Shaun Tan, Regulamin na lato.


Jeśli nie znasz reguł, weź ze sobą przewodnika

Braliśmy wszystko to, co dało się zabrać, stając się na wieki dłużnikami. Przeskakiwaliśmy przez szosę, z jednej strony chodnika na drugą, gdzie nie czekało na nas nic prócz podziurawionych betonowych kwadratów, z których letnie ulewy spłukiwały wyrysowane kredą lub cegłą symbole. Były to sekretne znaki na ołtarzach, po których deptały podziurawione i zakurzone trampki. Obserwowaliśmy owady, ich życie w upale było zbyt pracowite i pełne pasji, aby się nami przejmować. Wąchaliśmy truskawki, bo nasze żołądki nie dały już rady ich pomieścić, a żując na wyścigi pestki z czereśni, graliśmy na nosie zgrzybiałemu właścicielowi sadu. I było lato, i dni były długie, nieskończone: zaczynały się gruchaniem gołębi, trwały w popołudniowym bezruchu dumne i gorące, by zakończyć się dopiero różowym blaskiem nieba, na tle którego odcinały się ptaki wieczora, kruki, wrony, i smukłe kominy elektrowni. I każdy taki dzień trwał tak długo, dopóki niebo nie zniknęło, a kiedy już zniknęło, znikaliśmy i my, wracaliśmy do domów i kładliśmy się spać w bezgranicznej ufności, że promienie słońca wędrują i zawracają, wędrują i zawracają, by za parę godzin znów obudzić gołębie na poddaszach, osuszyć trawę z porannej rosy, rozświetlić letni ołtarz i ocucić z letargu swych wyznawców. Wielu z nas chodziło spać ze smutkiem, niekochani, oszukani, ale budziliśmy się zawsze pełni wiary. Mieliśmy swoje zasady. Najważniejsze, że było ciepło.

(„Ciepło”)

Tego nauczyłem się ostatniego lata:

Lato rządzi się własnymi prawami. To wtedy wolno włóczyć się do samej nocy, a do domu wracać z poharatanymi łokciami i siniakami w zaskakujących miejscach. Mimo że na lato składa się kilka najbardziej beztroskich tygodni w roku, jest ono jednocześnie okresem najintensywniejszego dorastania. Pozostawieni samopas przygodzie, nieodpowiedzialni i rozochoceni słońcem, nazbyt pewni siebie i zupełnie naiwni, to właśnie latem poznajemy świat najintensywniej. Nie z podręczników i regułek wygłaszanych przez odpowiedzialnych opiekunów, ale z własnego doświadczenia.

Nigdy nie zostawiaj jednej czerwonej skarpetki na sznurze do suszenia prania.

Musimy jednak zachować ostrożność. Nasza letnia wolność, choć piękna, może nas bowiem wpuścić w maliny. Bezcenny okazuje się więc bardziej doświadczony towarzysz i zbiór odpowiednich zasad. Bohaterów jest zatem dwójka: starszy z nich jest przewodnikiem młodszego (brata?), odkrywa przed nim tajemnice i reguły. Taka konwencja przypomina nieco wspaniałą grę video stworzoną przez studio Starbreeze pt. „Brothers: A Tale of Two Sons” – osadzoną w klimatach skandynawskich legend i baśni Andersena opowieść o dwóch braciach wyruszających w podróż po lekarstwo dla chorego ojca.

„Regulamin na lato” to kolejny popis nieograniczonej wyobraźni i wspaniałej kreski Shauna Tana. Tym razem sięga on do czasów dzieciństwa, które spędził na przedmieściach australijskiego Perth. Jednak podobnie jak w przypadku innych dzieł Australijczyka, i tutaj mamy do czynienia z dziełem uniwersalnym. Lato i dzieciństwo każdy przeżywa i pamięta na swój sposób, mimo to istnieje szereg kluczy, za pomocą których jesteśmy w stanie się porozumieć. Tan za pomocą swojego picture booka oddaje w nasze ręce cały pęk kluczy – złożone sceny i krajobrazy pełne są metafor, dwuznaczności i symboliki. Punktów regulaminu jest szesnaście, a każdy z nich zawarty jest dokładnie w jednym zdaniu.

Nigdy nie dawaj kluczy nieznajomemu.

Ilustracje Shauna Tana to wielobarwne, soczyste obrazy olejne, często wypełnione znaczącymi szczegółami. Bez trudu dostrzeżemy w nich przeróżne inspiracje, z których na pierwszy plan wysuwają się prace przedwojennego brytyjskiego surrealisty Paula Nasha. Krajobrazy są bujne i parne, ale nie zawsze beztroskie. Prócz pięknych scenerii i lazurowego nieba, mamy tu surowe, opustoszałe przedmieścia, wszędobylskiego kruka czy korowód niepokojących gości. Surrealistyczne widziadła podkreślają niesamowitość letniej przygody, ale ostrzegają też, że niebezpieczeństwa czyhające na naszych małych bohaterów, choć nienazwane, są bardzo realne. Zwłaszcza, jeśli ktoś nie zna reguł.

Shaun Tan, Regulamin na lato, tłum. Jacek Drewnowski, Kultura Gniewu, Warszawa 2014.

Dorota Jędrzejewska
Rafał Niemczyk

Preludium do parady (więcej na: http://www.shauntan.net)

Alice Munro, Taniec szczęśliwych cieni. Recenzja.


Egzorcyzmowanie wspomnień

Co może kryć się w kamieniu ciśniętym niezdarnie przez dziecko w otchłań jeziora? Czy spacer z ojcem po lesie może odkryć ponurą tajemnicę? Gdzie tak naprawdę mieszkamy i kto jest naszym sąsiadem? „Taniec szczęśliwych cieni” to debiutancki zbiór opowiadań Kanadyjki Alice Munro, która w pewnych kręgach bywa nazywana „współczesnym Czechowem”. Jej domeną są opowiadania i nigdy nie wychodzi poza krótką formę, ponieważ, jak sama twierdzi, „powieść posiada spójność, której nie widzi wokół siebie”. Jakby na przekór tym słowom, książki Munro należy traktować jako całości, kompletne zbiory, gdyż opowiadania odczytywane pojedynczo tracą sporą dozę siły wyrazu. Trzeba się mocno skupić, aby wyróżnić w tym solidnym zbiorze utwory zapadające w pamięć najbardziej, a jednak nie sposób nie dostrzec w tej prozie blasków i cieni codzienności obserwatorskiego kunsztu. Opowiadania Munro oparte są bowiem na obserwowaniu wycinków życia często z pozoru bezbarwnych ludzi.

Scenerię tworzą tu przeważnie obrzeża kanadyjskiej prowincji Ontario, z Doliną Wielkich Jezior i granicą z USA na południu, Zatoką Hudsona na północy, prowincjami Quebec i Manibota na wschodzie i zachodzie. Czy posiada to większe znaczenie? Chyba tylko takie, że to strony, z których pochodzi autorka, trzeba więc przy okazji wspomnieć o wyczuciu, z jakim je opisuje. Ponadto jest tutaj zielono, pachnie lasem i jeziorem, ale wszak dla Kanady to krajobraz wcale nie wyjątkowy. Czas opowieści jest różny, ale można założyć, że zamykają się w dwudziestoleciu powojennym, zaś najwcześniejsze z nich to okres prohibicji, który w niektórych kanadyjskich prowincjach trwał do roku 1948.

Okładka pierwszego amerykańskiego wydania „Dance of the Happy Shades”

Narracja większości utworów prowadzona jest z perspektywy kobiety lub dziewczynki. Munro, opowiadając o młodzieńczych (dziewczęcych) kompleksach, z lekka feminizuje, ale nie ma w tym nic denerwującego ani ideologicznego (w przeciwieństwie do okładki polskiego wydania, która z przyczyn prawdopodobnie marketingowych sugeruje, że sięgamy po literaturę „kobiecą”, co, używając słów litościwych, „nie jest do końca prawdą”) – ot, ukazuje rzeczy i ówczesne realia takimi, jakimi je pamięta. Problemy nie dotyczą samej nierówności płci – kanadyjska pisarka przedstawia dwoistą percepcję dziecięcego świata, z wyraźnym podziałem zadań, ale również krzywą wrażliwości kształtowaną machinalnie przez świat dorosłych.

Najdobitniej widać to w świetnym opowiadaniu o sprzedawcy lisich skór, pod którego strzechą dorastają syn i córka, która nie może pogodzić się z losem uśmiercanych w gospodarstwie zwierząt. Koń wierzga w agonii, brat się głupkowato śmieje. Małej nikt nie słucha, a wszelkie słabości składane są na karb „dziewczyńskości” bohaterki. „Jestem tylko dziewczynką” – dochodzi wreszcie do wniosku. Trudne relacje damsko-męskie znajdziemy z kolei w ponurym i klaustrofobicznym opowiadaniu „Biuro”, którego bohaterka – początkująca i traktowana nie do końca poważnie pisarka – jest nękana dziwnym zachowaniem właściciela tytułowego lokalu.

Autostrada w pobliżu Bissett Creek w prowincji Ontario (fot. wikimedia)

Autostrada w pobliżu Bissett Creek w prowincji Ontario (fot. wikimedia)

Wiele w tym zbiorze pojedynczych dziwności, jest też garść odpałowych postaci, które pojawiają się znienacka na tle zwyczajnego świata, zwracając uwagę jeśli nie na siebie, to na szczegóły zręcznie zakamuflowane przez autorkę. Pewne motywy powtarzają się w kilku opowiadaniach – czujny czytelnik wyłapie je i powiąże ze sobą, co sprawi, że obraz stanie się bardziej pełny, choć nigdy do końca wyraźny. „Taniec szczęśliwych cieni” przypomina bowiem egzorcyzmowanie koszmarnych wspomnień z przeszłości – nie żywych już, ale nigdy do końca martwych.

Alice Munro, Taniec szczęśliwych cieni, przeł. Agnieszka Kuc, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2012.

Rafał Niemczyk

Michaił Bułhakow, Mistrz i Małgorzata. Po latach.


Blaski i cienie Mistrza

Ciekawostką ubiegłorocznego wydania „Mistrza i Małgorzaty” Michaiła Bułhakowa jest przekreślenie w druku fragmentów, w które ingerowała cenzura przy premierowej publikacji w latach 1966-67, a także dołączone do książki notatki z dziennika Jeleny Bułhakowej, trzeciej żony pisarza, zatytułowane „Ostatnie dni mistrza”. Opisują one ostatnie dni życia Bułhakowa, jego pogłębiającą się chorobę przechodzącą w ponurą depresję, wywołaną w znacznym stopniu złym przyjęciem sztuki o Stalinie, którą mistrz kończył z zapałem i nadzieją. Za oknem rządzi wszechogarniający mróz, a w powietrzu wiszą niespełnione marzenia o wyjeździe na słoneczne południe Europy. W moskiewskim światku literackim krążyło wówczas powiedzenie, że pierwsza żona pochodzi od Boga, druga od ludzi, a trzecia? Trzecią przynosi diabeł.

Bułhakow miał świadomość nadchodzącej śmierci. Ojciec artysty umarł na zdiagnozowaną nerczycę; cierpiąc na tę samą chorobę, więc Bułhakow nie pozostawiał sobie wielkich nadziei na wyzdrowienie. Wiedział, że przed odejściem musi wypełnić literacką misję: ukończyć „Mistrza i Małgorzatę” i dokonać w swoim opus magnum ostatecznych poprawek, aby żaden cień nie kładł się na doskonałość dzieła. Choć pierwsze rozdziały „Mistrza…” – które miały wówczas funkcjonować jako cała opowieść – powstały już w roku 1928, Bułhakow do końca swych dni dopracowywał dzieło. Ostatnie zmiany wprowadzał jeszcze w lutym 1940 roku, na miesiąc przed śmiercią. To wtedy skończył rozdział ostatni zatytułowany „Przebaczenie i wiekuista przystań”. Przez cały czas wiernie asystowała mu żona. Ta, którą ponoć mistrzowi sprowadził sam diabeł, być może nawet noszący maskę Wolanda.

Gustaw Holoubek (Woland), Anna Dymna (Małgorzata) i Janusz Michałowski (Korowiow-Fagot) w polskiej ekranizacji „Mistrza i Małgorzaty” z 1988 roku; czteroodcinkowy serial wyreżyserowali Maria Kuziemko i Maciej Wojtyszko (fot. archiwum TVP)

Paradoks sytuacji przedstawia się tak: mistrz (Bułhakow) kończy powieść swojego życia („Mistrza…”), która na jednym z poziomów (bo poziomów „Mistrz…” ma oczywiście kilka) w sugestywny i oryginalny sposób obnaża absurdy i bezduszność komunistycznych struktur. Mistrz, kończąc „Mistrza…”, pogrąża się w chorobie wywołanej pośrednio gniewem przywódcy ZSRR, któremu nie podoba się sztuka pt. „Batumi” (napisana przez Bułhakowa na 60. urodziny Stalina)… gloryfikująca postać dyktatora.

„Mistrz i Małgorzata” w Teatrze Groteska (fot. Anna Kaczmarz)

O odbiorze dramatu „Batumi” przez władze sowieckie Wasilij Sachnowski, ówczesny reżyser MCHAT, mówił tak (cyt. za: „Ostatnie dni mistrza”):

Sztuka otrzymała na samej górze (to znaczy w KC) skrajnie negatywną ocenę. Nie wolno kogoś takiego jak J. Stalin opisywać jako romantycznego bohatera, nie wolno go umieszczać w wymyślonych sytuacjach i wkładać w jego usta zmyślonych słów. Sztuki nie wolno wystawiać ani publikować.

I po drugie – na samej górze uznali napisanie sztuki za podjętą przez Bułhakowa próbę przerzucenia mostu, by zmienić stosunek do siebie.

Kadr z komiksu "Mistrz i Małgorzata" wydanego w Polsce przez Timof i cisi wspólnicy (2011, oryg. 2005)

Kadr z komiksu „Mistrz i Małgorzata” wydanego w Polsce przez Timof i cisi wspólnicy (2011, oryg. 2005)

Czy „Batumi” faktycznie było „próbą przerzucenia mostu” przez zmęczonego pisarza, który zdawał sobie sprawę, że w Związku Sowieckim nie ma już przyszłości? Satyryczne opowiadania („Diaboliada”, „Fatalne jaja”, „Psie serce”) czy wcześniejsze dramaty jednoznacznie określały stanowisko Bułhakowa do radzieckiego aparatu państwowego. Z drugiej strony na horyzoncie majaczyła mu zapewne wizja „Mistrza i Małgorzaty” jako utworu odrzuconego, zdewastowanego przez cenzurę, może nawet w całości lub częściowo zapomnianego.

A w „Mistrzu i Małgorzacie” jak nigdzie wyczuwalna jest tęsknota za wolnością, której żadne magiczne elementy nie są w stanie ukryć (ba!, nawet na przekór pisarzowi, a może za jego aprobatą, momentami wymykają się spod kontroli). Tu przywary moskiewskiego społeczeństwa pędzone są szatańskim pejczem (wio!), korupcja kwitnie pod każdą strzechą, a za represje i znikanie bez wieści ludzi odpowiedzialny jest diabeł we własnej osobie. Jest wreszcie „Mistrz…” dziełem o istocie aktu tworzenia, tańcem ze sztuką i grzechem (bal ponad bale – scena kultowa!) – całkowitym wewnętrznym odbiciem w diamencie szlifowanym wiele lat i wielkim kosztem.

Rzecz o postaciach – charyzmatycznych demonach, zagubionych niewiastach, godnych pożałowania draniach i innych zjawach – jest zbędna. Pisanie kolejny raz o narracyjnym kunszcie, o wielości narracyjnych technik, o języku, który nie będąc wcale wymyślnym, ale plastycznym i, co najważniejsze, elastycznym, u Bułhakowa pełni jednocześnie rolę wiodącą i wtórną, bo w zależności od gramatury epizodu mistrz dozuje środki odpowiednio, niczym doświadczony neurochirurg – wszystko to jest niepotrzebne. Mistrzowi już nic nie potrzeba, Małgorzacie również.

Michaił Bułhakow, Mistrz i Małgorzata, tłum. Irena Lewandowska i Witold Dąbrowski, AGORA SA, Warszawa 2012.

Rafał Niemczyk

Giovanni Giacomo Casanova, Pamiętniki.


Zobaczyć Casanovę, czyli krótka historia pewnego mitu

Pewien młodzian o mało co nie został księdzem, a ujmując rzecz ściślej: został nim, lecz rychło tę profesję porzucił, nie sądząc się godnym takiego urzędu ani nie widząc go odpowiednim dla swego temperamentu. Dobrze się stało, i dla spraw Kościoła, i literatury, nie wspominając już o powszechnej historii miłosnych rokowań. Dokładał potem wielu starań by uzasadnić trafność podjętej decyzji. Był w tym gorliwy, nie próżnował i pracowicie na swą legendę zasłużył. Na koniec, po życiu dość barwnym, osiadł, jak wielmoży przystało, na zamku w Duchcovie, tyle że nie swoim i nie jako władca, tylko na synekurze bibliotekarza. Łaskę taką mu okazał – proszę się nie zgubić w imion litanii – Józef Karol Emanuel Waldstein-Wartenberg, magnat i bogacz, co miał siłę i cierpliwość różne dziwactwa i kaprysy starca, już prawie, znosić – ot kaprys, aby sprawować mecenat w dziedzinie awanturnictwa.

W takiej to ksiąg spokojnej i pełnej kurzu atmosferze siedział, przyznać trzeba nieco przez świat zapomniany, donżuan i memoriał swój skrzętnie spisywał. Na sam koniec na pergaminie postawił pieczęcie i podpisał: Giovanni Giacomo Casanova; z przyzwyczajenia, lecz fałszywie jeszcze dodał: kawaler de Seingalt. Po czym ręce zatarł i z uśmiechem „Pamiętniki” światu ofiarował. Dobrze stary satyr wiedział, że  podarował kulturze nową „Odyseję”. Stworzył pewien mit, legendę. Na ile prawdziwie, a na ile literacko dzieje swe potraktował – tego przed nikim nie wytłumaczył. To ostatnie spore zamieszanie wśród historyków i badaczy wywołało.

Wenecki poranek

Wenecki poranek

Sprawę zagmatwała dodatkowo skomplikowana historia edycji książki. Dość powiedzieć, że Casanova, Włoch przecież, będąc na wilegiaturze w Czechach, napisał tekst w języku francuskim, po raz pierwszy wydany został – przez Brockhausa – po niemiecku („Historia mojego życia do roku 1797”), i dopiero na podstawie wspomnianego wydania powstało tłumaczenie na język… francuski. Historia wydań tych pamiętników jest tak skomplikowana i ciekawa, że zasługuje na oddzielny esej. Tu wypada powiedzieć, że temat zarówno autentyczności, jak i kompletność budzi wiele pytań i wątpliwości. A niniejszy tekst powstał w oparciu o wydanie wyboru wspomnień kawalera de Seingalt, którego dokonał, jak również tekst przetłumaczył, Tadeusz Evert.

Pozostawiając historykom zaciekłe boje o prawdę, piszący te słowa starał się przede wszystkim odczytać z „Pamiętników”, jakim człowiekiem był Casanova. Traktując bardziej rzecz całą jako fenomen literacki niż historyczny, a autora postrzegając bardziej jako postać powieści niż rzeczywistą osobę. Pamiętając równocześnie, że książka tyleż mówi o jej autorze, jak jest świadectwem czasów i okoliczności, w których przyszło mu żyć.

Giovanni Giacomo Casanova – portret Alessandro Longhiego (1733-1813)

Człowiek i epoka

Casanova, jak na przystojniaka przystało, był wysokim mężczyzną, mierzył bowiem 186 cm, do tego posiadał atletyczną budowę i jak sam o sobie napisał: był wytrzymały na liczne trudy i znoje. Twarz miał podłużną, z wysokim czołem, w niej oczy dość obfite, wypukłe, żeby nie powiedzieć wytrzeszczone; o licu śniadym i kilku śladach po przebytej w dzieciństwie ospie, do tego nos duży, ale cienki i usta zwyczajne, przywykłe do okazywania namiętności raczej przez wypowiadanie słów, a nie swój kształt. Posiadał umysł jasny i logiczny, pełen swady i rozmachu, cechujący się dobrą pamięcią, detekcją drobnych, lecz istotnych szczegółów, umiejętnością dedukcji oraz sporą ciekawością świata, której wektor miał zdecydowanie kierunek społeczny. Owocowało to erudycją i skłonnością do opowiadania ciekawych historii. Temperament posiadał zmienny, chimeryczny, dwubiegunowy, łatwo popadał przy tym w przesadę, szybko śmiech zastępował gniewem i odwrotnie. W rubryce pochodzenie społeczne wpisał bez zastrzeżeń mało zaszczytne: bękart (w domyśle dodając: ale poczęty w teatrze). Ulubione profesje, jakie wykonywał: libertyn, donżuan, alchemik, hazardzista, obieżyświat, sybaryta, poeta, ladacznik, mitoman, mason, admirator, absztyfikant, szpieg, fircyk, lekkoduch, bawidamek, niebieski ptak i filut, a do tego jeszcze cynik.

Urodzony w Italii wiosną, bo 2 kwietnia 1725 roku, w Wenecji nad samym Śródziemnym Morzem, które pamięta jeszcze Starożytności pieśni. Zmarł na wygnaniu w Czechach, które w jego ulubionej łacinie nazwę Bohemia noszą, również wiosną, tyle że późną, bo 4 czerwca 1798 roku. Bywał we Francji, Szwajcarii, Niemczech, Austrii, Turcji, Anglii, Rosji, Polsce, Hiszpanii i wielu innych miejscach, krócej lub dłużej, lecz nieustannie w atmosferze mniejszych i większych skandali. Wszędzie rozpoznawany, czasem sławny, popularny i hołubiony, innym razem wyganiany. Sam stanowił o sobie, nierzadko musząc prawo lekceważyć lub wynajdywać dosyć liberalną jego wykładnię. Nie wprawiało go to w wielki ambaras, bowiem lubił żyć odważnie, śmiało, a nawet zuchwale, do tego z przygodami, nierzadko tarapatami – byle tylko barwnie i wesoło. Zasłynął ucieczką z więzienia, brawurową i godną stronic najlepszych powieści awanturniczych.

Wenecja o zachodzie słońca

Był człowiekiem XVIII wieku i dzieckiem z tamtych czasów Wenecji. To dość ważne, jak się wydaje, w jego życiu determinanty. Jaka była wówczas Wenecja, długo by mówić, dość powiedzieć, że bardzo atrakcyjna, oryginalna i kolorowa. Czas w Republice Weneckiej liczono według tzw. zegara włoskiego. Doba rozpoczynała się z nastaniem zmroku i dzieliła się na 24 godziny, czyli w zależności od pory roku godziny były ruchome. Spotkanie wyznaczone w marcu na 20-stą odbywało się o zupełnie innej porze, niż analogiczne spotkanie o 20-stej powiedzmy w maju. Dalej karnawał w Wenecji, słynny przecież na świecie, w tamtych czasach był korowodem bali i maskarad. Jego uczestnicy z różnych potrzeb ukrywali się pod maskami, ubierając się w malownicze stroje, śpiewając i tańcząc posiadające piękne nazwy kontredanse, almandy lub menuety. A bale odbywały się nawet w klasztorach: „publiczność tańczy w rozmównicach, mniszki zaś zza rozległej kraty przyglądają się zabawie” (sic!). Komunikację oparto na romantycznych rejsach gondolą i nawet zwykłe więzienie nazwano Więzieniem Pod Ołowianym Dachem. Nic więc dziwnego, że Casanova nigdy nie zapomniał Wenecji, zawsze do niej tęsknił i starał się o możliwość powrotu – jak się okazało nieskutecznie.

W wieku XVIII – wieku rozumu lub wieku filozofów zwanym powszechnie Oświeceniem – nie tylko Casanova miał impet i wyobraźnię, to sama epoka była łaskawa dla ludzi takich, a może właśnie ich starannie edukowała. Przychodzą tu na myśl szczególnie dwie biografie: „Cagliostro” Roberto Gervaso oraz „Wolter, czyli Królewskość Ducha” Jeana Orieux – obie godne polecenia czytelniczej uwadze. Epoka ta wydała postaci zdeterminowane, aby osiągnąć wysoki stopień konkretności, najwyraźniej panowała wówczas moda, aby być kimś, a nie rozdrabniać się w niedomówieniach, za nic sobie mając niewygodę, jaką na ogół sprawia ekscentryczność. Oczywiście powodowało to liczne skrajności, często pewnie i przykre w odbiorze, ale w tym tekście bardziej interesuje nas literatura niż prawdziwe życie. A dla słowa pisanego – na szczęście – ani przesada, ani grubą kreską malowane postaci nie są najgorszym mankamentem.

Miłość

Jakiż więc był naprawdę, ten rycerz, co w tylu turniejach swą piką mnóstwo niewieścich serc skruszył, i ten, co się z tak wielką gracją potykał? Jak była jego szpada? Gdzie tkwi fenomen permanentnego zwycięstwa? Gdzie źródło światowej sławy kochanka doskonałego? I pewnie jeszcze w wielu staropanieńskich izbach nostalgii za kimś takim pokłady? Jaki jest przepis na idealną miłości eskapadę?

Jak zwykle w tak sformułowanych pytaniach nie ma jednoznacznej odpowiedzi, są jednak pewne poszlaki, łatwe do odgadnięcia po lekturze „Pamiętników”. Jest to na pewno splot cech charakteru, ale i odpowiednich okoliczności.

Casanova – kreacja Heatha Ledgera (2005)

Był Casanova na pewno mistrzem odpowiednich słów, dwuznaczności i gry kontekstów, a przez to królem flirtu. Wszystko dlatego, że ośmielał się nad wyraz dobrze nasłuchiwać tego, co kobietom się wymarzy, i tego, na co się ośmielą. Wykazywał nieprzeciętną chęć współpracy z kobiecością – a ta, jedynie tkwiąc w samym środku zainteresowania, potrafi się odpowiednio zaprezentować. Inni mówią próżność, a Casanova na to: „I cóż z tego? Jeśli taka piękna…”. Trącał struny odpowiednie, lecz nie sprawa to biegłej wirtuozerii a wyboru, na nieodpowiednie bowiem nie zwracał uwagi wcale i w ten sposób unikał dysonansu. Ponadto pisał, a więc chyba i mówił, bardzo grubą krechą, czynił wielkie skróty, często z przesadą – co pewnie można krytykować, ale co niewątpliwie sprawiało, że był wyraźny dla słuchającej – za to z fantazją, rozmachem, śmiałością, z wielkim przekonaniem. Jeśli już kochał, to czynił to naprawdę i ogromnie, można powiedzieć do szaleństwa. To prawda, że zwykle było to bardziej krótkotrwałe niż życie motyla, ale wiele kobiet kusiła nie długość chwili, a jej intensywność. Miłość: dla wielu to stan bardzo trudny i często okazuje się nieosiągalny, dla Casanovy był oczywisty i naturalny. Gdy dla wielu osiągnięcie celu jest drogą, dla niego – może dlatego, że tryumfy w tej mierze zdobywał bardzo prędko – sam cel był drogą, tam dopiero rozwijał skrzydła wyobraźni i odkrywał krainę za krainą w świecie namiętności.

Umiał wykorzystać przydarzające się okoliczności. Tajemnica schadzek, oryginalność miłosnych perypetii, ukrywanie, zatajanie, oszukiwanie, konfabulowanie, umówione sygnały i całe języki nowo powstałe, naturalnie co najmniej dwuznaczne – to już samo w sobie jest ekscytujące – dawało ponadto wrażenie posiadania, wyłączności i zamknięcia się w świecie dwuosobowym. Któraż bowiem dama nie chciałaby tak zmyślnego kochanka, co z potrzeby ratował się „w wosku odciśniętym kluczykiem do [jej] alkowy” lub tak był wytrwały i cierpliwy, że mnóstwo godzin przesiedział ukryty w konfesjonale w lodowatym kościele, by potem tajemnym przejściem, pełnym niepewnych, wilgotnych i zmurszałych stopni, ozdobionym milionem pajęczyn, dobyć ukochanej i, choć zmarzniętym będąc na kość, drżeć nie z chłodu, lecz wrażenia, jakie na nim ukochana wywarła? Któraż niewiasta nie chciałaby ukrytych w parlatorium schadzek, gry słów, ferii balów i masek? Która nie chciałaby, aby jej kochanek wyposażony był w jej portret-miniaturkę ukryty pod wizerunkiem świętego, zmyślnym mechanizmem uruchamiany dla powołanych spojrzeń?

Do tego Casanova niewątpliwie miał klasę, cechowała go spora elegancja, pewna wykwintność manier, wielka śmiałość i takaż sama wyobraźnia; nie bał się życia, obficie z niego czerpał, nie kalkulował przesadnie, był impulsywny, narowisty i wreszcie zuchwały. A czyż twierdze, zwłaszcza te najbardziej okazałe i trudne do zdobycia, nie czekają na największych śmiałków, na tyle odważnych, by je oblegać? Wszak jeśli już ulec, to po pięknej walce i spotkawszy godnego przeciwnika.

Plac Świętego Marka w Wenecji

Dlaczego lubimy Casanovę?

Czy Casanova był łajdakiem? Tak. Czy chełpił się swoim zuchwalstwem? Tak. Czy był nieuczciwy, niestały, nieskromny? Tak. Czy kłamał, oszukiwał, krzywdził, zniewalał, upokarzał etc.? Tak.

Dlaczego więc na ogół lubimy go? Dlaczego jego obraz ma pozytywne konotacje? Pewnie dlatego, że umiał to wszystko robić z rozmachem, z odpowiednią galanterią. Mówiąc językiem dzisiejszym: był showmanem doskonale znającym publikę. Do tego jego słabości i mankamenty były na wskroś nasze, swojskie, a on sam tak beztrosko szczerze się do nich przyznawał. Jest jeszcze jeden powód: tę historię znamy z manuskryptu pisanego najłaskawszą dla Casanovy dłonią, bo własną… W ten sposób zapewnił sobie wieczne po śmierci trwanie w postaci symbolu i archetypu kultury. Będzie zapewne istnieć wraz z nią, przechodząc liczne semantyczne modyfikacje – jak to w takich wypadkach bywa na ogół upiększające i wyszlachetniające – do samego końca trwania tej cywilizacji. Pozostawiając cała resztę, warto się zastanowić nad tym literatury oddziaływaniem.

Giovanni Giacomo Casanova, Pamiętniki, tłumaczył, wyboru dokonał i wstępem opatrzył Tadeusz Evert, Czytelnik, Warszawa 1961.

Dominik Śniadek

* Wszystkie obrazy ilustrujące powyższy tekst wyszły spod pędzla innego słynnego wenecjanina – Bernardo Bellotto, znanego jako Canaletto (1721-1780).

Andrzej Stasiuk, Dojczland. Na marginesie.


Psychoanaliza z butelką Jima Beama za pasem

Wiosną ubiegłego roku, w znacznym stopniu dzięki serdeczności pewnej Pani Małgorzaty, dane nam było zwiedzić spory kawałek południowych Niemiec, głównie malowniczej Badenii-Wirtembergii. Land ów, posiekany pochyłymi winnicami i naznaczony dziesiątkami zamków sterczących to tu , to tam, to nad Renem, to na wzgórzach, jest bodaj najatrakcyjniejszym w całych Niemczech. Położony wzdłuż zachodniej granicy Niziny Górnoreńskiej, z masywem Schwarzwaldu na zachodzie, gdzie pociągi mkną w tunelach wydrążonych w środku gór, z bezkresnym Jeziorem Bodeńskim na południu, po którym śmigają katamarany i inne statki, a w pogodne dni pod niebem nad Konstancją, gdzie Jana Husa stracono na stosie, zawieszone są, płynąc w powietrzu, dyniowate Zeppeliny. Z uzdrowiskiem Baden-Baden na zachodniej granicy, gdzie blichtr i słynne kasyno toną w schwarzwaldzkim cieniu, obok muzeum z jajami Faberge przejeżdżają XIX-wieczne dorożki, a w cieniu zabytkowych kamienic uliczni grajkowie zbierają na solidną wypłatę do otwartych futerałów. Jest wreszcie uniwersytecki Heidelberg, to już sama północ, gdzie można postawić nogę na największej beczce świata, pokręcić się wokół najstarszego niemieckojęzycznego uniwersytetu (oprócz tego w Pradze), wmieszać w tłum ludzi różnych ras i wyznań, którzy pędzą strumieniem tam i z powrotem, może na most Alte Brücke z Bramą Karola, aby popatrzyć na ruiny gotycko-renesansowego zamku na skale, symbolu niemieckiego romantyzmu, a może gdzieś indziej.

Mglisty poranek w Friedrichshafen nad Jeziorem Bodeńskim

Te mimowolne dygresje, być może wcale nieudane, w sposób szczególny mają się do głównego tematu. Już tłumaczę. Mianowicie wspomniana na wstępie Pani Małgorzata, kobieta energiczna i pełna życia, to emigrantka, acz rozmiłowana bezgranicznie w języku polskim. Dlatego kilka razy do roku posyłamy tam, do Niemiec, paczkę z polską literaturą, przyjmując w zamian zachodnie specjały pod postacią dobrego wina, marcepanu, szpecli bądź innej strawy. Ktoś powie, że podobny proceder kojarzy się raczej z czasem już minionym, czasem zamkniętych granic i rozbudzonej Pewexami tęsknoty za Zachodem, albo tuż po, czasem, do którego wraca Stasiuk. Lecz ja Wam powiem, że nieprawda, ponieważ gestów ludzkich nie zamyka w ramy epoka, a jedynie potrzeba bliskości lub kontaktu.

Logo Mercedesa na dachu dworca głównego w Stuttgarcie

Niechże więc będzie Wam dane zrozumieć, jak radosne było moje zdumienie, kiedy jako prezent świąteczno-noworoczny przybył do nas prosto z północnych Niemiec (ponieważ Pani M. w międzyczasie przeprowadziła się nad samo morze)… nowiutki Stasiuk. Nowiutki w sensie „prosto z księgarni”, ponieważ chronologicznie „Dojczland” to rok 2007. Stasiuk o Niemczech, z niemieckiej księgarni. Jawohl. W każdym razie otwieram, patrzę: „Stuttgart Hauptbahnhof”, i zaraz że Stasiukowi przypomina bukaresztański Gara de Nord, bo coś przypominać mu musi, coś znajomego, coś co czuje. Staliśmy tam na szczycie tego dworca, z ogromnym znaczkiem Mercedesa obracającym się nad głową, oglądając z góry cztery strony Stuttgartu w oku wielkiej lunety, czy jak to się tam nazywa – to urządzenie służące obserwacjom, przybliżające obraz. Obracałem kartki dalej, bo było jasne, że Stasiuk nie zaproponuje bynajmniej obrazu z turystycznego przewodnika.

Niemcy Stasiuka nie są Niemcami „z Pascalem”. Próżno w nich szukać zabytków, starych zamków i promiennych pejzaży, chyba że jest to skała Lorelei na Renie. Niemcy Stasiuka są piękne inaczej. Zatłoczone w dzień, a opustoszałe nocą podmiejskie dworce, oglądane z wewnątrz albo zza szyby toczącego się pociągu. Hermetyczne hale lotnisk, które żyją własnym życiem, niczym mechanizm uzbrojony w podzespoły. Witryny enerdowskich supermarketów, w których odbija się cokolwiek inny Zachód niż ten prężny i prawdziwy. Burdele, pornokina, taksówkarz z Senegalu. Taksówkarz z Senegalu jest nie mniej ważny od niemieckich Turków, śniadych Bałkańców, którzy ognisty temperament pozostawili do dyspozycji Kusturicy, „skacowanej żulii we fryzurach z lat siedemdziesiątych”, którą widuje się już tylko przy frankfurckim dworcu, i wielkich, tłustych Rusków, z butami w szpic i złotymi łańcuchami na szyi, którzy wyobrażają sobie, że „to wszystko jest ich”.

Gdzieś w Baden-Baden przez nieuwagę zostawiliśmy samochód – i przepadł…

Żaroodporny tygiel kulturowo-etniczny, emigracyjny babilon, a w jego środku polski pisarz, „literacki gastarbajter”, który jeździ od miasta do miasta wzdłuż i wszerz, zarabiając kasę na spotkaniach autorskich, czyniąc notatki i oglądając sobie Dojczland z nieodłączną butelką Jima Beama u boku.

Nie da się na trzeźwo pojechać z Polski do Niemiec. Nie oszukujmy się. To jednak jest trauma. W równym stopniu dotyka specjalistów od uprawy szparagów i pisarzy. Nie da się do Niemiec pojechać na luzie. Jak do, powiedzmy, Monako, Portugalii albo na Węgry. Jazda do Niemiec to jest psychoanaliza.

Miasta, hotele, miasteczka, hoteliki, odczyty, dworce, parówki, anegdoty, Brecht, katolicyzm, niemożność zakupienia Jima Beama w niedzielę w Bawarii, a chyba nawet piwa. Ciężka sprawa z tą Bawarią. Skała Lorelei, ważna rzecz przecież. Plus Stasiukowe ostre pióro, na granicy chamstwa i poezji, które wykrawa stereotypy, po czym samo połyka je ze smakiem. Prowokujące, a jednocześnie wciągające na maksa.

Andrzej Stasiuk, Dojczland, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2007.

Rafał Niemczyk

(foto: archiwum własne)

%d blogerów lubi to: