Kateřina Tučkova, Boginie z Žítkovej. Recenzja.


Boginie-z-Zitkovej_okladkaBoginie i agenci

Mariaż literatury popularnej i historycznej ze szczyptą realizmu magicznego oraz na poły prawdziwe, bo oparte na rzeczywistych aktach, dokumenty gestapowskich i komunistycznych aparatów bezpieczeństwa w oparach folkloru i tradycji odludnych okolic Białych Karpat – oto przepis na sukces, który odniosła Kateřina Tučková. Boginie z Žítkovej sprzedały się w Czechach w nakładzie bliskim stu tysięcy egzemplarzy, czyniąc z Tučkovej najpoczytniejszą współczesną czeską pisarkę.

Bogowanie – magia a religia

Tytułowe boginie kryją się gdzieś w samotnych chatach, porozsiewanych na wzgórzach Žítkovej, wsi położonej nieopodal Starego Hrozenkova, w Białych Karpatach – na granicy zachodniej Słowacji i wschodnich Moraw. Tu, na cywilizacyjnym odludziu, zakrapiany śliwkową wypalanką czas płynie zupełnie inaczej, a hermetyczna lokalna społeczność rządzi się własnymi prawami. To prawa natury, których okiełznanie staje się możliwe dzięki połączeniu ludowych przesądów, bogobojności (boginie żyją w zgodzie z tradycją chrześcijańską), znajomości podstaw medycyny i tradycyjnych receptur, a także ludzkich przekonań, zahamowań i trosk, jednym słowem ludzkiej duszy, ponieważ boginie leczą nie tylko ciało, ale i ducha. Potrafią przy tym zaglądać zarówno w przeszłość, jak i w przyszłość, co nie zawsze podoba się petentom przychodzącym po poradę. Umieją zaradzić problemom sercowym i rodzinnym. Są wśród nich także kobiety parające się czarną magią, zdolne napsuć człowiekowi wiele krwi, sprowadzając na niego nieszczęście, a te najpotężniejsze – nawet śmierć. Zgodnie z naszą tradycją byłyby to wiedźmy, czarownice, szeptuchy – w zakamarkach Białych Karpat są boginiami, a ich wyczyny to „bogowanie”. O fenomenie „bogowania” jako syntezy religii z magią czytamy:

Niemniej jednak w celu zarysowania problematyki tzw. bogiń z Žitkovej konieczne jest posługiwanie się tymi kategoriami, a także konsekwentne odróżnianie religii od magii. Dopiero wówczas będziemy w stanie zrozumieć syntezę obu tych zjawisk w procesie magicznej działalności bogiń, które do swoich rytuałów włączyły także chrześcijańskiego Boga. Od tego zresztą pochodzi nazwa całego procesu wróżenia, z którym wiąże się późniejsze udzielanie rad, stawianie diagnozy itp. Proces ten nazywany jest bogowaniem i oznacza prośbę do Boga o objawienie tego, czego dany podmiot pragnie się dowiedzieć. Pośredniczki tego objawienia nazywane są boginiami.

Gdzieś tu, nieopodal Starego Hrozenkova, na morawskiej granicy w Białych Karpatach, urzędują tytułowe boginie (wiele ciekawostek na temat regionu znajdziecie tutaj: http://www.staryhrozenkov.cz/)

Oczywiście wszystko, co niewpisane w szarą egzystencję człowieka, prędzej czy później mści się na ludziach wyjątkowych, dlatego boginie niemal od zawsze były prześladowane. Najstarszy ślad, na który natykamy się w powieści Tučkovej, pochodzi z połowy XVII w. Dotyczy on procesu o czary i herezję, z przebiegu którego dowiadujemy się o prześladowaniu i torturach, jakim poddawano ówczesne boginie (tym bardziej interesująca jest religijna zagorzałość, która przetrwała wśród bogiń do samego końca). Na przełomie XIX i XX w. mocno „udzielał” się w tym względzie niejaki Josef Hofer, który oczerniał i piętnował boginie w swoich utworach z pobudek osobistych i ambicjonalnych. W zbiorze Hofera pt. Kopanickie opowieści każda z historii kończy się „przykładnym ukaraniem bogiń”.

Ludowa uzdrowicielka (fot. www.naludowo.pl)

Ludowa uzdrowicielka (fot. http://www.naludowo.pl)

Właściwe wydarzenia w powieści skupiają się jednak na wieku XX, w którym rolę Kościoła katolickiego przejmują najpierw naziści, a później komuniści. Rozwikłanie zagadkowego życiorysu bogini Surmeny, która zakończyła żywot w szpitalu psychiatrycznym w CSRS, stanowi główny wątek fabularny powieści. Śledztwo podejmuje główna bohaterka książki, Dora Idesová, która wychowana przez Surmenę czuje się w obowiązku dotarcia do prawdy. Dora jest autorką pracy naukowej o boginiach, pracuje w Instytucie Etnografii i Folklorystyki Akademii Nauk w Brnie. Mamy więc do czynienia z nie do końca klasycznym konfliktem: restrykcyjne spojrzenie naukowca i romantyczny sentyment determinują bowiem bohaterkę równocześnie, z dwóch stron. Przy czym pochodzi ona z karpackich zboczy, gdzie była naocznym świadkiem niejednego dziwu. O owym dualizmie mówi Kateřina Tučkova w rozmowie z Łukaszem Badulą:

Katerina-TuckovaPierwotnie zakładałam, że podejdę do tego zjawiska wyłącznie jako badacz, pragmatycznie. Zainteresował mnie fakt, że kobiety te żyły na pograniczu Moraw i Słowacji od pokoleń i że ich sztuka zanikła dopiero, gdy komuniści zamknęli ostatnią z bogiń w szpitalu psychiatrycznym […]. Właśnie ta strona problemu na początku interesowała mnie najbardziej. Fakt, w jaki sposób my, Czesi, zniszczyliśmy tak cenny fenomen etnograficzny. Ale kiedy wgłębiłam się w tę sprawę i zaczęłam jeździć w miejsca, gdzie żyły boginie, moje początkowo bardzo pragmatyczne i czysto opisowe podejście trochę osłabło. Poczułam ogromną chęć wciągnięcia do książki całej tej magii.

Bardzo długo zastanawiałam się, gdzie postawić w swojej powieści granicę, jak połączyć te dwa obszary. Nie chciałam napisać ani reportażu, ani powieści w klimacie realizmu magicznego, starałam się więc połączyć te dwa światy. Umożliwiły mi to postaci niektórych z bogiń, pewne opisane w książce sprawy opisuję z ich perspektywy. Nie chciałabym przesadzać, ale kiedy słuchałam osób, którym boginie pomogły, biła od nich niesamowita, wręcz namacalna wiara i wdzięczność. Choć opowiadali o sprawach, które wydarzyły się dość dawno […].

Státní bezpečnost – wierzenia ludowe a treści socjalistyczne

Najmocniejszą stroną powieści Tučkovej jest (para)dokumentacja historyczna. Choć autorka przyznaje, że dokumenty wykorzystane w książce nie są autentyczne, to jednak stworzyła je w oparciu o materiały rzeczywiście istniejące. W ogromie przegrzebanych archiwów (słowackich, czeskich i polskich) pisarka odnalazła teczki byłych agentów StB – aparatu bezpieczeństwa Czechosłowackiej Republiki Socjalistycznej (odpowiednik naszego SB), a w nich nieprawdopodobne historie, kłamstwa i donosy, które doskonale znamy z własnego podwórka. Na ich kanwie nie tylko ukuła znaczną część fabuły swojej książki, ale sportretowała przy okazji budzącą grozę komunistyczną rzeczywistość. Nie tylko pracę tajnych służb, ale na przykład „opiekę” w państwowych szpitalach psychiatrycznych.

Státní bezpečnost - akta agentów

Státní bezpečnost – akta agentów (fot. http://www.novinky.cz)

Percepcja komunistycznego zagrożenia, skądinąd w polskiej i światowej literaturze mocno wyeksploatowana, nabiera nowego kolorytu poprzez zestawienie jej z niesamowitym obiektem śledztwa: tytułowymi wiedźmami. Na kartach Bogiń z Žítkovej dochodzi więc do „polowania na czarownice” ad verbum: służalcy totalitarnego ustroju dwoją się i troją, aby uznać boginie za wrogów systemu. Nie chcę w tym miejscu zdradzać powodów tychże działań, ale równie ciekawe są sposoby ich realizacji, zwłaszcza zaś profile agentów. Wśród nich znajdują się zarówno szeregowi „towarzysze”, jak i „kandydaci nauk, potępiający wierzenia ludowe i magię, by gloryfikować prawdziwą kulturę, czyli będącą narodową w swej formie i socjalistyczną w treści”. Wiejskie szeptuchy ścigane przez komunistyczne służby – ten groteskowy wydźwięk kojarzy się z PRL-owskimi komediami, ale nie ma w nim humoru. Cała historia jest dość ponura, naznaczona traumatycznym dzieciństwem głównej bohaterki (a także jej chorego na zespół Aperta brata) i jej dorosłym nieuporządkowanym życiem, stłamszonym wpierw przez bezsilność wobec aparatu państwowego w czasach CSRS, a po aksamitnej rewolucji w 1989 r. przygniecionym sekretami, które przyniosła lustracja. Dora to „zwykła” dziewczyna, żadna bogini, fascynująca nie sama w sobie, lecz poprzez wydarzenia, które odkrywa lub w których bierze udział.

Zło o kilku twarzach

W Boginiach z Žítkovej prawda miesza się z fikcją, religia z magią, a starosłowiańskie wierzenia z komunistyczną i postkomunistyczną rzeczywistością. Ale to przede wszystkim opowieść o ludzkiej słabości, zawiści, nienawiści i zdradzie. O tym, jak daleko człowiek jest w stanie się posunąć, aby zrealizować swoje pragnienia. Opowieść o ludzkim złu.

Z plejady czarnych bohaterów na pierwszy plan zdecydowanie wysuwają się dwie postacie. Josifčena Mahdalka to skrzywdzona przez własną matkę okrutna bogini, która rzuca klątwę na własną rodzinę. Epickie zło, które uosabia, przywodzi na myśl straszliwą czarownicę z bajki – jest metafizyczne, choć namacalne, nie wierzymy w nie, a jednak zbiera swe plony. To metafora zła nieomal mitologicznego, „systemowego”, które wyrastając z ludzkich korzeni, pożera swojego nosiciela i całe jego otoczenie. To zło, któremu trudno się przeciwstawić. Na drugim biegunie macha do nas serwilista obu systemów totalitarnych (służy wpierw faszystom, a później komunistom) – bezwzględny Jindřich Švanc, który skompromitowany za młodu i pozostawiony na pastwę losu przez miłość swojego życia, staje się schwarzcharakterem totalnym. W jego istnienie łatwo uwierzyć, przez co jest postacią nieco zbyt stereotypową – parszywiec jakich mało, ale jednowymiarowy. W powieści Tučkovej uosabia zło w ideologiach totalitarnych, które przez fanatyków było usprawiedliwiane jako siła napędowa dziejów i fundament do zbudowania lepszego świata.

Okolice Starego Hrozenkova i Kopanic - tam rozpoczyna się powieść i tam się też kończy (fot. Petr Kaisler, www.idnes.cz)

Okolice Starego Hrozenkova i Kopanic – tam rozpoczyna się powieść i tam się też kończy (fot. Petr Kaisler, http://www.idnes.cz)

Boginie z Žítkovej Kateřiny Tučkovej to smakowity kąsek, który mieści się na pierwszej karcie menu literatury środka ostatnich kilku lat. Szkatułkowa w nowoczesnym rozumieniu konstrukcja książki (opowieści bogiń, relacje świadków, dokumenty StB, listy nazistów itp.), podszyta sensacją fabuła, tajemnicza historia, kilka zgranych motywów z jednej strony, a z drugiej ogrom zebranego materiału, ekscytująca nuta folkloru (scena pogrzebu!) i wyrazisty klimat zaszczucia – to więcej, niżby można wymagać od mainstreamowego bestsellera.

Kateřina Tučkova, Boginie z Žítkovej, przeł. Julia Różewicz, wydawnictwo Afera, Wrocław 2014.

Rafał Niemczyk

* Tekst został napisany dla Magazynu Wakat, gdzie można przeczytać wiele innych ciekawych artykułów.

Document1

Petra Hůlová, Plastikowe M3, czyli czeska pornografia. Recenzja.


Plastikowe-M3-okladkaSeks, digikryzja i tatuś w stroju Rumcajsa

Prawdziwe mamusiojebaki mają w domach dramatyzmu aż nadto, a jebalnia jest dla nich jak kołyska lulanego dzidziusia, bo czym jest orgazm, nakładły ich żonom do głów te niewydarzone sceny erotyczne multipleksowych filmów, na których mój wtykacz pierdzi w siedzenie, a ja mogłabym przy nich jęczeć, jak już mówiłam, tylko dla zupełnie całkiem własnego mężczyzny, któremu by się to podobało i na siedzeniu obok nabrałby ochoty na małe głaskanko w półmroku i gdyby moje jęki tak jak i mnie całą, no tak, po prostu by mnie… (wstaw brakujące słowo – rozwiązanie w ostatnim akapicie recenzji)

Łatwo jest niesłusznie zaszufladkować tę książkę. Mamy tu pornografię w tytule, od pierwszego akapitu atakują nas „raszple” i „wtykacze” (odpowiednio: penisy i waginy), w rolę narratorki wciela się doświadczona praska prostytutka, telewizyjny znak czerwonego kwadracika na okładce. A w środku… digiświat w całej okazałości: konsumpcjonistyczny, plastikowy, facebookowo-cyfrowy, czyli taki, w jakim większość z nas żyje. Książka Petry Hůlovej, choć pikantna, prowokacyjna i napisana z przymrużeniem oka, stawia pod lupą kondycję współczesnego digispołeczeństwa – pokolenia pięknych mieszkań z ikei, w których gnieżdżą się stada zakupoholiczek, cyberfilozofów, podtatusiałych podrywaczy, mędrkujących pseudointeligentów i fałszywych kobiet wyzwolonych.

Petra Hůlová (fot. http://www.kultura.idnes.cz)

Palmę pierwszeństwa przyznać jednak należy językowi i już na wstępie podkreślić, że „Plastikowe M3” to rzecz napisana brawurowo. Na monolog naszej bohaterki składają się serie mniej lub bardziej poważnych historii, anegdot i przemyśleń na tematy dotyczące codzienności w digiświecie, przeplatanej pikantnymi szczegółami na temat seksualnego zawodowego życia kurtyzany w średnim wieku oraz jej klientów. Ów monolog narratorka prowadzi w języku świata, który z emfazą krytykuje, choć sama stanowi jego część (lecz powoli staje się w nim skamieliną, spychana na margines przez czas, plastikowe lalki i cyberpornografię). Hůlova częstuje nas 150 stronami digisieczki – połączeniem seksslangu, neologizmów, hiperbolicznych fraz, słów-cięcia-gięcia, przeplatanką zdań rytmicznie długaśnych z krótkimi, które tworzą przebojową kompozycję. To miejska melodia, symfonia digiświata, napisana językiem często dobrze nam znanym, lecz którym nie zawsze potrafimy się posługiwać. To proza w swoim pozornym chaosie wręcz niepoprawnie rytmiczna. Brawa dla autorki, brawa dla tłumaczki.

Pod płaszczykiem wesołego szczebiotania Hůlová dotyka również poważniejszych problemów digiświata: wszechobecnej hipokryzji, szowinizmu, mobbingu, maskowanej pedofilii. Nie mamy tu do czynienia z żadnym moralitetem – autorka ani na chwilę nie zjeżdża z cynicznego tonu, ale właśnie dzięki temu ostro przyprawione mięso, podrzucane nam niby mimochodem, jest bardzo smaczne, choć zdarza mu się zajeżdżać kebabowym sosem.

Plakat do głośnego filmu „Seks, kłamstwa i kasety video” Stevena Soderbergha

„Czasami trudno bronić wartości – peroruje na ten przykład nasza prostytutka – skoro punkt widzenia zależy od punktu siedzenia, a czemu by się nie dać zainspirować, skoro mamy digiświat, który zapożycza skąd się da, sama noszę kaszmirowy szal z jakichś górskich owiec i nie widzę w tym nic dziwnego, to czemu by nie rżnąć dwunastki?”. Postawieni przed sławetnym dylematem „śmiać się czy płakać?” – raczej się śmiejemy. Taki humor, dla pewnych grup gorsząco awangardowy, ma tutaj rację bytu jak mało gdzie. Dlaczego? Ponieważ wpisuje się w konwencję zafałszowanego świata, w którym wzorowi tatusiowie przychodzą do plastikowego M3 zapłacić za nieosiągalną dla nich we własnej sypialni przyjemność, przynosząc w reklamówce zabawkowe kajdanki albo strój Rumcajsa.

Gospodyni plastikowego M3 to kobieta rezolutna, błędem byłoby brać ją za niezbyt bystrą. Jest samowystarczalna, idealnie „skrojona” pod obowiązujące zasady, podobnie jak mieszkanko, w którym podejmuje swoich klientów. Nie mazgai się, w przeciwieństwie do swoich sąsiadek emerytek-hipokrytek – ma zasady, może nie żelazne, ale takie, których da radę się trzymać. Ciężko osiągnąć efekt utożsamienia czytelnika z główną bohaterką książki, jeśli jest ona prostytutką. To prawda, ale mieszanina wybornego poczucia humoru i rzadko spotykanej bezpretensjonalności sprawia, że czeskiej pisarce nieomal (a momentami faktycznie) się to udaje.

Książka została po raz pierwszy wydana w 2006 roku, jej wymowa jeszcze więc zyskała na znaczeniu, bo od tamtej pory świat stał się jeszcze bardziej digi. Interesujące, jak „Plastikowe M3” wyglądałoby dziś – osiem lat w digiświecie to kupa czasu. Jestem wam jeszcze winien rozwiązanie zagadki: w cytacie ze wstępu brakuje słowa „kochał”. Znajduje się ono na 94 stronie książki i jest jedynym takim słowem w całym utworze, przez co rzuca się w oczy i łatwo je zapamiętać. Co z tym zrobicie, wasza sprawa.

Petra Hůlová, Plastikowe M3, czyli czeska pornografia, przeł. Julia Różewicz, Wyd. Afera, Wrocław 2013.

Rafał Niemczyk

Emil Hakl, Zasady śmiesznego zachowania.


Zasadniczość dojrzałości

– Jak byś scharakteryzował śmieszne zachowanie?
– Dążenie, żeby za wszelką cenę zachować powagę.
– A ten śmieszny musi coś powiedzieć, żeby się ośmieszyć?
– Właśnie nawet nie.

Zastanawiając się nad tym, czym jest śmieszność, należy niewątpliwie zachować szczególną ostrożność, żeby nie popaść w banał. Tak twierdzą mądrzy ludzie. Według nich człowiek właściwie kalkuluje swoje poczynania wyłącznie przez pryzmat powagi. Ilu jest między nami mądrych, zaradnych ludzi, którzy wiedzą, że to powinno być tak, a tamto inaczej, że życie trzeba poukładać w sposób przemyślany, by nie zaskoczyło nas więcej razy niż powinno? Jest ich trochę. Koleś z ostatniego rzędu zadaje jednak pytanie: czy życie jest dla człowieka, czy człowiek dla życia? To autsajder, więc nikt porządny nie zawraca sobie nim głowy. Właśnie napisałem wstęp, w którym za wszelką cenę (prawie) dążyłem do zachowania powagi. Aby dowieść ponad wszelką wątpliwość, iż śmieszny często nie musi nic mówić, żeby się ośmieszyć, trzeba najpierw wykonać manewr odwrotny, choć Lec pisał już wiele lat temu, że nawet w milczeniu mogą tkwić błędy językowe. Emil Hakl milczeć nie może, ponieważ jest pisarzem. Najzupełniej zasłużenie wyróżniona Nagrodą Josefa Škvoreckiego książka, nad którą się właśnie pochylam, jest przez niego samego ulubioną z całego dorobku.

Emil Hakl (fot. Karel Tuma; zdjęcia pochodzą z oficjalnej strony autora: http://www.emilhakl.cz/ )

Kim jest bohater „Zasad śmiesznego zachowania”? To Honza, lat 50, alter ego autora, w zasadzie, nomen omen, sam Hakl, domorosły filozof (choć bez dyplomu), dziś pisarz, kiedyś copywriter. Uwaga, bo zdradzam sekret: w opinii otoczenia nie nadążający za uciekającym życiem!; żyjący z dnia na dzień, uparcie melancholijny i cyniczny, na dodatek od małego wykazujący skłonności do działań artystycznych (poza literaturą także szkicowanie czy fotografia). Dziwoląg i tyle, na pewno niepoważny. Honza to pisarz postrzegany przez kobiety jako niedojrzały egocentryk, szprycujący się psychotropami autsajder, pozostający w specyficznych relacjach ze swoim ojcem i unikający jak ognia stałych związków z lgnącymi do niego pokręconymi ekstrawertyczkami. „Jesteś wiecznie niezadowolony, podkurwiony, nieokreślony, nie można się do ciebie zbliżyć, nie dasz się nabrać, robisz z siebie gwiazdę, chlejesz, rżysz jak koń, w środku cały się trzęsiesz, potem bierzesz stilnox, żeby zasnąć. Chcesz tak umrzeć? Chcesz i jeszcze będziesz z tego strasznie dumny” – opisuje Honzę jedna z jego byłych partnerek. „(…) to nie ja jestem w dupie tylko ty, bo pisanie zastąpiło ci żywych ludzi” – dodaje druga, sposobem esemesowym, bo Honza często bywa nieuchwytny.

Zasadniczo książka Emila Hakla dzieli się na trzy części. W pierwszej jesteśmy świadkami spontanicznego wypadu w góry, podczas którego 50-letni Honza szybuje na paralotni. To jego debiut w przestworzach, nic więc dziwnego, że zbiera mu się na wspomnienia i swoistą wiwisekcję tożsamości. „Tu na górze jednostka nagle uświadamia sobie, jak ze wszech miar przekracza własne możliwości. Jak zwykle pierwsze skrzypce gra samowspółczucie. Poruszenie wywołane świadomością własnej małości, bo jak tu nie być dumnym z własnej małości. Jak tu się nią trochę nie pochwalić. (…) Nikt nie może być pewien, czy nie robi już tylko za najzwyklejszego błazna”. Powietrzne igraszki dosyć dosłownie oddają stan ducha Honzy – życie jest dla niego tożsame z bujaniem w obłokach, ponadto jedynie w ten sposób jest w stanie spojrzeć z dystansem na własną małość. Z góry zawsze bowiem widać więcej niż z dołu, choć z drugiej strony: z dołu widać dokładniej.

Rozległa, podniebna przestrzeń to wymarzone miejsce na monolog wewnętrzny, w trakcie którego poznajemy m.in. wiosnę ’81 i Honzę-wojaka, jego pierwszą dziewczynę (Łatę) i „patologicznie przystojnego” dowódcę kompanii o aparycji Deana Reada, czyli słynnego „Czerwonego Elvisa” (niektóre kawałki wymiatają!). Ta przeszłość, jawnie groteskowa, jest w pewnym stopniu podkładką pod teraźniejszość, ale Hakl nie czyni z niej determinantu, a jedynie składową zbioru. Jest to postawa przeciwna do tej, którą zazwyczaj wykazują nasi rodacy. Honza zdaje sobie sprawę z podobieństwa do własnego ojca, „człowieka, którego królestwo też nie było z tego świata, co oznacza, że wszystko przeputał, przepił, roztrwonił, rozdał babom, a z reszty dał się okraść”, lecz nie rozstrzyga, kto do kogo jest bardziej podobny: on do ojca czy może odwrotnie?

Emil Hakl (fot. Karel Tuma)

Przeczytałem gdzieś, że Honza to zrzęda. To nieprawda – cynik to nie zrzęda. Cynik kpi z wartości, zasad moralnych i ludzi, zrzęda najczęściej nie akceptuje swojego życia. Honza lubi swoje życie; mimo że zdaje sobie sprawę z własnej niedojrzałości, zupełnie mu ona nie przeszkadza. Czym jest pełna dojrzałość? Wpisywaniem się w schematy, odhaczaniem kolejnych etapów w życiu? Spłodzeniem syna? Wybudowaniem domu? Honza ma to, jak sam mówi, w dupie. „Nie użalam się nad sobą – mówi – Po prostu nie ma we mnie krzty altruizmu, jestem linearnie kumplowaty, kaszowaty, ulotny. Ale nie narzekam. Zawsze znajdzie się ktoś, kto wypije ze mną parę drinków i opowie, co go gryzie”. Rozglądając się po polskim podwórku, bohater Hakla przywodzi na myśl bohaterów Krzysztofa Vargi, a więc w dużym stopniu także i samych autorów, choć kontestujący rzeczywistość Varga bardziej się „spina”, trzęsie na znieczulicę kulturową, traci przez to siły. Honza opisuje czeską rzeczywistość ze złośliwością, ale bez złości, stara się z nią pogodzić – to znacząca różnica. „Patrzeć na nich ze śmiechem w duszy, co innego mi pozostaje. Przestać psioczyć. Czuć się jak u siebie. Przyjąć wspólny kod. Być jak oni (…) tu, na peryferiach, jakiekolwiek elitarne zachowanie jest nam obce. Nie pozostaje więc nic innego, jak od razu przeskoczyć kilka etapów i pogodzić się ze statusem nieciekawej kolonii bez potencjału”. Grubo. Dla wielu z nas nie do przeskoczenia.

Rozmyślania Honzy-Hakla (prawdziwe nazwisko pisarza brzmi Jan Beneš, to tak dla porządku) generują cyniczny przekrój społeczeństwa: daleko w dole (przeszłość), a później po twardym lądowaniu (teraźniejszość) – oto rozbudowane tło robiące za czeskie krzywe zwierciadło. Wrzucamy w automat 250 koron i oglądamy „urzekająco farbowane laski, gładkie rajskie ptaki po hennie, które dopuszczają do siebie wyłącznie podobnie odpicowanych samców; niedobitych środkowo czeskich rastafarian w knajpach; kelnerów z balejażowym jeżykiem na okrągłej spoconej głowie; czy inne symetryczne blondyny”.

Nasz bohater jest w pełni świadomy swojej egzystencji, nie oszukuje ludzi, nie ściemnia przed lustrem. Jego osobowość i brak zaangażowania może irytować (głównie kobiety), ale nie można zarzucić mu lanserstwa czy hipokryzji. „Szczegóły jej nie interesują, co mnie cieszy. Wyszedłbym na nieudane dziecko, rozbitka życiowego, dziecię z nieprawego łoża” – nie ma w Honzie admiralskiej dumy, ale nie ma też uległości. Samookreślenie Honzy-Hakla determinuje jego poczucie wolności. Może zatem ucieczka przed stałym związkiem nie jest opiewaną w patetycznych dziełach „ucieczką przed samym sobą”, ale naturalnym odruchem egocentrycznego samca? „Mogę w dowolnej chwili założyć nogę na szyję. Większość otaczających mnie ludzi zdycha ze zmęczenia, stresu, a ja mogę sobie kilka razy dziennie po prostu poczytać. Ta cała wolność naprawdę mnie przeraża. Mam jej w sobie tyle, że na pewno coś jest ze mną nie tak. Jestem pełen radości, zapału, siły a zarazem jestem w głębokiej dupie” – przyznaje. Największa wartość, którą Honza wyznaje, obraca się w chwilach słabości przeciwko niemu. Pieprzenie systemu staje się pewnego dnia uciążliwe, bo człowiek wyciągnięty ze społecznego kontekstu zaczyna zbyt dużo myśleć, czasami dziczeć. „Nigdy się nie ma tego, czego się chce. A jak ktoś ma, to nie docenia, bo nie wie, że ma coś, co chciałby mieć, gdyby tego nie miał, co nie?” – mówi Honza. Proste?

Emil Hakl (fot. Karel Tuma)

Emil Hakl (fot. Karel Tuma)

Drugą część książki Honza-Hakl poświęca skomplikowanym relacjom z umierającym ojcem. Śledzimy ostatnie chwile jego życia, reakcje na wieść o śmiertelnej chorobie, pobyt w szpitalu. To urzekające, ile bliskości kryje się w uczuciach dwójki z pozoru tak różnych i oddalonych od siebie ludzi. Relacjom Honzy z ojcem daleko jest do wzorowych – spotykają się raczej rzadko, ojciec ma o to nawet do Honzy pretensje. Tym, co fascynuje, jest zupełny brak patosu, podniosłości, której można by się spodziewać w nieodwracalnej przecież sytuacji. Więź pomiędzy Honzą a jego ojcem zasadza się na granicy powagi i zabawy, na ćwiczeniach pamięci w formie przypominania sobie postaci i aktorów ze starych filmów albo starych modeli samolotów, na czytaniu po dziesięć razy kryminalnych opowiadań Poego. To układ szarpany, po raz kolejny człowiek poważny zarzuci mu „niedojrzałość”, ale tkwi w nim authentic i emocjonalność o wiele bardziej wartościowa niż „hipokryzja niedzielnych obiadów”. Hakl nie stawia pomiędzy układami granicy, nie przeprowadza rachunku sumienia. Gdy później odsłuchuje utrwalone na magnetofonowej taśmie drobne gesty, pourywane frazy wspomnień, odnajduje w nich portret ojca: fragmentaryczny, ale w gruncie rzeczy bardzo podobny do siebie. Ta część książki jest przy okazji najlepszym dowodem na to, dlaczego Hakl jest nazywany mistrzem mowy niezależnej. Pisarz posiadł bowiem niebywałą lekkość układania dialogów błyskotliwych, celnych i wciągających, a jednocześnie niewymuszonych i nie rażących sztucznym ego.

Tuż przed śmiercią ojciec prosi Honzę o to, aby rozrzucił jego prochy w morzu. Niektórzy upatrują tu nawiązania to odwiecznego czeskiego marzenia (dostęp do morza), synonimu wolności, ale staruszek kochał nauki przyrodnicze, zajmował się stworami morskimi, więc może trop znów jest zupełnie prozaiczny. Z pomocą znowu przychodzą chłopaki od paralotni, Rulpo i Murgy, a cała trójka wyrusza nad Morze Czarne. Relacje Honzy ze wspomnianą dwójką również wiele mówią o nim samym. Dobrze się czuje w ich towarzystwie, ale jednocześnie ich wspólny język wielokrotnie bywa zagłuszony poprzez różnice pokoleniowe i kulturowe. Po raz kolejny widzimy, jak świat ucieka przed Honzą, a on nie próbuje go gonić. Wystarczy mu to, co ma, nie musi na siłę ścigać się i finiszować rzutem na taśmę. „Czym się różni średnio pokurwiony młodszy mężczyzna od średnio pokurwionego starszego mężczyzny? Stary nie uważa się za centrum metropolii. Zaczyna się czuć swojsko na, nie zapadłych może, ale już peryferiach” – wyjaśnia podczas jednej z rozmów z chłopakami, w której nie bierze udziału.

Trzecia część „Zasad śmiesznego zachowania” to wspomniana wyprawa nad Morze Czarne i po raz trzeci Hakl proponuje nam inną konstrukcję literacką. Ostatni rozdział przypomina reportersko-filozoficzne zacięcie, znane choćby z prozy Andrzeja Stasiuka: jest fascynacja peryferyjnym krajobrazem, przyroda, momentami podniosły język, który tonuje nieodłączny cynizm, ostra fraza. Ze złożoności tej prozy wyłania się przy okazji świetna praca, którą wykonała tłumaczka, Julia Różewicz. Sam Hakl posuwa się do nadmiernej ekspresji tylko wtedy, gdy pragnie oddać oczyszczającą atmosferę podróży, której misja określa po trosze tożsamość samego Honzy („Zaglądam sobie prosto w pysk. Okropny widok, wciąż jednak dużo lepszy, niż nie widzieć nic”). W gruncie rzeczy ta podróż nie jest jednak ucieczką a kołem, które zatacza bohater.

Jorge Luis Borges napisał kiedyś, że jeżeli wieczność istnieje, śmierć jest tylko żartem. A co jeśli żartem jest życie?

Emil Hakl, Zasady śmiesznego zachowania, przeł. Julia Różewicz, Wyd. Afera, Wrocław 2013.

Rafał Niemczyk

%d blogerów lubi to: