jest świetnym opowiadaczem, potrafi przykuć uwagę na długi czas. Stosuje różnorodny styl pisania, co nie pozwala się nudzić. Raz staje się gawędziarzem, by innym razem uraczyć nas akcją rodem z filmów sensacyjnym klasy B, czarnym kryminałem udanie wyjętym z Chandlera albo zagadką detektywistyczną w Anglii Conan Doyle’a. Po mistrzowsku buduje napięcie, wzbogaca utwory ciekawymi dialogami i nieprzewidywalnymi zakończeniami. Nie zawsze po drodze mu przy tym z krytyką, bo w świecie literackim znany jest jej osobliwy stosunek do twórczości mistrza grozy. „Opowiadania w ‘Marzeniach i koszmarach’ są w większości utworami, które krytycy zaliczają (i dlatego stanowczo zbyt często je ignorują) do gatunku horror. W ich przekonaniu opowiadania horror stanowią rodzaj złego psa łańcuchowego, który ugryzie, gdy człowiek zanadto się do niego zbliży.” – odparowuje King ze znanym sobie dystansem do krytyki pod adresem „strasznej” części swojej twórczości.

Marzenia-i-koszmary-1„Marzenia i koszmary” nie są najlepszym ze zbiorów opowiadań Stephena Kinga (tym najlepszym niezmiennie pozostanie pewnie „Nocna zmiana”). To jednak solidny kawał literatury rozrywkowej, świetnej na długie wieczory, przy której naprawdę można poczuć ciarki na plecach. Na korzyść tego zbioru przemawia spora objętość i choć trafiają się opowiadania słabsze, to jednak przeważają te zapadające w pamięć. Literatura to nie tylko Szekspir, Borges, Kafka czy Mickiewicz. Na półkach zawsze znajdzie się miejsce dla mistrzów pisarskiej grozy. A King takim mistrzem jest, zaś biorąc pod uwagę ogrom jego twórczości – jedna półka może okazać się niewystarczająca. Jeśli lubicie odpocząć przy książce, a przy okazji dreszczyk emocji i niesamowitości – sięgajcie śmiało po ten zbiór. Nie będziecie zawiedzeni.

Stephen King, Marzenia i koszmary, tłum. Michał Wroczyński i Witold Nowakowski, Wydawnictwo Albatros, Warszawa 2011.

Rafał Niemczyk

Komiks Mroczna Wieża: Narodziny Rewolwerowca, Długa Droga do domu. Recenzja.


Roland Deschain spod znaku Marvela

Mroczna Wieża, siedmioksiąg Stephena Kinga przez samego uważany za opus magnum, zdobył sobie już na całym świecie odznaczenie dzieła kultowego. W zaawansowanych planach jest już adaptacja kinowa oraz wieloodcinkowy serial telewizyjny. Miliony fanów prześcigają się w tworzeniu scenariuszy, obsadzania głównych ról, przenoszenia na wizję uniwersum Mrocznej Wieży. By skrócić trochę to niecierpliwe oczekiwanie, Stephen King w porozumieniu z Wydawnictwem Marvel sięgnął po formę komiksu.

„Narodziny rewolwerowca” i „Długa droga do domu” to dwa pierwsze tomy opowieści (z zaplanowanych sześciu). Pojedynek z graficznym obrazem świata Rolanda, jego przyjaciół i wrogów wzięli na swoje barki Jae Lee i Richard Isanove. Scenariusz stworzył Peter David w towarzystwie z Robin Furth, oczywiście do jakiegoś stopnia pod bacznym okiem samego Stephena Kinga.

Od strony technicznej komiks jest wydany znakomicie. Solidna, przyjemna w dotyku twarda okładka, najwyższej klasy papier kredowy, porządne szycie. Rysunki w opinii wielu ekspertów zrobione świetnie, od siebie zaś dodam, że pozytywnie zaskoczyła mnie wizja postaci, zaproponowana przez kreatorów komiksu. Zarówno młody Roland, jak i jego ka-tet (Cuthbert, Alan), ojciec, matka, czarnoksiężnik Marten, Jeźdźcy Wielkiej Trumny, wiedźma Rhea czy zatrważający Karmazynowy Król. Wizualizacja wszystkich postaci w wielkim stopniu pokrywa się z obrazem, jaki tworzyłem sobie oczyma wyobraźni, gdy parę lat temu połykałem kolejne tomy cyklu Kinga. Kolory również robią wrażenie, pastelowe, wyraziste, zmieniające tonację wraz z biegiem akcji.

Narodziny-rewolwerowca-1A czego mi zabrakło? Osobiście bardziej zaawansowanej wizji tła, przestrzeni rozciągających się przed i za bohaterami podczas ich wielkiej przygody. Dyskutując o tym motywie z kilkoma czytelnikami, obozy były prawie równo podzielone. Część czytelników broniła koncepcji rysowników, stawiając tezę (zresztą chyba słuszną), iż puste przestrzenie, emanujące „wielokolorami” są ukłonem w stronę samego autora, którego świat w dużej części taki właśnie był: tajemniczy, „niedopowiedziany”, złowrogi. Świat, „który poszedł naprzód”, a jednocześnie się cofał. Druga grupa odbiorców (w tym autor tej recenzji) uważała, że subtelne wtrącenie więcej ilości szczegółów, unaocznienie krain przemierzanych przez rewolwerowców, zrobiłaby temu dziełu bardzo dobrze. Puste przestrzenie robią piorunujące wrażenie upadającego świata. Pustka czasami przybiera jednak twarz albo maskę.

Dluga-droga-do-domu-1Warstwa fabularna koncentruje się wokół młodości Rolanda. Tylko pierwszy tom jest tutaj adaptacją prozy Kinga. Jest to czas kiedy Roland opuszcza Gilead jako pełnoprawny rewolwerowiec, po pokonaniu w pojedynku swego nauczyciela – Corta. Wraz z Alanem i Cuthbertem zostają wysłani z misją do baronii Mejis, gdzie Roland pozna kobietę swojego życia, a także stoczy walkę z wrogami oraz stawi czoła mocy potężnego kryształu – Grejpfruta. Zagłębianie się w tym momencie w fabułę jest o tyle bezcelowe, że wszyscy miłośnicy Mrocznej Wieży znają ją wszak na pamięć. A jednak w drugim tomie (i kolejnych) przyjdzie im przeżywać nową, nieznaną historię rewolwerowca i jego drużyny. Autorzy odkrywają bowiem przed nami fabułę, stworzoną specjalnie na potrzeby komiksu, choć oczywiście opartą na motywach i osi Świata Pośredniego.

Dluga-droga-do-domu-2Peter David w komentarzu pod koniec „Długiej drogi do domu” odnosi się do krytyki, zasłyszanej tu i ówdzie, a która to krytyka zarzucała mu brak wyczucia przy tworzeniu dialogów, mało „kingowską” stylistykę, co miało wpłynąć na końcowy kształt dzieła. David odgryza się krytykom, pisząc, że „jeśli Steve [King – przyp. R.N.] aprobuje jego twórcze wysiłki, absolutnie nie obchodzi go, co inni mają do powiedzenia”. Może trochę dziwić ten ostry, polemiczny ton. Jestem jednak w stanie zrozumieć, iż presja milionów fanów, pod jaką znaleźli się autorzy komiksu, może przytłoczyć nawet najbardziej odpornych psychicznie. Wam, Drodzy Czytelnicy, pozostawiam ocenę ich pracy. Dodam na koniec, że pomimo kilku wcześniejszych uwag, każdy miłośnik Mrocznej Wieży powinien w kolekcji posiadać ten komiks. Stojący na półce poniżej siedmioksiągu Stephena Kinga.

W oczekiwaniu na kolejne tomy opowieści – miłych dni i przyjemnych nocy życzę!

Mroczna Wieża: Narodziny rewolwerowca, Długa droga do domu, tłum. Zbigniew A. Królicki, wyd. Albatros, Warszawa 2010.

Rafał Niemczyk

%d blogerów lubi to: