Jose Saramago, Podwojenie. Recenzja


Jedyny w swoim rodzaju, niepodwojony Saramago

Saramago był specjalistą w opowiadaniu na nowo starych już i dobrze nam znanych historii. To on nie zawahał się przedstawić czytelnikom swojej własnej wersji Nowego Testamentu („Ewangelia według Jezusa Chrystusa”) czy ponownie przerobić nieco wyświechtany motyw epidemii i ludzkiej walki o przetrwanie („Miasto ślepców”). W jednej ze swoich ostatnich powieści, w „Podwojeniu” z 2002 roku, noblista starym zwyczajem nie szukał nowych rozwiązań. By „ulepić” coś świeżego, sięgnął po pomysły dawno wykorzystane. Tym razem rzecz tyczy się sobowtóra i rozpadu tożsamości związanej z jego spotkaniem, o czym czytaliśmy już choćby u Edgara Allana Poe, Dostojewskiego czy Borgesa.

Bohaterem powieści Saramago jest Tertulian Maksym Alfons, niezdarny nauczyciel historii. To sfrustrowany i niespełniony erudyta (przynajmniej w swoim mniemaniu), który w ramach niezbyt udanej terapii ducha, postanawia obejrzeć płytką komedię, poleconą mu przez kolegę. I w tym momencie jego życie znacznie się komplikuje, bo w odtwórcy roli recepcjonisty w kiepskim filmie odnajduje nikogo innego, jak siebie. Aktor z ekranu jest identyczny – ma taki sam głos, wzrost, posiada również blizny w tych samych miejscach. Zaniepokojony i przestraszony Tertulian postanawia odnaleźć swojego sobowtóra. Po pewnych perypetiach spotkanie dochodzi do skutku, a jego konsekwencje zdeterminują życie całkiem zwyczajnego nauczyciela historii.

Skondensowana fabuła powieści Saramago jest raczej materiałem na opowiadanie niż na powieść. Można by ją streścić w kilka minut sprawnej wypowiedzi, bez spłycania i infantylizowania. Skąd więc ta szersza niż kilkadziesiąt stron objętość? Ano stąd, że Saramago to pisarz, który wyjątkowo lubi sobie pogawędzić. I nie powinno to stanowić zaskoczenia dla stałych jego czytelników, tyle że tutaj autor „Baltazara i Blimundy” pobija sam siebie. W „Podwojeniu” chyba najmocniej wciela się w rolę pompatycznego narratora, który nawet drobne myśli kwieciście obudowuje powłoką długich, wielokrotnie złożonych zdań. Można by powiedzieć, że najzwyczajniej „leje wodę”. Puszcza tym samym oko do swojego czytelnika, napominając „oj, wcale nie będzie tak łatwo” i z uśmiechem na ustach (bo Saramago to mimo wszystko narrator pogodny) kładzie mu kolejne kłody pod nogi. Ciąg słów tworzony przez pisarza jest nie tylko wyzwaniem dla czytelniczej uwagi i koncentracji, ale także swoiście fizycznym doświadczeniem. Łatwo się zgubić w tym gąszczu literek, a trudno wyłuskać z nich sedno.

Saramago-podwojenie

Powieść Saramago można czytać na dwa sposoby. Z jednej strony może ona stanowić wciągającą intrygę, która wraz z rozwojem fabuły znacznie przyspiesza (to uwaga dla tych, którzy chcieliby odłożyć książkę już po kilku stronach) lub filozoficzną przypowiastkę na temat naszej tożsamości i integralności własnego „ja”. Pojawienie się sobowtóra zakłóca poczucie spokoju i pełni, gdy on sam staje się wrogiem, wręcz potworem, którego należałoby usunąć. Wszak nawet prawa natury przeczą, by coś mogło istnieć jednocześnie w dwóch miejscach i w tym samym czasie. Jeden z naszych bohaterów powinien więc zniknąć, zważywszy oczywiście na porządek narzucony przez wszechświat. Ale czy zniknie? Saramago nie tłumaczy przyczyn zaistnienia tej dziwacznej i niecodziennej sytuacji. Opisuje jedynie jej poważne skutki. Niemalże szaleństwo i obsesję, która dosięga spokojnego, nieco flegmatycznego Tertuliana, zaburzenia psychiczne żony „tego drugiego”, chęć wyeliminowania rywala.

Saramago powie w pewnym momencie, że tylko my jesteśmy w stanie odpowiedzieć sobie na pytanie, kim tak naprawdę jesteśmy. Cały świat może brać nas za kogoś innego, nasze środowisko, otoczenie może zostać oszukane, wystrychnięte na dudka . Tylko my nosimy w sobie prawdę. Jednak co wtedy, gdy zaczynamy mieć co do niej wątpliwości?

Nawet gdy zarzucimy nobliście zbyteczną wirtuozerię słowa, musimy przyznać mu jedno. Jego język jest nadzwyczajnie giętki. To niesamowita sztuka pisać w ten sam sposób, co on i samemu nie zagubić się we własnych słowach. Bo artystycznie szlifowane słowa, jak to widać w „Podwojeniu”, są dla Saramago najważniejszą wartością i mocą. Z nich pisarz konstruuje skomplikowane budowle (mimo że według fabuły wciąż znajdujemy się w zwykłym, „łysym” pokoju), tworzy labirynty, a za pomocą swoich niebywałych umiejętności, potrafi nas zaprowadzić wszędzie tam, gdzie mu się żywnie podoba. Wedle uznania, wedle zachcianki. „Słowa to wszystko, co mamy” – pisze Saramago w „Podwojeniu” – książce, w której słowom oddaje swój hołd.

Jose Saramago, Podwojenie, tłum. Wojciech Charchalis, wyd. Rebis, Poznań 2011.

Dorota Jędrzejewska

Umberto Eco, Wyznania młodego pisarza. Recenzja


W osiemdziesiąt lat dookoła literatury, czyli opowieści obiecującego młodzieniaszka

Każdy wie, że Umberto Eco to pisarz, semiotyk, filozof, mediewista, bibliofil etc. Każdy wie, że stworzył „Imię róży” i „Wahadło Foucaulta”. Każdy wie również, że pomimo olbrzymiego potencjału napisał jedynie sześć powieści (ostatnią – „Cmentarz w Pradze” – w ubiegłym roku). Powstawały one po kilka lat, ponieważ Eco jest zwolennikiem powieści totalnej, w opozycji choćby do Borgesa, którego uwielbia razem z całą jego Biblioteką Babel. Jednak nie każdy wie, iż Umberto Eco w tym roku skończył równe 80 lat, a mimo to wciąż pozostaje pisarzem… młodym. Już Wam tłumaczę dlaczego.

„Tak się składa, że pierwszą powieść, Imię róży, opublikowałem w 1980 roku, co oznacza, że moja kariera pisarska zaczęła się ledwie dwadzieścia osiem lat temu [teraz to już 32 lata, co niczego nie zmienia – przyp. R.N.]. Dlatego uważam siebie za bardzo młodego i wielce obiecującego pisarza (…), który w następnych pięćdziesięciu latach z pewnością wyda wiele następnych” – rozpoczyna Umberto Eco swoje „Wyznania młodego pisarza”.
„Uważam się za zawodowego akademika, a w kategorii pisarzy należę jedynie do amatorów” – rozwiewa zaraz potem wszelkie wątpliwości w tej kwestii. I w tym wyznaniu jest uśmiech Borgesa, który większość wstępów do swoich książek opatrywał znamieniem krytyki swojej własnej, „mizernej” twórczości.

W pierwszym rozdziale Umberto Eco opowiada o początkach swojej powieściowej kariery – zdradza ze szczegółami, jak narodził się pomysł „Imienia róży” i pozostałych książek.
„Zacząłem pisać tę książkę, ponieważ miałem ochotę otruć mnicha czytającego książkę” – to „geneza” słynnej debiutanckiej powieści. „Postanowiłem opowiedzieć historię, zaczynając od wahadła, a kończąc na chłopcu z trąbką na cmentarzu w niedzielny słoneczny poranek” – to z kolei impuls do napisania „Wahadła Foucaulta”. „Mój protagonista musiał się znaleźć na zachód od tej linii i na wschodzie widzieć wyspę, na której był jeszcze poprzedni dzień. Nie mógł być rozbitkiem (…), poza tym nie mógł umieć pływać, tak więc zmuszony był wpatrywać się w wyspę, odległą odeń zarówno w przestrzeni, jak i w czasie” – to filary historii z „Wyspy dnia poprzedniego”, gdzie grube klasztorne mury, biblioteki, ponure ogrody i gotyckie katedry czy muzea zastąpiły „wnikliwie opisane przestrzenie”. Prawda, że proste?
Eco pisze o tym szeroko także w jednym z esejów opublikowanych w „O literaturze” z 2003 roku, który równie mocno polecam.

Umberto-EcoNa przykładzie swoich wielkich dzieł, włoski semiotyk podsuwa nam wytłumaczenie podwójnego kodowania w powieściach. Wskazuje na funkcje literatury, która poza dostarczaniem zabawy i wysokiej jakości rozrywki, może zarówno inspirować, jak i prowokować Czytelnika, zachęcać do umysłowego wysiłku, próby zmagań z tekstem i sięgania do niego po wielokroć. Takie właśnie są wszystkie powieści Eco, w których poza wartką, intrygującą fabułą, należy doszukiwać się treści głębszych – nawiązań historycznych, filozoficznych, teologicznych, czasami głęboko zakonspirowanej intertekstualności, innym razem ironicznego bata wymierzonego w spiskową teorię dziejów.
„Dlatego uważam, że podwójne kodowanie nie jest żadnym arystokratycznym dziwactwem, lecz sposobem okazywania szacunku dla inteligencji i dobrej woli czytelnika” – podsumowuje pisarz.

W drugiej części zatytułowanej „Autor, tekst i interpretatorzy” Eco szeroko omawia sposoby i znaczenie interpretacji tekstów, odnosi się też do znaczenia intertekstualności w literaturze pięknej. Tłumaczy, że jakkolwiek odbiorca zawsze ma wolną rękę w „prywatnym” rozumieniu dzieła (ponieważ dzieło oddane do rąk odbiorcy przestaje być „własnością” twórcy), tak ta wolność powinna służyć rozsądnemu wyciąganiu wniosków z przesłanek autora – nie zawsze w pełni zgodnych, ale też nie frywolnych.
„Czytelnik nie może dokonać jakiejkolwiek interpretacji, po prostu w zależności od swego widzimisię, lecz musi upewnić się, że dany tekst nie tylko daje jakieś podstawy, lecz także skłania do takiej, a nie innej interpretacji” – wykłada z przekonaniem.
Kontynuując wywód, opisuje sposoby interpretacji tekstu pod kątem kryterium falsyfikacji, wewnętrznej spójności tekstu oraz świadomości samego autora, jako osoby empirycznej, w sprawie ilości/jakości różnorodnych interpretacji, jakie zainspirował jego tekst.

„Kilka uwag na temat postaci fikcyjnych” to rozdział, w którym Eco w swój niepowtarzalny, erudycyjny sposób opowiada o wpływie literackich bohaterów na świat rzeczywisty i vice versa. Przeczytamy o smutku, wzruszeniu i innych emocjach, wywołanych dramatem postaci Anny Kareniny, Scarlett O’Hary czy wpływie „efektu Wertera”. Na przykładzie nieśmiertelnej Anny Kareniny Tołstoja dowiemy się, dlaczego jej los jest bardziej pewny niż samobójstwo Hitlera (twierdzenia fikcyjne vs twierdzenia historyczne). Poznamy funkcję epistemologiczną i ontologiczną twierdzeń fikcyjnych oraz fluktuujące indywidua we fluktuujących partyturach (czyli jak w odniesieniu do zjawisk lub procesów zmieniają one swoje cechy w czasie).

Umberto-Eco-2Celowo nagromadziłem te pojęcia, żeby w poniższym zdaniu wyjaśnić, że „Wyznania młodego pisarza” (podobnie jak większość eseistyki lub naukowych książek Eco) czyta się naprawdę bardzo swobodnie. Umberto Eco jest doktorem honoris causa i „ciężkim” umysłem, ale potrafi opowiadać jak mało kto – nawet operując trudnymi pojęciami. Eco bawi, ironizuje, podkpiwa, czerpie radość z opowiadania i dzielenia się swoją wiedzą. Zarzuca mu się czasem pychę i nadmierną pewność siebie, jako jego słabości.
Napomknę tylko o sprawie tłumaczki Jeleny Kostiukowicz, która przełożyła „Imię róży” na język rosyjski i napisała na temat powieści wyczerpujący esej. Eco chwali Kostiukowicz za ciężką pracę, by momentalnie zganić za wnioski Rosjanki, te niebędące po jego myśli. Wyciąga garściami argumenty przekonujące o tym, że tłumaczka się w pewnych sprawach pomyliła. Trzeba przy tym wspomnieć, że świetną pracę wykonał polski tłumacz – Jerzy Korpanty – który w krótkich przypisach wskazuje momenty, kiedy to myli się… sam Umberto Eco (jak choćby szczegóły w opisie dziobaka tudzież transkrypcji cyrylicy). Czyta się to wybornie, a wytknięcie drobnej nieuwagi samemu pisarzowi jeszcze bardziej zbliża go do czytelnika.

„Wyznania młodego pisarza” kończą listy (jako struktura danych, a nie forma pisemnej korespondencji) Umberto Eco, oddające jego miłość do literatury, książek, wiedzy czy katalogowania. Dla wielbicieli włoskiego twórcy to pozycja obowiązkowa, ale każdy bez wyjątku uszczknie tu coś dla siebie. Bo obiecujący pisarz, młodzieniaszek Eco mówi nam rzeczy ważne i ciekawe, zagłębiony w fotelu jednej ze swoich wspaniałych bibliotek.

Umberto Eco, Wyznania młodego pisarza, przeł. Jerzy Korpanty, Świat Książki Grupa Wydawnicza Weltbild, Warszawa 2011.

Rafał Niemczyk

Gabriel Garcia Marquez, Nie wygłoszę tu mowy. Recenzja.


„Wymyślający bajki” o rzeczywistości, Cortazarze i książce, którą każdy powinien nosić w plecaku

Tytułowe „Nie wygłoszę tu mowy” padło z ust Gabriela Garcii Marqueza w liceum w Zipaquira, podczas pożegnania kolegów ze starszego rocznika. Przyszły pisarz miał wtedy niespełna siedemnaście lat. Jednak w przyszłości jako wpływowy artysta, pisarz-noblista, pacyfista i człowiek mocno zaangażowany w sprawy społeczne – musiał ostatecznie wygłaszać te nieszczęsne mowy. Ale kiedy już to czynił, odznaczały się one (podobnie jak jego dzieła literackie) wyjątkową starannością, perfekcją słowną, wyrazistym przekazem, nierzadko też poczuciem humoru, z którego wszak Marquez słynął – uwielbiał wtrącać anegdoty zawsze, gdy była po temu okazja.

„Nie wygłoszę tu mowy” to nie tylko zbiór najważniejszych publicznych wystąpień kolumbijskiego pisarza: przemówień, laudacji, dyskursów czy polemik. To także skrócona podróż przez życie pisarza, rozmowy o jazzie z Cortazarem i Fuentesem prowadzone w pociągu z Paryża do Pragi, rozprawa o przyjaźni podczas 70. urodzin Alvaro Mutisa czy wyjaśnienia złożone nam, czytelnikom, w sprawie trzydziestu dwóch przegranych rewolucji pułkownika Aureliano Buendii.

Garcia Marquez, jak każdy starzejący się pisarz, zdradza sekrety początków artystycznej kariery. Debiutanckie opowiadanie wysłane do bogockiego dodatku literackiego „El Espectador”, gdzie szefem był wtedy Eduardo Zalamea Borda, było z założenia młodzieńczym buntem przeciwko stwierdzeniu tego ostatniego, że „nowe pokolenia pisarzy niczego nie wnoszą, że nigdzie nie widać nowych powieści ani opowiadań”.

Gabriel Garcia Marquez (fot. Cesar Rangel-AP)Ten bunt odcisnął się w postawie Marqueza już na całe życie, znajdując swe ujście choćby w 1986 roku w Meksyku, kiedy na II Spotkaniu Grupy Sześciu z pozorną naiwnością przeliczał koszty produkcji amerykańskich bombowców B-1B, rakiet MX rozmieszczonych w Zachodniej Europie i radzieckich łodzi podwodnych Tajfun na koszty realizacji programu pomocy najbiedniejszym dzieciom na świecie, problemu żywności i analfabetyzmu. Nawoływał wtedy do działań antywojennych i bezwzględnego pokoju. „Wyścig zbrojeń podąża w kierunku przeciwnym do inteligencji” – przekonywał. Stawiając w swoich powieściach pytania o naturę władzy, powiedział kiedyś do żołnierzy: „Wierzę, że życie każdego z nas byłoby lepsze, gdyby każdy z Was nosił w plecaku książkę.”

Zdeklarowany obrońca praw człowieka o sercu Don Kichota, któremu wytykano, że wygłasza swoje orędzia na Kubie w towarzystwie Fidela Castro. Właśnie w Hawanie sfinalizowano projekt Fundacji Nowego Kina Latynoamerykańskiego, której Marquez był przewodniczącym (filmowy dryg odziedziczył po ojcu Rodrigo Marquez, który został reżyserem; zaczynał od kina niezależnego, pracował też przy kilku znanych serialach).

Nad „Sto lat samotności” Marquez dumał dziewiętnaście lat. Zwierzając się z literatury „od strony kuchni”, przyznaje, że najbardziej intrygująca jest dla niego koncepcja powieści lub opowiadania, moment inspiracji, złapania pomysłu, początek, a później stopniowe „wygładzanie”. Samo pisanie to już „zajęcie mniej interesujące”.
„Zawód pisarza jest być może jedynym, który wykonuje się coraz trudniej w miarę jego praktykowania” – wywodził w 1970 roku, trzy lata po premierze najsłynniejszej powieści.
Był zagorzałym orędownik kultury w ogóle, a kultury Ameryki Łacińskiej w szczególe – jako zwolennik integracji politycznej, gospodarczej i kulturowej swojego kontynentu, starał się bronić świadomości narodowej, etnicznej i terytorialnej.
„Kultura jest siłą spajającą twórczość: społecznym wykorzystaniem ludzkiej inteligencji” – oświadczał, wiele lat później krytykując „nowoczesne” systemy kształcenia dziennikarzy, brak twórczego rozwoju, ciekawości świata, pociągu do wiedzy, samodzielnego myślenia i wyciągania wniosków. Niedługo potem postulował ograniczenie albo nawet zniesienie uciążliwych zasad, pragnąc by język hiszpański „swobodnie wszedł w XXI wiek”.

Gabriel-Garcia-Marquez-2009Wspaniale agitował Marquez na rzecz Ameryki Łacińskiej podczas ceremonii wręczenia literackiej Nagrody Nobla w 1982 roku. Opowiadając o jej „samotności”, przyznał, że to jej niezwykła rzeczywistość, a nie literackie wyobrażenie, zwróciła tak naprawdę uwagę Szwedzkiej Akademii Literatury.
„Rzeczywistość ta nie jest z papieru, lecz żyje z nami (…) Poeci i żebracy, wojownicy i złoczyńcy, my wszyscy – wytwory tej rozbuchanej rzeczywistości – nie musielibyśmy nadużywać wyobraźni, bo największym wyzwaniem był dla nas brak konwencjonalnych środków, niezbędnych, by uwiarygodnić nasze życie. To właśnie jest, drodzy przyjaciele, sedno naszej samotności.”
Jednocześnie przywoływał słowa swojego mistrza, Williama Faulknera, który w 1949 roku wypowiedział w tym samym miejscu słynne „I decline to accept the end of man” („Nie przyjmuję do wiadomości końca człowieka”).

„Nie wygłoszę tu mowy” to dla miłośników Gabriela Garcii Marqueza świetne uzupełnienie biografii i twórczości pisarza, którą znamy mniej lub więcej z jego dzieł. To nie autobiografia, ale obraz pisarza wyłaniający się z jego słów – nie tych z książkowych rozdziałów, obejmujących jednak to samo spectrum. Bo Marquezowe światy literackie są tożsame z tym, co za oknem, a zapiski na marginesie powieści mogą być istotne nie bardziej, niż list małego dziecka do Świętego Mikołaja. „Wymyślający bajki” ma tego pełną świadomość.

Gabriel Garcia Marquez, Nie wygłoszę tu mowy, przeł. Weronika Ignas-Madej, wyd. MUZA SA, Warszawa 2011.

Rafał Niemczyk

Elif Safak, Czarne mleko. Recenzja.


Wspomnienia Kobiety – Sito

Wśród wielu „kobiecych” czytelniczek książka Safak mogłaby wydać się oburzająca. Bo jakże to – kobieta, która nie chce mieć dzieci i jawnie się do tego przyznaje? Matka, która odważnie i bez skrupułów opowiada o bólu, który towarzyszy początkującemu macierzyństwu? Pisarka, która w swoich książkach nie mówi o tym, co macierzyństwo daje, ale co odbiera? Echa oburzenia jednak nie słychać. Niesłuszne zaszufladkowanie Safak jako wyrodnej matki mogłoby się bowiem wydarzyć tylko pod jednym warunkiem. Gdyby nie była ona tak ciepłą i przyjazną pisarką, jaką okazuje się być w „Czarnym mleku”.

Książka ta porusza przede wszystkim dwa tematy: macierzyństwo i pisanie – oba potraktowane sprawiedliwie, bo po równo. Jest historią autobiograficzną, w której Safak opisuje autentyczną przemianę samej siebie – od zdeklarowanej, feminizującej samotniczki, poprzez kochającą żonę, aż po matkę dwójki dzieci. To niezwykła metamorfoza, szczególnie, że dokonała się w pisarce dość późno, bo wieku 35 lat. Nie obyło się bez turbulencji i siniaków.

Safak tuż po urodzeniu dziecka musi się zmierzyć z ciężką depresją poporodową, która wyłącza ją z życia na niemalże rok.Odbiera jej też umiejętność pisania. Uczucie nieprzystosowania i bezradności nieoczekiwanie i z wielką mocą dopada pisarkę, by sprawić, że ta utraci całkowity kontakt z miejscem i z czasem. Będzie cierpiała psychiczne katusze, zamartwiając się, dręcząc do upadłego, robiąc samej sobie krzywdę. Szczęśliwie jakiś czas potem napisze: „Depresja może się okazać wielką szansą daną nam przez życie. Dzięki niej możemy stawić czoło problemom, które, choć niezwykle istotne dla naszych serc, zostały odsunięte na bok, czy to z powodu pośpiechu, czy ignorancji”.

Większość osobistych zwierzeń autorki skupia się jednak na tym, co było „przed dzieckiem”, nie po. Safak, zanim pozna przyszłego męża, zawzięcie i z uporem maniaka broni swojej niezależności. To pisanie jest  jej celem, namiętnością, radością, rodziną i życiem. Wciąż w podróży, wciąż na walizkach, nie potrafiąc zagrzać nigdzie miejsca na dłużej, wygłasza deklaracje typu: „Zmiana i zmienność to alfabet życia. Ślubowanie miłości do grobowej deski to fantazja, która pozostaje w sprzeczności z istotą egzystencji.” Po jakimś czasie sama oświadczy się swojemu partnerowi.

Elif-SafakOsobiste perypetie Safak stanowią jednak tylko część „Czarnego mleka”. W obszernych partiach książki autorka z polotem prowadzi niezależny od wydarzeń fabularnych wywód o znanych pisarkach, mierzących się z problemem swojej roli w społeczeństwie, decydujących się na macierzyństwo lub świadomie z niego rezygnujących, kobiet będących jednocześnie gospodyniami, żonami (czasem sławnych mężów), matkami (z różnym skutkiem) i artystkami. Pisarka rekonstruuje fascynujące biografie, by samej sobie odpowiedzieć na dręczące  pytanie: czy można pogodzić egoistyczną na swój sposób pasję pisania z wymagającą wiele poświęcenia rolą matki i pani domu? W jej opowieści głos zabierają między innymi: Sonia Tołstoj, Sylvia Plath, Carson McCullers, Zelda Fizgerald, Doris Lessing, Louisy May Alcott i wiele innych. W tych życiorysach w pigułce Safak udowadnia swój pierwszorzędny talent do snucia opowieści. Jej język  jest „miękki”, przyjazny, bardzo staranny. Nie znajdziemy tu dłużyzn ani zbędnych zdań.

W pewnym momencie „Czarne mleko” staje się też traktatem na temat społecznej roli kobiety. Głos i poglądy pisarki zderzają się z autentycznymi historiami artystek wielu pokoleń oraz ze scenariuszem, który autorce napisało życie – zupełnie przecież niespodziewanym i zaskakującym. Przyjdzie więc czas na weryfikację poglądów i naukę pokory. Mimo to postawione przez Safak pytania, dotyczące ładunku kulturowego, którym zostają obarczone kobiety, są istotnym głosem w sprawie pojmowania tak zwanej „kobiecości”. Ile z niej to czysta biologia, a ile nauka wyniesiona z lekcji socjologii? Ile z tego co robimy, wynika z własnej potrzeby serca, a ile z presji społecznej? Czy kobieta, która nie jest matką, jest gorszą wersją kobiety?

Safak nie odpowiada na te pytania – nie zna na nie odpowiedzi, choć kiedyś (przed małżeństwem) była przekonana o swojej jedynej słusznej racji. Obecnie wychodzi z założenia, że w każdej z nas zderza się ze sobą cały ogrom głosów, sprzecznych opinii i pragnień. Trudno odgadnąć, który jest bardziej odpowiedni, najwłaściwszy na daną chwilę. Nie ma uniwersalnego klucza, jednoznacznego systemu postępowania. Głosy huczące w głowie pisarka ujmuje w samej treści książki za pomocą dialogów między tzw. „miniaturowymi kobietami”, wewnętrznym haremem, na który składa się jej osobowość. Niestety ich rozmowy stanowią najsłabszy punkt tej opowieści, bo mimo że prowadzą do słusznych wniosków, swoją formą infantylizują całą opowieść.

Ostatecznie Safak odnajdzie pokój duszy, a wewnętrzne głosy zaczną w niej współbrzmieć. Na szczęście nie zamieni się w „Kobietę-Sito”, która poświęca własne marzenia do tego stopnia, aż „świat zaczyna wyciekać przez dziury w jej życiu”. Co ciekawe, jak na opowieść o depresji, morał z tej książki płynie nad wyraz budujący. Każdy z nas ma w swoich rękach ogromną moc – mówi Safak. Dróg do osiągnięcia spełnienia jest multum, nie ma rozwiązań ostatecznych i jednoznacznych prawd. Mamy prawo się mylić. Możemy się też potykać i lądować twarzą przy ziemi. To nieważne. Istotne jest to, że jesteśmy w stanie się podnieść. A po upadku, zawsze będziemy mądrzejsi.

Elif Safak, Czarne mleko, tłum. Natalia Wiśniewska, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2011.

Dorota Jędrzejewska

Andrzej Stasiuk, Opowieści galicyjskie. Recenzja.


Pocztówki ze świata poza czasem  

Rok 1989 był to dziwny rok, w którym rozmaite znaki na niebie i na ziemi zwiastowały jakoweś klęski i nadzwyczajne zdarzenia. Likwidacja miejscowego PGR-u i nadejście „chaosu kapitalizmu” było dla pospolitych mieszkańców okolic Beskidu Niskiego nie tylko końcem pewnej ery, ale początkiem czasów, których nie byli w stanie ogarnąć, których nie potrafili do końca zrozumieć, odnaleźć się w nich i zaakceptować nowego ładu. Takie tło, zaraz po upadku komunizmu i na początku transformacji ustrojowej, maluje Andrzej Stasiuk w „Opowieściach galicyjskich”.

Józek pije, czasem ciężko pracuje, a w trakcie picia dużo opowiada – jak prawie każdy chłop. Opowiada to za mało powiedziane; jest niemalże opowieścią samą w sobie, człowiekiem-opowieścią. „Józek zasiada i po jednej setce całkowicie zamienia się w mowę, która działa na świat, na całą rzeczywistość (…) Następstwo zdarzeń znika, znikają przyczyny i skutki i znika grzech razem z historią. Wszystko dzieje się jednocześnie, zaczyna przed czasem i dobiega końca nim się zacznie.”
Takie są „Opowieści galicyjskie”, gdzie prości ludzie doświadczają miłości, biedy, pijackich sentymentów, kaprysów przyrody, prozy życia, która wyprawę pekaesem do większego miasta oznacza naszywką odświętnego wydarzenia. Choć nowe czasy przynoszą okruchy świata zza grubej kurtyny, nie tak prosto ulepić z nich chleb. A przecież coś trzeba jeść, „trzeba żyć”, jak powie Lewandowski, wracając z wymiany kaset video gatunku ponad podziałami.

Wino-truskawkowe-1Jest tutaj Janek pracujący przy wyrębie lasu, retortach, spalinowych piłach, ciągnikach. Pachnie żywicą, dymem, węglem drzewnym i potem. Jego życie to robota w lesie, wypłata, knajpa, na chwilę dom – i tak w kółko. Jest temperamentny, krnąbrny Kościejny o „zatartym przez czas obliczu”, który nie może żyć bez pracy i świniobicia, a którego nie chce „zauważyć” własna żona. Jest Wasylczuk, który Kościejnego żonie „pomaga” w czasie nieobecności męża. Jest Rudy Sierżant, od prawie trzech dekad typowy wiejski milicjant/policjant o ciepłym sercu. Jest prawie stuletnia babcia, w chałupę której strzelił piorun, a mąż utopił się po pijaku w potoku. Jest lokalna femme fatale – Maryśka. Jest Edek-emigrant – dorobkiewicz w błyszczących kolorowych strojach, adidasach i koszulach z palmami. Jest czuwający nad zagubionymi duszami ksiądz. Jest knajpa. Jest Cergowa – „czarna skarbonka”, do której podczas pięknych zachodów wpada krążek słońca. Jest posterunek, kościół i chałupy. Jest w końcu mistyczne Miejsce – stara cerkiew rozebrana i wywieziona z lasu jako eksponat muzealny.

Stasiuk ani nie obwinia tych ludzi, ani ich nie usprawiedliwia, może czasami nieco im współczuje. Ludziom, których pozostawiono samym sobie. Pisarz wsłuchuje się w to, co dźwięczy w środku samotnego człowieka. „Nie próbuję sprzedawać żadnej mądrości – powiedział w jednym z wywiadów. – Bo wiem, że mądrość jest wartością przypadkową. Jak się napniesz na mądrość, to ni chuja nic ci nie wyjdzie”. Więc Stasiuk ani nie moralizuje, ani nie uczy. Reporterski styl narratora z zewnątrz miesza się w książce z prozą poetycką na granicy realizmu magicznego. Stasiuk opisuje imponderabilia czasu i przyrody obrazowo, poetycko, ale z wyczuciem, jakby mówił jej językiem. Opisuje przecież miejsce, z którym związał swoje życie.

Wino-truskawkowe-2„Chmury nad Żłobiskami dalej kreśliły swoje zawijasy. Chwilami ich krawędzie przypominały ogniste trzaśnięcia z bicza. Ale czasem, zwłaszcza o zachodzie, gdy słońce zapada już za horyzont i światło zgarnia z ziemi wszystkie domy, drzewa, martwe pegeery, dawne więzienia, przechodniów i pijaków, krowy, motocyklistów i żółty pekaes z Dukli, gdy ukośne promienie porywają jak magnes wszystkie widzialne rzeczy – wtedy chmury są lustrem świata i można w nich zobaczyć wszystko jak na wielkim ekranie, jako na ziemi, tak i w niebie, lecz trwa to tylko mgnienie, bo czas ma barwę szarą i postać ptaka o przejrzystym ciele: jedno muśnięcie skrzydeł i zaczyna się zmierzch.”

„Opowieści”, mimo że nie zawsze chronologiczne, często enigmatyczne i zaledwie muśnięte, są płynne, mają swoje przyczyny i skutki, nie zawsze widoczne gołym okiem, nie zawsze wyczuwalne. Autor uzmysławia nam fakt, że prości ludzie mogą stworzyć świat magiczny. Świat melancholijny, smutny, pijany, w jakiś sposób cyklicznie przewidywalny i z pokutującym duchem mordercy błąkającym się w poszukiwaniu rozgrzeszenia, ale magiczny. Stasiuk nie podaje na tacy passepartout do tego świata, ponieważ on nigdy do końca nie będzie należał do nas – ludzi z zewnątrz.

Andrzej Stasiuk, Opowieści galicyjskie, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2008.

Rafał Niemczyk

* Na podstawie „Opowieści galicyjskich” w 2008 roku powstała udana adaptacja filmowa pt. „Wino truskawkowe” w reżyserii Dariusza Jabłońskiego. Film opiera się na rozbudowanym wątku miłosnym, ale wizja reżysera została w pełni zaakceptowana przez Andrzeja Stasiuka. Muzykę napisał Michał Lorenc, który tradycyjnie okazał się niezawodny, tworząc melancholijną, ale pełną folkloru i pasji ścieżkę dźwiękową. Polsko-słowacka produkcja była w 2009 roku nominowana do nagrody Złotej Kaczki za najlepszy film sezonu.

%d blogerów lubi to: