Marek Pernal, Praga. Miasto magiczne. Recenzja.


Ten most Karola w niebie się kończy,
na grzbiecie kaczek cud pływający…

…miasto kapryśne, o dziwnych humorach, sprzyjające horoskopom, metafizycznym błazeństwom, podmuchom irracjonalizmu, przypadkowym spotkaniom, szczęśliwym trafom, niewiarygodnym współdziałaniom zjawisk z natury przeciwnych (…) jeszcze dzisiaj, co noc, o piątej budzą się gotyckie popiersia galerii królów, architektów i arcybiskupów w triforium u św. Wita, jeszcze dzisiaj dwóch kulejących żołnierzy z bagnetami na karabinach prowadzi rankiem Józefa Szwejka z Hradczan przez Most Karola ku Staremu Miastu, a w odwrotnym kierunku jeszcze dziś, nocą przy świetle księżyca dwóch schludnych, tłustych kabotynów, dwa manekiny rodem z panoptikum, dwa automaty w żakietach i cylindrach prowadzą tym samym mostem Józefa K. na egzekucję do kamieniołomu na Strahovie…

(Angelo Maria Ripellino, „Praga magiczna”)

Praski pejzaż ze wzgórza Petřín

Praga niezwykle często opisywana jest jako „miasto magiczne”. Ze wszystkich słów świata owa „magia” pojawia się w parze z czeską stolicą bodaj najczęściej, lecz każdy, kto choć raz zawitał na wzgórzach wyrastających nad łagodnym łukiem Wełtawy, przyzna, że w tym pozornym banale tkwi sama prawda. Tak, Praga jest miastem magicznym. Wiem o tym nie tylko ja czy autor omawianej tu książki, który słusznie nie silił się na oryginalność, umieszczając w jej tytule dość powszechny slogan. Wiedzieli o tym już dawno temu Franz Kafka, jego rówieśnik Jaroslav Hašek, Bohumil Hrabal, także bardziej nam współcześni Václav Havel czy Umberto Eco. „Vlny Vltavy oszlochały Karlův most” – pisał Julian Przyboś, a wtórowały mu takie wybitności, jak Tadeusz Różewicz, Konstanty Ildefons Gałczyński (znany wiersz „Portal domu Pod dwoma złotymi niedźwiadkami”) czy Jerzy Harasymowicz (patrz: przypis pod tekstem).

Domek nr 22 przy Złotej Uliczce – w 1917 roku mieszkał tu i pracował Franz Kafka

Tętniący życiem i gwarem Rynek Staromiejski, przepiękny za dnia, a jeszcze bardziej nocą, otoczony architektonicznymi perełkami, widok na Staré Město z tarasu widokowego przy klasztorze Na Strahovie, Václavské náměstí, czyli Plac Wacława – dla Czechów miejsce-symbol, stary żydowski cmentarz, którego urokowi uległ Umberto Eco, umieszczając go w tytule i czyniąc kluczowym miejscem w swojej ostatniej powieści. Wreszcie Hradczany ze wspaniałym zamkiem królewskim, którego skarbów do dziś strzeże siedem kluczy przechowywanych przez siedem różnych osobistości, a kilka kroków za gotycką katedrą – Złota Uliczka, stara siedziba Żydów-złotników, gdzie w domku nr 22 w 1917 roku mieszkał i pracował Franz Kafka (trochę później, niedaleko, bo w domku nr 12, u Jiřígo Mařánka zbierała się śmietanka czeskich pisarzy, m.in. Vitězslav Nezval, František Halas czy przyszły noblista – Jaroslav Seifert) – to tylko kilka z cudownych skarbów, które kryje Praga.

A to my w dość szczególnym miejscu. Trochę wyżej z boku na bok tyka sobie gigantyczna wskazówka, zaś na drzewach wiszą… trampki.

„Praga. Miasto magiczne” (str. 38)

Przewodnik Marka Pernala – historyka, dyplomaty, byłego ambasadora RP w Republice Czeskiej, człowieka zakochanego w Pradze – jest książką godną uwagi z kilku względów. Mamy tu 16 szczegółowo opisanych tras spacerowych, z dokładnymi mapkami (jest także przydatna mapa metra), miejscami godnymi uwagi (autor subiektywnie przydziela im „gwiazdki”, co może być pomocne dla tych, którzy pragną zwiedzić miasto „szybko, ale na bogato”), informacjami o cenach, wykazem muzeów, piwiarni czy knajpek etc. Publikację wzbogaca ponad 800 wysokiej jakości zdjęć (jest też kilkanaście reprodukcji obrazów), dzięki którym możemy szczegółowo przyjrzeć się wielu zabytkom, także tym mniejszej rangi.

Co ważne, „Praga. Miasto magiczne” nie jest „suchym” przewodnikiem. Pełno tu nawiązań do literatury i sztuki, anegdot, wielobarwnych tropów i ciekawostek. Autor często przywołuje konteksty historyczne i kulturowe. Szwendając się praskimi uliczkami, napotkamy sylwetki nie tylko słynnych pisarzy, ale i wszelkiej maści dziwaków i szaleńców: astrologów i alchemików, mędrców i kabalistów.

„Praga. Miasto magiczne” (str. 81)

Na końcu książki znajduje się kalendarium historyczne oraz indeksy osób, miejsc i obiektów, ułatwiające nawigację po przewodniku. Ostateczny efekt psują nieco literówki (głównie niewłaściwe czeskie znaki diakrytyczne albo ich brak), co wychwyciło przede mną grono recenzentów-bohemistów, lepiej ode mnie znających język czeski. Nie zmienia to faktu, że „Praga. Miasto magiczne” Marka Pernala to bardzo solidna publikacja, która sprawdzi się nie tylko w roli przewodnika, ale również okazałego albumu.

Marek Pernal, Praga. Miasto magiczne. Spacerownik historyczny, Agora SA, Warszawa 2013.

Rafał Niemczyk

* Wszystkie zdjęcia pochodzą z naszej prywatnej kolekcji. Zostały zrobione w 2013 r. podczas wyprawy, w której towarzyszył nam nasz przyjaciel, „Latający Holender” Servis, którego niniejszym serdecznie pozdrawiamy.

** Tytuł recenzji to pierwsza strofa wiersza Jerzego Harasymowicza „Na Karlowym moście”, który pochodzi z tomu „Bar Na Stawach” (1972-74).

Umberto Eco, Filozofia frywolna.


Filozoficzny Freestyle

Umberto Eco, kto wie, niech powie:
Myśliciel wielki, zna się na słowie.
Filozof, pisarz, mediewista,
Bibliofil, semiotyk i humorysta.
Nim imię róży w trudzie zmalował,
Dziedzin poznania karty wertował.

Gdy filozofię – królową nauk
Zrazu zaprosił gestem do tańca,
Nigdy już z objęć nie wypuścił
Nieśmiertelnego dyskutanta.
A że to Freestyle – forma dowolna,
Tytuł ogłasza: Filozofia frywolna.

Manifest to był futurystów,
By puścić słowa przodem, wolno
Żadną się formą nie przejmować,
Iść przed się ścieżką polną.

Studencik-Eco, zważcie na czasy,
Bo lata były to pięćdziesiąte,
Wykłady lekce sobie ważył,
Za to w brulionie kreślił zasady
Filozoficznych nurtów wartkich
Mocą… ołówka oraz kartki.
Wpierw wielkie głowy wyrysował,
Później dołożył wierszyków słowa.

Heraklit, Demokryt, Arystoteles,
Z Miletu Tales, z Akwinu Tomasz,
Kartezjusz, Pascal, Kant, Marks i Hegel.
Tak mocna paczka jeden po drugim
Zaprezentuje swe zasługi.

Choć gdyby przyszło co do czego,
To żeby zostać ich kolegą,
Trzeba by wiele poświęcenia:
Byt w mit zamienić, wolność myślenia
Do określonej formy skrócić,
By filozofii norm nie skłócić,
Jedynej słusznej, prawdy prawdziwej,
Dzieweczki smukłej i urodziwej.

Nie ma jej tu? Wszak była z nami,
Już ją niejeden wskazywał palcami.

Umberto Eco, Filozofia frywolna z ilustracjami autora,
przeł. Monika Woźniak, Wydawnictwo M, Kraków 2004.

Rafał Niemczyk

Umberto Eco, Cmentarz w Pradze. Recenzja


Uniwersalna Formuła Spisku

Ludzie od dawien dawna wymyślają spiski. Mają one najróżniejsze cele: począwszy od spiskowych teorii dziejów, w których chodzi głównie o przejęcie władzy absolutnej nad światem, gdzie umiejscowić można w doborowym towarzystwie Iluminatów, masonów czy Opus Dei także Mędrców Syjonu z powieści Umberto Eco, a skończywszy na tłumaczeniu swoich niepowodzeń przez zwyczajnych z pozoru ludzi – sąsiad zrobił karierę, bo miał znajomości na szczeblu politycznym; nie dostałem wymarzonej pracy, bo zadenuncjowano pochodzenie moich prapradziadków, a właściciele firmy to idioci i złodzieje; spóźniłem się na ważne spotkanie, bo ONI celowo spreparowali korek na autostradzie, etc., itd. Im większa wina indywidualna „ofiary spisku”, tym teoria bardziej fantastyczna – bywa, że taka, której nie powstydziłby się sam Philip K. Dick. Jeżeli dołożymy do tego sławetne spiski, które w historii świata rzeczywiście miały miejsce (ot, choćby zamordowanie Juliusza Cezara; spisek prochowy skierowany przeciwko królowi Anglii i Szkocji Jakubowi I, który choć nieudany, pozostawił po sobie po przeszło 400 latach symbol „maski Guya Fawkesa” czy spiski mające na celu ukrycie okrutnych zbrodni hitlerowskich, stalinowskich), to będziemy mieli w ogólnym zarysie fundament, jaki posłużył Umberto Eco do napisania „Cmentarza w Pradze”.

„Fałszywki objaśniające światu wielkie spiski zawsze są patchworkami z tego, co i tak powszechnie znane. Inaczej ludzie, by w nie nie uwierzyli” – tłumaczy włoski pisarz w wywiadzie dla Magazynu „Książki”.

Tłem „Cmentarza…” jest wiek XIX – okres rewolucji, przemian społeczno-gospodarczych i myślowych w Europie, ale także epoka wynalazków (metro, fotografia, telefon, sterowiec, szybowiec, dźwig, ale też występująca w końcówce książki bomba zegarowa – ponury symbol następnego stulecia). To czasy, w których na porządku dziennym jest pisanie za pieniądze oczerniających „anty-książek”, zwykle poprzez bezczelne łamanie praw autorskich i podpisywanie cudzych słów jako swoje. „Rynek” ten nie miałby wszakże prawa bytu, gdyby nie naiwna publiczność, która we wszystko ślepo wierzy. W tym wypadku ktoś może słusznie zauważyć, że przesłanie Eco jest niestety uniwersalne, bo publiczność nam współczesna częstokroć nie wyciąga wniosków z potknięć swoich przodków sprzed stu i więcej lat.

Cmentarz-w-Pradze-1Arenami wydarzeń „Cmentarza…” są głównie Włochy przed i po zjednoczeniu (przez długi czas obserwujemy poczynania Garibaldiego na Sycylii, towarzysząc wyprawie do Palermo Dumasowi), porewolucyjna Francja (ale w ogniu następnych krwawych rewolucji, zmieniających się rządów, barykad i wzajemnych oskarżeń) w okresie wojny z Prusami czy Komuny Paryskiej. Dzieje się zatem wiele i rzadko bywa spokojnie.
Mniej zaznajomiony z XIX-wiecznymi realiami czytelnik może czasem zagubić się w historycznych aspektach powieści: rody, daty, władcy, zakony, rewolucjoniści. Ale żeby sprostać umysłowi Umberto Eco, potrzeba maksymalnej koncentracji i wnikliwej analizy. Zwolennik powieści totalnej zdążył nas już do tego przyzwyczaić. Książka jest dodatkowo okraszona ilustracjami, które pochodzą z archiwum ikonograficznego autora.

W „Cmentarzu…” nie ma miejsce na moralne słabostki, humanistyczne wartości, wzniosłe uczucia, szlachetne czyny czy sprawiedliwość. Wszyscy bez wyjątku protagoniści są mniej lub bardziej źli, zepsuci, toksyczni, egoistyczni i okaleczeni duchowo. Spotkamy tu przedstawicieli masonów, jezuitów, katolików, polityków (francuskich, rosyjskich, pruskich, włoskich), zrzucających całą odpowiedzialność za piekło na ziemi na Żydów „o oczach pełnych fałszu, od którego się blednie, wstrętnych uśmiechach, wydatnych hienich wargach nad zębami, spojrzeniach natarczywych, nieczystych, tępych, fałdach między nosem a bezustannie poruszającymi się ustami, wyżłobionymi przez nienawiść”.

Protokoly-Medrcow-Syjonu-Siergiej-NilusBy uwiarygodnić żydowskie plany podboju świata i ustanowienia innych ras swoimi niewolnikami, powstały Protokoły Mędrców Syjonu. To opis intrygi żydowskiego rabinatu i establishmentu, jaka rzekomo zawiązuje się podczas tajnego spotkania na praskim cmentarzu, w rzeczywistości spreparowany przez grupę politycznych spiskowców. Prawdopodobnie głównym koordynatorem Protokołów był niejaki Matwiej Gołowinski, pracujący na zlecenie rosyjskiej Ochrany za czasów cara Mikołaja II. Ale żeby przypadkiem wszystko nie poszło na konto „ruskich” należy dodać, że w interesie ich stworzenia maczali palce praktycznie wszyscy wyżej wymienieni.
To jednak nie koniec makabrycznego kalejdoskopu, bo niepoślednią rolę w powieści odgrywają zastępy prowokatorów, szpiegów, fałszerzy, skorumpowanych służb, rozpustnych księży i satanistów urządzających pospołu czarne msze, balladystów i innych przekupnych zakapiorów. Jeżeli pominąłem którąś frakcję, to biję się w pierś, uznając publicznie własną ignorancję. Zabrakło może Kuby Rozpruwacza, który na swoje nieszczęście grasował wtedy po drugiej stronie kanału La Manche, podcinając gardła londyńskim prostytutkom, i nie przypasował do perfekcyjnie zaplanowanej struktury fabularnej Umberto Eco.

Myliłby się czytelnik, który w tym momencie uznałby, że w to popieprzone towarzystwo ciężko byłoby wcisnąć kogoś, kto mógłby wnieść doń jeszcze więcej toksycznego kolorytu. Służę pomocą. Oto Simone Simonini – główny bohater „Cmentarza…”. Osobnik będący, mówiąc krótko, postacią na wskroś odrażającą. Małym pocieszeniem jest fakt, iż to jedyna postać wymyślona przez Eco na potrzeby książki.
„Wystarczy jednak dobrze się zastanowić, aby dojść do wniosku, że w jakiś sposób istniał naprawdę również Simone Simonini, chociaż jest wynikiem kolażu, a zatem przypisane mu zostały rzeczy, których w istocie dokonali inni. Powiedzmy sobie szczerze: Simonini jeszcze obraca się wśród nas” – komentarz odautorski jest bezlitosny i jednoznaczny.

Urodzony Roku Pańskiego 1830 „kapitan” Simonini (taki z niego kapitan, jak ze mnie poeta) nienawidzi dosłownie wszystkich. Nienawidzi Żydów i katolików, masonów i jezuitów, swoich przodków i potomków, rodaków i innych nacji, mężczyzn, kobiet i dzieci. „Kuchnia dawała mi zawsze więcej satysfakcji niż współżycie płciowe. Może to piętno wyciśnięte na mnie przez księży” – tłumaczy. Simonini jest fałszerzem, szpiegiem, wichrzycielem, łajdakiem i oportunistą, który zlikwidowanie lub zniszczenie ludzkiego życia traktuje podobnie do wyrwania bolącego zęba. To jednocześnie człowiek wykształcony, inteligentny i przebiegły. Wychowany przez dziadka-psychopatę, ukończył studia prawnicze i praktykę notarialną, gdzie nauczył się swojego przyszłego fachu w wersji dla łotrów. Śledzi potencjalnych klientów lub „narzędzia”, szukając na nich „haków”. Dzięki odpowiedniemu wykształceniu i oczytaniu jest w stanie nie tylko wymyślać niestworzone intrygi i najwyższej próby dokumenty-fałszywki; prowadzi także dziennik, za pomocą którego próbuje zrekonstruować utraconą w wyniku traumatycznych zdarzeń pamięć. „Fałszerz musi zawsze zebrać dokumentację, dlatego też uczęszczałem do bibliotek” – wyjaśnia. Kolega Baudolino to przy Simonini zaledwie niegroźny konfabulant.

The Old Jewish Cemetery in Prague (whatafy.com)Ów dziennik to swoista romain-feuilleton, narracja stylizowana na XIX-wieczną powieść w odcinkach, którą w znacznej części „Cmentarza…” posłużył się pisarz. Stylizacja języka, z której Eco od lat słynie, to rzecz jasna kolejny atut książki. Zderzając XIX-wieczny język z ironicznym komentarzem narratora, z jednej strony buduje świetny klimat i podkreśla historyczny autentyzm powieści, z drugiej zaś puszcza do czytelnika oczko, wskazując na poukrywane tu i ówdzie pułapki.

„Cmentarz w Pradze” jest pełen sztandarowych motywów charakterystycznych dla twórczości Umberto Eco. Znajdziemy tu zarówno listy (spisy), w których pisarz od dawna się lubuje, semantyczne znaki i symbole, kłopotliwego sobowtóra (tajemniczy ksiądz Dalla Piccola), pedantyczne niemal odwzorowanie topografii ulic i budynków, intertekstualne kompilacje XIX-wiecznych dzieł i autorów, a nawet wysublimowane przepisy kucharskie.

I jeszcze słówko na temat kontrowersji wokół domniemanej antysemickiej wymowie „Cmentarza…”. Raz jeszcze posłużę się w tym celu słowami samego autora:
„Zrobili ze mną wywiad [żydowskie pismo „Pagine Ebraiche” – przyp. R.N.] (…) w którym napisano, że moje intencje nie były złe, ale rzeczywiście niektórzy mogą odbierać antysemickie stereotypy w sposób zbyt dosłowny. Wtedy odpowiedziała im żydowska inteligencja, argumentując, że to wszystko i tak można znaleźć w internecie i że lepiej, żeby o antysemityzmie pisać, niż udawać, że go nie ma. Wówczas właśnie odezwało się „L’Osservatore Romano”. Recenzent był niezadowolony, że Leon XIII i jezuici są przedstawieni w książce jako szerzyciele antysemityzmu, a ja w powieści się od tych poglądów nie odciąłem. To cudowne, że właśnie Watykan, który w XIX w. był tak antysemicki, teraz używa tych samych argumentów co środowiska żydowskie.”

Umberto Eco, Cmentarz w Pradze, przeł. Krzysztof Żaboklicki, wyd. Noir sur Blanc, Warszawa 2011.

Rafał Niemczyk

* Dla tych, którzy lubią zagłębić się w historię trochę bardziej.

W Internecie można obejrzeć film Georgesa Mélièsa „Sprawa Dreyfusa” z 1899 roku. Afera wywołana wokół żydowskiego kapitana jest jedną z kluczowych scen w końcowych partiach „Cmentarza w Pradze”. Burza wokół niej pod koniec XIX wieku sprowadziła na Francję najcięższy kryzys polityczny w tamtych czasach. Wstawiennictwo za niesprawiedliwie skazanym Alfredem Dreyfusem ogłosiła wtedy znaczna część francuskiej inteligencji i bohemy, m.in. słynni pisarze i uczeni: Emil Zola, Marcel Proust (poruszył temat w jednej z części „W poszukiwaniu straconego czasu”), Anatol France, Georges Clemenceau czy Vilfredo Pareto. Zainteresowani skazaniem żydowskiego oficera były kręgi panującej władzy, partie nacjonalistyczne i skrajnie prawicowe, rojaliści, kler, a także francuska finansjera. W 1899 roku prezydent Émile François Loubet ułaskawił Dreyfusa, ale dopiero w roku 1906 został on w pełni zrehabilitowany i przywrócono mu honory wojskowe. Wielką rolę w tym procesie odegrała masowa prasa, która od tamtej pory stała się w oczach państwa i społeczeństwa wiarygodną siłą opiniodawczą.

Poniższy film stał się ponadto kasowym przebojem we francuskich kinach i na jarmarkach.

Umberto Eco, Wyznania młodego pisarza. Recenzja


W osiemdziesiąt lat dookoła literatury, czyli opowieści obiecującego młodzieniaszka

Każdy wie, że Umberto Eco to pisarz, semiotyk, filozof, mediewista, bibliofil etc. Każdy wie, że stworzył „Imię róży” i „Wahadło Foucaulta”. Każdy wie również, że pomimo olbrzymiego potencjału napisał jedynie sześć powieści (ostatnią – „Cmentarz w Pradze” – w ubiegłym roku). Powstawały one po kilka lat, ponieważ Eco jest zwolennikiem powieści totalnej, w opozycji choćby do Borgesa, którego uwielbia razem z całą jego Biblioteką Babel. Jednak nie każdy wie, iż Umberto Eco w tym roku skończył równe 80 lat, a mimo to wciąż pozostaje pisarzem… młodym. Już Wam tłumaczę dlaczego.

„Tak się składa, że pierwszą powieść, Imię róży, opublikowałem w 1980 roku, co oznacza, że moja kariera pisarska zaczęła się ledwie dwadzieścia osiem lat temu [teraz to już 32 lata, co niczego nie zmienia – przyp. R.N.]. Dlatego uważam siebie za bardzo młodego i wielce obiecującego pisarza (…), który w następnych pięćdziesięciu latach z pewnością wyda wiele następnych” – rozpoczyna Umberto Eco swoje „Wyznania młodego pisarza”.
„Uważam się za zawodowego akademika, a w kategorii pisarzy należę jedynie do amatorów” – rozwiewa zaraz potem wszelkie wątpliwości w tej kwestii. I w tym wyznaniu jest uśmiech Borgesa, który większość wstępów do swoich książek opatrywał znamieniem krytyki swojej własnej, „mizernej” twórczości.

W pierwszym rozdziale Umberto Eco opowiada o początkach swojej powieściowej kariery – zdradza ze szczegółami, jak narodził się pomysł „Imienia róży” i pozostałych książek.
„Zacząłem pisać tę książkę, ponieważ miałem ochotę otruć mnicha czytającego książkę” – to „geneza” słynnej debiutanckiej powieści. „Postanowiłem opowiedzieć historię, zaczynając od wahadła, a kończąc na chłopcu z trąbką na cmentarzu w niedzielny słoneczny poranek” – to z kolei impuls do napisania „Wahadła Foucaulta”. „Mój protagonista musiał się znaleźć na zachód od tej linii i na wschodzie widzieć wyspę, na której był jeszcze poprzedni dzień. Nie mógł być rozbitkiem (…), poza tym nie mógł umieć pływać, tak więc zmuszony był wpatrywać się w wyspę, odległą odeń zarówno w przestrzeni, jak i w czasie” – to filary historii z „Wyspy dnia poprzedniego”, gdzie grube klasztorne mury, biblioteki, ponure ogrody i gotyckie katedry czy muzea zastąpiły „wnikliwie opisane przestrzenie”. Prawda, że proste?
Eco pisze o tym szeroko także w jednym z esejów opublikowanych w „O literaturze” z 2003 roku, który równie mocno polecam.

Umberto-EcoNa przykładzie swoich wielkich dzieł, włoski semiotyk podsuwa nam wytłumaczenie podwójnego kodowania w powieściach. Wskazuje na funkcje literatury, która poza dostarczaniem zabawy i wysokiej jakości rozrywki, może zarówno inspirować, jak i prowokować Czytelnika, zachęcać do umysłowego wysiłku, próby zmagań z tekstem i sięgania do niego po wielokroć. Takie właśnie są wszystkie powieści Eco, w których poza wartką, intrygującą fabułą, należy doszukiwać się treści głębszych – nawiązań historycznych, filozoficznych, teologicznych, czasami głęboko zakonspirowanej intertekstualności, innym razem ironicznego bata wymierzonego w spiskową teorię dziejów.
„Dlatego uważam, że podwójne kodowanie nie jest żadnym arystokratycznym dziwactwem, lecz sposobem okazywania szacunku dla inteligencji i dobrej woli czytelnika” – podsumowuje pisarz.

W drugiej części zatytułowanej „Autor, tekst i interpretatorzy” Eco szeroko omawia sposoby i znaczenie interpretacji tekstów, odnosi się też do znaczenia intertekstualności w literaturze pięknej. Tłumaczy, że jakkolwiek odbiorca zawsze ma wolną rękę w „prywatnym” rozumieniu dzieła (ponieważ dzieło oddane do rąk odbiorcy przestaje być „własnością” twórcy), tak ta wolność powinna służyć rozsądnemu wyciąganiu wniosków z przesłanek autora – nie zawsze w pełni zgodnych, ale też nie frywolnych.
„Czytelnik nie może dokonać jakiejkolwiek interpretacji, po prostu w zależności od swego widzimisię, lecz musi upewnić się, że dany tekst nie tylko daje jakieś podstawy, lecz także skłania do takiej, a nie innej interpretacji” – wykłada z przekonaniem.
Kontynuując wywód, opisuje sposoby interpretacji tekstu pod kątem kryterium falsyfikacji, wewnętrznej spójności tekstu oraz świadomości samego autora, jako osoby empirycznej, w sprawie ilości/jakości różnorodnych interpretacji, jakie zainspirował jego tekst.

„Kilka uwag na temat postaci fikcyjnych” to rozdział, w którym Eco w swój niepowtarzalny, erudycyjny sposób opowiada o wpływie literackich bohaterów na świat rzeczywisty i vice versa. Przeczytamy o smutku, wzruszeniu i innych emocjach, wywołanych dramatem postaci Anny Kareniny, Scarlett O’Hary czy wpływie „efektu Wertera”. Na przykładzie nieśmiertelnej Anny Kareniny Tołstoja dowiemy się, dlaczego jej los jest bardziej pewny niż samobójstwo Hitlera (twierdzenia fikcyjne vs twierdzenia historyczne). Poznamy funkcję epistemologiczną i ontologiczną twierdzeń fikcyjnych oraz fluktuujące indywidua we fluktuujących partyturach (czyli jak w odniesieniu do zjawisk lub procesów zmieniają one swoje cechy w czasie).

Umberto-Eco-2Celowo nagromadziłem te pojęcia, żeby w poniższym zdaniu wyjaśnić, że „Wyznania młodego pisarza” (podobnie jak większość eseistyki lub naukowych książek Eco) czyta się naprawdę bardzo swobodnie. Umberto Eco jest doktorem honoris causa i „ciężkim” umysłem, ale potrafi opowiadać jak mało kto – nawet operując trudnymi pojęciami. Eco bawi, ironizuje, podkpiwa, czerpie radość z opowiadania i dzielenia się swoją wiedzą. Zarzuca mu się czasem pychę i nadmierną pewność siebie, jako jego słabości.
Napomknę tylko o sprawie tłumaczki Jeleny Kostiukowicz, która przełożyła „Imię róży” na język rosyjski i napisała na temat powieści wyczerpujący esej. Eco chwali Kostiukowicz za ciężką pracę, by momentalnie zganić za wnioski Rosjanki, te niebędące po jego myśli. Wyciąga garściami argumenty przekonujące o tym, że tłumaczka się w pewnych sprawach pomyliła. Trzeba przy tym wspomnieć, że świetną pracę wykonał polski tłumacz – Jerzy Korpanty – który w krótkich przypisach wskazuje momenty, kiedy to myli się… sam Umberto Eco (jak choćby szczegóły w opisie dziobaka tudzież transkrypcji cyrylicy). Czyta się to wybornie, a wytknięcie drobnej nieuwagi samemu pisarzowi jeszcze bardziej zbliża go do czytelnika.

„Wyznania młodego pisarza” kończą listy (jako struktura danych, a nie forma pisemnej korespondencji) Umberto Eco, oddające jego miłość do literatury, książek, wiedzy czy katalogowania. Dla wielbicieli włoskiego twórcy to pozycja obowiązkowa, ale każdy bez wyjątku uszczknie tu coś dla siebie. Bo obiecujący pisarz, młodzieniaszek Eco mówi nam rzeczy ważne i ciekawe, zagłębiony w fotelu jednej ze swoich wspaniałych bibliotek.

Umberto Eco, Wyznania młodego pisarza, przeł. Jerzy Korpanty, Świat Książki Grupa Wydawnicza Weltbild, Warszawa 2011.

Rafał Niemczyk

%d blogerów lubi to: