Michał Książek, Jakuck. Recenzja.


Królowa Śniegu nadal jest okrutna

Mały Kay był zupełnie siny z mrozu, prawie czarny, ale nie spostrzegł tego wcale, gdyż Królowa Śniegu odjęła mu swym pocałunkiem wrażliwość na zimno, a jego serce stało się kawałkiem lodu.

(H. Ch. Andersen, „Królowa Śniegu”)

Kay, chłopiec z tajemniczym odłamkiem diabelskiego zwierciadła w oku, zapomina, czym jest dobro. Jego serduszko zamienione przez Królową Śniegu w sopel lodu nie bije już tym samym rytmem, co kiedyś. Zamknięty w zimnym i pustym pałacu, którego ściany zrobiono ze śnieżnej zawiei, rozpaczliwie potrzebuje ciepła. Jedna z najsłynniejszych baśni na świecie niesie w sobie wiele prawdy, nie tylko metaforycznej. Dotkliwy chłód potrafi wyziębić nie tylko palce i nosy, ale i uczucia. Tymczasem bezwzględna Królowa żyje i nadal zbiera swoje żniwo. Co roku na wiele miesięcy opatula swoim płaszczem jedną ze swoich ulubionych odległych krain. Znęca się nad jej mieszkańcami mrozem i skutecznie chłodzi emocje. Jakuck – intrygujący i straszny zarazem, surowy i fascynujący, być może jest właśnie domem Królowej Śniegu. Albo jakiejś złośliwej czarownicy, która podstępem zepchnęła ją z tronu.

O „Jakucku” Michała Książka dowiedziałam się z radia. Po odsłuchaniu wywiadu z autorem o bardzo ciepłym głosie domyśliłam się, że posiada on niezwykły talent do snucia ciekawych opowieści. Potwierdzenie tej tezy otrzymałam wraz z jego publikacją. Zaskakująco ciepłą, jak na przeszywającą zimnem tematykę.

Przeciętnemu czytelnikowi trudno będzie wyobrazić sobie przeraźliwe zimno sięgające na termometrze nawet minus pięćdziesięciu stopni. A przynajmniej byłoby, gdyby nie czary autora. Ten w plastyczny i jednocześnie ujmujący sposób odkrywa przed nami „kulisy” prawdziwego mrozu. Sprawnie operując porównaniami i wygimnastykowanym, czasem niemal poetyckim językiem, przybliża nam uczucie bolących od zimna palców i nosów najbardziej, jak tylko się da. Czytając „Jakuck” nawet w upale, można się wzdrygnąć niczym na najlepszym horrorze. Złym bohaterem nie jest tu jednak przeraźliwa kreatura, duch czy psychopata w masce. To natura w czystej postaci. To okrutna strona jej osobowości, która albo hartuje, albo odbiera człowiekowi całkowitą chęć do życia.

Michał Książek odnalazł świetny klucz do opisania tej pełnej dziwów krainy. Rozłożył bowiem na części język używany przez jej mieszkańców. Od popularnych, ciekawych i charakterystycznych słów wysnuł interesujące opowieści i zarysował białe pejzaże. Autor udowodnił jednocześnie, że to właśnie w języku można odnaleźć osobowość danego narodu albo człowieka. „Jakuck” jest więc nie tylko reportażem, literacką podróżą, ale swoistym wokabularzem, który słowa zamienia w obrazy. „Język narodu to wyrażenie całego jego życia, to muzeum, w którym zebrano wszystkie skarby jego kultury i intelektu” – czytamy u Książka. Nic więc dziwnego, że Jakuci mają całą masę określeń przestrzeni i używają kilku rodzajów zaimka „tam”. Tutaj przestrzeń jest niemal bezkresna, odległości ogromne, a natrętny horyzont przytłacza tak, że można zwariować. Tak jak od zimna. Czas natomiast liczy się nie za pomocą kolejnych lat, ale kolejnych śniegów. „Zimą szum wiatru usłyszysz tu rzadko, deszczu nigdy, grom dopiero na wiosnę, za to dźwięków śniegu do woli. Skrzyp, skrzyp, skrzyp. Tak słychać biały kolor”.

Autor spędził w Jakucji kilka lat. Udało mu się nie tylko poznać geograficzną specyfikę tego regionu, przeniknąć jego język, ale i zrozumieć tutejszych mieszkańców. Im natomiast, nie raz strasznym, odpychającym, zapijaczonym lub imponująco hardym, życie przypisało niełatwy kawałek chleba. Natura stała się ich nachalną towarzyszką. Nie da się o niej zapomnieć, jakoś jej uniknąć, zamknąć się w czterech ścianach i nie myśleć o rzeczywistości na około. Charaktery i życiorysy kształtują się w Jakucku w ekstremalnych warunkach. Tutaj każdy oddech to „cios nożem”. Jak zatem oddychać pełną piersią? Jak żyć pełnią życia?

„Jakuck” nie ma swoich głównych postaci ani fabuły. To zbiór obrazów, pojęć, anegdot. Mogło by się wydawać, że książka zbudowana w ten sposób okaże się w pewnym momencie nużąca. Nic podobnego! W trakcie lektury przekonujemy się, że prawdziwymi bohaterami tej opowieści są natura i język. Jak się okazuje potrafią być oni równie fascynujący jak mityczni herosi lub skomplikowane charaktery z psychologicznych powieści. Szczególnie zarysowani piórem człowieka o dużej wrażliwości na urodę świata, spostrzegawczego gawędziarza, dla którego Jakuck nie jest tak straszny, jak fascynujący.

Na koniec ciekawostka. Wiedzieliście, że istnieje aż czterdzieści jeden rodzajów śnieżynek? Ich klasyfikacji dokonał profesor Nakaya z uniwersytetu w Hokkaido. Każdą z nich nazwał kombinacją dużych i małych liter oraz cyfr. Michał Książek opowiada o tym z charakterystycznym dla siebie urokiem: „Poczytasz trochę profesora Nakayi i wyda ci się, że oto P2b przeleciał ci przed nosem, N1a roztopił się na rękawiczce, A2d osiada na parapecie. Dosłownie litery i literki, cyfry i cyferki lecą z nieba. Jasia przywitała je z należytym szacunkiem, zadzierając głowę”. To sztuka zapisywać tak ciepłe zdania w pełnym grozy Królestwie Śniegu.

Michał Książek, Jakuck. Słownik miejsca, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2013.

Dorota Jędrzejewska

* Zdjęcia zostały zrobione przez autora książki.

Sylvain Tesson, W syberyjskich lasach. Recenzja.


Pustelnictwo jest elitarne, czyli wszystko, co zostanie z mojego życia, to notatki…

Sylvain Tesson – czterdziestolatek, Francuz, podróżnik, pisarz, a nade wszystko wrażliwy człowiek – postanawia wziąć pół roku urlopu od życia w okolicznościach współczesnych; wyłączyć siebie i w trybie ostrożnego czuwania podładować baterie. Wynajmuje prostą, bez wygód chatę gdzieś na trzy razy końcu świata i znika tam dla świata, jednocześnie powstając dla papieru. Jakkolwiek by taka opcja nie wydawała się romantyczna lub bajkowa, okazuje się nie tylko możliwa, ale i realna, a także względnie łatwa do przeprowadzenia. „W syberyjskich lasach” jest diariuszem tego doświadczenia. Dodajmy udanym zapisem i zdobywającym się na swoje miejsce w literaturze pięknej.

Pacyfistyczna anarchia

Tesson od lutego do lipca 2010 roku mieszkał w syberyjskim sposobem wybudowanej chacie nad brzegiem Bajkału; czytał, myślał, pił wódkę, w chwilach szczególnych nie odmawiał sobie przyjemności wypalenia cygara, rąbał drewno, łowił ryby, wędrował po tajdze, prowadził „długie rozmowy z oknem”, wystrzegał się w miarę możliwości nieproszonych gości. A jak mu się znudziło takie życie – szedł po lodzie kilka dni wzdłuż brzegu w prawo lub lewo od swojej chyży, nocując w zagubionych w bezkresie przestrzeni chatach strażników parku, rybaków lub innych indywiduów – pijąc z nimi wódkę, próbując zrozumieć ich kraj, sposób myślenia albo milcząc i czytając Jungera. Przy okazji odkrywając kilka starych, nieco już zapomnianych prawd i dochodząc do zaskakujących i paradoksalnych konkluzji. Jak ta, że gdy człowiek, bądź co bądź cywilizowany, z centrum XXI-wiecznej kultury postanawia pomieszkać w barbarzyńskiej tajdze – jak XIX-wieczny romantyk-myśliciel – przy małej pomocy intelektu, dużej dozie wrażliwości oraz sporym udziale empatii dla przyrody odkrywa w zdumieniu, że to on jest barbarzyńcą w cywilizacji lasu.

Książka bez wątpienia jest dziennikiem, lecz tyleż światopoglądowo-filozoficznym, co literackim. Uboga i nieurozmaicona fabuła (w zasadzie streściłem ją wyżej), przy jednostajnej scenerii jest tu pewnego rodzaju wybawieniem, drzwiami percepcji i owym otworem, przez który niczym Alicja w Krainie Czarów przedostać można się do miejsca, gdzie zrozumienie i płynące z niego samookreślenie znacznie łatwiej osiągnąć – proces ten dotyczy zarówno autora, jak i czytelników.

Sylvain Tesson w chacie na Syberii

Pytanie o cel takiej peregrynacji, odwieczne pytanie malkontentów: po co? Jest niezasadne. Ten rodzaj świadomości i taka potrzeba wyłączenia się z cywilizacji albo jest oczywista i jako taka nie wymaga wyjaśnień, albo zupełnie niezrozumiała. Dla jednych będzie to wyzwolenie, wyciszenie, uspokojenie, sprecyzowanie myśli, światopoglądu, odpoczynek, a dla drugich szereg bezsensownych niewygód, poświęceń, wyrzeczeń okraszonych doznaniem zimna, samotności i wyposażonych w znaczne ryzyko niebezpieczeństw czyhających zdecydowanie zbyt często. „W syberyjskich lasach” napisał człowiek z pierwszej kategorii i dla ludzi takich samych jak on.

„Byłem wolny, bo bez drugiego człowieka wolność nie zna granic”

Zostawiając Tessona-eremitę i kierujące nim pobudki, trzeba zauważyć Tessona-pisarza. Tu odkrywamy renesans pewnych form dosyć już staromodnych i poniechanych w literaturze, jak: opis przyrody, personifikacja tej ostatniej; w przypadku relacji z drugim człowiekiem znaczny stopień generalizacji i uogólnienia; jak mikro eseje egzystencjonalno-filozoficzne czy wreszcie dialog wewnętrzny będący początkiem i końcem zarazem.

W książce jest kilka tematów głównych, do których autor powraca co jakiś czas w rozważaniach, wśród nich: samotność, wolność, relacja jednostki ze społeczeństwem i odwrotnie, kultura. Bezcelowe wydaje się przedstawianie tu poglądów autora, tym bardziej, że wykłada on je w sposób arcyciekawy. Warto jednak zaznaczyć, że jak nic nie jest oczywiste, to wszystko jest warte przemyślenia, a kierując się takim założeniem można dojść do intrygujących rezultatów.

Brawo dla Tessona, że nie wpadł był na idiotyczny pomysł ozdobienia swojej książki zdjęciami, bo chociaż przyroda jest warunkiem sine qua non, tworzy amfiteatr i naturalną scenerię dla jego prozy, to tak naprawdę pełni rolę statysty, bowiem nie jest to literatura sensu stricte podróżnicza ani memorialna. Gatunkowo najbliżej książce Tessona do literatury pięknej, która rozpoczyna się wtedy, gdy pięknie pisać można o rzeczach codziennych, zwykłych, nie nadzwyczajnych – choć pisać nadzwyczajnie, magicznie, przy tym miarowo i precyzyjnie. A dystans przestrzeni w połączeniu ze skwapliwością i oszczędnością zapisywanych słów pozwala unikać i patosu, i afektacji. Jest w tym pewien środek umożliwiający opis zabawy w harcerzyka, Robinsona Crusoe czy myśliciela-eremitę bez wzbudzania u obserwatorów-czytelników poczucia śmieszności i nadający takiej sytuacji zarówno sens, jak i znaczenie nieco poważniejsze niż kaprys niedorosłości.

Syberia, jezioro Bajkał

Nie sposób uniknąć porównań do „Walden” Thoreau czy „Przypadków Robinsona Crusoe” Defoe – lecz nie tędy droga. Forma tożsama, okoliczności podobne, ale jakże inny czas i kontekst kulturowy. W przypadku tamtych dwu pozycji alienacja była sposobnością do transcendentnej obserwacji; dla Tessona odosobnienie jest potrzebne do rekonstrukcji zarówno siebie jako jednostki, jak i kultury – jest to proces ponownej kreacji, internalizacji i uzyskiwania tożsamości.

Jest tu również inny trop literacki. Przecież Tesson jest przedstawicielem kultury francuskiej, admirującej Rosję równie długo, co niezrozumiale. I tak samo jak Markiz de Custine w „Listach z Rosji”, Tesson daje nam opis fascynacji kulturą rosyjską, ale jednocześnie niewygodne zakłopotanie względem twardej prozy życia Rosjan, ich ludyczności, niezbyt wygórowanych estetycznie potrzeb, a bywa że prostactwa i chamstwa. Być może właśnie w takiej ambiwalencji oraz problemie zrozumienia ukrywa się przyczyna tej miłości.

Reasumując, warto powiedzieć, że jest to książka nietypowa, bo napisana nie w perspektywie czytelniczej, a autorskiej. Proza przesycona wartościami indywidualizmu, wolności, prawa do samodzielnego myślenia i konstruowania świata. Książka pozbawiona „efekciarskich” trików, lecz chyba właśnie przez to bardzo efektowna. Na pewno adresowana dla pewnej tylko części czytelników, za to potrafiąca zaspokoić nawet wygórowane ich oczekiwania – co, przyznam szczerze, przydarzyło się mnie.

„Byłem wolny, bo bez drugiego człowieka wolność nie zna granic” (wszystkie fotografie: (c) Sylvain Tesson)

Język narracji „W syberyjskich lasach” jest wedle kolejności: szczery, oszczędny, przemyślany, precyzyjny, piękny. To wszystko razem wzięte sprawia, że opowieść jest wiarygodna, fascynująca i, co tu dużo mówić, wciągająca.

I jeszcze słowo o najbardziej niedocenianych ludziach parających się pisaniem. Tłumaczenia dokonała Anna Michalska, i jest to przekład świetny, a na pewno nie był łatwy, wziąwszy pod uwagę „męski” sposób pisania Tessona, charakter życia w lesie oraz kategorie myślowe, którymi posługuje się zazwyczaj autor.

Sylvain Tesson, W syberyjskich lasach, przeł. Anna Michalska, Noir sur Blanc, Warszawa 2013.

Dominik Śniadek

%d blogerów lubi to: