Orson Scott Card, Statki Ziemi. Recenzja


Cywilizacja wygnańców

„Statki Ziemi”, trzecią powieść z pięcioczęściowego cyklu science-fiction Orsona Scotta Carda „Powrót do domu”, mamy okazję przeczytać w polskim przekładzie po raz pierwszy. Amerykański pisarz powraca w niej niejako do konwencji, którą zastosował w przypadku „Pamięci Ziemi” – akcja mocno zwalnia, a na pierwszy plan zostają położone relacje interpersonalne pomiędzy uchodźcami z Basiliki. Jest to o tyle ciekawe, że większość z nich połączona jest bliższymi bądź dalszymi więzami rodzinnymi,  co stanowi problem narastający wokół piętrzących się skomplikowanych układów psychologiczno-charakterologicznych, ale ma znaczenie również podczas samego procesu prokreacji.

Bo to jest główny motyw „Statków Ziemi”: chcąc przeżyć wiele lat na pustyni, szesnastoosobowa na początku grupa musi się rozmnażać. Tyle tylko, że nie zawsze jest łatwo skojarzyć pary, bo ze względu na wspomniane we wstępie więzy krwi, „dozwolonych” kombinacji nie jest znowu tak wiele. A przecież nie każdy każdego „lubi”, i nie każdy każdemu musi się podobać – już to fizycznie, już to zespołem cech i usposobieniem.

Card zawiązuje w ten sposób alegoryczny pakt z biblijnym „mitem Kainowym”. Mocno dostrzegalna parabola dotyczy nie tylko wygnania, rozmnażania się rodziny, założenia nowych osad, z których ostatnie (Dostatok) w bezpośredni sposób nawiązuje do Edenu, ale również piętna – wygnańcy muszą strzec się niebezpieczeństw zabójczej pustyni oraz uważać na szajki rozbójników, czyhających na życie grupy, w której szeregi wkraść by się miała dezorganizacja. Survivalową pieczę sprawuje zaprawiony w karawanowych wyprawach Elemak, a w centrum zdarzeń pozostaje jego konflikt o władzę i decyzyjność z ojcem Volemakiem oraz przyrodnim młodszym bratem Nafaiem. Jeśli zaś chodzi o niebezpieczeństwo, to basilikańscy wygnańcy mają nad biblijnymi tę przewagę, że czuwa nad nimi Naddusza, a ich wyprawa nie jest powodem grzechu, a raczej boskim zrządzeniem (ramię w ramię z Nadduszą działa tym razem tajemniczy Opiekun Ziemi).

Statki-Ziemi (Darek Kocurek)Pustynia „weryfikuje” dotychczasowe poukładane i dość wygodne życie w Basilice. W budowanym na nowo porządku społecznym początkowo iskrzy i zgrzyta jak w źle naoliwionym mechanizmie. Basilikańską rozwiązłość trzeba zamienić na przymusową monogamię, co nie wszystkim się podoba, ale orzeczenie kary śmierci dla kobiet za cudzołóstwo, jako jedynego sposobu na utrzymanie grupy w ryzach, wydaje się rozwiązaniem na wskroś brutalnym. Problemy natury seksualnej pojawiają się także później – nie wszyscy uczestnicy są „klasycznej” orientacji, a nieposiadanie męża/żony wiąże się z utratą pewnych przywilejów i niższym statusem społecznym (subtelny motyw uczucia i poruszającego związku służącego-bibliotekarza, homoseksualisty Zdoraba, z uczoną genetyczką Shedemei). W rodzącym się w bólach społeczeństwie dostrzegamy także zalążki feminizmu (pamiętajmy jednak, że Basiliką rządziły kobiety), ksenofobii czy parytetów.

Sama akcja jest dość statyczna – choć czasem „przeskakuje” o kilka lat wprzód, nie ma tutaj efektownych zwrotów akcji ani zbyt wielu mrożących krew w żyłach wydarzeń. A jednak w toksycznych relacjach (głównie pomiędzy mężczyznami) jest sporo niewiadomych i nieokiełznanych instynktów, co sprawia, że w przypadków „Statków Ziemi” mamy momentami do czynienia z czymś w rodzaju thrillera sci-fi. Czasami może nazbyt rozwleczonych, ale do samego końca budujących napięcie (jak choćby obsesyjna zazdrość Vasa i jego chytry, nikczemny plan albo nieposkromione instynkty przywódcze Elemaka).

Na koniec słowo o tłumaczeniu, bo Edward Szmigiel został zastąpiony w tej roli przez Kamila Lesiewa. Nowy tłumacz trzyma się językowych konwencji z dwóch pierwszych tomów, ale na uwagę zasługują wprowadzane przez niego do tekstu archaizmy. Pasuje to do klimatu książki już choćby przez wzgląd na wspomniane „uwstecznienie” społeczno-obyczajowe (tworzenie nowego społeczeństwa niejako od fundamentów – pracą organiczną i pracą u podstaw), jednak niekiedy archaizmy (drzewiej, zoczyć, ozwać, żołądkować się) gryzą się z kolokwializmami w stylu „bzykania”. Biorąc pod uwagę, że język Carda jest w gruncie rzeczy bardzo prosty i poza technicznym slangiem raczej pozbawiony ozdobników, takie „ożywcze” zabiegi, pomimo że nie pozbawione potknięć, są jednak godne pochwały.

Orson Scott Card, Statki Ziemi, tłum. Kamil Lesiew, Wydawnictwo Prószyński i S-ka, Warszawa 2011.

Rafał Niemczyk

Orson Scott Card, Wezwanie ziemi. Recenzja


Na pohybel Nadduszy

Basilika stoi u progu wojny domowej. Niemniejsze zagrożenie stanowi zbliżająca się z drugiej strony murów miasta potężna armia imperatora Gorayni. Pod komendą charyzmatycznego dowódcy podstępem spróbuje wedrzeć się do Basiliki i wkupić w łaski obywateli. Czy bohaterskiemu, oddanemu ideałom Nafaiowi uda się, z pomocą Nadduszy i swojej młodej żony – wodnej wieszczki Luet – ocalić miasto kobiet przed zagładą? Jak spełnić marzenia o powrocie na Ziemię po czterdziestu milionach lat spędzonych na Harmonii? A może opowieści o podróży na planetę-matkę są tylko absurdalnymi wyobrażeniami kilku chorych umysłów?

„Wezwanie Ziemi” jest drugim tomem pięcioksięgu Orsona Scotta Carda „Powrót do domu”. Czytelników, którzy chcieliby sobie przypomnieć wydarzenia z tomu pierwszego, jak i zasady rządzące uniwersum Harmonii, odsyłam do recenzji „Pamięci Ziemi”.
A ja już spieszę wyjawić, co czeka Was podczas drugiego spotkania z mieszkańcami położonej lata świetlne stąd, choć tak bliskiej ziemskim wyobrażeniom, planety. Wszak Orson Scott Card znany jest z tego, że fantastyka w jego science-fiction jest pryzmatem, przez który przegląda się człowieczeństwo. Nie inaczej będzie tym razem – to ludzie, ich charaktery i perypetie będą kreślić losy świata. Znaczące u Carda płynne dialogi znów pokierują wydarzeniami, rozpędzając fabułę i ukażą nieznane jak dotąd oblicza protagonistów powieści.

Pisarz zafundował nam z okazji „Wezwania Ziemi” dodatkowego głównego bohatera. To generał Vozmuzhalnoy Vozmozhno, którego nazwiskiem mógłby łamać wrogom kończyny sam Steven Seagal. Zorientowawszy się w tym problemie autor, zaproponował skróconą wersję generalskiej godności – Moozh. Generał Moozh jest najznamienitszym spośród dowódców imperatorskiego wojska. Zawdzięcza to nie tylko fizycznej sile i charyzmatycznym usposobieniu, ale także nadludzkiej inteligencji i wojskowemu sprytowi. Cechy te niejednokrotnie pozwoliły jego żołnierzom odnosić wielkie wiktorie, ponosząc przy tym minimalne straty własne. Lecz Moozh zmaga się nie tylko ze swoimi przeciwnikami i ukrywaną nienawiścią do imperatora. Prawdziwym przeciwnikiem jest dla niego Naddusza („bóg”, jak sam ją określa). Vozmuzhalnoy Vozmozhno kroczy drogą chwały i samotnie chce dzierżyć przeznaczenie we własnych rękach. Wewnętrzna batalia toczona przez generała po to, by nie ulegać boskim wpływom przy podejmowaniu decyzji, jest solidną osią wydarzeń „Wezwania Ziemi”.

Wezwanie-Ziemi-Darek-KocurekNa równorzędnym planie rozgrywać się będą przygody Nafaia i jego krewnych. Kluczową rolę odegrają też sny, jakie Naddusza w przypływach wspaniałomyślności zechce zsyłać swoim podopiecznym. Owe nacechowane pretensjonalnym symbolizmem sny, początkowo intrygujące, za którymś razem potrafią znużyć – na szczęście wartka akcja szybko zrekompensuje nam te chwile. Momentami nachalne wydały mi się też działania samej Nadduszy. Jeśli ostatecznie wszystko odbywa się wedle wyższego planu, to gdzieś rozmywa się znaczenie decyzji podejmowanych przez bohaterów książki.

Nie chcąc zdradzić zbyt wielu szczegółów, dodam jeszcze, że mam nieco zastrzeżeń co do zakończenia powieści. Budowane stopniowo napięcie urywa się w ciekawym momencie, a dalsze losy Basiliki poznajemy z epilogu, gdzie Card streścił nam kluczowe wydarzenia na jednej zaledwie stronie. Takie było założenie autora, zamierzającego zrobić pełny zwrot przez rufę i podryfować na inne morza.
Wszystko wskazuje na to, że począwszy od trzeciej części cyklu, czekają nas radykalne zmiany. Karawana śmiałków wyruszy na poszukiwanie Ziemi, prowadzona siłą woli niezmordowanej Nadduszy. Jest sporo przesłanek ku temu, że będzie działo się wiele podczas tej podróży, a amazońskie przygody pana Cejrowskiego staną się przy niej weekendową wycieczką dla młodszego rodzeństwa.

Orson Scott Card, Wezwanie Ziemi, tłum. Edward Szmigiel, Prószyński i S-ka, Warszawa 2011

 Rafał Niemczyk

Orson Scott Card, Pamięć ziemi. Recenzja.


Pamiec-Ziemi-Darek-Kocurek-okladkaHarmonijna utopia

Choć Orson Scott Card napisał ponad pięćdziesiąt powieści, w Polsce znany jest przede wszystkim z Sagi Endera – zwłaszcza zaś z pierwszego jej tomu, zatytułowanego „Gra Endera”. Książka ta przyniosła mu w 1986 roku prestiżowe nagrody Hugo i Nebula, co zresztą rok później powtórzyło się w przypadku kolejnego tomu – „Mówca umarłych”. W całej twórczości amerykańskiego pisarza widać zamiłowanie do cykli i wielotomowych sag. „Pamięć Ziemi”, napisana w 1994 roku, to pierwsza część kolejnej z nich – „Powrotu do domu”.

Uniwersum Carda opiera się tym razem na postapokaliptycznej wizji wszechświata, w którym około czterdziestu milionów lat wcześniej Ziemia uległa zniszczeniu. Zagłady dokonała sama ludzkość. Ułamek populacji zdołał się jednak w porę ocalić – kilkaset milionów przeniosło się na planetę Harmonia, gdzie zaczyna się cała historia. By nie dopuścić do następnej apokalipsy, planetą opiekuje się Naddusza – sztuczna inteligencja, której zadaniem jest chronić ludzką kolonię. Czuwa ona nad tym, by ludzkość trzymała się z dala od wynalazków, jakich odkrycie będzie niechybnie zaczątkiem konfliktów zbrojnych, a w efekcie samozagłady. Mimo że technika rozwija się swobodnie (znane są komputery, urządzenia umożliwiające lewitację czy indeksy umożliwiające przekazywanie i księgowanie informacji), wszelkie próby wynalezienia maszyn – ułatwiających transport na większą skalę – są przez Nadduszę blokowane. I tak, choć ludzie korzystają z dobrodziejstw informatyki – poruszają się na wielbłądach. Nie ma też mowy o broni masowego rażenia; nawet zwykły pistolet zamieniony jest na prymitywniejszy pulsator czy woltażet (coś w rodzaju świetlnego noża). Koło jest zakazanym wynalazkiem – Naddusza doskonale zdaje sobie sprawę, że jego pojawienie się zwiastuje rychłe kłopoty. Moc opiekuna Harmonii zaczyna jednak słabnąć, wybiera więc ludzi, którzy mają ocalić nowy świat, zachować Pamięć Ziemi i powrócić na planetę swoich przodków. Kontakt z nimi ma charakter telepatyczny. Wybór pada na mieszkańców starożytnego miasta Basilika i jego okolic.

Naddusza, choć to sztuczna inteligencja, będąca wytworem przodków – jest czczona w szerokich kręgach, przyjmując formę bóstwa. Nie jest to jednak religia, która zamieni się w instytucjonalne narzędzie władzy – jak to się w poprzednim świecie niejednokrotnie zdarzało.
„Czy Naddusza był aż tak potężny, że mógł przekształcać ląd według własnej woli? Niemożliwe! Naddusza mógł posiadać taką moc w mitach i legendach, ale w rzeczywistości działał tylko przepływem informacji: rozpowszechniał dzieła sztuki na świecie i wywierał wpływ na umysły – wizjami lub otępianiem myśli, dzięki czemu odwracał uwagę ludzi od zakazanych tematów” – możemy przeczytać.

Motyw religijny przybiera w powieści rodzaj prymitywnego kultu, nie wywołuje jednak w społeczeństwie napięć. Religia odgrywa także znaczącą rolę w życiu samego Orsona S. Carda – przynależąc do społeczności mormońskiej, jest on członkiem Kościoła Jezusa Chrystusa Świętych w Dniach Ostatnich. Niezwykły pomysł cyklu „Powrót do domu” osadza się na wierzeniach zawartych pierwotnie w Księdze Mormona – dla jej wyznawców jednym z podstawowych pism świętych (oczywiście obok Biblii).

Żeby nie odstraszyć czytelników uczulonych na standardowe religijne przypowieści, dodam od razu, że autor kreuje fabułę w nienarzucający się sposób. Istotną rolę odgrywa w powieści polityka, lecz również nie proklamująca haseł żadnych konkretnych ustrojów. Polityka, jako brutalna strefa walki o wpływy w społeczeństwie, jest za to jednym z elementów zgrabnej i wciągającej intrygi.

Pamiec-Ziemi-Darek-KocurekTym, co robi największe wrażenie, jest ciekawa konstrukcja psychologiczna, zbudowana pomiędzy bohaterami utworu. Tutaj Orson S. Card sięgnął po inspirację innego wielkiego amerykańskiego fantasty – Rogera Zelaznego. Zawiłe rodzinne koneksje łączące główne postacie, jako żywo przypominają motyw ze słynnych „Kronik Amberu”. Na początku książki dołączone jest drzewo genealogiczne i zaręczam, że w trakcie czytania niejednokrotnie będziecie do niego wracać.
Bohaterów pierwszoplanowych jest kilku, ale historię poznajemy głównie z perspektywy Nafaia – czternastoletniego syna bardzo wpływowego Wetchika. Chłopak ma dwa metry wzrostu, znajduje się właśnie w okresie dojrzewania, w głowie krążą mu właściwe w jego wieku myśli i ideały. Odznacza się przy tym niewyparzonym językiem, za co niejednokrotnie przyjdzie mu zapłacić wysoką cenę. Elemak, starszy przyrodni brat, dziedzic i następca ojca, jest już mężczyzną z krwi i kości: silnym, zdecydowanym, wykazujący energię w działaniu. Mebbekew to z kolei lekkomyślny podrywacz i hulajdusza – dorabia sobie grą w teatrze, a najbardziej interesuje go zabawa i bezstresowe życie. Issib, jedyny rodzony brat Nafaia, jest kaleką. Porusza się w obrębie miasta za pomocą lewiterów; gdy jednak je opuści, będzie to dla niego straszna udręka i poniżenie – podróżowanie w specjalnie przygotowanym krześle stanie się dla niepełnosprawnego prawdziwą próbą siły charakteru.
Kiedy dołożymy do zestawu trzy matki i różnych ojców – poznamy całą skomplikowaną genetycznie rodzinkę, którą trafnie określić można jako jedną z tych, co to najlepiej wychodzą na zdjęciu. Stosunki rodziców z dziećmi, braci pomiędzy sobą, rozterki wewnętrzne, spiskowanie, charyzmatyczne dialogi – postacie Carda naprawdę potrafią zaintrygować.

Zdarzają się również momenty, które mogą irytować. W pewnej chwili ingerencja Nadduszy w zachowanie bohaterów wydaje się nużąca, a kilkukrotna ewakuacja z miasta i powracanie do niego różnymi sposobami – przygodami nieco pozbawionymi polotu. Te szczegóły nie psują jednak ogólnego wizerunku powieści.

„Pamięć Ziemi” to pierwszy z pięciu tomów cyklu, a ich komplet ma się ukazać w Polsce po raz pierwszy (do tej pory czytelnicy w naszym kraju mogli poznać tylko dwa, wydane wcześniej). Podchodziłem do książki sceptycznie, jako że wpadło w moje ręce w ostatnich latach sporo fantastyki z niższej półki – zajmującej się klonowaniem pomysłów starych mistrzów, a wnoszącej do gatunku niewiele świeżości. Orson Scott Card mnie jednak nie zawiódł – pomysł jest dość oryginalny, fantastyka użyta w przemyślany sposób, a całość sprawnie napisana. Z zainteresowaniem sięgnę po drugi tom opowieści – liczę na to, że autor jeszcze bardziej się rozkręci i mile mnie zaskoczy.

Orson Scott Card, Pamięć Ziemi, tłum. Edward Szmigiel, Prószyński i S-ka, Warszawa 2011.

Rafał Niemczyk

%d blogerów lubi to: