Alice Munro, Taniec szczęśliwych cieni. Recenzja.


Egzorcyzmowanie wspomnień

Co może kryć się w kamieniu ciśniętym niezdarnie przez dziecko w otchłań jeziora? Czy spacer z ojcem po lesie może odkryć ponurą tajemnicę? Gdzie tak naprawdę mieszkamy i kto jest naszym sąsiadem? „Taniec szczęśliwych cieni” to debiutancki zbiór opowiadań Kanadyjki Alice Munro, która w pewnych kręgach bywa nazywana „współczesnym Czechowem”. Jej domeną są opowiadania i nigdy nie wychodzi poza krótką formę, ponieważ, jak sama twierdzi, „powieść posiada spójność, której nie widzi wokół siebie”. Jakby na przekór tym słowom, książki Munro należy traktować jako całości, kompletne zbiory, gdyż opowiadania odczytywane pojedynczo tracą sporą dozę siły wyrazu. Trzeba się mocno skupić, aby wyróżnić w tym solidnym zbiorze utwory zapadające w pamięć najbardziej, a jednak nie sposób nie dostrzec w tej prozie blasków i cieni codzienności obserwatorskiego kunsztu. Opowiadania Munro oparte są bowiem na obserwowaniu wycinków życia często z pozoru bezbarwnych ludzi.

Scenerię tworzą tu przeważnie obrzeża kanadyjskiej prowincji Ontario, z Doliną Wielkich Jezior i granicą z USA na południu, Zatoką Hudsona na północy, prowincjami Quebec i Manibota na wschodzie i zachodzie. Czy posiada to większe znaczenie? Chyba tylko takie, że to strony, z których pochodzi autorka, trzeba więc przy okazji wspomnieć o wyczuciu, z jakim je opisuje. Ponadto jest tutaj zielono, pachnie lasem i jeziorem, ale wszak dla Kanady to krajobraz wcale nie wyjątkowy. Czas opowieści jest różny, ale można założyć, że zamykają się w dwudziestoleciu powojennym, zaś najwcześniejsze z nich to okres prohibicji, który w niektórych kanadyjskich prowincjach trwał do roku 1948.

Okładka pierwszego amerykańskiego wydania „Dance of the Happy Shades”

Narracja większości utworów prowadzona jest z perspektywy kobiety lub dziewczynki. Munro, opowiadając o młodzieńczych (dziewczęcych) kompleksach, z lekka feminizuje, ale nie ma w tym nic denerwującego ani ideologicznego (w przeciwieństwie do okładki polskiego wydania, która z przyczyn prawdopodobnie marketingowych sugeruje, że sięgamy po literaturę „kobiecą”, co, używając słów litościwych, „nie jest do końca prawdą”) – ot, ukazuje rzeczy i ówczesne realia takimi, jakimi je pamięta. Problemy nie dotyczą samej nierówności płci – kanadyjska pisarka przedstawia dwoistą percepcję dziecięcego świata, z wyraźnym podziałem zadań, ale również krzywą wrażliwości kształtowaną machinalnie przez świat dorosłych.

Najdobitniej widać to w świetnym opowiadaniu o sprzedawcy lisich skór, pod którego strzechą dorastają syn i córka, która nie może pogodzić się z losem uśmiercanych w gospodarstwie zwierząt. Koń wierzga w agonii, brat się głupkowato śmieje. Małej nikt nie słucha, a wszelkie słabości składane są na karb „dziewczyńskości” bohaterki. „Jestem tylko dziewczynką” – dochodzi wreszcie do wniosku. Trudne relacje damsko-męskie znajdziemy z kolei w ponurym i klaustrofobicznym opowiadaniu „Biuro”, którego bohaterka – początkująca i traktowana nie do końca poważnie pisarka – jest nękana dziwnym zachowaniem właściciela tytułowego lokalu.

Autostrada w pobliżu Bissett Creek w prowincji Ontario (fot. wikimedia)

Autostrada w pobliżu Bissett Creek w prowincji Ontario (fot. wikimedia)

Wiele w tym zbiorze pojedynczych dziwności, jest też garść odpałowych postaci, które pojawiają się znienacka na tle zwyczajnego świata, zwracając uwagę jeśli nie na siebie, to na szczegóły zręcznie zakamuflowane przez autorkę. Pewne motywy powtarzają się w kilku opowiadaniach – czujny czytelnik wyłapie je i powiąże ze sobą, co sprawi, że obraz stanie się bardziej pełny, choć nigdy do końca wyraźny. „Taniec szczęśliwych cieni” przypomina bowiem egzorcyzmowanie koszmarnych wspomnień z przeszłości – nie żywych już, ale nigdy do końca martwych.

Alice Munro, Taniec szczęśliwych cieni, przeł. Agnieszka Kuc, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2012.

Rafał Niemczyk

Andrzej Stasiuk, Opowieści galicyjskie. Recenzja.


Pocztówki ze świata poza czasem  

Rok 1989 był to dziwny rok, w którym rozmaite znaki na niebie i na ziemi zwiastowały jakoweś klęski i nadzwyczajne zdarzenia. Likwidacja miejscowego PGR-u i nadejście „chaosu kapitalizmu” było dla pospolitych mieszkańców okolic Beskidu Niskiego nie tylko końcem pewnej ery, ale początkiem czasów, których nie byli w stanie ogarnąć, których nie potrafili do końca zrozumieć, odnaleźć się w nich i zaakceptować nowego ładu. Takie tło, zaraz po upadku komunizmu i na początku transformacji ustrojowej, maluje Andrzej Stasiuk w „Opowieściach galicyjskich”.

Józek pije, czasem ciężko pracuje, a w trakcie picia dużo opowiada – jak prawie każdy chłop. Opowiada to za mało powiedziane; jest niemalże opowieścią samą w sobie, człowiekiem-opowieścią. „Józek zasiada i po jednej setce całkowicie zamienia się w mowę, która działa na świat, na całą rzeczywistość (…) Następstwo zdarzeń znika, znikają przyczyny i skutki i znika grzech razem z historią. Wszystko dzieje się jednocześnie, zaczyna przed czasem i dobiega końca nim się zacznie.”
Takie są „Opowieści galicyjskie”, gdzie prości ludzie doświadczają miłości, biedy, pijackich sentymentów, kaprysów przyrody, prozy życia, która wyprawę pekaesem do większego miasta oznacza naszywką odświętnego wydarzenia. Choć nowe czasy przynoszą okruchy świata zza grubej kurtyny, nie tak prosto ulepić z nich chleb. A przecież coś trzeba jeść, „trzeba żyć”, jak powie Lewandowski, wracając z wymiany kaset video gatunku ponad podziałami.

Wino-truskawkowe-1Jest tutaj Janek pracujący przy wyrębie lasu, retortach, spalinowych piłach, ciągnikach. Pachnie żywicą, dymem, węglem drzewnym i potem. Jego życie to robota w lesie, wypłata, knajpa, na chwilę dom – i tak w kółko. Jest temperamentny, krnąbrny Kościejny o „zatartym przez czas obliczu”, który nie może żyć bez pracy i świniobicia, a którego nie chce „zauważyć” własna żona. Jest Wasylczuk, który Kościejnego żonie „pomaga” w czasie nieobecności męża. Jest Rudy Sierżant, od prawie trzech dekad typowy wiejski milicjant/policjant o ciepłym sercu. Jest prawie stuletnia babcia, w chałupę której strzelił piorun, a mąż utopił się po pijaku w potoku. Jest lokalna femme fatale – Maryśka. Jest Edek-emigrant – dorobkiewicz w błyszczących kolorowych strojach, adidasach i koszulach z palmami. Jest czuwający nad zagubionymi duszami ksiądz. Jest knajpa. Jest Cergowa – „czarna skarbonka”, do której podczas pięknych zachodów wpada krążek słońca. Jest posterunek, kościół i chałupy. Jest w końcu mistyczne Miejsce – stara cerkiew rozebrana i wywieziona z lasu jako eksponat muzealny.

Stasiuk ani nie obwinia tych ludzi, ani ich nie usprawiedliwia, może czasami nieco im współczuje. Ludziom, których pozostawiono samym sobie. Pisarz wsłuchuje się w to, co dźwięczy w środku samotnego człowieka. „Nie próbuję sprzedawać żadnej mądrości – powiedział w jednym z wywiadów. – Bo wiem, że mądrość jest wartością przypadkową. Jak się napniesz na mądrość, to ni chuja nic ci nie wyjdzie”. Więc Stasiuk ani nie moralizuje, ani nie uczy. Reporterski styl narratora z zewnątrz miesza się w książce z prozą poetycką na granicy realizmu magicznego. Stasiuk opisuje imponderabilia czasu i przyrody obrazowo, poetycko, ale z wyczuciem, jakby mówił jej językiem. Opisuje przecież miejsce, z którym związał swoje życie.

Wino-truskawkowe-2„Chmury nad Żłobiskami dalej kreśliły swoje zawijasy. Chwilami ich krawędzie przypominały ogniste trzaśnięcia z bicza. Ale czasem, zwłaszcza o zachodzie, gdy słońce zapada już za horyzont i światło zgarnia z ziemi wszystkie domy, drzewa, martwe pegeery, dawne więzienia, przechodniów i pijaków, krowy, motocyklistów i żółty pekaes z Dukli, gdy ukośne promienie porywają jak magnes wszystkie widzialne rzeczy – wtedy chmury są lustrem świata i można w nich zobaczyć wszystko jak na wielkim ekranie, jako na ziemi, tak i w niebie, lecz trwa to tylko mgnienie, bo czas ma barwę szarą i postać ptaka o przejrzystym ciele: jedno muśnięcie skrzydeł i zaczyna się zmierzch.”

„Opowieści”, mimo że nie zawsze chronologiczne, często enigmatyczne i zaledwie muśnięte, są płynne, mają swoje przyczyny i skutki, nie zawsze widoczne gołym okiem, nie zawsze wyczuwalne. Autor uzmysławia nam fakt, że prości ludzie mogą stworzyć świat magiczny. Świat melancholijny, smutny, pijany, w jakiś sposób cyklicznie przewidywalny i z pokutującym duchem mordercy błąkającym się w poszukiwaniu rozgrzeszenia, ale magiczny. Stasiuk nie podaje na tacy passepartout do tego świata, ponieważ on nigdy do końca nie będzie należał do nas – ludzi z zewnątrz.

Andrzej Stasiuk, Opowieści galicyjskie, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2008.

Rafał Niemczyk

* Na podstawie „Opowieści galicyjskich” w 2008 roku powstała udana adaptacja filmowa pt. „Wino truskawkowe” w reżyserii Dariusza Jabłońskiego. Film opiera się na rozbudowanym wątku miłosnym, ale wizja reżysera została w pełni zaakceptowana przez Andrzeja Stasiuka. Muzykę napisał Michał Lorenc, który tradycyjnie okazał się niezawodny, tworząc melancholijną, ale pełną folkloru i pasji ścieżkę dźwiękową. Polsko-słowacka produkcja była w 2009 roku nominowana do nagrody Złotej Kaczki za najlepszy film sezonu.

Jan Balaban, Wakacje. Możliwe, że odchodzimy. Recenzja.


Balaban-okladkaSceny z życia niegościnnego, czyli możliwe, że kiedyś zrozumiemy

Nie zrozumie tego ten, kto nie stał na takim korytarzu. Kto nie widział pacjentów na oddziale zamkniętym, nie słyszał głosu pielęgniarek, nie dotykał odrapanych ścian i nie wsłuchiwał się w głosy zagubionych ludzi. Nie zrozumie, że niegościnny świat po drugiej stronie wygląda inaczej, choć jest złożony z istot w gruncie rzeczy bardzo do nas podobnych. Nie zrozumie, że człowiek może czasem zapalić papierosa właściwie głównie dlatego, że mu na to pozwolono, podobnie jak to uczynił bohater opowiadania „Cedr i młotek”. Jan Balaban to rozumiał, a żeby zrozumieć teatr absurdu nie wystarczy przecież być świrem.

Ostrawa, moja ojczyzna

Jan Balaban to czeski pisarz urodzony w 1961 roku w Šumperku na Morawach, który związał swoje życie z Ostrawą, gdzie w 2010 roku zmarł nagle z powodu kardiomiopatii. Piękna Ostrawa wiele znacząca historycznie i kulturowo, w czasach dzieciństwa artysty była już od 150 lat czechosłowackim ośrodkiem przemysłowym i górniczym.
Ostrawa– Wychowałem się więc w blokowisku, na osiedlu Hrabůvka. Nie było tam ani jednego starego człowieka. Same młode rodziny z dziećmi, wszyscy z jednej fabryki. Kobiety i dzieci nie mówiły, że ich tatusiowie pracują w Vítkovicach, tylko na jedynce, dwójce, na trójce, tylko numery zakładu i oddziału. Dość twarde towarzystwo. Trzeba było nauczyć się postrzegać życie w jego brutalniejszej postaci, żeby jednak samemu nie popaść w grubiaństwo
opowiada Balaban.

Przyszły pisarz był synem lekarza wychowywanym w ewangelickiej rodzinie. Dużo opowiadał o swojej religijności, a przecież Czechy są w dużej części krajem ateistycznym. Studiował filologię czeską i angielską na Uniwersytecie w Ołomuńcu, a po skończeniu studiów zajmował się tłumaczeniem (przełożył na język czeski m.in. książki Howarda P. Lovecrafta i Terry’ego Eagletona).
Chodził z teczką pełną książek, ja nosiłem w siatce gumową piłkę do nogi. Był wychowany w środowisku miejskich intelektualistów, ja byłem z rodziny wiejskiej. Miał w sobie ciąg kaznodziei – pokazywać ludziom drogęwspomina Balabana jego kolega z klasy Jaroslav Žila, poeta i fotograf.

Jest autorem kilkunastu książek, głównie zbiorów opowiadań. O czeskim pisarzu jak do tej pory nie pisze się w Polsce zbyt wiele. Jestem przekonany, że zmieni się to po premierze dwóch najgłośniejszych zbiorów opowiadań: „Wakacje” i „Możliwe, że odchodzimy”, które trafiają do nas opatrzone mianem „czeskiej książki dziesięciolecia”.

Egzystencjalne tumany kurzu, codzienności

Jan-Balaban-1Opowiadania Balabana, wnikliwego obserwatora, przesycone są pytaniami natury egzystencjalnej, co jak na pisarza rodem z Czech może się wydawać sprawą nieco zaskakującą. Konia z rzędem temu, kto po przeczytaniu kilku tekstów, jest w stanie odgadnąć, że trzyma w ręku dzieło literatury czeskiej.
U Balabana można wyczuć posmak noblistów: Alberta Camusa z jego mitem Syzyfa, heroicznym trwaniem i buntem, nawiązania do ateisty Sartre’a, którego kawiarniom, subtelnym jazzowym dźwiękom i zamiłowaniu do Flauberta przeciwstawia robotnicze osiedla, szpitale, zadymione knajpy, ale także czeskie góry i prowincjonalne zabytki. W tle pobrzmiewają nieśmiało Heidegger z Jasperem, ale niełatwo się do tego dokopać. Proza Balabana jest wielopłaszczyznowa, początkowo można odebrać jego historie jako ładne malowanki, nieledwie miniaturki z życia codziennego. Wyłaniają się z nich sceny z filmów Bergmana, nie tylko „z życia małżeńskiego”, ale te ciężkie, psychologiczne tumany kurzu, pytania o sens istnienia istoty wyższej, poszukiwanie duchowego kapitału człowieka.
Już sam język jest przecież duchowym majątkiem – tłumaczył. Tworzył sceny, które czasami trudno opowiedzieć – naładowane ekspresjami, emocjami. Codziennością.

– Przeżyłem brutalny krach małżeństwa. Długo próbowaliśmy je utrzymać. Po prostu nie byliśmy w stanie wyobrazić sobie końca naszego związku. Przeżyliśmy razem kruche czasy minionego reżimu, wspieraliśmy się nawzajem. Wiele par, które znam było budowanych właśnie z nastawieniem na te złe czasy. Kiedy taki związek się rozpada, boli a ludzie krzywdzą się dużo bardziej niż wtedy, kiedy już przed ślubem liczą się z możliwością rozwodu – dramaty życiowe pisarza stały się później powtarzającym się często motywem jego twórczości.

Za chwilę strach będzie nawet oddychać

Ostrawa-2„Wakacje” to pierwszy ze zbiorów – zbiór krótkich epizodów z życia kilku ludzi, gdzie krzyżują się losy trzech głównych postaci. Są wśród nich lekarz w średnim wieku cierpiący na bezsenność (Daniel Niedostał), dr Ivan Satinsky – były naukowiec, a obecnie pomocnik murarza, uciekający przed problemami w alkohol oraz Paweł Niedostał (śmieszne nazwisko – „nie od słowa dostać, tylko od słowa stać”) – mąż i ojciec dwójki dzieci, przeżywający zaawansowany kryzys małżeński, jego życie „stoi” w miejscu lub cofa się na osi wspomnień w poszukiwaniu remedium na kryzys. To przyjaciele z czasów komunistycznej Czechosłowacji, dziś wtłoczeni w betonowe osiedla, poszukujący porządku i „emocjonalnej sensualności”. Ich życie jest nie tylko nostalgią za dzieciństwem, tęsknotą za istotą wolności (podróż charczącym gruchotem przez bezdroża USA), poszukiwaniem nienazwanego szczęścia. To także brak małżeńskiego seksu, rozpaczliwe próby złowienia satysfakcji zawodowej czy picie wódki w knajpie lub na balkonie. „Nie da się tu wytrzymać, za chwilę strach będzie nawet oddychać” – tak skażona domowa atmosfera przytłacza, uwłacza i spycha w otchłań samotnej bezsilności.

„Możliwe, że odchodzimy” jest w moim przekonaniu „pełniejszym” zbiorem, a kilka perełek to majstersztyk krótkiej formy. Zafascynowany różnymi czeskimi artystami Balaban (w młodości sam malował, recenzował i otwierał wystawy, zainspirowany działalnością swojego brata – malarza Daniela Balabana) pisze czysto, płynnie, wyraziście, wszystkie zdania mają wagę, a styl, nawet przybierając bardziej poetycką formę, jest zawsze wyważony, nigdy nachalny. – Mój nauczyciel przekładu zawsze mówił, że człowiek nie rodzi się głupi, dopiero się takim staje. Nie chcę mieć pod tym względem ani dla siebie ani dla nikogo litości: nie piszę dla głupców. Chcę być precyzyjny. Pisanie powinno być najlepszym, co jestem w stanie dać drugiej osobie – zawsze krytycznie odnosił się do własnej twórczości, stawiając sobie najwyższe wymagania.

Opowiadania są melancholijne, ale autor nie odbiera swoim bohaterom nadziei. Wręcz przeciwnie – ona gdzieś jest, tylko eklektyczna, trudna do odnalezienia dla ofiar Baudelaire’owskiej nowoczesności. Moi bohaterowie to nie żadne łamagi. To normalni ludzie, którzy przegrali, ale jeszcze się nie rozbili. Są smutni, ale nie są desperatami – wyjaśniał.

Poznamy tu mężczyznę odwiedzającego starą parafię swojego zmarłego dziadka-proboszcza z kryjącym sekrety poddaszem, starymi książkami i grzesznym rysunkiem Diany. Posłuchamy wspomnienia dębowego lasku i pól kukurydzy, zanim pożarły je szczęki cywilizacji, tworząc kondygnacje zakratowanych balkonów. W jednym z takich mieszkań podejrzymy nieszczęśliwą, niespełnioną „żonę swojego męża”. Kobieta biegle mówiąca po czesku, niemiecku i polsku, poświęciła własną karierę dla zbudowania rodziny, której niewidzialna struktura sprawia jej po latach wyrzeczeń tylko ból. Na przedpokoju innego mieszkania podsłuchamy monologu proboszcza, jednorocznego abstynenta, który nieświadom obecności swojej żony, wygłasza monolog do swojego psa Toma – czworonoga po przejściach podrzuconego kilka lat wcześniej pod drzwi burdelu. Gdzieś w górach Władek-(nie)góral wynajmuje przybudówkę odziedziczonego domku parze kochanków przybyłych z Ostrawy. Musi walnąć kielona przed wypasem owiec, musi walnąć kielona przed wzięciem do ręki siekiery. A po diabła mu ta siekiera, kiedy włazi ciemną nocą sprawdzić, co robią jego lokatorzy?

Melancholik o wielkim sercu zaczytany w Vonnegucie

Jan-Balaban-2– Piszę o prawdziwym społeczeństwie, tylko to nie pasuje do czeskiego poczucia pohody – odpowiadał sam pisarz w jednym z wywiadów. „Pohoda” zaś to pozytywna energia, wyborny nastrój, poczucie humoru, kochające się pary na spacerze w zoo, piwo, ciepłe lody. Jan Balaban nie szukał na tym niebie czarnych chmur, po prostu nauczył się, że one tam są, czy tego chcemy, czy nie. W końcu muszą się pojawić, tak jak po dwudziestoletnim udanym pożyciu małżeńskim nagle pojawia się w progu nieproszony gość.

Człowiek, który umarł, gdyż z medycznego punktu widzenia miał przerośnięte serce, a jako artysta – serce wrażliwe, utalentowane, otwarte, bijące w wielu rytmach jednocześnie.
Zmarł 23 kwietnia 2010 r., dokładnie w piątą rocznicę śmierci swego ojca, o którym dzień wcześniej skończył pisać powieść („Zapytaj taty”). Historia melancholijna, ale poruszająca, a śmierć w cyniczny sposób „literacka”, jakby wyjęta z kart książek Vonneguta, o którym ćwierć wieku temu napisał pracę magisterską.

Jan Balaban, Wakacje. Możliwe, że odchodzimy, przeł. Julia Różewicz, wydawnictwo Afera, Wrocław 2011.

Rafał Niemczyk

Szczepan Twardoch, Tak jest dobrze. Recenzja.


Nie jest zbyt dobrze

„Tak jest dobrze” to trzeci zbiór opowiadań Szczepana Twardocha, autora „Wiecznego Grunwaldu”. Opowiadań jest sześć, a ich tematem nadrzędnym jest ludzka cielesność, tragiczna kondycja psychiczna bohaterów – najczęściej ludzi z pokolenia Twardocha – i zaklęte w niej dramaty.

Książkę otwiera najlepsze opowiadanie w całym zbiorze. „Gerd” to historia bardzo starego Ślązaka, z nieuleczalną traumą z czasów wojny. To były snajper SS „Nordland”, którego czyny ciągną się za nim nawet po półwieczu. Człowiek zgorzkniały, wyprany z dobrych uczuć, potępiony przez świat i samego siebie. Najboleśniejszą tragedią Gerda Piontka jest jednak jego potomek – zniewieściały syn, emocjonalne zero, za którego ojciec-morderca się wstydzi. W opowiadaniu warto wychwycić efektowny fragment, w którym przeżywający osobowościowy dualizm Gerd, dzwoni do Radia Maryja, przemawiając wielorakimi głosami różnych ludzi. Jak przystało na rodowitego Ślązaka, Twardoch popisuje się nienaganną gwarą, co dodaje „Gerdowi” swojskiego, regionalnego klimatu.

„Masara” dotyka problemu tolerancji i braku akceptacji. Tytułowa bohaterka to śląska licealistka, przezwana tak w związku ze swoją ogromną nadwagą. Szpetota ciała wyzwala w Paulinie dogłębne poczucie niższości i kompleksy, a szyderstwo rówieśników sprawia, że każdy dzień w szkole to dla dziewczyny dręczące katusze. Niedużo lepiej jest w domu, gdzie poczucie wstydu wzbudza świetnie wyglądająca matka, a swoje trzy grosze dorzuca komentująca wszystko bez skrupułów ciotka. Druga część opowiadania ukazuje pokolenie Y w krzywym zwierciadle, z fałszywym sensem oraz dominującą rolą mediów i komunikatorów społecznościowych, które mają być namiastką remedium na samotność i życie pozbawione metafizycznej powłoki (ponure, puste życie playboya-rockandrollowca marnującego spory potencjał). Swoją drogą, Twardoch jest dla społeczeństwa zbyt łaskawy, bo problem nadwagi i otyłości zaczyna powoli dotyczyć jego sporej części, a nie jednostek. Może więc warto posłuchać rady ciotki-lekarki, zacząć ćwiczyć i wziąć się z kompleksami za bary? Bo „śmieszność jest gorsza od śmierci”, jak dowiemy się później z opowiadania „Uderz mnie”.

„Dwie przemiany Włodzimierza Kurczyka” to portret zahukanego, nieśmiałego dziwaka zdominowanego przez wychowującą go samotną, despotyczną matkę. Kurczyk nie może się uwolnić od jej panowania nawet kilka lat po śmierci. Nie wyrzuca gnijącego jedzenia, „które kupiła mamusia”, codziennie przynosi jej do przeczytania ulubione gazety. Choć nieźle zarabia, jest w pracy popychadłem. Ma sylwetkę niedbającego o siebie chuchra, stąd nienawidzi pięknych kobiet i dobrze zbudowanych mężczyzn. Tłumiący wewnątrz siebie żądzę i pożądanie, brzydzi się seksem, czując wstręt do własnej cielesności. Wyładowuje się, oglądając w zamkniętym pokoju dziesiątki filmów porno ściągniętych z Internetu. Starając się odmienić życie, pod wpływem nagłego impulsu, zachęcony przez tajemniczą kobietę, Kurczyk przekracza niebezpieczną granicę. Wkracza na teren dla niego nieprzeznaczony, gdzie w powietrzu wisi nieszczęście i zguba. To opowiadanie o próbie odmienienia własnej tożsamości, zatarcia przeszłości, wykastrowania nieśmiałości. Bo często jest tak, że nasze „ego” to od momentu narodzin nasz największy wróg.

Największym problemem Twardocha jest… jego literacki  potencjał, nad którym w niektórych partiach tekstu nie do końca panuje, nurzając się w językowym serwilizmie. W sporych fragmentach pisarz brnie w nachalną poetykę, mnoży fantasmagoryczne opisy, przerośnięte filozoficzne frazy, wrzaskliwe monologi. Wdaje się w manieryczne odwracanie szyku w zdaniach, które stosowane z umiarkowaniem tworzą charakterystyczną stylistykę, ale powielone dziesiątki razy zaczynają przypominać barokowe wieże, wklejone w panoramę hotelu Marriott. Momentami autor zostawia czytelnika bez tchu i możliwości dokonywania własnych obserwacji, wyciągnięcia z tekstu prywatnych, choćby nawet błędnych interpretacji.

Smutnym podsumowaniem zbioru jest opowiadanie tytułowe, inspirowane twórczością Cormaca McCarthy’ego. To ucieczka od bólu i straty w przestrzeń dzikich polarnych terenów, gdzie rządzi przyroda, a noga człowieka stąpa tu jedynie z konieczności. Tundra jest metaforą zagubienia i wyjałowienia spowodowanego pustką po stracie bliskich, której nie da się niczym wypełnić.

Tragicznym, zniewolonym i nieudacznym bohaterom autor, jako uwolnienie się od bagna codzienności, proponuje samobójstwo (nie tylko w tym opowiadaniu). To dekadencka wizja gnijącej przyszłości generacji Y, której Twardoch pozostawia tylko niewielki świetlik nadziei, marne złudzenia i poszarpane perspektywy. Dla niektórych ocena będzie zbyt surowa, dla innych okaże się efekciarskim „straszakiem”, zaś co bardziej cyniczni przyklasną z gorzkim uśmiechem. Jakkolwiek by nie było – lepiej uważać. Bo z pewnością nie jest zbyt dobrze.

Szczepan Twardoch, Tak jest dobrze, Wydawnictwo Powergraph, Warszawa 2011.

Rafał Niemczyk

Kochaj mnie mocniej (Czeskie opowieści). Recenzja.


Miłość pod czeskim nadzorem

Andrzej Sapkowski powiedział kiedyś słowami poety Jaskra: „O miłości wiemy niewiele. Z miłością jest jak z gruszką. Gruszka jest słodka i ma kształt. Spróbujcie zdefiniować kształt gruszki”. Ta niecodzienna metafora jak ulał pasuje do charakterystyki zbioru opowiadań „Kochaj mnie mocniej…” autorstwa dziewięciu współczesnych czeskich pisarzy. Trzeba przy tym dodać, że redaktor Dočekal i spółka, o miłości wiedzą całkiem sporo i bez wahania odkrawają z owej gruszki kolejne plastry, by podzielić się nimi z czytelnikami. Choć nie zawsze jest ona słodka.

U Michala Viewegha związek czterdziestoletniego Hugona z dwukrotnie młodszą Patrycją naznaczony jest ostrym stygmatem zazdrości. Młoda i piękna kobieta wystawiona jest na pokuszenie podczas wyjazdu na obóz snowboardowy z kilkoma kolegami-rówieśnikami. Hugo walczy jak lew, by spełnić oczekiwania swojej ukochanej i pokazać „młodzieży”, że równy z niego chłop i może stawać z nimi w szranki (także w łóżku). Tytułowa „Sauna” jest miejscem, w którym rozegra się ostatnia, „dramatyczna” scena opowiadania.

Jiri Kratochvil udowodni nam, że w żadnym wypadku na przeszkodzie wielkiej namiętności nie może stanąć zbyt młody wiek. „Dame de Coeur” to miłosna historia dwunastolatka – przyszłego pisarza i wykładowcy literatury – i jego nauczycielki, o której z rozrzewnieniem opowiada po prawie pół wieku sam zainteresowany.

Poruszające i bardzo aktualne jest opowiadanie Danieli Fischerovej „Na drodze łaski”. Zawarta jest w nim fascynacja trzydziestoletniego aktora-biseksualisty starszym profesorem żydowskiego pochodzenia – naukowcem, tłumaczem i znawcą literatury litewskiej. Nieśmiały i nieodgadniony związek, jaki się między nimi tworzy, ma kulminację w momencie kilkusekundowego przypadkowego pocałunku. Jakie okoliczności do niego doprowadziły? Ile zmienił w życiu obojga mężczyzn, pomimo że nigdy potem już ze sobą nie rozmawiali? Jakie piętno odcisnął i ile nigdy nieodkrytych wariantów życia nieświadomie otworzył? Daniela Fischerova nie odpowiada nam na te pytania – proponuje za to refleksję i podążanie tropem własnych myśli. Godny podkreślenia jest sposób, w jaki czeska pisarka mówi o związkach homoseksualnych. Otóż najnormalniej w świecie „współżyją” one obok siebie. Aktor Hruszka sypia z kobietami i mężczyznami (choć kobiet jest zdecydowanie więcej), o profesorze Himmelsteinie wiemy zaś tyle, że… kocha sztukę. Czy sztuka mężczyzną jest czy kobietą?

Większość „Czeskich opowieści” okraszona jest subtelnym humorem. W „Sztafecie miłosnej” Very Noskowej poznamy przewrotną historię rozpieszczonej Mileny – żony obrzydliwie bogatego biznesmena, która zostawia go dla oszusta-energoterapeuty. Przekonamy się, czy „miłość duchowa” ofiarowana kobiecie przez „energetycznego kochanka”, jest w stanie przetrwać próbę czasu. A może silniejsze jest przyzwyczajenie do majątku?

„Chcesz herbatę” Alice Nellis powinno z kolei stać się pocieszeniem dla zakompleksionych kobiet – reprezentantek wieku średniego. To urocza komedia pomyłek, w której żona podejrzewa męża o brak miłości. Obawia się o stan swojej figury, niedoskonałość pośladków, wypalenie uczuć. Lęka się czasu, bo ten upływając, staje się często bezlitosnym mordercą niedoskonałych miłości. Wnioskuje to po codziennych drobnostkach, prawda zaś okazuje się zgoła odmienna. Mąż poświęca czas przy komputerze, by zatuszować na zdjęciach wszelkie niedoskonałości kobiety. Wszak „nobody’s perfect”, a czymże są niedoskonałości ciała wobec prawdziwej siły miłości?

Zbiór kończy opowiadanie Borisa Dočekala, właściciela Wydawnictwa Listen i redaktora serii, z której pochodzą teksty prezentowane w „Czeskich opowieściach”. „Miłość na kolei lokalnej” to historia romantyka Hruszki, który nie może sobie znaleźć kobiety i jego przyjaciela – podrywacza Hildebranda. Kiedy na stacji pojawia się Anielka – „delikatna” istota ze snów Hruszki, okazuje się, że na prawdziwą miłość zawsze warto zaczekać. To opowieść o potędze uczucia wystawionego na najwyższą próbę, jaką jest zdrada w ramionach najlepszego przyjaciela.

„Kochaj mnie mocniej…” to zbiór krótkich, błyskotliwych opowiadań przeznaczonych dla każdego czytelnika. Wielu z nas odnajdzie tu cząstkę „miłosnej gruszki” pod najróżniejszymi postaciami. Historie, jakimi uraczyli nas pisarze, są w większości ciepłe. A gdy przyjdzie im dotknąć bardziej gorzkich aspektów miłosnych korytarzy – robią to z ogromnym wyczuciem. Dają wskazówki, ale nie moralizują. Następcy Haśka, Čapka, Hrabala czy Kundery pokazują, że czeska literatura współczesna trzyma się bardzo mocno. Warto się o tym przekonać osobiście, sięgając kolejny raz po „Czeskie opowieści”.

M. Viewegh, J. Kratochvil, D. Fischerova, P. Šabach, V. Noskowa, E. Hauserova, J. Rudiš, A. Nellis, B. Dočekal, Kochaj mnie mocniej… (Czeskie opowieści), przeł. Katarzyna Dudzic, Tomasz Grabiński, Jan Stachowski, wyd. Good Books, Wrocław 2011.

 Rafał Niemczyk  

%d blogerów lubi to: