Umberto Eco, Wyznania młodego pisarza. Recenzja


W osiemdziesiąt lat dookoła literatury, czyli opowieści obiecującego młodzieniaszka

Każdy wie, że Umberto Eco to pisarz, semiotyk, filozof, mediewista, bibliofil etc. Każdy wie, że stworzył „Imię róży” i „Wahadło Foucaulta”. Każdy wie również, że pomimo olbrzymiego potencjału napisał jedynie sześć powieści (ostatnią – „Cmentarz w Pradze” – w ubiegłym roku). Powstawały one po kilka lat, ponieważ Eco jest zwolennikiem powieści totalnej, w opozycji choćby do Borgesa, którego uwielbia razem z całą jego Biblioteką Babel. Jednak nie każdy wie, iż Umberto Eco w tym roku skończył równe 80 lat, a mimo to wciąż pozostaje pisarzem… młodym. Już Wam tłumaczę dlaczego.

„Tak się składa, że pierwszą powieść, Imię róży, opublikowałem w 1980 roku, co oznacza, że moja kariera pisarska zaczęła się ledwie dwadzieścia osiem lat temu [teraz to już 32 lata, co niczego nie zmienia – przyp. R.N.]. Dlatego uważam siebie za bardzo młodego i wielce obiecującego pisarza (…), który w następnych pięćdziesięciu latach z pewnością wyda wiele następnych” – rozpoczyna Umberto Eco swoje „Wyznania młodego pisarza”.
„Uważam się za zawodowego akademika, a w kategorii pisarzy należę jedynie do amatorów” – rozwiewa zaraz potem wszelkie wątpliwości w tej kwestii. I w tym wyznaniu jest uśmiech Borgesa, który większość wstępów do swoich książek opatrywał znamieniem krytyki swojej własnej, „mizernej” twórczości.

W pierwszym rozdziale Umberto Eco opowiada o początkach swojej powieściowej kariery – zdradza ze szczegółami, jak narodził się pomysł „Imienia róży” i pozostałych książek.
„Zacząłem pisać tę książkę, ponieważ miałem ochotę otruć mnicha czytającego książkę” – to „geneza” słynnej debiutanckiej powieści. „Postanowiłem opowiedzieć historię, zaczynając od wahadła, a kończąc na chłopcu z trąbką na cmentarzu w niedzielny słoneczny poranek” – to z kolei impuls do napisania „Wahadła Foucaulta”. „Mój protagonista musiał się znaleźć na zachód od tej linii i na wschodzie widzieć wyspę, na której był jeszcze poprzedni dzień. Nie mógł być rozbitkiem (…), poza tym nie mógł umieć pływać, tak więc zmuszony był wpatrywać się w wyspę, odległą odeń zarówno w przestrzeni, jak i w czasie” – to filary historii z „Wyspy dnia poprzedniego”, gdzie grube klasztorne mury, biblioteki, ponure ogrody i gotyckie katedry czy muzea zastąpiły „wnikliwie opisane przestrzenie”. Prawda, że proste?
Eco pisze o tym szeroko także w jednym z esejów opublikowanych w „O literaturze” z 2003 roku, który równie mocno polecam.

Umberto-EcoNa przykładzie swoich wielkich dzieł, włoski semiotyk podsuwa nam wytłumaczenie podwójnego kodowania w powieściach. Wskazuje na funkcje literatury, która poza dostarczaniem zabawy i wysokiej jakości rozrywki, może zarówno inspirować, jak i prowokować Czytelnika, zachęcać do umysłowego wysiłku, próby zmagań z tekstem i sięgania do niego po wielokroć. Takie właśnie są wszystkie powieści Eco, w których poza wartką, intrygującą fabułą, należy doszukiwać się treści głębszych – nawiązań historycznych, filozoficznych, teologicznych, czasami głęboko zakonspirowanej intertekstualności, innym razem ironicznego bata wymierzonego w spiskową teorię dziejów.
„Dlatego uważam, że podwójne kodowanie nie jest żadnym arystokratycznym dziwactwem, lecz sposobem okazywania szacunku dla inteligencji i dobrej woli czytelnika” – podsumowuje pisarz.

W drugiej części zatytułowanej „Autor, tekst i interpretatorzy” Eco szeroko omawia sposoby i znaczenie interpretacji tekstów, odnosi się też do znaczenia intertekstualności w literaturze pięknej. Tłumaczy, że jakkolwiek odbiorca zawsze ma wolną rękę w „prywatnym” rozumieniu dzieła (ponieważ dzieło oddane do rąk odbiorcy przestaje być „własnością” twórcy), tak ta wolność powinna służyć rozsądnemu wyciąganiu wniosków z przesłanek autora – nie zawsze w pełni zgodnych, ale też nie frywolnych.
„Czytelnik nie może dokonać jakiejkolwiek interpretacji, po prostu w zależności od swego widzimisię, lecz musi upewnić się, że dany tekst nie tylko daje jakieś podstawy, lecz także skłania do takiej, a nie innej interpretacji” – wykłada z przekonaniem.
Kontynuując wywód, opisuje sposoby interpretacji tekstu pod kątem kryterium falsyfikacji, wewnętrznej spójności tekstu oraz świadomości samego autora, jako osoby empirycznej, w sprawie ilości/jakości różnorodnych interpretacji, jakie zainspirował jego tekst.

„Kilka uwag na temat postaci fikcyjnych” to rozdział, w którym Eco w swój niepowtarzalny, erudycyjny sposób opowiada o wpływie literackich bohaterów na świat rzeczywisty i vice versa. Przeczytamy o smutku, wzruszeniu i innych emocjach, wywołanych dramatem postaci Anny Kareniny, Scarlett O’Hary czy wpływie „efektu Wertera”. Na przykładzie nieśmiertelnej Anny Kareniny Tołstoja dowiemy się, dlaczego jej los jest bardziej pewny niż samobójstwo Hitlera (twierdzenia fikcyjne vs twierdzenia historyczne). Poznamy funkcję epistemologiczną i ontologiczną twierdzeń fikcyjnych oraz fluktuujące indywidua we fluktuujących partyturach (czyli jak w odniesieniu do zjawisk lub procesów zmieniają one swoje cechy w czasie).

Umberto-Eco-2Celowo nagromadziłem te pojęcia, żeby w poniższym zdaniu wyjaśnić, że „Wyznania młodego pisarza” (podobnie jak większość eseistyki lub naukowych książek Eco) czyta się naprawdę bardzo swobodnie. Umberto Eco jest doktorem honoris causa i „ciężkim” umysłem, ale potrafi opowiadać jak mało kto – nawet operując trudnymi pojęciami. Eco bawi, ironizuje, podkpiwa, czerpie radość z opowiadania i dzielenia się swoją wiedzą. Zarzuca mu się czasem pychę i nadmierną pewność siebie, jako jego słabości.
Napomknę tylko o sprawie tłumaczki Jeleny Kostiukowicz, która przełożyła „Imię róży” na język rosyjski i napisała na temat powieści wyczerpujący esej. Eco chwali Kostiukowicz za ciężką pracę, by momentalnie zganić za wnioski Rosjanki, te niebędące po jego myśli. Wyciąga garściami argumenty przekonujące o tym, że tłumaczka się w pewnych sprawach pomyliła. Trzeba przy tym wspomnieć, że świetną pracę wykonał polski tłumacz – Jerzy Korpanty – który w krótkich przypisach wskazuje momenty, kiedy to myli się… sam Umberto Eco (jak choćby szczegóły w opisie dziobaka tudzież transkrypcji cyrylicy). Czyta się to wybornie, a wytknięcie drobnej nieuwagi samemu pisarzowi jeszcze bardziej zbliża go do czytelnika.

„Wyznania młodego pisarza” kończą listy (jako struktura danych, a nie forma pisemnej korespondencji) Umberto Eco, oddające jego miłość do literatury, książek, wiedzy czy katalogowania. Dla wielbicieli włoskiego twórcy to pozycja obowiązkowa, ale każdy bez wyjątku uszczknie tu coś dla siebie. Bo obiecujący pisarz, młodzieniaszek Eco mówi nam rzeczy ważne i ciekawe, zagłębiony w fotelu jednej ze swoich wspaniałych bibliotek.

Umberto Eco, Wyznania młodego pisarza, przeł. Jerzy Korpanty, Świat Książki Grupa Wydawnicza Weltbild, Warszawa 2011.

Rafał Niemczyk

Gabriel Garcia Marquez, Nie wygłoszę tu mowy. Recenzja.


„Wymyślający bajki” o rzeczywistości, Cortazarze i książce, którą każdy powinien nosić w plecaku

Tytułowe „Nie wygłoszę tu mowy” padło z ust Gabriela Garcii Marqueza w liceum w Zipaquira, podczas pożegnania kolegów ze starszego rocznika. Przyszły pisarz miał wtedy niespełna siedemnaście lat. Jednak w przyszłości jako wpływowy artysta, pisarz-noblista, pacyfista i człowiek mocno zaangażowany w sprawy społeczne – musiał ostatecznie wygłaszać te nieszczęsne mowy. Ale kiedy już to czynił, odznaczały się one (podobnie jak jego dzieła literackie) wyjątkową starannością, perfekcją słowną, wyrazistym przekazem, nierzadko też poczuciem humoru, z którego wszak Marquez słynął – uwielbiał wtrącać anegdoty zawsze, gdy była po temu okazja.

„Nie wygłoszę tu mowy” to nie tylko zbiór najważniejszych publicznych wystąpień kolumbijskiego pisarza: przemówień, laudacji, dyskursów czy polemik. To także skrócona podróż przez życie pisarza, rozmowy o jazzie z Cortazarem i Fuentesem prowadzone w pociągu z Paryża do Pragi, rozprawa o przyjaźni podczas 70. urodzin Alvaro Mutisa czy wyjaśnienia złożone nam, czytelnikom, w sprawie trzydziestu dwóch przegranych rewolucji pułkownika Aureliano Buendii.

Garcia Marquez, jak każdy starzejący się pisarz, zdradza sekrety początków artystycznej kariery. Debiutanckie opowiadanie wysłane do bogockiego dodatku literackiego „El Espectador”, gdzie szefem był wtedy Eduardo Zalamea Borda, było z założenia młodzieńczym buntem przeciwko stwierdzeniu tego ostatniego, że „nowe pokolenia pisarzy niczego nie wnoszą, że nigdzie nie widać nowych powieści ani opowiadań”.

Gabriel Garcia Marquez (fot. Cesar Rangel-AP)Ten bunt odcisnął się w postawie Marqueza już na całe życie, znajdując swe ujście choćby w 1986 roku w Meksyku, kiedy na II Spotkaniu Grupy Sześciu z pozorną naiwnością przeliczał koszty produkcji amerykańskich bombowców B-1B, rakiet MX rozmieszczonych w Zachodniej Europie i radzieckich łodzi podwodnych Tajfun na koszty realizacji programu pomocy najbiedniejszym dzieciom na świecie, problemu żywności i analfabetyzmu. Nawoływał wtedy do działań antywojennych i bezwzględnego pokoju. „Wyścig zbrojeń podąża w kierunku przeciwnym do inteligencji” – przekonywał. Stawiając w swoich powieściach pytania o naturę władzy, powiedział kiedyś do żołnierzy: „Wierzę, że życie każdego z nas byłoby lepsze, gdyby każdy z Was nosił w plecaku książkę.”

Zdeklarowany obrońca praw człowieka o sercu Don Kichota, któremu wytykano, że wygłasza swoje orędzia na Kubie w towarzystwie Fidela Castro. Właśnie w Hawanie sfinalizowano projekt Fundacji Nowego Kina Latynoamerykańskiego, której Marquez był przewodniczącym (filmowy dryg odziedziczył po ojcu Rodrigo Marquez, który został reżyserem; zaczynał od kina niezależnego, pracował też przy kilku znanych serialach).

Nad „Sto lat samotności” Marquez dumał dziewiętnaście lat. Zwierzając się z literatury „od strony kuchni”, przyznaje, że najbardziej intrygująca jest dla niego koncepcja powieści lub opowiadania, moment inspiracji, złapania pomysłu, początek, a później stopniowe „wygładzanie”. Samo pisanie to już „zajęcie mniej interesujące”.
„Zawód pisarza jest być może jedynym, który wykonuje się coraz trudniej w miarę jego praktykowania” – wywodził w 1970 roku, trzy lata po premierze najsłynniejszej powieści.
Był zagorzałym orędownik kultury w ogóle, a kultury Ameryki Łacińskiej w szczególe – jako zwolennik integracji politycznej, gospodarczej i kulturowej swojego kontynentu, starał się bronić świadomości narodowej, etnicznej i terytorialnej.
„Kultura jest siłą spajającą twórczość: społecznym wykorzystaniem ludzkiej inteligencji” – oświadczał, wiele lat później krytykując „nowoczesne” systemy kształcenia dziennikarzy, brak twórczego rozwoju, ciekawości świata, pociągu do wiedzy, samodzielnego myślenia i wyciągania wniosków. Niedługo potem postulował ograniczenie albo nawet zniesienie uciążliwych zasad, pragnąc by język hiszpański „swobodnie wszedł w XXI wiek”.

Gabriel-Garcia-Marquez-2009Wspaniale agitował Marquez na rzecz Ameryki Łacińskiej podczas ceremonii wręczenia literackiej Nagrody Nobla w 1982 roku. Opowiadając o jej „samotności”, przyznał, że to jej niezwykła rzeczywistość, a nie literackie wyobrażenie, zwróciła tak naprawdę uwagę Szwedzkiej Akademii Literatury.
„Rzeczywistość ta nie jest z papieru, lecz żyje z nami (…) Poeci i żebracy, wojownicy i złoczyńcy, my wszyscy – wytwory tej rozbuchanej rzeczywistości – nie musielibyśmy nadużywać wyobraźni, bo największym wyzwaniem był dla nas brak konwencjonalnych środków, niezbędnych, by uwiarygodnić nasze życie. To właśnie jest, drodzy przyjaciele, sedno naszej samotności.”
Jednocześnie przywoływał słowa swojego mistrza, Williama Faulknera, który w 1949 roku wypowiedział w tym samym miejscu słynne „I decline to accept the end of man” („Nie przyjmuję do wiadomości końca człowieka”).

„Nie wygłoszę tu mowy” to dla miłośników Gabriela Garcii Marqueza świetne uzupełnienie biografii i twórczości pisarza, którą znamy mniej lub więcej z jego dzieł. To nie autobiografia, ale obraz pisarza wyłaniający się z jego słów – nie tych z książkowych rozdziałów, obejmujących jednak to samo spectrum. Bo Marquezowe światy literackie są tożsame z tym, co za oknem, a zapiski na marginesie powieści mogą być istotne nie bardziej, niż list małego dziecka do Świętego Mikołaja. „Wymyślający bajki” ma tego pełną świadomość.

Gabriel Garcia Marquez, Nie wygłoszę tu mowy, przeł. Weronika Ignas-Madej, wyd. MUZA SA, Warszawa 2011.

Rafał Niemczyk

Andrzej Stasiuk, Opowieści galicyjskie. Recenzja.


Pocztówki ze świata poza czasem  

Rok 1989 był to dziwny rok, w którym rozmaite znaki na niebie i na ziemi zwiastowały jakoweś klęski i nadzwyczajne zdarzenia. Likwidacja miejscowego PGR-u i nadejście „chaosu kapitalizmu” było dla pospolitych mieszkańców okolic Beskidu Niskiego nie tylko końcem pewnej ery, ale początkiem czasów, których nie byli w stanie ogarnąć, których nie potrafili do końca zrozumieć, odnaleźć się w nich i zaakceptować nowego ładu. Takie tło, zaraz po upadku komunizmu i na początku transformacji ustrojowej, maluje Andrzej Stasiuk w „Opowieściach galicyjskich”.

Józek pije, czasem ciężko pracuje, a w trakcie picia dużo opowiada – jak prawie każdy chłop. Opowiada to za mało powiedziane; jest niemalże opowieścią samą w sobie, człowiekiem-opowieścią. „Józek zasiada i po jednej setce całkowicie zamienia się w mowę, która działa na świat, na całą rzeczywistość (…) Następstwo zdarzeń znika, znikają przyczyny i skutki i znika grzech razem z historią. Wszystko dzieje się jednocześnie, zaczyna przed czasem i dobiega końca nim się zacznie.”
Takie są „Opowieści galicyjskie”, gdzie prości ludzie doświadczają miłości, biedy, pijackich sentymentów, kaprysów przyrody, prozy życia, która wyprawę pekaesem do większego miasta oznacza naszywką odświętnego wydarzenia. Choć nowe czasy przynoszą okruchy świata zza grubej kurtyny, nie tak prosto ulepić z nich chleb. A przecież coś trzeba jeść, „trzeba żyć”, jak powie Lewandowski, wracając z wymiany kaset video gatunku ponad podziałami.

Wino-truskawkowe-1Jest tutaj Janek pracujący przy wyrębie lasu, retortach, spalinowych piłach, ciągnikach. Pachnie żywicą, dymem, węglem drzewnym i potem. Jego życie to robota w lesie, wypłata, knajpa, na chwilę dom – i tak w kółko. Jest temperamentny, krnąbrny Kościejny o „zatartym przez czas obliczu”, który nie może żyć bez pracy i świniobicia, a którego nie chce „zauważyć” własna żona. Jest Wasylczuk, który Kościejnego żonie „pomaga” w czasie nieobecności męża. Jest Rudy Sierżant, od prawie trzech dekad typowy wiejski milicjant/policjant o ciepłym sercu. Jest prawie stuletnia babcia, w chałupę której strzelił piorun, a mąż utopił się po pijaku w potoku. Jest lokalna femme fatale – Maryśka. Jest Edek-emigrant – dorobkiewicz w błyszczących kolorowych strojach, adidasach i koszulach z palmami. Jest czuwający nad zagubionymi duszami ksiądz. Jest knajpa. Jest Cergowa – „czarna skarbonka”, do której podczas pięknych zachodów wpada krążek słońca. Jest posterunek, kościół i chałupy. Jest w końcu mistyczne Miejsce – stara cerkiew rozebrana i wywieziona z lasu jako eksponat muzealny.

Stasiuk ani nie obwinia tych ludzi, ani ich nie usprawiedliwia, może czasami nieco im współczuje. Ludziom, których pozostawiono samym sobie. Pisarz wsłuchuje się w to, co dźwięczy w środku samotnego człowieka. „Nie próbuję sprzedawać żadnej mądrości – powiedział w jednym z wywiadów. – Bo wiem, że mądrość jest wartością przypadkową. Jak się napniesz na mądrość, to ni chuja nic ci nie wyjdzie”. Więc Stasiuk ani nie moralizuje, ani nie uczy. Reporterski styl narratora z zewnątrz miesza się w książce z prozą poetycką na granicy realizmu magicznego. Stasiuk opisuje imponderabilia czasu i przyrody obrazowo, poetycko, ale z wyczuciem, jakby mówił jej językiem. Opisuje przecież miejsce, z którym związał swoje życie.

Wino-truskawkowe-2„Chmury nad Żłobiskami dalej kreśliły swoje zawijasy. Chwilami ich krawędzie przypominały ogniste trzaśnięcia z bicza. Ale czasem, zwłaszcza o zachodzie, gdy słońce zapada już za horyzont i światło zgarnia z ziemi wszystkie domy, drzewa, martwe pegeery, dawne więzienia, przechodniów i pijaków, krowy, motocyklistów i żółty pekaes z Dukli, gdy ukośne promienie porywają jak magnes wszystkie widzialne rzeczy – wtedy chmury są lustrem świata i można w nich zobaczyć wszystko jak na wielkim ekranie, jako na ziemi, tak i w niebie, lecz trwa to tylko mgnienie, bo czas ma barwę szarą i postać ptaka o przejrzystym ciele: jedno muśnięcie skrzydeł i zaczyna się zmierzch.”

„Opowieści”, mimo że nie zawsze chronologiczne, często enigmatyczne i zaledwie muśnięte, są płynne, mają swoje przyczyny i skutki, nie zawsze widoczne gołym okiem, nie zawsze wyczuwalne. Autor uzmysławia nam fakt, że prości ludzie mogą stworzyć świat magiczny. Świat melancholijny, smutny, pijany, w jakiś sposób cyklicznie przewidywalny i z pokutującym duchem mordercy błąkającym się w poszukiwaniu rozgrzeszenia, ale magiczny. Stasiuk nie podaje na tacy passepartout do tego świata, ponieważ on nigdy do końca nie będzie należał do nas – ludzi z zewnątrz.

Andrzej Stasiuk, Opowieści galicyjskie, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2008.

Rafał Niemczyk

* Na podstawie „Opowieści galicyjskich” w 2008 roku powstała udana adaptacja filmowa pt. „Wino truskawkowe” w reżyserii Dariusza Jabłońskiego. Film opiera się na rozbudowanym wątku miłosnym, ale wizja reżysera została w pełni zaakceptowana przez Andrzeja Stasiuka. Muzykę napisał Michał Lorenc, który tradycyjnie okazał się niezawodny, tworząc melancholijną, ale pełną folkloru i pasji ścieżkę dźwiękową. Polsko-słowacka produkcja była w 2009 roku nominowana do nagrody Złotej Kaczki za najlepszy film sezonu.

Jan Balaban, Wakacje. Możliwe, że odchodzimy. Recenzja.


Balaban-okladkaSceny z życia niegościnnego, czyli możliwe, że kiedyś zrozumiemy

Nie zrozumie tego ten, kto nie stał na takim korytarzu. Kto nie widział pacjentów na oddziale zamkniętym, nie słyszał głosu pielęgniarek, nie dotykał odrapanych ścian i nie wsłuchiwał się w głosy zagubionych ludzi. Nie zrozumie, że niegościnny świat po drugiej stronie wygląda inaczej, choć jest złożony z istot w gruncie rzeczy bardzo do nas podobnych. Nie zrozumie, że człowiek może czasem zapalić papierosa właściwie głównie dlatego, że mu na to pozwolono, podobnie jak to uczynił bohater opowiadania „Cedr i młotek”. Jan Balaban to rozumiał, a żeby zrozumieć teatr absurdu nie wystarczy przecież być świrem.

Ostrawa, moja ojczyzna

Jan Balaban to czeski pisarz urodzony w 1961 roku w Šumperku na Morawach, który związał swoje życie z Ostrawą, gdzie w 2010 roku zmarł nagle z powodu kardiomiopatii. Piękna Ostrawa wiele znacząca historycznie i kulturowo, w czasach dzieciństwa artysty była już od 150 lat czechosłowackim ośrodkiem przemysłowym i górniczym.
Ostrawa– Wychowałem się więc w blokowisku, na osiedlu Hrabůvka. Nie było tam ani jednego starego człowieka. Same młode rodziny z dziećmi, wszyscy z jednej fabryki. Kobiety i dzieci nie mówiły, że ich tatusiowie pracują w Vítkovicach, tylko na jedynce, dwójce, na trójce, tylko numery zakładu i oddziału. Dość twarde towarzystwo. Trzeba było nauczyć się postrzegać życie w jego brutalniejszej postaci, żeby jednak samemu nie popaść w grubiaństwo
opowiada Balaban.

Przyszły pisarz był synem lekarza wychowywanym w ewangelickiej rodzinie. Dużo opowiadał o swojej religijności, a przecież Czechy są w dużej części krajem ateistycznym. Studiował filologię czeską i angielską na Uniwersytecie w Ołomuńcu, a po skończeniu studiów zajmował się tłumaczeniem (przełożył na język czeski m.in. książki Howarda P. Lovecrafta i Terry’ego Eagletona).
Chodził z teczką pełną książek, ja nosiłem w siatce gumową piłkę do nogi. Był wychowany w środowisku miejskich intelektualistów, ja byłem z rodziny wiejskiej. Miał w sobie ciąg kaznodziei – pokazywać ludziom drogęwspomina Balabana jego kolega z klasy Jaroslav Žila, poeta i fotograf.

Jest autorem kilkunastu książek, głównie zbiorów opowiadań. O czeskim pisarzu jak do tej pory nie pisze się w Polsce zbyt wiele. Jestem przekonany, że zmieni się to po premierze dwóch najgłośniejszych zbiorów opowiadań: „Wakacje” i „Możliwe, że odchodzimy”, które trafiają do nas opatrzone mianem „czeskiej książki dziesięciolecia”.

Egzystencjalne tumany kurzu, codzienności

Jan-Balaban-1Opowiadania Balabana, wnikliwego obserwatora, przesycone są pytaniami natury egzystencjalnej, co jak na pisarza rodem z Czech może się wydawać sprawą nieco zaskakującą. Konia z rzędem temu, kto po przeczytaniu kilku tekstów, jest w stanie odgadnąć, że trzyma w ręku dzieło literatury czeskiej.
U Balabana można wyczuć posmak noblistów: Alberta Camusa z jego mitem Syzyfa, heroicznym trwaniem i buntem, nawiązania do ateisty Sartre’a, którego kawiarniom, subtelnym jazzowym dźwiękom i zamiłowaniu do Flauberta przeciwstawia robotnicze osiedla, szpitale, zadymione knajpy, ale także czeskie góry i prowincjonalne zabytki. W tle pobrzmiewają nieśmiało Heidegger z Jasperem, ale niełatwo się do tego dokopać. Proza Balabana jest wielopłaszczyznowa, początkowo można odebrać jego historie jako ładne malowanki, nieledwie miniaturki z życia codziennego. Wyłaniają się z nich sceny z filmów Bergmana, nie tylko „z życia małżeńskiego”, ale te ciężkie, psychologiczne tumany kurzu, pytania o sens istnienia istoty wyższej, poszukiwanie duchowego kapitału człowieka.
Już sam język jest przecież duchowym majątkiem – tłumaczył. Tworzył sceny, które czasami trudno opowiedzieć – naładowane ekspresjami, emocjami. Codziennością.

– Przeżyłem brutalny krach małżeństwa. Długo próbowaliśmy je utrzymać. Po prostu nie byliśmy w stanie wyobrazić sobie końca naszego związku. Przeżyliśmy razem kruche czasy minionego reżimu, wspieraliśmy się nawzajem. Wiele par, które znam było budowanych właśnie z nastawieniem na te złe czasy. Kiedy taki związek się rozpada, boli a ludzie krzywdzą się dużo bardziej niż wtedy, kiedy już przed ślubem liczą się z możliwością rozwodu – dramaty życiowe pisarza stały się później powtarzającym się często motywem jego twórczości.

Za chwilę strach będzie nawet oddychać

Ostrawa-2„Wakacje” to pierwszy ze zbiorów – zbiór krótkich epizodów z życia kilku ludzi, gdzie krzyżują się losy trzech głównych postaci. Są wśród nich lekarz w średnim wieku cierpiący na bezsenność (Daniel Niedostał), dr Ivan Satinsky – były naukowiec, a obecnie pomocnik murarza, uciekający przed problemami w alkohol oraz Paweł Niedostał (śmieszne nazwisko – „nie od słowa dostać, tylko od słowa stać”) – mąż i ojciec dwójki dzieci, przeżywający zaawansowany kryzys małżeński, jego życie „stoi” w miejscu lub cofa się na osi wspomnień w poszukiwaniu remedium na kryzys. To przyjaciele z czasów komunistycznej Czechosłowacji, dziś wtłoczeni w betonowe osiedla, poszukujący porządku i „emocjonalnej sensualności”. Ich życie jest nie tylko nostalgią za dzieciństwem, tęsknotą za istotą wolności (podróż charczącym gruchotem przez bezdroża USA), poszukiwaniem nienazwanego szczęścia. To także brak małżeńskiego seksu, rozpaczliwe próby złowienia satysfakcji zawodowej czy picie wódki w knajpie lub na balkonie. „Nie da się tu wytrzymać, za chwilę strach będzie nawet oddychać” – tak skażona domowa atmosfera przytłacza, uwłacza i spycha w otchłań samotnej bezsilności.

„Możliwe, że odchodzimy” jest w moim przekonaniu „pełniejszym” zbiorem, a kilka perełek to majstersztyk krótkiej formy. Zafascynowany różnymi czeskimi artystami Balaban (w młodości sam malował, recenzował i otwierał wystawy, zainspirowany działalnością swojego brata – malarza Daniela Balabana) pisze czysto, płynnie, wyraziście, wszystkie zdania mają wagę, a styl, nawet przybierając bardziej poetycką formę, jest zawsze wyważony, nigdy nachalny. – Mój nauczyciel przekładu zawsze mówił, że człowiek nie rodzi się głupi, dopiero się takim staje. Nie chcę mieć pod tym względem ani dla siebie ani dla nikogo litości: nie piszę dla głupców. Chcę być precyzyjny. Pisanie powinno być najlepszym, co jestem w stanie dać drugiej osobie – zawsze krytycznie odnosił się do własnej twórczości, stawiając sobie najwyższe wymagania.

Opowiadania są melancholijne, ale autor nie odbiera swoim bohaterom nadziei. Wręcz przeciwnie – ona gdzieś jest, tylko eklektyczna, trudna do odnalezienia dla ofiar Baudelaire’owskiej nowoczesności. Moi bohaterowie to nie żadne łamagi. To normalni ludzie, którzy przegrali, ale jeszcze się nie rozbili. Są smutni, ale nie są desperatami – wyjaśniał.

Poznamy tu mężczyznę odwiedzającego starą parafię swojego zmarłego dziadka-proboszcza z kryjącym sekrety poddaszem, starymi książkami i grzesznym rysunkiem Diany. Posłuchamy wspomnienia dębowego lasku i pól kukurydzy, zanim pożarły je szczęki cywilizacji, tworząc kondygnacje zakratowanych balkonów. W jednym z takich mieszkań podejrzymy nieszczęśliwą, niespełnioną „żonę swojego męża”. Kobieta biegle mówiąca po czesku, niemiecku i polsku, poświęciła własną karierę dla zbudowania rodziny, której niewidzialna struktura sprawia jej po latach wyrzeczeń tylko ból. Na przedpokoju innego mieszkania podsłuchamy monologu proboszcza, jednorocznego abstynenta, który nieświadom obecności swojej żony, wygłasza monolog do swojego psa Toma – czworonoga po przejściach podrzuconego kilka lat wcześniej pod drzwi burdelu. Gdzieś w górach Władek-(nie)góral wynajmuje przybudówkę odziedziczonego domku parze kochanków przybyłych z Ostrawy. Musi walnąć kielona przed wypasem owiec, musi walnąć kielona przed wzięciem do ręki siekiery. A po diabła mu ta siekiera, kiedy włazi ciemną nocą sprawdzić, co robią jego lokatorzy?

Melancholik o wielkim sercu zaczytany w Vonnegucie

Jan-Balaban-2– Piszę o prawdziwym społeczeństwie, tylko to nie pasuje do czeskiego poczucia pohody – odpowiadał sam pisarz w jednym z wywiadów. „Pohoda” zaś to pozytywna energia, wyborny nastrój, poczucie humoru, kochające się pary na spacerze w zoo, piwo, ciepłe lody. Jan Balaban nie szukał na tym niebie czarnych chmur, po prostu nauczył się, że one tam są, czy tego chcemy, czy nie. W końcu muszą się pojawić, tak jak po dwudziestoletnim udanym pożyciu małżeńskim nagle pojawia się w progu nieproszony gość.

Człowiek, który umarł, gdyż z medycznego punktu widzenia miał przerośnięte serce, a jako artysta – serce wrażliwe, utalentowane, otwarte, bijące w wielu rytmach jednocześnie.
Zmarł 23 kwietnia 2010 r., dokładnie w piątą rocznicę śmierci swego ojca, o którym dzień wcześniej skończył pisać powieść („Zapytaj taty”). Historia melancholijna, ale poruszająca, a śmierć w cyniczny sposób „literacka”, jakby wyjęta z kart książek Vonneguta, o którym ćwierć wieku temu napisał pracę magisterską.

Jan Balaban, Wakacje. Możliwe, że odchodzimy, przeł. Julia Różewicz, wydawnictwo Afera, Wrocław 2011.

Rafał Niemczyk

%d blogerów lubi to: