Dorota Masłowska, Kochanie, zabiłam nasze koty. Recenzja.


Kochanie-zabilam-nasze-koty-okladkaW pogoni za szczęściem z plastiku

Kiedy Brenda spędzała wieczory na całowaniu się z Dylanem, Kelly odpierała zmasowany atak adoratorów, a niezdarny David planował pierwszy seks ze średniourodziwą Donną, w głowach polskich, wkraczających w nastoletni wiek dziewcząt, zrodziło się górnolotne marzenie. Mimo szarzyzny za oknami i we własnym pokoju, mimo śladów wyprysków na twarzy i rozciągniętych, pstrokatych swetrów na grzbiecie, ich myśli krążyły wokół wyluzowanego, kolorowego życia rodem z Beverly Hills. Przystojni znajomi w nowym zestawie ciuchów na każdy dzień roku, po szkole bawiący się w arcyamerykańskiej knajpce, gdzie hot dogi podaje uśmiechnięty Pitt – to dopiero życie! Pączkująca polska młodzież lat 90. intensywnie śniła o serialowej rzeczywistości bez skazy. Dzisiaj, u progu trzydziestki, wbrew pozorom marzenia te nie zostały porzucone. Oni wciąż, jak przed laty, konstruują swoje życia na podobieństwo wzorców podpatrzonych na szklanym ekranie, w kolorowych czasopismach i w komediach romantycznych.

Młodzi ludzie bez tożsamości, przybrani w maski i wzorce, zasłyszane dialogi i „odgapione” miny, nad których głowami już dawno zawisła wielka pustka, brak sensu, refleksji i charakteru. Dorota Masłowska w swojej najnowszej  książce pt. „Kochanie, zabiłam nasze koty” rysuje szkielet pokolenia współczesnych trzydziestolatków. To kontury, daleko tej prozie do pełnobarwnego obrazu czy psychologicznych solucji. Szkic to zaledwie (bądź aż szkic) – w zależności kto i czego od „nowej Masłowskiej” oczekuje. Pewne jest, że zawiedzie się na niej poszukiwacz realistycznych powieści z sensowną, tradycyjną linią fabularną. Sympatyk obnażających schematy i uniwersalne prawidła karykatur powinien zaakceptować nową propozycję młodej (choć coraz starszej) autorki bez większych sprzeciwów.

Początkowo bohaterki są dwie. Jest Farah i Joanne – psiapsióły połączone wzajemną, niemalże siostrzano-bliźniaczą miłością. Już na początku przysięgają sobie, wzorem tak zwanych komedii romantycznych: „żadnych więcej chłopaków!”. Życie jednak pisze ten sam, co zawsze, scenariusz – Jo znajduje średniosympatycznego faceta, Fah zostaje na lodzie. I cierpi. A jest to dziewczyna wybitnie cierpiąca. Pełna dziwacznych strachów, wstrętów (najbardziej obrzydzona samą sobą) i innych neuroz – potocznie mówiąc „jazd”. Po pewnym czasie spotka na swojej drodze kolejną, choć trochę inną wariatkę – Go. To z kolei hipsterka pełną gębą, lansująca swoją inność i niezależność, kochająca wszystko to, co odmienne, niepopularne i „kultowe”. Tyle że słowo „kochająca” wydaje się sporym nadużyciem.

Dorota Masłowska (fot. Marcin Nowak)

Wszystkie sympatie, pasje, „miłości” są w tej książce jedynie pustą jak balon ułudą. Zostały wykreowane na potrzebę nieustannie zakładanych masek, czy to pod publiczkę, czy to w celu podreperowania własnego samopoczucia. Hipokryzja, ściema ułożona na wzór modnego serialu czy wiszącego gdzieś w powietrzu nowego trendu, cała masa snobizmów – w tym świecie nie ma miejsca dla uczuć autentycznych. Tutaj nawet nie sposób rozpocząć prawdziwego dialogu.

„Kochanie, zabiłam nasze koty” to książka pełna żalu do współczesnej rzeczywistości, do tych wszystkich ludzi-wydmuszek, którzy utracili zdolność samodzielnego myślenia. To również opowieść o samotności przedstawicieli dziwacznego, facebookowo-googlowo-serialowego pokolenia, które zapomniało, jak nawiązać realne znajomości. Karykatury Masłowskiej są wdzięczne, można swobodnie wypełniać je treścią, działają na wyobraźnię – szczególnie moją, już prawie przecież trzydziestoletnią. Opowieść ta najwięcej jednak wartości zyskuje dzięki giętkiemu językowi autorki. Masłowska nie tylko jest pilną obserwatorką ludzi, ale także ich języka. Za pomocą jakiegoś dodatkowego zmysłu potrafi go przetwarzać na różne sposoby.

O poprzednich książkach Masłowskiej pisano, że tworzone były w szaleńczej wenie autorki. Z tą ponoć jest inaczej – to najbardziej przemyślana, wydumana i pieczołowicie skonstruowana powieść w całym jej dorobku. Być może tutaj tkwi geneza odczucia, które czasami nawiedzało mnie w trakcie lektury. Wkradło się bowiem w te zgrabne zdania trochę sztuczności, niepotrzebnego nadęcia, zabrakło natomiast spontanicznej naturalności i pazura mocno drapiącego serce. Lekko publicystyczne wstawki nieco otarły się o naiwność, być może im również brakło kopa, który mógłby porządnie rozbujać tę prozę. Mogło zatem być „mocniej” – być może wtedy byłoby lepiej. Niemniej jednak słuszna idea przemawia za tą książką. I dokuczliwie prawdziwa – mimo sztuczności głównych bohaterek.

Dorota Masłowska, Kochanie, zabiłam nasze koty, wyd. Noir sur Blanc, Warszawa 2012.

Dorota Jędrzejewska

Papierowy Ekran 2012


Papierowy-ekran-logoExperyment nominowany do nagrody Papierowego Ekranu 2012

Organizatorzy Papierowego Ekranu – Fundacja NADwyraz i miesięcznik Wydawca – od 2007 roku przyznają nagrodę w konkursie na najlepszy serwis internetowy o książce, zwracając uwagę na witryny internetowe promujące w niebanalny sposób literaturę i czytelnictwo.

W tegorocznej edycji wśród dwudziestu stron, które zostały nominowane do nagrody głównej, znalazł się również Experyment. Uroczystość wręczenia nagród odbyła się 27 października podczas 16. Targów Książki w Krakowie.

PAPIEROWY EKRAN 2012 – NOMINOWANI:

Booka – Bazar Książek Używanych

Book me a Cookie

Carpenoctem

Czas Dzieci

Papierowy-ekran-plakatExperyment – recenzja dobrej książki

Granice

Kocham Książki

Krytycznym okiem

Książki na Czacie

Książki Zbójeckie

Lubimy Czytać

Nie czytasz? Nie idę z Tobą do łóżka!

Plaster Łódzki

Polska ilustracja dla Dzieci

Popmoderna

Pratchett – Świat Dysku w pigułce

Szkoła Czytania

Szuflada

Xiegarnia

Zaczytaj się

Papierowy-ekran-baner

Papierowy Ekran 2012

 

NAGRODY

Kapituła konkursu przyznała Nagrodę Główną serwisowi internetowemu Xiegarnia. Wyróżnienia otrzymały: portal Szkoła Czytania i serwis społecznościowy dla czytających Lubimy Czytać. Nagroda Czytelników trafiła w ręce twórców portalu dla naszych najmłodszych czytelników oraz ich rodziców – Czas Dzieci.

Wszystkim nagrodzonym i nominowanym serdecznie gratulujemy!

Agata Tuszyńska, Tyrmandowie. Romans amerykański. Recenzja.


Tyrmandowie-Romans-Amerykanski-okladkaContigo Pan y Cebollas *

Ona, Mary Ellen Fox, miała 23 lata, świat i życie przed sobą, kochała się w XIX-wiecznej literaturze hiszpańskojęzycznej, była konserwatystką i, jak każda młoda kobieta, wierzyła, że jest księżniczką. Poza tym przepadała za szalami z kaszmiru, chłonęła literaturę, sztukę, uwielbiała świat mody.

On, Leopold Tyrmand, miał lat 50, dopiero co uciekł z komunistycznej Polski, napisał kilka książek, w tym kultowego „Złego”, był mężczyzną po przejściach, z pewną sławą kobieciarza; dobrze wiedział, że nie jest księciem na białym koniu. W Polsce postrzegany był jako liberał, w USA jako konserwatysta. Najczęściej do obu tych określeń dodawano przymiotnik radykalny.

Czekało na nich piętnaście wspólnych lat. Był maj 1970 roku – najlepszy czas, aby rozpocząć romans. Romans bardziej intelektualny niż namiętny. Leopold w uczuciach, a na pewno w ich wyrażaniu, był wstrzemięźliwy. Mary Ellen przyjęła taki język miłości. Lewicowa kontrkultura lat siedemdziesiątych, prawie 28 lat różnicy wieku, Rose (matka Mary), która chciała dla córki lepszej partii, apodyktyczność i bezkompromisowość sądów Tyrmanda oraz inne wzorce kulturowe kochanków –wszystko to niezbyt dobrze wróżyło perspektywom związku. A jednak przeciwności zostały pokonane. Dokładnie o tym „A jednak” jest książka „Tyrmandowie. Romans amerykański.”

Leopold-TyrmandHistoria miłości Mary i Leopolda relacjonowana jest na dwa sposoby.

Pierwszym, dominującym zwłaszcza w opowieści o początkach związku, są listy. Ona najczęściej zwracała się do niego Lolek, czasem Lo. On nazywał ją Miskeit, co można przetłumaczyć jako Brzydula (częściej Droga niż Kochana). Listy nie są romantyczne i jeszcze mniej namiętne; są jednak bez wątpienia osobiste. Cechuje je pewien dystans, pełne są niedopowiedzeń. Obie strony, zgodnie ze swymi konserwatywnymi przekonaniami, uważały, że o pewnych rzeczach można tylko rozmawiać, nie należy pisać.

Mary-Ellen-Fox (fot. archiwum M.E.Fox)Drugim jest narracja Mary Ellen. Wspomnienia te oddziela od chwili śmierci Tyrmanda ponad 25 lat. Wystarczająco dużo, aby sobie uporządkować myśli, nabrać dystansu i ocenić dawną miłość. Tak właśnie opowiada pani Tyrmand.

Oprócz historii miłości i małżeństwa Mary i Leopolda, w książce znajdziemy dużo szczegółów z codziennego życia Tyrmanda. Począwszy od jego entuzjazmu do jazzu i Kubusia Puchatka. Przez zwyczaj częstowania amerykańskich gości bigosem i „tyrmandówką” (rodzaj nalewki, którą przyrządzał), pewien wstręt Leopolda do wydawania pieniędzy, jego manifestacyjny antykomunizm, skłonność i słabość do niewyszukanej i prostej kuchni. A skończywszy na spotkaniach ze Stefanem Kisielewski i Sławomirem Mrożkiem.

Niewątpliwą zaletą książki są faksymilia listów oraz duża ilość zdjęć Leopolda, Mary Ellen oraz osób i miejsc im bliskich.

Agata Tuszyńska, Tyrmandowie. Romans amerykański, Wydawnictwo MG, Kraków 2012.

Dominik Śniadek

* Contigo Pan y Cebolla (Z tobą chleb i cebula) – hiszpańskie przysłowie, które odpowiada polskiemu „Na dobre i na złe”.

Vladimir Nabokov, Lolita.


Lolita-okladka-2012O, pani na mych włościach!

Jakże dziwnie i słodko było odnaleźć ją samą w przedziwnym gaju imion,
w eskorcie róż – księżniczkę elfów między dwiema damami dworu.

Lolito, ornamencie literackiego kosmosu, ogniu lędźwi słowa, pomiędzy które wciskasz się bez pardonu, niewinna i dzika jednako, światłości swej świadoma!

Z jakimż nietaktem ten padół ziemski Cię nosi, niegodzien zadrapań Twych całować na kolanach, niegodzien piasku spod stóp Twych zamiatać, niegodzien szeptu Twego słuchać, wsłuchiwać się w Ciebie całą, Ciebie, co słowa w szeregu, jedno po drugim po kątach rozstawiasz, niegodzien kosmyków włosów Twych muskać, tychże nawet, co to upadły na ziemię pod upośledzonym ostrzem homo ferusa fryzjera, człowieka zdziczałego, barbarzyńcy, który perfekcję Twą dotykiem wulgarnym pokalał.

Lolito, panno zwiewna! Kto Cię dzieckiem zowie, ten oczy stale musi ku słońcu zwracać, oślepiony, bądź gałki oczne bielmem zasnute nadaremno przecierać, nadaremno, bo jasnym jest, iż oślepł na wieki. Sto czterdzieści Twoich pięć centymetrów pod nieboskłon Cię wznosi, skąd wszystko małe, małe i nędzne, a Tyś jedna wielka.

Jean-Honore-Fragonard-HustawkaO, panno wśród ruin! Grzęźniesz w mych rękach, konterfekt Twój niczym gołąb zamknięty w klatce, skazany na odruchy puste złej człowieczej woli, być może na słowo, dwa-trzy słowa, cztery, choć Ciebie słowami opisać nie sposób. Pisali o Tobie, o nas, piszą i pisać będą nieprawdę, by znaleźć podłe ujście dla stłumionej zazdrości. Piszą jakoby obrzydliwe to było, a czyżże ohydą mogą być słowa tak czarowne, tak kunsztowne, w świetle godźmiszowatej latarki błyszczące? Czyż godzi się rozliczać uczucie z jego niedoskonałej percepcji dlatego tylko, by zadość uczynić konwenansom?

Gdyby chociaż prawdą było, co jątrzą w swoim zaślepieniu! Trzydzieści pięć Twoich kilogramów na szali tonę złota przeważy, bo wszystkie skarbce świata puste są i nieważkie, gdy stajesz w pobliżu. Słyszycie? Stukot kół na wyszczerbionym bruku, syrena statku w żagle zajadle dmąca, ryk pasażerskiego samolotu. A Tyś tam wszędzie już była, nadal jesteś, ulepiona z gliny, która wszak nie kruszeje!

Usypiasz, a potem wracasz każdego poranka, coraz starsza i niezmieniona zarazem. Kielnia tego, który ofiarował Ci życie, już dawno rdzewieje, przymarzła w cemencie, ale Ty… Och, Ty, odnaleziona w przedziwnym gaju imion, w eskorcie róż, Ty, unieśmiertelniona księżniczko, orędowniczko absolutnego piękna, Ty już na zawsze panować będziesz na tych kruchych włościach. Uległa, boska i wieczna, Lolito. Ponieważ taką Cię stworzył.

Vladimir Nabokov, Lolita, tłum. Michał Kłobukowski, Wyd. MUZA SA, Warszawa 2012.

Rafał Niemczyk

* Czytelnikom, poszukującym wielorakich interpretacji, smaczków i ciekawostek na temat „Lolity”, polecam cykl opracowań naszego kolegi po fachu, Zbyszka Kwiatkowskiego, opublikowanych na łamach bloga W zaciszu biblioteki.

Rutu Modan, Rany wylotowe. Recenzja.


Rany-wylotowe-okladkaTeraźniejszość jest jak rana – chyba żeby zapełnić ją…

Sztuka obserwacji to umiejętność potrzebna każdemu, kto pragnie opowiadać historie. Gesty, drobne zachowania, słowa i westchnienia, które w życiu normalnym spowszedniały tak bardzo, że dla nas, przeciętnych czytelników, są już niemal przezroczyste – ich intuicyjnej uwadze nigdy nie umykają. Komiks pt. „Rany wylotowe” autorstwa Rutu Modan jest jedną z tych opowieści, która ujmuje niewymuszonym autentyzmem. Czytając go, czujemy się portretowani, wierzymy w przebieg wydarzeń. To jednak nie wszystko. Poza komfortem tego uczucia dosięgają nas jeszcze inne, tym razem mniej sympatyczne emocje. Rutu Moran, oprócz skonstruowania dwójki na wskroś ludzkich bohaterów, częstuje nas mocnym obrazem swoich rodzinnych stron – Izraela.

Rany-wylotowe-1Akcja „Ran wylotowych” zostaje umiejscowiona głównie w Tel Awiwie, mieście egzotycznym i abstrakcyjnym dla polskiego czytelnika. Problemy charakterystyczne dla tamtego odległego kawałka świata – zarysowane tu w sposób mocny, ciężki –  są nam przecież zupełnie obce. Z kolei kwestie pierwszego planu, czyli te, które wkradły się w życie młodej dwójki bohaterów, przedstawiają się już bardzo znajomo. Spróbujmy jednak zacząć od tła.

Rana otwarta

Izrael Rutu Modan jest nieprzyjazny, ponury, pogrążony w marazmie. Izrael Rutu Modan jest mocno zaangażowany we własne sprawy. Na cmentarzach rozdziela się miejsca pochówku pomiędzy Żydów i nie-Żydów. Do Instytutu Patologii Medycyny Sądowej dowożone są kolejne zwłoki ofiar zamachów, pracownicy instytutu kroją je, żartując bez cienia konsternacji.

Rany-wylotowe-3Zmasakrowane zwłoki to dla nich coś na porządku dziennym. Obowiązkową służbę wojskową przechodzą kobiety; większość z nich, żeby zachować wysoki status społeczny od służby się nie uchyla, choć istnieje kilka „furtek”, aby do wojska nie trafić (powody religijne, złe zdrowie, zamążpójście). Ulice dużych miast pełne są żebraków, naciągaczy, ludzi oprotestowujących rzeczywistość, z którą nie chcą się pogodzić. Na tych ulicach pod pozorem codzienności ukrywa się niepewność i lęk. Sklepikarz, zbierający podpisy pod petycją na dworcu autobusowym, która ma stać się wyrazem sprzeciwu dla zamknięcia przez władze owego dworca, rekapituluje to wszystko jednym zdaniem: „Przeżyłem wybuch bomby, nie wystraszą mnie teraz kulą do wyburzania”.

Sposób konstruowania fabuły przez izraelską artystkę momentami przypomina stylistykę Edgara Kereta, którego zresztą jest dobrą znajomą i współpracowniczką. Izrael Kereta nosi podobne blizny. Historię snutą przez Rutu Modan różni od opowiadań pisarza z Ramat Gan naturalistyczna percepcja. Literacki świat Etgara Kereta najczęściej ucieka w absurdalny humor czy surrealizm. Komiksowy świat Rutu Modan jest silnie osadzony w rzeczywistości, choć specyfika komiksowych dzieł mogłaby sugerować coś odwrotnego. Autorka „Ran wylotowych” zaprasza nas do tego świata i wycina z niego solidny kawał mięsa, niewątpliwie skażony jakimś nowotworem, podtyka go nam pod nos, każe powąchać, pozwala się przyjrzeć.

Rany-wylotowe-4Rana penetrująca

Układ wydaje się prosty – jest chłopak i jest dziewczyna. Kobi to taksówkarz, odgradzający się od świata i ludzi grubą ścianą obojętności i zgorzknienia. Numi jest inna – ciepła, wrażliwa i pełna zrozumienia, choć i ona ma swoje poplątane problemy. Kobi i Numi spotykają się w traumatycznych i chorych okolicznościach. Dziewczyna informuje naszego bohatera, że jego ojciec prawdopodobnie zginął w zamachu bombowym. Oboje wyruszają śladami zaginionego mężczyzny, a podróż ta całkiem przypadkiem okaże się podróżą w głąb siebie.

Niesamowite jest to, z jaką trafnością, w drobnych wskazówkach i poszlakach, Rutu Modan kreśli całą mnogość przeróżnych, rozgrywających się głównie w głowach życiowych komplikacji związanych z tą dwójką bohaterów. Naczelną okazuje się trudny stosunek syna do ojca – pretensje kolekcjonowane latami, rozpad więzi, smak goryczy i rozczarowania niegdyś dziecka, a dziś dorosłego już mężczyzny. Niemniej naturalnie przedstawiają się codzienne trudności, z którymi boryka się Numi – dziewczyńskie kompleksy, brak rodzicielskiego wsparcia, nieprzystosowanie. Z historii tej dwójki bohaterów wyłania się również interesująca sylwetka poszukiwanego przez nich Gabriela – nieodpowiedzialnego lekkoducha, z dziwacznym pędem do zmian, oszustw i wpędzania w rozpacz kolejne kobiety. Wszystkie te wątki, poruszane zagadnienia, pięknie się ze sobą zazębiają, tworząc sprawnie utkaną siatkę zdarzeń i myśli.

Rany-wylotowe-5Rany wylotowe

Komiks „Rany wlotowe” to co najmniej dwupłaszczyznowa opowieść. Co ciekawe, te pełne i sugestywne portrety, zarówno bohaterów, jak i chorego świata naokoło, wcale nie są przez autorkę zarysowane za pomocą przydługich charakterystyk i przegadanych dialogów. Najważniejsze są tu proste, krótkie zdania zawieszone w powietrzu, wymowne gesty, niemal symboliczne sceny. Wszystko to jest jednak na tyle celne i naturalne, że wszelkie dodatkowe wyjaśnienia okazują się zbędne. Swój udział w specyficznym klimacie opowieści mają także rysunki Modan. Podobnie jak i w przypadku słów, w obrazie również nie ma tu nic więcej do dodania. Gruba, lekko karykaturalna kreska autorki jest, być może, daleka od realizmu, ale z jej pomocą kadry nabierają klarownej, obrazowej mocy. Świat jest brzydki, ludzie wokoło ohydni, główni bohaterowie nijacy, a jedyne, co ładnego w tej opowieści, to autentyczna, dobra więź, która rodzi się między nimi. Tak dużo i tak mało zarazem.

Rutu Modan, Rany wylotowe, tłum. Agnieszka Murawska, Warszawa 2010.

Dorota Jędrzejewska
Rafał Niemczyk

* Tytuł recenzji jest parafrazą słów Witkacego.

%d blogerów lubi to: