Bez mapy i bez kompasu. O „Wielopolu“ Wojciecha Klęczara


Bez mapy i bez kompasu. O „Wielopolu“ Wojciecha Klęczara

Mapa to nie terytorium, mówi Kobrzyński, za Kobrzyńskim flagowy cyniczny melancholik późnej nowoczesności, Michel Houellebecq. Więc kiedy jesteś w obcym miejscu, kiedy wyciągasz z ciasnej kieszeni ten czy inny model niemodnego już w tym sezonie smartphone’a, kiedy chcesz się dostać z punktu A do punktu B i tylko to cię w danej chwili interesuje, wiesz doskonale, że mapa to tylko utylitarna abstrakcja. Że mapa nie jest dziełem artystycznej imaginacji, intelektualnej brawury czy nieokiełznanego talentu. Stawką jest precyzja, umiejętność przełożenia trójwymiarowej przestrzeni na dwuwymiarową powierzchnię kartki czy ekran twojego starego telefonu. Mapa to figura porządku i kontroli, która poprowadzi cię bezpiecznie w nieznane krajobrazy odległych dzielnic, kiedy właśnie szukasz mieszkania, to zmyślny plan, który zabierze cię z lotniska wprost do hałaśliwego hostelu, gdzie spędzisz kolejne trzy noce. Mapa to podróż, czasem rozrywka. Ale co zrobić z takim jej rodzajem, który rzeczywistość przestrzeni przekłada nie na starannie wycyzelowany obrazek, ale na słowa i zdania?

To właśnie taka mapa jest strukturą organizującą dziesięć mniejszych tekstów w debiutancką powieść Wojciecha Klęczara „Wielopole“. Tytuł książki może być nieco mylący. Nie jest ona bowiem nawiązaniem do kultowej sztuki Tadeusza Kantora – mrocznej podróży w głąb pamięci, która obraca kalejdoskopem prywatnej i narodowej historii. Tytułowe Wielopole to też doświadczenie indywidualne, wpisujące się w szersze kolektywne, a być może i formatywne doznanie, ale jego kaliber i proweniencja jest już zgoła inna. Dla Krakusa i Krakuski w pewnym wieku asocjacja może być tylko jedna. Chodzi o słynną imprezownię, na którą składało się parę modnych barów (m.in. Caryca, Łubu Dubu i Kitsch) mieszczących się w zrujnowanej wiekami, niefrasobliwymi właścicielami i smogiem kamienicy przy ulicy Wielopole 15. Jej losy potoczyły się dramatycznie, choć obyło się bez ofiar: pewnej pamiętnej soboty w 2011 roku zawaliły się schody prowadzące do jednej z knajp. Książka Klęczara zaczyna się dokładnie w momencie, kiedy dla wielu skończył się świat beztroskich obłapiań w przepastnych czeluściach tego czy innego pulsującego dark electro i bitami z wczesnej twórczości Madonny wnętrza. „Bezdomni imprezowicze“ snują się teraz po mieście, muszą wydeptać nowe szlaki, odnaleźć nowe destynacje, w których konsekwentnie będą pracować nad kolejną erotyczną zdobyczą, kolejnym niedzielnym kacem.

Wojciech Klęczar (foto: Joanna Borgieł)

Na pierwszy rzut oka „Wielopole“ to próba naszkicowania nowej mapy, wytyczenia nowego terytorium po lokalnej mikro-katastrofie. Wrażliwość i precyzja, z którą Klęczar opisuje przestrzeń, jest z pewnością mechanizmem napędowym powieści. Na wyjątkową uwagę zasługuje surrealistyczna scena, w której narrator sunie w nocy po krakowskich Plantach, budząc z bahusowego rauszu typicznych użytkowników tego terytorium. Oni zaś ze swoim emocjonalnym bagażem, traumami i pragnieniami, dołączają się do opowiadacza w niezwykłym, kolorowym korowodzie: I tak dotarłem do Siennej. Do ulicy, którą jeszcze niedawno co weekend nocną porą pielgrzymowały z Rynku na Wielopole tłumy imprezowiczów: biedni studenci, liczący na tanie picie; biedne studentki, liczące na darmowe picie; bogaci studenci, liczący na biedne studentki; bogate studentki, nie wiadomo po co; pracownicy biur, banków i korporacji, by poczuć zew przygody; nauczyciele, by wydać ostatnie grosze; lansiarze, by się puszyć; domorośli tancerze, by poskakać; introwertycy, by posiedzieć przy barze; introwertyczki, by popatrzeć na przystojnych; przystojni, by szukać ładnych; ładne, by je podrywano; brzydkie, by trafić na księcia; niskie i wysokie, by spotkać wysokiego; niscy i wysocy, by spotkać niską lub wysoką; smutni, by dokarmiać depresję; szczęśliwi, by podlewać radość; luminarze, by rozmawiać o filozofii; idioci, by rozmawiać jak najmniej; długoletnie pary, by zwalczyć monotonię; samotni, by wreszcie kogoś poznać; homoseksualiści, by wreszcie poczuć się swobodnie; hetero, by czuć się jak zwykle; samce alfa, by jakąś upolować; nieśmiali, by choć raz się odważyć (…) (s. 72)

Przytoczony fragment, który ciągnie się przez dobrych parę akapitów, stanowić może wystarczający powód do przeczytania książki, ale jest też istotny z innych względów. Ukazuje on bowiem jedną z wielu twarzy narratora: barmana, melomana-hochsztaplera, niedoszłego prawnika, trochę paranoika, trochę melancholika, bystrego i uważnego konesera nocnego (i porannego) życia Krakowa, którego poznajemy bliżej w tytułowym tekście. Bohater, którego myśli i zsynchronizowany z nimi nieustanny ruch w przestrzeni śledzimy, zdaje się współczesną wersją fin de sièclowego flâneura – profesjonalnego spacerowicza i wnikliwego obserwatora miasta. Historycznie figura ta powiązana jest z początkami kryzysu podmiotowości. Nie inaczej jest w „Wielopolu“, gdzie poczucie końca i wyczerpania wpisano w rozedrgane sylwetki głównych bohaterów. To jest też właśnie narrator (niesłusznie przez niektórych recenzentów utożsamiany z autorem), który staje się naszym samozwańczym przewodnikiem po ciemnych zaułkach, pogrążonych w mroku ulicach i skwerach, tanich jadłodajniach, a przede wszystkich po kultowych barach, knajpach i spelunach, w których jednocześnie dzieje się wszystko i nie dzieje się nic.

Czytane z tej perspektywy „Wielopole” to fascynujący i nieoczywisty plan imprezowego Krakowa, tego sprzed lat i tego współczesnego, tego ekstatycznego od alkoholowego haju i tego odurzonego melancholią dnia po końcu imprezy. Jądrem, wokół którego centralizuje się opowieść krakowskiego pisarza, jest fikcyjna knajpa o symptomatycznej nazwie Prokrastynacja, nawiedzana przez zastęp mniej lub bardziej ekscentrycznych klientów, których życie wypadło z torów i uporczywie nie może na nie wrócić. Bywają prawnikami, dziennikarzami, muzykami, żołnierzami, sprzątaczami i naukowcami, ale tymi nieudanymi, tymi, z których złośliwie naśmiewa się życie. Życiem Jacka, Malutkiego, Radka czy Mariusza rządzi niefrasobliwy przypadek, a jego poczucie humoru nie zna granic. Raz rzuca bohatera z obiecującego związku wprost w kryminalną intrygę, kiedy indziej znad stołu w kasynie jednym ruchem przesuwa do stolika na dansingu dla ryczących pięćdziesiątek, by za moment, ot tak dla zabawy, z rokującego naukowca w Krakowie zrobić wziętego kelnera w Paryżu, a z przeintelektualizowanego księgarza-aresztanta osadzonego za posiadanie. Ale żaden z tych „wiecznie rokujących”, potencjalnych ludzi, mężczyzn niedokończonych, nie jest w stanie przełamać swojej pasywności, zawalczyć, by wygrać lub przegrać. Ich gesty i ruchy są puste i bez znaczenia. Coś nimi działa, ale oni sami pozbawieni są energii do podjęcia jakiejkolwiek inicjatywy. Dlatego, na przykład, Mariusz, oddany uczestnik licznych kursów językowych, laureat olimpiady historycznej, były redaktor gazetki kółka matematycznego, niespełniony pisarz i autor wielu niedokończonych artykułów, a także marzyciel niestrudzenie snujący wizje o przyszłej o karierze dyplomaty, czuje się najlepiej, gdy właściciel księgarni wydaje mu polecenia. Horyzont Mariusza wyznacza odgórnie zainicjowane przenoszenie książek z miejsca na miejsce. Organizuje cierpliwie tę przestrzeń, ale zawsze pod czyjeś dyktando. To ten inny, ktoś z zewnątrz, musi coś zrobić z rzeczywistością bohatera, gdyż on sam niezdolny jest do podjęcia jakichkolwiek działań. Symptomatyczny jest sposób, w jaki dowiadujemy się o tych ważkich faktach z życia Mariusza. Historie te wypływają bowiem, gdy zmarnowany po dniu w areszcie chłopak wreszcie zasypia: A kiedy się budzi – ten poniedziałkowy ranek jest ładny i słoneczny, w sam raz na winko na Kopcu Kościuszki – dziwi się, że w jednym śnie może się tyle zmieścić. (s. 39)

W opowiadaniu „Dyplomata” sen staje się metaforą życia, w którym dzianie się zostaje zastąpione przez permanentny stan zawieszenia. Podobną funkcję pełnią w powieści wszystkie refleksje autotematyczne. „Wielopole” pełne jest bowiem rozsypanych tu i ówdzie tropów związanych z pisaniem i czytaniem, gdzie tekst staje się bezpieczną przestrzenią, w której można się schować przed zawsze kłopotliwym namiarem świata. Księgarzem o literackich aspiracjach jest wspomniany już Mariusz. W pewnym momencie i narrator demaskuje się jako nieudany pisarz: Wtedy ostatecznie zdecydowałem, że rzucam pisanie, tak naprawdę był to pusty gest, bo niczego od dawna nie napisałem, a zresztą wcześniej, kiedy niby coś pisałem, nie udało mi się stworzyć żadnego opowiadania, które byłoby choćby ponadprzeciętne. (s. 60)

Większym sukcesem pochwalić się może obsesyjny i narcystyczny Julian – autor tekstu opublikowanego w jednym z niszowych pism literackich. Ale i ten niewielki sukces nie pociągnął za sobą następnych, bardziej spektakularnych osiągnięć. W świecie literatury, muzyki i filmu żyje też Kolo – notoryczny gapowicz, drobny złodziejaszek, radiowiec i utalentowany strzelec wojskowy – którego wzorce relacji międzyludzkich ukształtowane są całkowicie przez wymazującą nudę i dłużyzny z egzystencji fabułę. Najbardziej zdecydowany gest wypisania się z rzeczywistości podejmuje Dziennikarz: były korespondent wojenny, obecnie autor tekstów o militariach. Lata codziennego obcowania z najbardziej plugawymi występkami, makabrycznymi zbrodniami i najciemniejszymi zaułkami ludzkiej natury uczyniły z człowieka, który widział pływające w zupie oczy, emocjonalne truchło. Jedynym paliwem napędzającym resztki tego życia, które po koszmarze wojny może być doświadczane już tylko przez ekran komputera, jest pierwsza, następna, kolejna bania czystej.

Rola alkoholu, a także innych używek, jest w powieści kluczowa. Dla większości bohaterów pełni on oczywiście funkcję terapeutyczną: pozwala zapomnieć o tym, o czym pamiętać nie można, łagodnie zapełnia najbardziej nawet ziejącą pustkę w duszy, jest kojącym okładem na złamane serca. W tej refleksji nie ma, rzecz jasna, nic odkrywczego. Interesujący jest jednak zupełnie inny kontekst. Alkohol w „Wielopolu” staje się bowiem wehikułem niespodziewanych okoliczności. To dzięki nieplanowanej libacji Radek nie wygłasza w końcu referatu na konferencji w Paryżu i znów, przez zupełny przypadek, znajduje zatrudnienie w restauracji. Zapijanie smutków sprawia, że narrator tytułowego „Wielopola” dowiaduje się pewnych kluczowych dla rozwoju narracji informacji. Niecały gram palenia dziwnym trafem wsadza Mariusza do aresztu; Malutkiego, który przepuszcza ostatnie grosze w podrzędnych kasynach, uzależnienie od hazardu pcha – przynajmniej teoretycznie – w ramiona podstarzałych sponsorek. Żaden jednak z bohaterów nie rozpoznaje swojego problemu. Dobitnie obrazuje to scena, w której Dziennikarz – sam zapijający swoją traumę kolejnymi kieliszkami czystej – komentuje z politowaniem jednego ze stałych bywalców Prokrastynacji. Szkoda gościa, fajny człowiek był, alkohol go zniszczył. Znaliśmy się kiedyś, za licealnych czasów, och, dawno to było, jak dawno… (s. 20-21) – podsumowuje z nieudawanym współczuciem mężczyzna, który potrafił patrzeć w twarz kloace świata, ale nie umie skonfrontować się z własnym alkoholizmem i demonami, które go w uzależnienie wpędziły.

Spotkanie autorskie (prowadzi Agnieszka Jeżyk)

Diagnozy społeczne z bezlitosną szczerością, ale i z autentycznym zrozumieniem serwowane przez Klęczara, są dojmująco pesymistyczne. Wszystkich bohaterów, którzy na kartach powieści zwierzają się ze swoich intymnych przeżyć, dzielą się anegdotami czy niezwykłymi doświadczeniami, łączy uczucie dojmującej pustki ziejącej z każdej komórki, sunącej neuronami, płynącej wartko w krwiobiegu. Na tę niemoc, to wszechogarniające otępienie, nie pomaga tak naprawdę ani wódka, ani joint, chwilowa podnieta z wygranej partii, adrenalina pompowana przez ekstremalne doświadczenia, przypadkowy seks ani rozmowa z empatycznym barmanem z nieskończonymi pokładami wrażliwości. Klęczar notuje i zbiera, ale nie ocenia. Pomijając nieco zbyt konwencjonalnie eksploatujące stereotypy, opowiadanie „Aktywistki” i niewnoszącego do tomu nic intrygującego „Pisarza”, „Wielopole” to fascynująca galeria ludzkich osobliwości, które pod czułym i uważnym piórem autora stają się niepokojąco uniwersalne. To pełne empatii, ale i bezpretensjonalnego poczucia humoru głęboko humanistyczne historie o pokoleniu, które pozbawione żywiołowego temperamentu beneficjentów przemiany ustrojowej i roszczeniowej buńczuczności milenialsów, pogrąża się w egzystencjalnej i społecznej inercji. To opowieść o generacji, tej bez mapy i bez kompasu, której zostaje tylko chlać obsesyjnie kontemplując utracone szanse, niewykorzystane okazje i te wszystkie „twoje pięć minut”, które nigdy porządnie się nie nadziały. Przede wszystkim jednak jest to narracja o depresji, o chorobie bezlitośnie toczącej dzisiejszych trzydziestolatków, którzy nie umieją wpasować się w wygórowane wzorce lansowane przez nastawione na rozwój osobisty i erotyczne sukcesy media, kult ego promowany przez portale społecznościowy i nakaz odnoszenia wciąż to nowych osiągnięć zawodowych w prywatnych firmach, międzynarodowych korporacjach, w startupach, o każdej porze dnia i nocy, siedem dni w tygodniu, to perpetuum mobile będące kwintesencją późnego kapitalizmu.

Depresja w „Wielopolu” ma wiele odcieni. Niekiedy to raczej rodzaj subtelnej melancholii, która nawiedza narratora: Bywałem niejednokrotnie kimś w rodzaju Bieguna, tyle że łażąc, nie walczyłem ze złem, a jedynie ze złymi myślami. (s. 78) Kiedy indziej, jak w przypadku Jacka z pierwszego z opowiadań w tomie, to stan chronicznego, wiecznie powracającego rozczarowania, rozpaczy, mroku. Bardzo dobitnie obrazuje to jedna z kluczowych scen z tytułowej historii, w której narrator w wyniku dziwnego zbiegu okoliczności trafia na spotkanie sekty wyznawców teorii radykalnego pesymizmu Philippa Mainländera. Dla wszystkich tych nadwrażliwych, niedostosowanych, naiwnych, idealistycznych, nieporadnych, nieatrakcyjnych, błądzących, zbyt głośno samotnych, infantylnych, beznadziejne melancholijnych nie ma lepszego patrona niż autor „Metafizyki Unicestwienia”. Tak! Jedynie śmierć może wyzwolić nas z cierpienia. Tylko ona może dać ulgę i wybawienie. Ale pamiętajmy: odczujemy ulgę tylko wtedy, gdy będziemy zaprzeczać woli życia. Tylko wtedy! Tylko wówczas na zawsze znikniemy. – wraz z demoniczną prelegentką zdają się powtarzać jednym tchem wszyscy bohaterowie „Wielopola”. Klęczar jednak puszcza do czytelnika swoje diabelskie oko i serwuje mu na deser zupełnie nieoczekiwane zakończenie…

Wojciech Klęczar, Wielopole, Wyd. FORMA, Szczecin 2016.

Agnieszka Jeżyk

%d blogerów lubi to: