Andrzej Czyżewski, Piękny dwudziestoletni. Biografia Marka Hłaski.


Obyś żył w ciekawych czasach

Marek Hłasko: pisarz i symbol. „Młody gniewny”, niepokorny, „polski James Dean”, „buntownik bez powodu”, postać barwna, utożsamiana z wykreowanymi przez siebie bohaterami literackimi, bon vivant, amant, kobieciarz, uwodziciel, samotnik, twardziel. Tylko czy – i jeśli tak, to w jakiej mierze – to prawda? Trudno znaleźć osobę z polskiego świata literackiego bardziej zniekształconą przez własną legendę. Nawet Tyrmand i Gombrowicz zostają daleko w tyle.

„Piękny dwudziestoletni” jest próbą odnalezienia prawdziwego obrazu Hłaski, choć niestety również nie pozbawioną retuszowania. Wyłania się z niej człowiek nade wszystko bardzo wrażliwy, obdarzony ogromną ciekawością innych ludzi, interesujący, lecz także uparty, schematyczny i dosyć nieskomplikowany. Postać w pewnym sensie tragiczna, zakładnik i swojego charakteru, i czasów, w jakich przyszło mu tworzyć i żyć. Osoba szczera, nawet odrobinę naiwna, pełna wiary w dobro, sprawiedliwość i przede wszystkim – drugiego człowieka, ale lubiąca kreować się, grać kogoś innego oraz konfabulować swą historię; przy tym mocno bezkompromisowa, nie szukająca łatwych mieszczańskich rozwiązań i nie chodząca na skróty. Człowiek w jakiejś mierze przegrany, niewygodny, skazany na samotność i wypędzenie. Jeśli twardy, to przez siłę, z jaką zmagał się z własnym losem. Jeśli gruboskórny, to dopiero po tym, jak mu tę skórę skutecznie wygarbowano. Ale też egocentryk wstydzący się swego skupienia na sobie, uciekający przez to w różne, czasem karkołomne sposoby zwracania na siebie uwagi, jak np. hipochondria. Wreszcie mężczyzna dążący do stabilizacji życiowej, szukający miłości, zbyt jednak młody na życiowe kompromisy, zbyt dumny na ustępowanie, zbyt wolny i niezależny jak na komunistyczną Polskę.

Marek Hłasko: pisarz i symbol

Marek Hłasko: pisarz i symbol

Urodzony w 1934 roku w Warszawie Marek Hłasko nie miał szczęścia ani do okoliczności życia, ani do ludzi, którzy go otaczali. Spóźniony do pokolenia apokalipsy spełnionej, nie brał czynnego udziału w walkach II wojny światowej, stał obok jako dziecko i patrzył na koszmar getta warszawskiego, na heroizm i hekatombę Powstania Warszawskiego. Dla kilkuletniego chłopca, półsieroty pozbawionego ojca, nie mogło to być łatwe i musiało odcisnąć swoje piętno.

Potem podążył wraz z matką śladem innych uchodźców ze spalonego miasta. Najpierw do Częstochowy, gdzie doczekał końca wojny, potem na Górny Śląsk (Chorzów-Batory), by przez Białystok trafić wreszcie na nieco dłużej do Wrocławia. Tu, jakby nie mało było kłopotów z trudnym powojennym życiem, pojawił się konflikt z ojczymem, nowym partnerem Marii Hłasko.

Niełatwo zrozumieć i tamte relacje, i owe powojenne czasy. Ocaleni byli przecież na wpół martwi, każdy na swój własny sposób. Dodatkowo obciążeni różnym doświadczeniem i mądrością życiową, która bardzo często zupełnie nie współgrała z rzeczywistością stalinowskiego reżymu. Marek tymczasem dorastał, a ten wiek ma swoje prawa i swój bunt. Pod koniec szkoły podstawowej przyszło przesilenie. Dość powiedzieć, że przyszły pisarz otrzymał trzy roczne oceny niedostateczne (w tym z języka polskiego).

Rozwiązaniem miała być szkoła z internatem w Legnicy. Była tak naprawdę wykluczeniem. Takich odsunięć miało go w późniejszym życiu spotkać więcej. Radzić sobie musiał, to i sobie poradził, lecz nie był to jego własny wybór. Szkołę podstawową skończył, średniej już się nie udało. Życie kusiło, charakter powodował bunt. Zabrakło poczucia przynależności. Potem były różne prace: w Stoczni Rzecznej we Wrocławiu, jako szofer przy zwózce drewna z gór.

Matka z ojczymem przenoszą się do Warszawy, Marek Hłasko też, tylko już raczej jako satelita domu, a nie jego normalny mieszkaniec. Przyszły pisarz podejmuje prace jako kierowca, w kilku firmach. Sam jednak czuje, że to nie jego świat, że jest na to zbyt wrażliwy. Jak każdy młody mężczyzna szuka potwierdzenia swej wartości w osiągnięciu sukcesu. Coraz śmielej zaczyna pisać. Z typową dla młodego wieku brawurą i odwagą. Zaczyna bowiem od powieści. Nawiązuje kontakt ze środowiskiem literackim, zwłaszcza z Bohdanem Czeszko i Igorem Newerly, którzy udzielają mu pierwszych rad i stają się w pewnej mierze jego protektorami.

Jest rok 1953. Wydaje się, że ktoś taki jak on, dziewiętnastoletni  chłopak, niedawno jeszcze kierowca, prawie robotnik, jest jak najlepiej widziany przez ówczesne władze jako pisarz i głos młodego pokolenia. Dostaje zielone światło, jak również pomoc w formie stypendium oraz możliwość publikowania w prasie, z której z różnymi efektami korzysta.

Wkrótce jego proza zdobywa sobie uznanie. Najpierw w samym środowisku artystycznym. Potem wśród czytelników. Hłasko nawiązuje pierwsze w pisarskim świecie znajomości i przyjaźnie. Jest człowiekiem dającym się lubić, posiadającym pewien czar osobisty, przyciągającym innych ludzi. Nie zawsze w konwencjonalny sposób. Rozkochuje w sobie połowę ówczesnych pisarzy, tę połowę homoseksualną. Potem usłyszy jakoby to właśnie dzięki protekcji takich jego wielbicieli, jak Jerzy Andrzejewski, Wilhelm Mach, Stefan Łoś, Stanisław Dygat, Zygmunt Mycielski czy Jarosław Iwaszkiewicz osiągnął swą pisarską pozycję.

Stosunkowo łatwo jednak stał się prozaikiem rozpoznawalnym i znanym, szybko również zaadaptował się do sposobu życia ówczesnej elity świata pisarskiego, co wtedy oznaczało spożywanie sporej ilości alkoholu. Pomimo zmian w życiu cały czas robi dwie rzeczy, które wydają się być osnową całego jego dorosłego życia: pisze i kocha (a raczej próbuję miłość znaleźć u coraz to nowych kobiet). Jedno i drugie czyni z pasją, bez kalkulacji. Jedno i drugie w jakiejś mierze doprowadzi do przegranej.

W 1955 roku poznaje Hankę Golde, jedną z trzech najważniejszych kobiet, które pojawiły się w jego życiu. Sam potem o tym napisze: (…) kochałem się w życiu tylko jeden raz: było to jedenaście lat temu i potem już nigdy nie kochałem nikogo ani przez minutę; mimo iż bezustannie starałem się stworzyć sobie złudzenia.

Marek Hłasko z Sonją Ziemann, Niemcy 1958 (fot. Biblioteka Uniwersytecka UMK)

Marek Hłasko z Sonją Ziemann, Niemcy 1958 (fot. Biblioteka Uniwersytecka UMK)

Oprócz uznania i nagród dostaje przydział na mieszkanie. Jego jedyne własne lokum w całym życiu (sic!). Przychodzi odwilż roku 1956, w związku z tym lub po prostu z powodu dojrzewania literackiego Hłasko zmienia ton swej prozy. Pojawia się w nim krytyka, a nade wszystko prawda o otaczającej rzeczywistości. Czuje, że może sobie na to pozwolić. Posiada pozycję. Staje się w pewien sposób sławny; jest obficie drukowany, powstają filmy na podstawie jego opowiadań. Podczas realizacji jednego z nich, „Ósmego dnia tygodnia”, poznaje swą przyszłą żonę Sonję Ziemann. W styczniu 1958 roku dostaje Nagrodę Literacką Wydawców, przyznaną po wojnie pierwszy raz; to duże wyróżnienie.

Wkrótce, bo 21 lutego 1958 roku, wyjeżdża do Paryża. Trudno rozstrzygnąć, czy miała być to wycieczka czy ucieczka; albo może sprytna prowokacja, czyli po raz kolejny wykluczenie i odsunięcie, przestał bowiem odpowiadać komunistycznej władzy. Szczegóły podane przez Czyżewskiego dopuszczają każdą ze wspomnianych interpretacji.

W Paryżu szybko i łatwo nawiązuje stosunki ze środowiskiem paryskiej „Kultury”. Zatrzymuje się w Maisons-Laffitte, wkrótce wydaje u Giedroycia dwa utwory: „Następnego do raju” oraz odrzucone przez cenzurę w kraju „Cmentarze”. Następstwem tego jest kampania mająca zdyskredytować go jako pisarza i człowieka w Polsce. Coraz bardziej oczywiste staje się to, że do ojczyzny nie wróci. Wstępnie akceptuje taki stan rzeczy. Jest młody, jak na pisarza bardzo młody, pełen wiary w siebie, ciekawy świata, może trochę obrażony lub zniesmaczony tym, co dzieje się w Polsce.

Nawiązuje współpracę z wydawnictwem Kiepenheuer&Witsch w Kolonii, powstają tłumaczenia jego prozy na wiele języków. W życiu osobistym kontynuuje związek z Sonją Ziemann. Z tego powodu dosyć często bywa w Niemczech, Szwajcarii, Austrii. Podróżuje po Europie. Cały czas pisze, ukazują się jego kolejne książki.

Mimo to coraz bardziej brakuje mu Polski, sam pisze: Postanowiłem powrócić do Polski, bo jestem przekonany, że pisarz pozbawiony ojczyzny traci swoją zdolność pisarską. Podejmuje próby powrotu do ojczyzny. Przez pewien czas sądzi, że jest to możliwe. Władza komunistyczna gra z nim kotka i myszkę, zwodzi go, czyni niejasne obietnice, pozwala wierzyć w wydumane nadzieje, choć decyzja o zakazie powrotu dla Hłaski została już podjęta i jak się wydaje, inna być nie mogła.

W 1960 roku po raz pierwszy odwiedza Izrael, będzie to miejsce – po tym jak ostatecznie utraci możliwość powrotu do Polski – najbardziej mu bliskie i ulubione. Tam zostawi kilkoro przyjaciół i miłość niespełnioną, zakazaną, Esther Steinbach, do której wielokrotnie będzie tęsknił, czego ślad odnaleźć można w jego korespondencji. Izrael nomen omen stanie się w pewnym sensie jego Ziemią Obiecaną. Odwiedzi go jeszcze dwa razy.

Wraca do Europy; 20 lutego 1961 roku żeni się z Sonją Ziemann.  Nie było to małżeństwo ani udane, ani spełnione. Przyniosło w jakiejś mierze stabilizację życiową, ale również pobyty w szpitalach psychiatrycznych. Pogłębiło problemy z nadużywaniem alkoholu oraz lekomanię. Być może problem tkwił w samym Hłasce, w jego zbyt dużych oczekiwaniach względem kobiety mającej z nim żyć; być może zwykłe zderzenie cywilizacji lub konflikt dwóch artystycznych dusz.

W 1965 roku autor „Pętli” rozstaje się z żoną, nie potrafi sobie znaleźć miejsca w Europie. Jest najpierw w Paryżu, tam spotyka się z Esther, potem w Londynie, gdzie poznaje Romana Polańskiego i Gene Gutowskiego – obaj ułatwiają mu wyjazd do Stanów Zjednoczonych, który następuje 22 lutego 1966 roku.

Osiada w Kalifornii, poznaje Krzysztofa Komedę, przyjaciela i kompana. Spełnia marzenie towarzyszące mu od dziecka: uczy się pilotażu samolotów. W międzyczasie dochodzi do wypadku, w którego następstwie Komeda traci życie. Hłasko obwinia się o to. Emigracja amerykańska autora „Sowy, córki piekarza” trwa trzy lata i jest to zdecydowanie najsłabiej opisany okres w książce Czyżewskiego.

20 kwietnia wylatuje po raz trzeci do Izraela. Jak się wydaje, podejmuje decyzję pozostania tu. Ponownie spotyka się z byłą żoną, jak również z Esther. Wraca do Europy, aby załatwić sprawy związane z filmem powstającym na podstawie jego opowiadań. Zatrzymuje się w Wiesbaden u przyjaciela H.J. Bobermina; u niego w mieszkaniu w nocy z 13 na 14 czerwca 1969 umiera. Oficjalnie stwierdzoną przyczyną zgonu było przedawkowanie środków nasennych w połączeniu z alkoholem. Taką wersję podaje autor „Pięknego dwudziestoletniego” i taka pewnie jest prawda. Choć jak w każdym przypadku śmierci młodego artysty konstruuje się różne dziwne i tajemnicze alternatywne wersje zdarzeń.

Marek Hłasko - portret Zbigniewa Kresowatego

Marek Hłasko – portret Zbigniewa Kresowatego

Marek Hłasko żył lat trzydzieści pięć, było to na pewno życie bardzo ciekawe, z dużą ilością wydarzeń i osób, ale też tragiczne, bo w pewnej mierze wbrew intencjom głównego zainteresowanego. Takie, które w pewnym momencie wymknęło się spod kontroli, i toczyło się tak jak chciało, a Hłasko robił dobrą minę do złej gry, miotany w miejsca i sytuacje, których sam nie pragnął. Paradoksem jest, że osoba tak bardzo otwarta na ludzi i od tych ludzi uzależniona w gruncie rzeczy była samotna; że nie potrafiła utrzymać żadnej z kobiet lub przyjaciół na tyle skutecznie, aby otrzymać od niej pomoc i nie zginąć. Powtórzę niezbyt piękne za to prawdziwe zdanie: Radzić sobie musiał to i sobie poradził, lecz nie był to jego własny wybór. I właśnie na tym polegała twardość i siła legendarnego pisarza.

Tak w wielkim skrócie przedstawia autora „Następnego do raju” Czyżewski. Czy to cała prawda o życiu Marka Hłaski? Nie. Cała legenda Marka Hłaski? Również nie. Wobec tego co? Raczej dosyć uporządkowany zarys życia autoraPięknych dwudziestoletnich”. Dodajmy, że monumentalny bo niemal 600-stronnicowy zarys (sic!). Próba zmierzenia się z legendą, jaką stworzył on sam oraz inni ludzie, nie zawsze mający ku temu odpowiednie kwalifikacje i czyniący to powodowani różną, bywało iż nieszlachetną, motywacją. Chęć odkłamania pewnych stereotypów i mitów. Książka bez wątpienia napisana z dużą rzetelnością, ze sporym zaangażowaniem, lecz również w sposób mało literacki oraz niezbyt dociekliwie. Sporo tu tzw. prawd oczywistych, samo przez się rozumiejących. W wielu miejscach natykamy się na rafy „białych plam” w życiorysie; dosyć denerwujące bywa powtarzające się zdanie Czyżewskiego: Już nie ma kogo zapytać, choć przecież bez wątpienia jest szczere. Podczas lektury odniosłem wrażenie, że o pewnych kwestiach, jak choćby związki erotyczne Marka Hłaski zarówno z kobietami jak i mężczyznami, autor nie bardzo chciał pisać, a jeśli już to czynił, to raczej z kronikarskiej obowiązkowości i w sposób raczej ogólny i dyskretny. Hłasko jest tu często pokazywany jako osoba kulturalna, dobrze wychowana, która może czasem pozuje na chamskiego brutala, która – zdarza się – zbyt dużo pije, ale dlatego, że namawiają ją niecni znajomi… Nie chcę skrzywdzić Andrzeja Czyżewskiego, tym bardziej że doceniam jego gigantyczną pracę i równie duże zaangażowanie, oraz wiele lat życia, które poświęcił na napisanie, a potem uzupełnianie tej książki, ale może niedobrze, gdy chce się jednocześnie ocalić pamięć i prawdę o pisarzu oraz w jakiś sposób obronić dobre imię człowieka ze swojej rodziny…

Piszę te słowa niechętnie i zdecydowałem się na ich umieszczenie z dwóch powodów: po pierwsze Czyżewski prosi o uwagi z lektury, po drugie sam mocno krytykuję książkę Barbary Stanisławczyk „Miłosne gry Marka Hłaski”. Nie bronię tej pozycji, nie mam podstaw, obie książki czytałem, lecz przecież nie dysponuję odpowiednią wiedzą mogącą pozwolić mi rozstrzygać kwestie merytoryczne. Mówię jedynie o swoich odczuciach i pragnieniach czytelniczych.

Popiersie Marka Hłaski w Alei Sław w Kielcach (fot. Paweł Cieśla)

Popiersie Marka Hłaski w Alei Sław w Kielcach (fot. Paweł Cieśla)

Opisywana tu książka jest wydaniem trzecim (wcześniejsze to lata 2000 i 2005), znacznie rozszerzonym, wyposażonym w zdjęcia i faksymile dokumentów oraz korespondencji – moim zdaniem niewystarczająco wyposażonym jak na tak monumentalną pozycję (często też dostajemy serię kilku poklatkowych zdjęć np. strona  187 i 212 oraz 481-482). Za to książka wydana porządnie, w dobrej twardej oprawie, mimo sporych wymiarów wygodna w lekturze. Mankamentem są również literówki i dosyć wątpliwej stylistycznie lub gramatycznie konstrukcji zdania, jak: Między te domki wtłoczono bloki. W jednym z nich, z przedszkolem w parterze było to Marka mieszkanie. Lub Była to matka ojca, który odszedł z domu jeszcze przed swoją śmiercią. Ogólne wrażenie redakcji książki jest jednak dobre. Dużą zaletą są znajdujące się na końcu: „Indeks osób” i „Kalendarium życia Marka Hłaski”.

Bez wątpienia jest to pozycja podstawowa i fundamentalna w Hłaskografii, zawierająca w sobie ogromną liczbę faktów, sumiennie udowodnionych, zobrazowanych często opiniami kilku osób, mających odzwierciedlenie w korespondencji i dokumentach. Książka stawiająca sobie za podstawowy cel dotarcie do prawdy. Efekt solidnej pracy historyka i faktografa.

Andrzej Czyżewski, Piękny dwudziestoletni. Biografia Marka Hłaski, Prószyński i S-ka, Warszawa 2012.

Dominik Śniadek

Thomas Bernhard, Moje nagrody.


Bernhard-Moje-nagrody-okladkaDer Nestbeschmutzer

Na tępej i, ogólnie rzecz biorąc, całkowicie niewrażliwej, amuzykalnej twarzy ministra kultury malowała się nieopisana buta, kiedy obwieszczał zgromadzonym na sali, kim to ja niby jestem.

Pod literackim pręgierzem często stawiano „pisarzy kalających własne gniazda”. Bywali pisarze wyklęci, represjonowani, wytykani palcami, wyszydzani przez krytykę i państwowych oficjeli, a jednocześnie tacy, którzy niebotycznym poziomem własnego ego i literacką klingą byli w stanie odegnać wszelkich adwersarzy. Kurt Vonnegut był zagorzałym przeciwnikiem George’a W. Busha, amerykańskiej polityki zagranicznej, a jednocześnie kpił z symboli narodowych, rasizmu czy niskiego poziomu intelektualnego swoich rodaków. Witold Gombrowicz w „Trans-Atlantyku” skarykaturalizował środowisko polskiej emigracji, pławiącej się w martyrologii i tożsamości narodowej; zaś jego stosunek do państwa był wówczas powszechnie znany. Satyryczny, ale i pełen inwektyw „Bal w operze” Juliana Tuwima uznano za obrazoburczy, urągający zarówno sferom sacrum, jak i profanum. François Rabelais w potępionym przez środowisko Sorbony cyklu „Gargantua i Pantagruel” przywoływał obrazy mniszej egzystencji, uczt przeplatanych bezmyślnym klepaniem litanii i psalmów, korzystając przy tym z niewybrednych środków artystycznego wyrazu. Tuż przed śmiercią miał jakoby rzec: „Spuście kurtynę, farsa skończona!”.

Czasy są tępe

Thomas Bernhard

Thomas Bernhard podczas odbierania Austriackiej Nagrody Państwowej w 1968 roku powiedział: „Nie ma czego wychwalać, nie ma czego potępiać, nie ma czego oskarżać, ale z wielu rzeczy trzeba się śmiać – wszystko jest śmiechu warte, kiedy człowiek pomyśli o śmierci.”

Po chwili dalsza część jego krótkiej mowy sprawiła, że niewielu ludziom, zasiadającym w tej chwili w sali audiencyjnej, było w najmniejszym stopniu do śmiechu: „Czasy są tępe, a nasz demonizm to ustawiczny ojczyźniany karcer, w którym głupota i bezwzględność stały się codzienną potrzebą. Państwo jest tworem, któremu z góry sądzona jest klęska, lud zaś skazany jest na bezecność i debilizm (…) Jesteśmy Austriakami, jesteśmy apatyczni; jesteśmy życiem, któremu brak jakiegokolwiek zainteresowania życiem, nasza jedyna perspektywa w procesie natury to mania wielkości. Nie mamy nic do powiedzenia, oprócz tego, że jesteśmy godni politowania i że siłą naszych urojeń popadliśmy w filozoficzno-ekonomiczno-mechaniczną monotonię.”

Pozwoliłem sobie przytoczyć dłuższy fragment krótkiej skądinąd przemowy Bernharda, żeby zainscenizować moment, w którym Minister Kultury, Sztuki i Oświaty, pan Piffl-Percevic, opuścił salę audiencyjną, trzaskając z hukiem przeszklonymi drzwiami. A dostawało się od Bernharda nie tylko przedstawicielom państwa. Zbierało równe cięgi środowisko literackie, koledzy pisarze, krytycy, dziennikarze, a nawet instytucje kulturalne o ustalonej renomie, jak choćby wiedeński Burgtheater.

Zawieszony między życiem a śmiercią

Stosunek Bernharda do państwa (katolicko-narodowo-socjalistycznego, jak najczęściej go klasyfikował) wyrażał się pośrednio w jego powieściach i dramatach, jednak urodzony w Holandii austriacki pisarz koncentrował się głównie na jednostce wyizolowanej od świata, który to świat, głupi świat, prędzej czy później zapędzał człowieka w kozi róg. Ucieczka w samodoskonalenie się, we wzniosłe utopijne idee czy hermetyczne uniwersum nauki lub sztuki, a nawet dążność do perfekcji nie mogły wystarczyć. Człowiek samotny, skazany na własną wybitność, taki, który zakłada gniazdo na rubieżach, prędzej czy później staje się ofiarą. W „Moich nagrodach”, wspomnieniach spisanych około roku 1980, pisarz często przypomina swoją ciotkę, dzięki której w trudnych  okresach swojego życia, także związanych z pisarstwem i nieuleczalną chorobą płuc, udawało mu się stawać na nogi. O stanach depresyjnych nie pisze wprost, wspomina raczej o „zagrzebaniu się pod kołdrą w pokoju u ciotki”. Podobnie jak o śmierci, wspominanej podczas wstawki z pobytu w Szpitalu Chorób Płuc Am Steinhof , kiedy to lekarze skazywali Bernharda na stracenie, dając mu nadzieję na nie więcej niż rok życia. Oczekiwanie w przybytku śmierci „wśród stuprocentowych kandydatów na śmierć” na swój własny koniec umilał sobie grą w oczko tudzież rozmowami z „zawieszonym między życiem a śmiercią” studentem teologii. Budzenie uśpionych wątpliwości – być może właśnie to, wedle słów Bernharda, pomogło im przeżyć. Nie wiara więc, lecz zwątpienie.

Bernhardhaus

Życie to już nauka, nauka płynąca z nauk

Nie przekłada się to jedynie na opozycję względem religijnych dogmatów – równie odwieczną, co patową. Epistemologia Bernharda sięga obiektywizacji wiedzy i świata nauki. Opozycja człowieka względem natury, wytworzona niejako cywilizacyjnie, nie zaś jednostkowo, zbliża się do punktu kulminacyjnego. Świat nieograniczony jest światem, na którego sumienie nie można zrzucić piętna wygórowanych ambicji, na jego barki nie można zrzucić odpowiedzialności, podobnie jak odpowiedzialność ponosi nie oswojony, lecz oswajający. Bernhard nie podnosi z tego powodu larum; być może świadomie utożsamiając się z ego epoki, w której przyszło mu żyć. Egzystencjalną manię wielkości tej epoki uważa chyba nawet za naturalną, ale z drugiej strony konsekwencją takiego stanu rzeczy stają się lęk i niepewność. „Ten niesamowity lęk to sama substancja nowego człowieka” – mówi podczas odbierania Nagrody Literackiej Wolnego Hanzeatyckiego Miasta Bremy, przyznanej za dekadencką, debiutancką powieść „Mróz”…

„Naraz wdarliśmy się w naturę. Nieobce są nam żywioły. My wystawiliśmy rzeczywistość na próbę. Rzeczywistość nas wystawiła na próbę. Znamy już prawa natury, najwyższe prawa natury, możemy je studiować rzeczywiście i naprawdę. Już nie jesteśmy zdani na przypuszczenia. Kiedy spoglądamy w naturę, nie widzimy już żadnych widm. Napisaliśmy najśmielszy rozdział w księdze historii świata, każdy z nas dla siebie, w trwodze i śmiertelnym strachu, nikt z własnej woli ani podług upodobań, tylko zawsze w zgodzie z prawem natury – za plecami naszych ślepych ojców i głupawych nauczycieli, za plecami nas samych, napisaliśmy ten najkrótszy, po tylu mdłych i nieskończenie długich, najważniejszy rozdział.”

Jasność i chłód

Okładka niemieckiego wydania „Mrozu”

Można potraktować „Mróz”, nomen omen chłodno przyjęty wśród sporej części rodzimej krytyki, za dekadencki manifest powojennego rozkładu wartości i kultury, będący nie tylko rykoszetem krwawego żniwa wojny, ale układu, który wytworzył się w Europie po jej zakończeniu. Pełen urojeń i emocjonalnych wybuchów, psychodeliczny monolog malarza Straucha, bohatera „Mrozu”, który chwieje się na skraju obłędu, wyrażają ból egzystencjalny nie tylko ustami wybitnej jednostki, artysty, lecz są także obawą i samotnością całego pokolenia, niepewnego i zdradzonego. Czarnowidztwo Bernharda to jasność, która przemienia się w chłód.

„Jasność, którą nagle wypełnił się nasz świat, napawa nas lękiem, w tej jasności marzniemy, ale chcieliśmy jej, sami ją tu wywołaliśmy, nie mamy zatem prawa uskarżać się na panujący teraz chłód. Wraz z jasnością wzrasta też chłód. Ta jasność i ten chłód będą odtąd panować. Nauka o naturze będzie dla nas wyższą jasnością i chłodem przenikliwszym, niż można sobie wyobrazić. Wszystko będzie jasne, jasnością coraz wyższą i głębszą, i wszystko będzie chłodne, coraz przeraźliwszym chłodem. Coraz jaśniejszy i coraz chłodniejszy wyda nam się przyszły dzień.”

Warszawa, z Lecem i Berezą

Warszawę wspomina jako miasto „piękne, poruszające, a zarazem straszące”, a czas tam spędzony za jeden z najszczęśliwszych w życiu. Poznał wtedy Stanisława Leca, z którym przeprowadził wiele rozmów. Satyryk ze Lwowa stawiał mu kawę, a Bernhard wsłuchiwał się w aforyzmy, które Lec zapisywał w książce kucharskiej swojej żony. W wywiadzie dla „Studium” wspomina Bernharda Henryk Bereza, słynny krytyk literacki i eseista, który poznał pisarza właśnie za pośrednictwem Stanisława Leca. Bereza, zapytany o Bernharda, wpierw mówi o wielkiej miłości, jaką obdarzali Leca Austriacy i Niemcy, także on sam. Bernhard był wtedy już po premierze i narodowej krytyce „Mrozu”, przyjechał do Polski samochodem (wiele wtedy jeździł samochodem po Europie), rozmawiał z Berezą dzień w dzień przez dwa tygodnie, pili wódkę. Bereza opowiadał, że Bernhard był jedyny w swoim rodzaju, choć jednocześnie jego nienawiść do człowieka była ogromna.

Krytyka literacka i teoria powieści

Nienawiść do wszelkiej maści krytyków i teoretyków literatury była u Bernharda szczera i niezachwiana bez względu na to, jak przyjmowane były jego własne dzieła. Nie znosił wszelkiej maści towarzystw i klubów literackich, uważając je za skupisko ludzi zadufanych, kadzących sobie nawzajem, utwierdzających się w przekonaniu o wysokim poziomie intelektualnym i nieomylności własnych sądów, w rzeczywistości zaś nie wnoszących do świata sztuki ani dioptrii świeżego spojrzenia.

„W Senacie Sztuki same dupki zasiadają, w dodatku dupki katolickie tudzież narodowo-socjalistyczne, a do tego jeszcze może garstka Żydów, żeby było alibi.”

Burgtheater w Wiedniu

Bernhard nienawidził zarówno krytyków niekompetentnych, jak i tych nie czujących literatury, za to nachalnie szarżujących kawalerią wyszukanych literackich tez, analiz i terminów. Daleko mu było do Oscara Wilde’a, który w krytyce literackiej widział jedną z dziedzin pokrewnych sztuce. Ową niechęć mógł pogłębić fakt, wybaczcie żart, iż podczas wręczenia Nagrody Grillparzera w Akademii Nauk w Wiedniu, pisarz… nie został rozpoznany przez literacko-kulturalne towarzystwo wzajemnej adoracji. Budowa jego utworów jest być może odpowiedzią na teorię powieści, którą zasłyszawszy od pisarza George’a Saiko, przytoczył w „Moich nagrodach”:

„W ogromnym skwarze rozpoczęliśmy zwiedzanie miasta, a pan Saiko przez cały czas rozwodził się nad tym, czym powinna być powieść. Prowadziłem go z jednej ulicy na drugą, z jednego kościoła do drugiego, a on mówił tylko o powieści, faszerował mnie bezlitośnie tą swoją teorią powieści, nie zdając sobie sprawy, że mnie te jego niekończące się wykłady przyprawiały już o ból głowy, tak że potem przez całe życie niczego bardziej nie nienawidziłem niż wykładania mi teorii literatury , a już najbardziej teorii powieści, w dodatku przez teoretyków-fanatyków, takich jak Saiko, którzy już samym swym głośnym mówieniem skutecznie zniechęcali słuchacza do tej materii.”

Trzeba wspomnieć o tym, że jako pisarz młody, trzydziestoparoletni, nie zdystansowany jeszcze być może właściwie tak do krytyki, jak do własnej twórczości, inaczej odbierał jej, krytyki, wszelkie wyroki. Henryk Bereza mówił, że „brak sukcesu widomego po prostu zabija pisarza”. Bernhard nie dbał o nagrody, ale podobnie jak większość artystów, chciał być dobrze rozumiany.

„O literaturze nie chciałem już słyszeć, oddałem jej wszystko, co miałem, a ona mnie za to wtrąciła do lochu. Niedobrze mi się robiło od tej literatury, nienawidziłem wszystkich wydawców, wszystkich wydawnictw i wszystkich książek. Miałem wrażenie, że wraz z napisaniem Mrozu padłem ofiarą jakiegoś niesamowitego oszustwa.”

Triumph Herald – pierwszy samochód Bernharda

Do własnej niekonsekwencji, wyrzucanej mu przez ciotkę, otwarcie się przyznawał. Nienawidził uroczystości ani instytucji literackich nagród, a już najbardziej ludzi, którzy z powagą i z łaski je przyznawali, ale jeździł odbierać nagrody, głównie dlatego, że wiązało się to z profitami finansowymi, czemu wszakże nie należy się dziwić. Za jedną z pierwszych nagród kupił sobie samochód (Triumpha Heralda z salonu), za inną wpłacił zaliczkę na poczet kupna ruiny posiadłości Nathal, którą później odrestaurował.

Der Nestbeschmutzer

Być może był Thomas Bernhard człowiekiem nieco chimerycznym, być może arogantem z kompleksem wyższości, a być może tylko schorowanym geniuszem, silnie doświadczonym przez życie, który nie mógł się zdobyć ani na zaakceptowanie społecznej miałkości, ani na podporządkowanie się resztki intelektualnych elit państwowemu mechanizmowi. Rząd austriacki uczynił go czarną owcą narodu, przyjaciele odwracali się od niego, oskarżając o zniesławienie, konserwatyści wymuszali zakazy publikacji kolejnych książek pisarza i wystawiania w teatrze jego kolejnych dramatów. Sam Bernhard nie pozostawał im dłużny, przed śmiercią pozostawiając rozporządzenie zakazujące wystawiania swoich dzieł na austriackiej scenie przez siedemdziesiąt lat po jego śmierci.

Thomas Bernhard dwa lata przed śmiercią

Zmarł w roku 1989 – roku, w którym zerwana została żelazna kurtyna, pojałtański porządek runął, a Europa po raz kolejny zmieniła swoje oblicze. Nie minęły cztery lata, a polski reżyser Krystian Lupa za brawurową wręcz adaptację Bernhardowskiego „Kalkwerk” został doceniony na całym świecie. W 2000 roku Lupa został odznaczony… austriackim Krzyżem Honorowym Nauki i Sztuki I klasy za działalność na polu kultury. A Bernhard? Po śmierci szybko stał się powodem do narodowej dumy, zaś dziś jest bezsprzecznie uznawany za jednego z najwybitniejszych niemieckojęzycznych współczesnych pisarzy i na nowo odkrywany w wielu krajach. Można jednak z dużą dozą pewności założyć, że nikt w Austrii nie zaryzykuje przyznania mu pośmiertnie żadnej nagrody. Wiecie, niektórzy wierzą w reinkarnację, inni z kolei w to, że umarli mogą przemówić zza grobu. A nigdy nie wiadomo, czy geniusz Thomas Bernhard byłby zadowolony z zastanego stanu rzeczy.

Thomas Bernhard, Moje nagrody, przeł. Marek Kędzierski, SW „Czytelnik”, Warszawa 2010.

Rafał Niemczyk

Sławomir Mrożek, Uwagi osobiste.


Poproszę Mrożka, tego z wystawy

Mrożek z wystawy prezentuje się wybornie. W Mrożku z wystawy można świetnie wyglądać. Pasuje to-to do starego płaszcza, niemodnego swetra, pary kaloszy na jesień, staroświeckich okularów, jednak pasuje też do dżinsów, T-shirta z nadrukowaną mniej lub bardziej głupią mądrością, do adidasów pasuje, do coca-coli, ale też do wódki. W Mrożku z wystawy można wyjść do kina, do parku i do teatru. W Mrożku z wystawy można się też przeglądać. Kobieta może spakować go do torebki zamiast lusterka lub pudernicy; mężczyzna jest w stanie spojrzeć z jego pomocą w lusterko wsteczne bez konieczności posiadania samochodu. Mrożek z wystawy – kończy swój wywód ten dobroduszny sprzedawca – posiada jednak cechę najbardziej praktyczną ze wszystkich, i może tym pana przekonam: Mrożek z wystawy mianowicie nigdy się nie starzeje. Dobroduszny sprzedawca wypowiedział to ciutkę głośniej, tak aby usłyszeli go wyraźnie także ci, którzy do tej pory stali nieco z mojego boku, i wyłapywali z monologu sprzedawcy tylko co drugie słowo. Kiedy to tylko usłyszeli, tak jak stali, wykupili naraz wszystkich Mrożków z wystawy. Nie został dla mnie ani jeden. Na szczęście swojego dostałem w prezencie.

„Uwagi osobiste” Sławomira Mrożka to teksty publikowane na łamach prasy w latach 1997-2002, czyli w okresie, który po przeszło trzydziestu latach emigracji spędził w Polsce. Dużo tu gorzkich przytyków, ironii, ale i dużo nostalgii, zadumy nad czasem minionym, powrotów do dzieciństwa, które przerwała wojna. Mrożek łączy tu cyniczne ostrze z pałąkiem wrażliwości, jest zdystansowany, ale wciąż obecny. „Przecież mi nie powiesz – przywołuje rozmowę z reżyserem na temat wyciętego fragmentu „Emigrantów” – że się ucieka za granicę dlatego, że jakiś gówniarz rzuca kamieniami w parku”.

S. Mrozek - polski kwartet

Zbiór otwierają rozważania o gwiaździstym niebie, o tym, że go już prawie nigdzie nie ma, i o tym, że gdyby nie było go wcześniej, Emmanuel Kant nie przelałby na papier jednej ze swoich najważniejszych myśli. „Wolę, żeby człowiek spotkany na ulicy wył do księżyca niż do mnie” – pisze autor „Tanga”. Później mamy różności: luźną publicystykę, dowcipy, wierszyki, anegdoty, „Śpiewnik polski”, miniopowiadania, przysłowia oraz garść wspomnień.

Z „Uwag osobistych” dowiesz się m.in.: dlaczego struś nie powinien chować głowy w piasek; jak próba obalenia teorii dotyczącej nieustającego rozszerzania się kosmosu może zakończyć się śmiercią; co ma wspólnego boeing wpadający w oko z prawem perspektywy; jak nie przepłynąć Atlantyku w balii, żeby było o tym głośno; dlaczego „czat” przypomina „rozmowę” niezbyt rozgarniętych głuchoniemych; z jakich powodów dramaturg Ionesco się wypalił etc.

S. Mrozek - sens zycia

Dobroduszny polski sprzedawca miał rację. Mrożek z wystawy krajowej smakuje równie dobrze, jak Mrożek emigracyjny. Sprytną sztuczkę dobrodusznego sprzedawcy można równie dobrodusznie uznać jako przejaw prawdziwej, polskiej dobrej woli. Bo prawdziwy polski konsument kupuje to, co chce, i nikt nie wciśnie mu niczego bez jego prawdziwej, polskiej, konsumenckiej dobrej woli. Prawdziwego Polaka nie da się zrobić w konia. W takim razie Mrożka poproszę, tego z wystawy, słyszę za sobą szereg głosów…

Sławomir Mrożek, Uwagi osobiste, wyd. Noir sur Blanc, Warszawa 2007.

Rafał Niemczyk

* Polecam również: Galeria rysunków Sławomira Mrożka

Andrzej Stasiuk, Grochów. Recenzja


I w Arkadii mnie spotkasz

Memento mori. Odwieczna klątwa, która naznacza człowieka w momencie, kiedy zdaje on sobie sprawę z nieuchronności własnej śmiertelności. Różne są to chwile, bo czasem zawierają w sobie śmierć bliskiej osoby, czasem cierpienie obcych ludzi, zauważone gdzieś w oddali, mimochodem, czasem jakiś niewytłumaczalny fluid, złe przeczucie, znak krzyża przy drodze, katastrofę na szosie. Śmierć w opowiadaniach Andrzeja Stasiuka nie jest patetyczna – choć pełna rozwagi, zadumy i egzystencjalnej nuty, najbardziej rozczula w niej bezsilność, z którą nie można się mierzyć w żaden inny sposób, jak tylko wspomnieniami. A bardzo krucha to broń i, jeśli dobrze się nad tym zastanowić, skazana w gruncie rzeczy na klęskę w  nierównej walce.

Taka jest historia przyjaciela autora – prozaika, dziennikarza i historyka Augustyna Barana – któremu pamięci poświęca Stasiuk jedno z opowiadań. Umierający w Domu Pomocy Społecznej w Brzozowie, mimo że otoczony ludźmi, to odosobniony, jeszcze za życia wykluczony ze świata żywych. Nadaremnie reanimowany przez przyjaciół wspólną przeszłością, serdecznym poklepywaniem po plecach, przytulaniem.
„W jego aktualnym ciele chcieliśmy widzieć jego dawną postać – pisze Stasiuk. – Teraz widzę, jak trudno jest opisać to doświadczenie strasznej obcości i jednocześnie bliskości.”

Stara babcia mieszkająca na Podlasiu, otoczona duchami swoich bliskich, wyjmuje z kredensu w kuchni sztućce, naczynia, przyprawy. Obecność zmarłych nie przeraża starowiny, wręcz przeciwnie – ich współistnienie nadaje sens jej życiu. To mistyczna kładka, przerzucona na drugą stronę Styksu (a może Bugu), przez którą łatwiej przeprawić się z przewodnikiem.
Jednakże świat się zmienia i „niebawem umrą ostatnie babki, które na własne oczy oglądały świat duchów. Oglądały z wiarą i spokojem, oczywiście z lękiem też.”

Co nam wtedy pozostanie? Odkupywanie od grabarzy gdzieś za rogiem, za stówkę, prochów skremowanego przyjaciela, by rozsypać je w górach i pozostawić wieczności? Bo bardziej niż śmierci egoistycznie boimy się pustki? Bo patrzymy ze złością na zdychającego psa, który robi pod siebie, a jeszcze zeszłego lata chodził z nami na spacery i biegał w polu?

Andrzej-StasiukPrzeczytałem w wywiadzie z Andrzejem Stasiukiem o jego prywatnej tradycji kultywowania Święta Zmarłych. Bardzo osobista to sprawa, ale skoro sam autor się nią podzielił, pozwolę sobie przytoczyć jego słowa:

Wszystkich staram się w okolicach Zaduszek odwiedzać. Zapalam lampki i odczytuję nazwiska. To taki mój prywatny obrządek, cicha msza i pogański zwyczaj palenia ognia zmarłym na początku listopada. Nie chciałbym popaść w patos. Ale kiedy wymawiam ich imiona, to sprawiam, że nie umierają na zawsze. Tylko to mogę zrobić. Głośno wypowiedzieć dźwięki na zawsze powiązane z czyimś życiem.

Czymś podobnym jest także „Grochów” – elegią dla przyjaciół, ale równocześnie dla świata młodości, dla pociągów obserwowanych z nasypu przy Makowskiej, dla wygrywanych na starej gitarze kawałków Woody’ego Guthrie, którego podobiznę dla włóczących się po kraju przyjaciół rysowała tylko muzyka. Wreszcie dla życia pachnącego smarem, brudem, fabryką, starymi butami i niedzielnymi obiadami, z którego udało się wyzwolić.
Żeby nie popaść w patos, „Grochów” to taka świeczka zapalona ku pamięci ludzi, świata oraz wspomnień, które po sobie zostawili.

„I w Arkadii mnie spotkasz, powiada Śmierć w inskrypcji nagrobnej” – te słowa, cytowane za Vladimirem Nabokovem, wymawiają jednym zdaniem nieuchronność śmierci. „Niczego nie przewidzisz do końca i nie wiesz, kto cię będzie przeprawiał przez Styks” – dodaje Stasiuk.
Z drugiej strony, kto wie, co nas czeka na drugim brzegu? A może pielęgnowanie wspomnień okaże się biletem powrotnym? Gdzieś tam, kiedyś, inaczej, podobnie, tak samo? Kto wie?

Andrzej Stasiuk, Grochów, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2012.

Rafał Niemczyk

%d blogerów lubi to: