Amos Oz, Dotknij wiatru, dotknij wody. Recenzja.


Nad wzgórzami jest cisza

Kiedy w 1939 roku Polskę ogarnęła pożoga drugiej wojny światowej, dla ludzi, a w szczególności dla Żydów, nadeszły tragiczne czasy, o jakich nie śniło się najbardziej radykalnym fatalistom. Zima tego roku była straszna, dlatego Pomeranz – żydowski  nauczyciel matematyki i fizyki, kochający muzykę marzycielski syn zegarmistrza i przykładny obywatel miasta M. – zmuszony jest uciec więżącym go Niemcom przez komin do lasu, po czym za pomocą lewitacyjnych zdolności unosi się w górę, by przemierzając Europę, dotrzeć do Ziemi Obiecanej.

Już początek powieści „Dotknij wiatru, dotknij wody” wybitnego izraelskiego pisarza – Amosa Oza określa surrealistyczną stylistykę, jaką oblepiona jest większa część utworu. Surrealizm zmyślnie miesza się z realizmem magicznym, marzenia z rzeczywistością, prawda z urojeniami, jawa ze snem. O Polsce opowiadała pisarzowi matka, okrucieństwa wojny doświadczył sam – wcielony do izraelskiej armii w 1967 roku. „Gdyby trzeba było wziąć karabin raz jeszcze, uczyniłbym to bez wahania – mówi w jednym z wywiadów. – Ale tylko i wyłącznie wtedy, kiedy stawką byłaby egzystencja mojego kraju i jego mieszkańców. W żadnym innym wypadku.” Bo Amos Oz to zdeklarowany pacyfista, nie popierający agresywnych działań rządu swojego kraju. „Dotknij wiatru, dotknij wody” możnaby nazwać antywojenną baśnią – to ładna nazwa, trochę patetyczna, ale oddająca prawdę.

Amos-Oz (fot. Dan Porges)Nadciągnęła więc wojna, „nadciągnęła ciemność, wymacując drogę długimi palcami zmierzchu, ciemność jak czarna śmierć zagarnęła całą Europę, strumienie i brzozy, miasta o zaryglowanych okiennicach i pustkowia, Polskę i jej lasy, wpełzła do pokoju, pod fotele, osnuła koty, półki, bibeloty, różową dziewczynę na płótnie Matisse’a” – Amos Oz uwodzi poetyką, co rusz nie pozwalając jednak zapomnieć o tym, że ta rzeczywistość była straszna, nie literacka. Pięknie podana, ale w rzeczywistości przerażająco okrutna i drapieżna, jak wojna z obrazów Salvadora Dali.

Podróżując po Europie, Pomeranz przygląda się z bliska tej ciemności. Pisarz, by podkreślić tragizm i absurd wojennej scenerii, gotów jest w pewnych momentach zrezygnować ze stosowania przecinków, przestawiać szyk zdań, uderzyć serią porównań.
Żona Pomeranza, Stefa, pozostaje w Polsce i opiekuje się starym profesorem, by w dziwnych okolicznościach stać się później agentką radzieckiego wywiadu. Wydaje się, że wojna rozdzieliła ich na dobre. Marzycielski zegarmistrz trafia do upragnionej Ziemi Obiecanej – do Galilei, skąd pochodził Jezus Chrystus. To tutaj, w pobliżu Jeziora Tyberiadzkiego, w 1910 roku powstał pierwszy kibuc. Pomeranz, stając się członkiem żydowskiej społeczności, odnajduje spokój, by po chwili wytchnienia i ułudy zostać brutalnie oszukanym. Oto zostaje świadkiem nowej wojny – tym razem na terenach Izraela i Palestyny.

Amos Oz operuje symbolami i metaforami niczym wirtuoz-prestidigitator. Cuda dokonywane przez Pomeranza, jego poszukiwanie spokoju poprzez badania nad formułą nieskończoności, magiczna przyroda, opisy seksu. Któregoś dnia, jeszcze Polsce, niemieckiemu generałowi baronowi von Topf – wojskowemu komendantowi miasta – „z winy wilgotnego klimatu, wskutek przytłaczającego brzemienia odpowiedzialności i ciężaru obowiązków służbowych, jak również z powodu zawężenia horyzontów kulturalnych” wyrasta… ogon.
Innym razem sympatyczny staruszek kropi się perfumami i przyodziewa przed spotkaniem z kobietą elegancki garnitur. Nie jest to jednak romantyczna randka, a spotkanie dwójki szpiegów-zawodowców, które z ukrycia w trzcinach nad jeziorem obserwują celowniki karabinów agentów wywiadu.

Autor podejmuje w powieści motywy znane z jego wcześniejszych książek: wojny pozbawionej pierwiastka humanitarności, zabijanie w imię chorych wyobrażeń („Krucjata”); obsesyjna, pozbawiona logicznych przesłanek nienawiść, zbudowana na kultywowaniu propagandowych haseł („Późna miłość”) czy coś przyjemniejszego wreszcie, życie człowieka w zgodzie z przyrodą („Tam, gdzie wyją szakale”) – jakie mogłoby być szczęśliwe w swojej prostocie, ale jakie ze wszech miar nie jest.

Johann-Wolfgang-von-GoetheOz w jednym z rozdziałów parafrazuje „filozofię bytu” Martina Heideggera. Przytacza w tym kontekście słynny fragment wiersza „Über allen Gipfeln ist Ruh” Goethego:

Nad wzgórzami

Jest cisza.

Na wierzchołkach

Czujesz zaledwie wiatr;

Umilkły ptaki w lesie!

Poczekaj, wkrótce

Umilkniesz i ty.

Możnaby śmiało dopisać dotknij wiatru, dotknij wody, bo jest w prozie izraelskiego pisarza garść romantycznych wpływów Goethego. Chciałoby się, by nad szczytami zawsze była cisza, ale nie jest. A skoro tak, Amos Oz jeszcze nie milknie. Amos Oz  wciąż opowiada.

Amos Oz, Dotknij wiatru, dotknij wody, przeł. Danuta Sękalska, Dom Wydawniczy Rebis, Poznań 2011.

Rafał Niemczyk

%d blogerów lubi to: