Kurt Vonnegut, Tabakiera z Bagombo. Recenzja


Pisarskie wprawki Kurta Vonneguta

W posłowiu napisanym do zbioru opowiadań pt. „Tabakiera z Bagombo” Vonnegut nazywa siebie orangutanem. Tylko takie, dość radykalne określenie przyszło mu do głowy, gdy sięgnął po swoje młodzieńcze opowiadania. Przeczytał je uważnie, po czym zrobiło mu się smutno. Okazało się bowiem, że pomysły, które kiedyś sprawiały wrażenie świetnych, dzisiaj mocno już wyblakły, a język, który lata temu wydawał się sprawny, składny i płynny, z upływem czasu i wraz z dojrzewaniem warsztatu pisarskiego autora utracił sporo na swej wirtuozerii. I oto właśnie na zbiór „Tabakiera z Bagombo” składają się wczesne opowiadania późniejszego szydercy i kawalarza Vonneguta, który tworząc je, dojrzałym pisarzem jeszcze nie był, ale zaznaczmy, że do pisarza było mu znacznie bliżej niż do orangutana. Wszystkie z tekstów ukazały się lata temu w poczytnych czasopismach i stanowiły źródło dochodu Vonneguta. Czytano je więc chętnie, dla rozrywki i z ciekawością, nie wiedząc jeszcze, że na tej samej maszynie i w tej samej głowie powstanie za jakiś czas „Rzeźnia nr 5” czy „Kocia kołyska”.

Mówi się, że tym, czego w tych opowiadaniach najbardziej brakuje, jest sam Vonnegut. Owszem, w zestawieniu z jego późniejszą twórczością „Tabakiera” ma prawo rozczarować, pozostawić po sobie niedosyt, momentami również nuży. Czarnego humoru tu znacznie mniej niż zawsze, ciętych i wbijających się prosto w nasze serca zdań jak na lekarstwo, dobrych puent też nieco brakuje, jest za to melancholia, a nawet… romantyzm. Choć z przymrużeniem oka. Są też na szczęście dobre pomysły. Gdyby ich zabrakło, moglibyśmy powątpiewać, czy autorem tych krótkich historyjek naprawdę jest Vonnegut, tymczasem w niemalże każdym opowiadaniu posmakujemy jego stylu bądź chociaż wywęszymy  go w mniejszym bądź większym stopniu.

Kurt-Vonnegut (everythingwasvonnegut.com)Tym, co piszę, bynajmniej nie chcę skreślić „Tabakiery” z listy lektur, którym warto poświęć czas. Choć brakuje jej Vonnegutowskiej brawury, to każde z tych opowiadań można nazwać chwytliwym, kompletnym albo najzwyczajniej w świecie interesującym, a to wbrew pozorom nie tak łatwy do osiągnięcia efekt. Zaciekawić może również nieco inne niż w późniejszych utworach oblicze Vonneguta, tym razem romantyka, który lekkim piórem rysuje choćby scenę w blasku księżyca pełną miłosnego napięcia, zazdrości i młodzieńczych marzeń, by potem opisać z humorem i instynktem dobrego obserwatora historię dwójki nastolatków, udających się w szalony rajd niebieskim fordem, uciekających przed policją wbrew zasadom i wbrew rodzicom. Vonnegut sprawnie nakreślił również ciche relacje zachodzące w tak zwanych „trójkątach”, gdzie samcza chęć dominacji i podrasowania poczucia własnej wartości, często jest silniejsza niż zdrowy rozsądek.

Z wyjątkową uwagą Vonnegut traktuje kobiety, mądrze i z wyczuciem zwraca uwagę na ich marzenia i tęsknoty, rysuje sylwetki niespełnionych pań domu, które marzą o wielkim świecie, a nie o pieluchach, pisze o paniach spełnionych, a wcale nie najszczęśliwszych czy o ideale piękna. Wiele z tych opowiadań to krótkie przypowieści, których tematem przewodnim są marzenia – wzdychanie do nich, pielęgnowanie, aż wreszcie ich spełnianie, choć czasem realizacja wymarzonego celu wcale nie przynosi szczęścia na wieki i upragnionej satysfakcji. Znajdziemy tu także krótkie opowiadania wojenne, a także ślady Vonneguta fantasty, który już od początku lubił tworzyć nowe planety i alternatywne światy. Siłą całego zbioru jest również fakt, że opowiadania lepsze, ciekawsze potrafią przyćmić teksty słabsze, przez co wrażenie po przeczytaniu całego tomu zostaje jak najbardziej dobre. Z czasem puenta Vonneguta wyrabia się i staje się bardziej soczysta, a o przewidywalnych zakończeniach z tekstów z początku tomu zapominamy. Niektóre pomysły zostają w pamięci na dłużej wraz z refleksją każdorazowo poprzedzoną cieniem uśmiechu na twarzy czytelnika i skinieniem głowy na znak aprobaty i zrozumienia.

Kurt Vonnegut, Tabakiera z Bagombo, tłum. Elżbieta Zychowicz, wyd. Albatros, Warszawa 2012.

Dorota Jędrzejewska

Kurt Vonnegut, Śniadanie mistrzów, czyli żegnaj, czarny poniedziałku! Recenzja


Przystawka z pstrąga, czyli jak obrazić symbole narodowe i nie zostać wygnanym z ojczyzny  

Wystarczy krótki rzut oka na fabułę utworu, by już po chwili z prawdopodobieństwem bliskim 100% stwierdzić, że mamy w ręce albo scenariusz do kiczowatej amerykańskiej komedii typu „misz-masz gatunkowy z nieudacznikiem w głównej roli i salą śmiechu w tle”, albo powieść Kurta Vonneguta – słynnego amerykańskiego postmodernisty, cynika i prześmiewcy. Z tym że w tym drugim wypadku do śmiechu może być co poniektórym, ponieważ trzeba być przygotowanym na to, że Vonnegut wyszydzi nie tylko obywateli, ale mnie, Ciebie, nasze matki, babcie i – gdyby mieszkał nad Wisłą – sprawę krzyża wiszącego w polskim Sejmie.

„Śniadanie mistrzów, czyli żegnaj czarny poniedziałku” powstało w roku 1973, cztery lata po słynnej „Rzeźni numer pięć”. Główne skrzypce w powieści gra dwóch skrajnie różniących się od siebie protagonistów: Kilgore Trout i Dwayne Hoover.

Kilgore Trout (z angielskiego – pstrąg) pisze taśmowo powieści i opowiadania SF, których nikt nie czyta. „Nikt” nie jest w tym wypadku nadużyciem, ponieważ nie powiela on swoich tekstów, ale wysyła do wydawców oryginały, które najczęściej służą do wypełniania treści magazynów pornograficznych (obok tzw. „bobrów” – według Vonneguta zwierząt najbardziej przypominających kobiece narządy płciowe). Trout jest samotnym, podstarzałym człowiekiem; jako odskocznię od rzeczywistości traktuje wymyślanie niewiarygodnych fantastycznych historii, przy których kolonizacja Marsa, „Gwiezdne wojny” czy potwory z pięcioma głowami to naprawdę sprawy niegodne uwagi. Oczywiście Trout nie mógłby żyć z pisania, więc za pieniądze montuje ludziom żaluzje w oknach. Zaproszony dziwnym zbiegiem okoliczności na festiwal sztuki w Midland City, pakuje się i wyrusza na wyprawę swojego życia.

Dwayne Hoover to z kolei człowiek sukcesu. Najbogatszy przedsiębiorca, szanowany i lubiany obywatel fikcyjnego Midland City – kwintesencji prowincjonalnego, amerykańskiego miasteczka, które jest główną areną wydarzeń w „Śniadaniu mistrzów”. Hoover zaczyna popadać w obłęd, osiągający kulminację po lekturze nowej powieści Trouta. Biznesmen dowiaduje się z niej, że Ziemia zamieszkana jest przez roboty, a on sam jest jedynym stworzeniem na planecie posiadającym wolną wolę.

Breakfast-of-Champions-movieSkoro już intensywnie zapachniało Vonnegutem, wyjaśnię, że Pstrąg, znany z kilku innych utworów Vonneguta (m.in. „Rzeźni numer pięć”, „Sinobrody”, „Trzęsienie czasu”), był wedle słów samego pisarza obwoływany swoim alter ego, a jego postać wzorowana na znanym powojennym twórcy SF – Teodorze Sturgeonie. Publikował on w przeróżnych antologiach, w tym bardzo popularnych w latach 50. tzw. pulp magazine – tanich wydawnictwach, drukujących taśmowo powieści SF lub kryminały na papierze niskiej jakości. Wśród nich zdarzały się jednak perełki. Była takową kompilacja trzech opowiadań połączonych w powieść „Więcej niż człowiek” Sturgeona. Pisał on także scenariusze do oryginalnego „Star Treka” – serialu noszącego dzisiaj status „kultowy”.

Żeby od razu zrobiło się wesoło, Vonnegut bez zbędnych ceregieli już w pierwszym rozdziale szydzi z symboli, które są dla przeciętnego obywatela amerykańskiego nienaruszalną świętością – z flagi i hymnu państwowego. Dla Amerykanów nie ma piękniejszej pieśni niż „Gwieździsty sztandar”; Vonnegut określa ją „bełkotem naszpikowanym znakami zapytania”.

Dalej jest cały czas z górki. Krótką rozprawę o wszechobecnym nie tylko w polityce oportunizmie, sprowadza do lapidarnego wykładu:
„Na Ziemi poglądy były znakami rozpoznawczymi przyjaciół i wrogów. Ich treść nie miała znaczenia. Przyjaciele zgadzali się z przyjaciółmi, aby dać wyraz swojej przyjaźni. Wrogowie nie zgadzali się z wrogami, aby dać wyraz swej wrogości. Przez setki tysięcy lat poglądy Ziemian nie miały większego znaczenia, jako że i tak nie można ich było zrealizować. Mogły służyć jako znaki rozpoznawcze równie dobrze jak wszystko inne”.
Scen nasyconych zgryźliwym humorem jest w powieści cała masa. Vonnegut krytykuje otyłość swoich rodaków, ich niewyrafinowane słownictwo, rasizm, niski poziom kultury (każde miasteczko za wszelką cenę chce mieć „własnego Kilgore’a Trouta”), konsumpcjonizm czy brak elementarnej wiedzy na temat ekologii („procesy produkcyjne niszczyły planetę, a produkowano przeważnie świństwo”).

Kurt Vonnegut (fot. Ulf Andersen)„Śniadanie mistrzów” zostało przyjęte przez krytykę literacką z dużym dystansem. Nie jest to z pewnością najlepsza powieść Vonneguta. Niektórych denerwuje „Maniera Wszechmogącego Twórcy”, innych – nadmierna pewność siebie autora, z której to był znany. Kilka razy, głównie w środkowych partiach utworu, mamy też do czynienia z delikatnymi „zgrzytami”, kiedy ma się wrażenie, że Vonnegut pisał kolejne strony, nie za bardzo wiedząc dokąd zmierza. Ale krótkotrwałe są to zgrzyty i miłośnikom amerykańskiego cynika na pewno nie będą przeszkadzały. Tym bardziej że powieść okraszona jest własnoręcznymi rysunkami autora, które dodają książce kolorytu i jeszcze większego „jaja”.

Na koniec „czarna kurka” – gra popularna w wesołych miasteczkach w czasach dzieciństwa Hoovera:
„Czarny człowiek wysuwał głowę przez dziurę w brezencie, a ludzie płacili za przywilej rzucania w tę jego głowę twardymi piłkami od baseballu. Jeżeli trafili, wygrywali nagrodę”.

Twórczość i sukces Kurta Vonneguta jest pomimo powszechnych kontrowersji znakiem niezależności i wolności literackiej, dlatego warto ją znać. Nawet wychodząc z nieśmiałego założenia, że w Polsce prawdopodobnie stanąłby przed sądem, został zlinczowany, pozbawiony obywatelstwa i wygnany gdzieś do południowej Patagonii.

Kurt Vonnegut, Śniadanie mistrzów, czyli żegnaj, czarny poniedziałku!, przeł. Lech Jęczmyk, Wydawnictwo Albatros A. Kuryłowicz, Warszawa 2011.

Rafał Niemczyk

Kurt Vonnegut, Rzeźnia numer pięć. Recenzja.


Zdarza się

Jeden z naszych znajomych podczas turystyczno-krajoznawczego wypadu do Drezna oburzył się na przewodnika wycieczki, gdy ten wyraził głębokie ubolewanie nad faktem, że podczas bombardowania miasta w 1945 roku tak wiele zabytkowych budynków i miejsc uległo całkowitemu zniszczeniu. Zdaniem naszego znajomego zadośćuczynienie za krzywdy, jakich doznali ludzie z rąk nazistów, i tak nie było wystarczająco pełne. Można było zbombardować inne miasta, zburzyć Berlin i rozstrzelać wszystkich niemieckich obywateli. Wojna pisze najkrwawsze scenariusze. Nasz znajomy, na nasze nieszczęście, nie jest zwolennikiem czytania książek fabularnych. Nie czytał też „Rzeźni numer 5” Kurta Vonneguta. A wielka to szkoda, bo lektura „Rzeźni” potrafi zmiękczyć nawet najbardziej zatwardziałe stanowiska. Wielu takich „znajomych” można spotkać w szkole, na ulicy i w telewizji. Zdarza się.

Głównym bohaterem powieści Vonneguta jest „żołnierz” amerykańskiej armii – Billy Pilgrim, który został schwytany przez Niemców podczas ofensywy nazistowskich wojsk w bitwie pod Ardenami, na przełomie 1944 i 1945 roku. Billy jest „żołnierzem w cudzysłowie”, jest bowiem zupełnym przeciwieństwem amerykańskiego twardziela z kwadratową szczęką i żelaznymi muskułami. „Potrafiłbym wystrugać lepszego człowieka z banana” – określa Billy’ego jeden z generałów słowami Theodore’a Roosevelta. Bliżej mu raczej do życiowego nieudacznika, choć pod małą protekcją swojego teścia radzi sobie nienajgorzej, prowadząc zakład optyczny. Jest więc Billy przeciętnym człowiekiem, ze swoimi kompleksami, problemami i życiowymi rozterkami. Traumatyczne przeżycia na froncie II wojny światowej już nigdy nie pozwolą mu powrócić do normalnego życia. Wrażliwiec Billy trafi do obozu jenieckiego w Dreźnie, które podczas nalotów dywanowych zostanie w lutym 1945 roku doszczętnie zniszczone. Zginie tysiące ludzi, a Billy i jego koledzy z frontu zastanawiać się będą: „Jako alianccy żołnierze, więźniowie nazistów, mamy zginąć od alianckiego bombardowania? Jak to?”

Slaughterhouse-Five-by-Gabriel-Corbera„Rzeźnia numer 5” jest antywojenną satyrą, kpiącą z gatunku ludzkiego i z motywów, jakie ludźmi kierują. Vonnegut jest bezlitosny – nie moralizuje, tylko opowiada. Kpi i szydzi, dla zobrazowania okrucieństw wojny używając czarnego humoru, zamiast patosu. Jako jeden z tych, którzy pamiętny luty’45 w Dreźnie przeżyli jako jeńcy, ma do tego prawo. Robi to przy tym z pełnym wyczuciem – jego powieść jest gorzka, ale w żaden sposób nie narusza granic etyki. Właśnie dlatego osiągnęła taki sukces i po dziś dzień prezentowana jest kolejnemu pokoleniu, jako sztandarowe dzieło prozy antywojennej. Pełno mamy filmów i książek, ukazujących nam bohaterstwo żołnierzy, widowiskowe bitwy, poświęcenie, triumf i sztandary chwały. Ale to „Rzeźni numer 5” bliżej do prawdziwego obrazu wojennego realizmu. Wojna to strach, pogarda i utrata godności. Wojna to upodlenie, łzy i śmierć. Vonnegut wie, o czym pisze, ponieważ tam był. Człowiek nie mogąc pogodzić się z upodleniem swojego świata, wymyśla rozmaite preteksty. Stąd większość tych ociekających zbędnym patosem filmów, stąd wręczanie medali ludziom bez nóg. Stąd Tralfamadoria w głowie Billy’ego Pilgrima, który by się dowartościować, ucieka na obcą planetę. Vonnegut parafrazuje fragment historii biblijnego Jezusa. Zdaniem pisarza, mesjaszowi o poświęcenie się dla ludzkości było o tyle łatwiej, że ten został Synem Bożym. A łatwiej o poświęcenie, „kiedy ma się takie plecy”. Ale nie każdy człowiek ma plecy, a wielu z nich wysyłano na wojnę, nie pytając o zdanie, nakazując im dokonywać przelewu krwi – ku chwale ojczyzny. Zdarza się.

Kurt Vonnegut to jeden z najbardziej znanych i cenionych amerykańskich postmodernistów. W niemalże każdym swoim utworze korzysta z tych samych chwytów – z elementów science-fiction, konstrukcji krótkich rozdzialików, a także z poczucia humoru o nieprawdopodobnym ładunku goryczy. Jego zdania są krótkie i cięte. Sam pisarz twierdził bowiem, że objętość powieści nie ma nic do rzeczy w konstruowaniu trafnego przesłania i w poruszaniu czytelnika. „Żarty tak skutecznie rozwiązują sprawę idei, iż po wypowiedzeniu puenty niewiele zostaje do dodania. Pora wymyślić nową ideę – i następny dobry żart” – pisał. Jego książki są zatem pełne idei. Podczas ich lektury, śmiejemy się do rozpuku, wiedząc przy tym, że nie ma się z czego śmiać. Bezsens otaczającego nas świata, naszej rzeczywistości jest jednak tak ogromny, że chyba jedynym na to ratunkiem jest właśnie śmiech. Śmiejemy się więc w „Kociej Kołysce” z twórcy bomby atomowej, a w „Rzeźni” z wojny. Vonnegut, komentując ogromny sukces, który osiągnął z pomocą tej ostatniej, również nie szczędzi gorzkiego humoru. „Drezdeńskie okrucieństwo (…) było tak bezsensowne, że tylko jedna osoba na całej planecie wyniosła z niego korzyść. To ja jestem tą osobą (…) Dostałem dwa lub trzy dolary za każdą zabitą osobę. Prowadzę niezły interes”.

Kurt Vonnegut, Rzeźnia numer pięć, tłum. Lech Jęczmyk, wyd. Albatros, Poznań 2011.

 Dorota Jędrzejewska
Rafał Niemczyk

%d blogerów lubi to: