Stephen King, Przebudzenie. Recenzja.


Przebudzenie-okladkaPiąta osoba dramatu Kinga

Przyznam od razu – moja ostatnia przygoda z lekturą Kinga miała miejsce dość dawno temu. Nie jestem na bieżąco, mimo to co pewien czas wracam do jego książek z sentymentem, jako do jednego z pierwszych pisarzy, którzy nauczyli mnie strachu przy lekturze. Tego wyjątkowego poczucia niepewności co do wydarzeń na kolejnych stronach, nerwowego przygryzania palców, a jednocześnie brnięcia dalej z zapartym tchem i z półprzymkniętym okiem od początku do końca, choćby nie wiem co. Dlatego kiedy usłyszałam, że nowa książka Stephena Kinga zapowiadana jest jako pierwszy od lat dobry horror, skusiłam się bez wahania. Niestety, wspomnienia strachu przy lekturze nie zostały odświeżone, „Przebudzenie” zupełnie mnie nie obudziło. Powiedziałabym nawet, że uspało, jak to u nas mówią, ale obejdźmy się bez sarkazmu i spójrzmy na sprawę z perspektywy bigger picture. Co tu mamy, a czego niestety zabrakło?

Przebudzenie-Darek-Kocurek-1Na dobrą sprawę jest w tej powieści wszystko to, co w każdej porządnej kingowskiej powieści być powinno. Mamy pierwszoosobową narrację głównego bohatera, Jamiego Mortona, który opowiada nam o niemal całym swoim życiu. Mamy wstępne wydarzenie, jakim jest w tym przypadku pojawienie się w życiu Jamiego pastora Jacobsa, które solidnie przykuwa uwagę. Mamy kilka następnych zdarzeń, które pięknie stopniują napięcie, prowadząc jak za rączkę do kulminacji. Mamy też szereg kluczowych postaci – w tym rzeczoną w tytule piątą osobę dramatu, wspomnianego Charlesa Jacobsa, który budzi zarówno grozę, jak i zainteresowanie czytelnika. Tematyka książki podejmuje próbę odpowiedzi na najstarsze pytanie świata – o sens śmierci oraz to, co czeka nas po niej – i jest chyba jednym z najbardziej wałkowanych tematów w historii literatury, u Kinga zresztą też. Słuszne są w pewnej mierze skojarzenia z Frankensteinem, zresztą sugeruje je już sam tytuł, że o okładce nie wspomnę. Mamy tu wreszcie pięknie nakreśloną geografię miejsc i krajobrazu, jest muzyka w tle (rzecz, która zawsze mi się u Kinga podobała: poprzez tytuły piosenek zamieszczonych niby przy okazji w tekście, stwarza on coś w rodzaju soundtracku do swoich książek – w „Przebudzeniu” jest to istny przegląd historii rock&rolla), jest porządne tąpnięcie w postaci momentu kulminacyjnego – słowem wszystko to, co w każdej dobrej książce Kinga było i co za każdym razem zdało egzamin, jeśli idzie o reakcje czytelników, a często także (później) i widzów.

Przebudzenie-Darek-Kocurek-2Powieść położyło zaburzenie proporcji. Historia opowiadana przez Jamiego, jego życiorys, jest po prostu przydługa. Owszem, ma to swój cel, bo jak mówi nam główny bohater, nigdy nie wiadomo, które zdarzenie z naszego życia będzie tym kamyczkiem, który ruszy lawinę i wpłynie na kształt reszty naszych dni. I chociaż wszystkie fakty z biografii głównego bohatera mają znaczenie i jakoś wplatają się w historię o przebudzeniu, to jednak jest ich na tyle dużo, że przytłaczają. Życiorys Jamiego staje się po prostu zbyt drobiazgowy, a przez to troszeczkę męczący. Podobny chwyt został zastosowany m.in. w „Joylandzie”, jednak na mniejszą skalę, za to z lepszym skutkiem. Zastanawiam się, czy nie wynika to po trochu z kronikarskich zapędów samego Kinga, ostatecznie lata 70-80 to najlepsze lata jego życia, a ich klimat czuć w niejednej jego książce. Wszystko to sprowadza się jednak do faktu, że stary dobry Stephen King, trzymający czytelnika w napięciu i za gardło, zaczyna się na dobrą sprawę w okolicach 400-tnej strony.

Stephen-King-Joe-Hill

Papa z synem (fot. http://stephenking.com/)

W odbiorze recenzji „Przebudzenia” najwięcej waży jednak… kaliber samego autora. Bo pamiętać należy, że Stephen King to ta sama osoba, która napisała „Lśnienie”, „Zieloną milę”, „Misery” albo „Christine”, która wykreowała takie postacie, jak Jack Torrance, Andy Dufresne czy Roland Deschain, której dzieła przekłada się na dziesiątki języków, a ich ekranizacje przynoszą producentom setki milionów. I dopiero postawione w tym świetle „Przebudzenie” wypada mimo wszystko średnio, żeby nie powiedzieć blado. Przypomina bardziej próbkę prozy, którą serwuje nam syn Kinga, Joe Hill. Ile syna w ojcu, a ojca w synu niech ocenią sami Czytelnicy – osobiście na długie zimowe wieczory zdecydowanie wybieram wcześniejsze propozycje autora „Przebudzenia”.

Stephen King, Przebudzenie, tłum. Tomasz Wilusz, Prószyński i S-ka, Warszawa 2014.

Małgorzata Jędrzejewska

* Autorem ilustracji wykorzystanych w tekście jest Darek Kocurek (http://www.darekkocurek.com/).

Mroczna Wieża IV (komiks): Upadek Gilead. Recenzja.


Chwiejna konstrukcja Świata (Pośredniego)  

Czy warto jest, czy warte to wszystko
By czynić upadek

(Kult, „Czarne słońca”)

Konstrukcja naszego świata zbudowana jest tak, że mocarstwa, które toczą koła historii, jakkolwiek potężne by nie były, po jakimś czasie zawsze upadają. Bywa, że taka oś czasu wytrzymuje większe obciążenie, bywa że pęka w mgnieniu oka, niczym mydlana bańka, ale niezmiennie niszczeje, a na jej miejsce pojawia się następna, i następna, i następna. Upadały wielkie cywilizacje starożytnej Grecji, upadło perskie imperium wchłonięte przez Aleksandra Macedońskiego, z którego zrodziło się kolejne imperium, aby po jego śmierci podzielić się na mniejsze królestwa i rychło zniknąć z mapy świata. Upadło wreszcie Cesarstwo Rzymskie, początkując wieki ciemne i średniowiecze, rozpadło się Cesarstwo Rosyjskie et cetera.

A kiedy wybrzmi dźwięk rogu, Gilead…

Nie inaczej skonstruowany jest Świat Pośredni, gdzie osie historii i osie czasu koncentrują się wokół Mrocznej Wieży. Aby historia Rolanda, ostatniego z legendarnych rewolwerowców, mogła na dobre się rozpocząć, fasada Gilead, jego ojczyzny i niedoszłej spuścizny, musiała niestety runąć, grzebiąc w katakumbach ruin prawie wszystkie bliskie mu osoby. Tak, to okrutne oblicze świata, ale – jeżeli zastanowić się nad tym dłużej i głębiej – jedyne prawdziwe. Oblicze Świata Pośredniego niczym bowiem nie różni się od oblicza jakiegokolwiek innego świata.

„Upadek Gilead”, czwarty tom komiksowej serii osadzonej w świecie Mrocznej Wieży, opowiada o, nie dacie wiary… Opowiada o upadku Gilead. Ekipa tworząca (pod nadzorem Stephena Kinga) współpracowała w nieomal niezmienionym składzie, z małym wyjątkiem. Za rysunki tym razem odpowiedzialny jest wyłącznie Richard Isanove, któremu najwyraźniej jednak brak towarzystwa Jae Lee’go (współautora rysunków do albumów 1-3) zupełnie nie przeszkadza. „Upadek Gilead” utrzymany jest w niezmienionej, mrocznej konwencji poprzednich części.

Fabularnie album jest kontynuacją wydarzeń ze „Zdrady”. John Farson, upiorny Dobry Człowiek, wraz z czarnoksiężnikiem Martenem i armią swoich sługusów (wśród których po raz pierwszy widzimy „powolne mutanty” – inspirowane niewątpliwie orkami z „Władcy pierścieni”) wykradają Grejpfrut Maerlyna, by ostatecznie położyć kres znienawidzonemu królestwu Arthura Elda. Zanim jednak ich wojska dokonają oblężenia zamku, posłużą się bronią najniebezpieczniejszą – ogniem zdrady i podstępu.

Kadr z amerykańskiego wydania „Fall of Gilead”

W „Upadku Gilead” mamy do czynienia z niemalże kompletem archetypów zdrady. Brakuje może uosobienia Judasza Iskarioty w jednej konkretnej osobie, ale duch biblijnego zdrajcy obecny jest na każdej stronie opowieści. To właśnie przewidywalność razi w tej historii najbardziej. Sam Alain, zastrzeliwszy zdradzieckich wrogów, mówi: „Idioci. Gdybym choć przez chwilę pomyślał, że tacy jak ci mieli coś wspólnego ze śmiercią mego ojca, chyba zastrzeliłbym się ze wstydu”.

Okładka do Upadku Gilead #1 (rys. Jae Lee, Richard Isanove)

Wręcz nie wypada, aby elita Gilead dała się podchodzić w tak oczywisty sposób. Trochę oczywiście marudzę, bo przecież i wielki Juliusz Cezar nie potrafił przeniknąć spisku i uprzedzić zamachu na swoje życie. Ale Steven Deschain, w którego żyłach płynie krew Arthura Elda… No nie, nie mogę się z tym pogodzić. Nieporadne momentami dialogi i wtręty narratora, który raz stylizuje się na baśniowego gawędziarza, a innym razem na „spoko-zioma” puszczającego oczko do czytelnika, to już znak rozpoznawczy serii, do którego można przywyknąć.

Świeżego ducha niewątpliwie tchnie w tę historię wyjście spoza ram Gilead i okolic. Stanie się to w kolejnych albumach, dlatego fani Mrocznej Wieży muszą uzbroić się w cierpliwość.

Mroczna Wieża IV (komiks): Upadek Gilead; Robin Furth (fabuła), Peter David (scenariusz), Richard Isanove (rysunki), Stephen King (koncepcja literacka), tłum. Zbigniew A. Królicki, wyd. Albatros Andrzej Kuryłowicz, Warszawa 2012.

Rafał Niemczyk

Stephen King, Wiatr przez dziurkę od klucza. Recenzja.


Wiatr-przez-dziurke-od-klucza-okladkaKto sieje wiatr…

Hile, rewolwerowcy! Znów spotykamy się w Świecie Pośrednim, aby wysłuchać historii Rolanda z Gilead, syna Stevena, ostatniego rewolwerowca, któremu bardziej niż dwa ogromne rewolwery z drzewa sandałowego ciążą losy świata. Świata, który poszedł naprzód. Wiatr, który przeciska się przez dziurkę od klucza, śpiewnie zanosi kolejną opowieść. To opowieść Rolanda, który z milczącego Gary’ego Coopera zmienia się w wytrawnego gawędziarza. Czasem mu się to zdarza. Tak, czasem zdarzają się różne rzeczy, w które przenigdy nie dalibyśmy wiary. Być może w tej historii zawiera się jedna z nich. Chcecie, to posłuchajcie.

„Wiatr przez dziurkę od klucza” jest powrotem Stephena Kinga do uniwersum Mrocznej Wieży – po raz pierwszy od ośmiu lat, czyli ukończenia ostatniego, siódmego tomu cyklu. Przez ten długi czas King znów zajmował się swoją główną działką, czyli powieściami i opowiadaniami grozy, choć mainstreamowa krytyka bardzo dobrze przyjęła alternatywną historię z „Dallas ‘63”, a także ciekawą minipowieść kryminalną „Colorado Kid” (wydaną tuż po ostatnim tomie „Wieży”). Jeśli mielibyśmy umiejscowić „Wiatr przez dziurkę od klucza” chronologicznie względem całego cyklu, to książka nosiłaby numerek 4,5. Prezentuje wycinek drogi, jaką pokonali rewolwerowcy, zanim dostali się do Calla Bryn Sturgis – miasteczka, w którym rozgrywa się akcja piątego tomu.

Jae-Lee-1Roland i jego ka-tet, poszukując schronienia przed niszczycielskim lododmuchem (niszczycielska i dziwna odmiana burzy, której towarzyszy potężny wiatr oraz gwałtowne zmiany temperatury; wszystko nagle zamarza i rozpada się, zmiecione przez wicher), są zmuszeni zabarykadować się w starej świetlicy gdzieś na szlaku. Jake prosi, aby dla zabicia czasu Roland opowiedział im w nocy historię, której wcześniej nie słyszeli.

Rewolwerowiec po chwili wahania zaczyna snuć opowieść, a właściwie… dwie opowieści, zazębiające się i na pewnych poziomach przeplatające. Pierwsza to relacja Rolanda z jednej z pierwszych misji, która została mu zlecona przez ojca jako młodemu rewolwerowcowi – polowania na krwiożerczego skóroczłeka. Druga to baśniowa historia Tima Dzielne Serce – chłopca, który musi się zmierzyć z tajemnicą śmierci własnego ojca, złym ojczymem, cynicznym czarnoksiężnikiem, zwanym ze względu na pełnioną bezdusznie funkcję poborcy podatkowego Kontraktorem, a także pełnym niebezpieczeństw ponurym, starym lasem, leżącym blisko szlaku promienia, do którego nie zapuszczają się nawet najodważniejsi drwale.

Jae-Lee-2Polowanie na skóroczłeka momentami nawet trzyma w napięciu, brakuje tu jednak intrygujących zwrotów fabularnych – niezbędnych, by tego typu utwór stał się czymś więcej niż niewiele znaczącą historyjką, dłużącym się opowiadaniem. Śledztwo Rolanda jest do bólu liniowe, dialogi dość banalne, a całość niestety przewidywalna. Jednym z mistrzów podobnej konwencji jest nasz Andrzej Sapkowski – opowiadania ze świata wiedźmina zdecydowanie przewyższają „Skóroczłeka” pod wieloma względami. Także literacko „Skóroczłek” pozostawia wiele do życzenia – przypomina raczej pierwszy tom „Wieży”, napisany w 1982 roku, którego niedociągnięć King był świadomy, niż najlepsze pisarsko późniejsze tomy, nie wspominając już o innych książkach Kinga (choćby świetne „Cztery pory roku”). Mam świadomość, że opowiadającym jest Roland, a więc nie można od niego wymagać słownej perfekcji, niemniej powtarzający się po raz n-ty „alkaliczny pył” sprawił, że nie mogłem sobie podarować tego akapitu.

Jae-Lee-3Przygody Tima Dzielne Serce są ciekawszą alternatywą, choć nie pojawia się tutaj ani Roland, ani jego kompani. King czerpie za to garściami z archetypów baśniowych – mamy tutaj czarną i białą magię, zakazany las, magiczne rekwizyty i symbole, złego czarnoksiężnika, który zwodzi chłopca, dobrą  i złą wróżkę, a nawet wspomnienie lwa Aslana, który okazuje się być jednym ze strażników promienia. Wszystko to delikatnie pachnie Mroczną Wieżą, zaś King nie stroni od ukrytych nawiązań, powiązań, a także w specyficzny sposób porusza problemy społeczne. Maerlyn, który dał się schwytać w pułapkę, ponieważ był naje..ny, ewidentnie nawiązuje do tradycji naszego kraju – przeoczenie takiego smaczku byłoby wręcz niewybaczalne. Historia Tima jest oczywiście nieco wydłużona, a niektórzy doszukują się w niej, poniekąd słusznie, porównań z napisanym wspólnie z Peterem Straubem „Talizmanem”.

„Wiatr przez dziurkę od klucza” nie przyniósł powiewu świeżości i nowych horyzontów, które mogłyby odkrywczo rozszerzyć sposób postrzegania Świata Pośredniego (warte uwagi jest rzucenie światła na przedśmiertne losy matki Rolanda). Być może dlatego, że Stephen King – jak tłumaczy w przedmowie – chciał napisać książkę „dla każdego”, nie tylko zaś dla fanów, znawców i wyznawców Mrocznej Wieży (a znam takich, którzy poświęcili Wieży pracę magisterską – Hile, Rae z dalekiego Outpostu!). Czy dobrze to, czy źle – ocenicie sami. Roland to Roland, a Wieża to Wieża – niewielkie rozczarowanie i tak nie zmieni stosunku fanów do całego cyklu. A przecież i piszący te słowa właśnie do takich się zalicza.

Stephen King, Wiatr przez dziurkę od klucza, przeł. Zbigniew A. Królicki, Wydawnictwo Albatros A. Kuryłowicz, Warszawa 2012.

Rafał Niemczyk

* Ilustracje, których autorem jest Jae Lee, pochodzą z amerykańskiego, limitowanego wydania The Wind Through the Keyhole.

Jae-Lee-4

Mroczna Wieża III (komiks): Zdrada. Recenzja.


Ka-tet w szponach zdrady

Kleszcze zdrady zaciskają się wokół murów Gilead. Zło może uderzyć zewsząd – lepiej patrzeć na ręce nawet tym, którym rewolwerowcy ufają. Ka-tet Rolanda musi strzec się nie tylko siatki szpiegów i zastępów wrogów czających się gdzieś za horyzontem, ale też mieć się na baczności przed fałszywymi przyjaciółmi. Dłonie gorączkowo ślizgają się po rękojeści rewolwerów, a atmosfera staje się napięta, bo niebezpieczeństwo jest tuż-tuż. Ale nikt w baronii Nowy Kanaan nie spodziewa się, że maca już swoimi szponami twarze starych rewolwerowców, że drażni usta, nosy i uszy ich synów. Czai się w mroku i czeka na odpowiedni moment.

Mroczna-Wieza-Zdrada-1Fabuła koncentruje się wokół dworu Gilead, na którym trwają przygotowania do celebracji oficjalnego pasowania Rolanda, Alana i Cuthbert na rewolwerowców. To zasłużona nagroda za odwagę i poświęcenie podczas krwawych wydarzeń w nadmorskim miasteczku Hambry w baronii Mejis. Choć dla Rolanda tamte dni już na zawsze pozostaną zarówno najpiękniejszymi chwilami w życiu (miłość do Susan Delgado), jak i największą traumą (śmierć Susan na stosie), która nie opuści rewolwerowca nawet, gdy wiele lat później już jako dorosły mężczyzna wyruszy na poszukiwania Mrocznej Wieży. Młodzi rewolwerowcy narażeni są na ataki zazdrosnych rówieśników, Roland ściera się z przerażającą mocą Grejpfruta Maerlyna, szpetna sekutnica Rhea z Cöos jątrzy w swoim chorym umyśle kolejną ranę, a matka Rolanda – nieszczęsna Gabrielle – och, nie chcielibyście wiedzieć, co ona wyczynia…

– Upiekło ci się. Teoretycznie mógł kazać cię stracić za zdradę stanu.
– Przynajmniej nie musiałbym być miły dla matki – odpowie cynicznie Roland na słowa Cuthberta.

Mroczna-Wieza-Zdrada-2Trzeci tom komiksowej „Mrocznej Wieży” okrasza postać dość niezwykłej, jak na realia do których przywykliśmy, niewiasty. Akces przystąpienia do twardego, męskiego towarzystwa zgłosiła Aileen Ritter – siostrzenica mistrza Corta. Aileen nie chce pogodzić się z, wyznaczoną jej przez tradycję, rolą kobiety i żony, ponieważ ma serce rewolwerowca. Dziewczyna jest uparta, zadziorna i charyzmatyczna, poza tym świetnie strzela. Nie zapomina też oblicza… swojej matki. Celuje okiem, strzela umysłem. Być może los skaże ją także na zabijanie sercem, bo wszystko wskazuje na to, że scenarzyści zaplanowali dla Aileen jakąś poważniejszą rolę.

Jeżeli chodzi o kwestie techniczne, to zarówno wykonanie (twarda okładka, szycie, najwyższa jakość papieru), jak i strona edytorska, ponownie nie pozostawiają nic do życzenia. Od strony graficznej nadal obowiązuje minimalizm w tłach i kolorystyczna wirtuozeria (mocna paleta nasyconych barw); „detalizm” jest najwyraźniej czymś od czego na dobre uciekli autorzy strony wizualnej. Maciej Gierszewski z Kopca Kreta zwrócił uwagę na stylistykę narratorską, w myśl której narrator zwraca się gawędziarskim tonem bezpośrednio do czytelnika. Cytując Maćka, „taka koncepcja narratora zupełnie nie pasuje do języka komiksu”. Dopowiem tylko, że jest to zabieg stworzony specjalnie na potrzeby komiksu, nie zaadaptowany z powieściowego cyklu „Mrocznej Wieży”. Jeśli zaś całość akceptuje Stephen King, to pozostaje mi tylko pozostawić do oceny tę koncepcję każdemu czytelnikowi z osobna.

Mroczna-Wieza-Zdrada-3Świetną wiadomością jest natomiast fakt, że Wydawnictwo Albatros zapowiada ciągłość wydawniczą kolejnych tomów „Mrocznej Wieży”. Wiemy też już na pewno, że nie będzie ich pięć, tylko osiem. Roland, potomek w linii prostej Arthura Elda, będzie miał więc jeszcze pełne ręce roboty. My zaś będziemy mogli to wszystko oglądać i przeżywać razem z nim oraz jego ka-tet. Dobra to nowina, bo przecież uniwersum Mrocznej Wieży jest jednak światem nie do pomylenia z żadnym innym.

Mroczna Wieża III (komiks): Zdrada; Robin Furth (fabuła), Peter David (scenariusz), Jae Lee & Richard Isanove (rysunki), Stephen King (koncepcja literacka), tłum. Zbigniew A. Królicki, wyd. Albatros Andrzej Kuryłowicz, Warszawa 2011.

Rafał Niemczyk

Stephen King, Czarna bezgwiezdna noc. Recenzja.


Czarna-bezgwiezdna-noc-okladkaPotwór zębaty, czyli „Morderstwo to także praca”

Stephen King po raz kolejny uznał, poniekąd bardzo słusznie, że aby straszyć ludzi, nie trzeba wymyślać krwiożerczych wampirów, diabelskich samochodów, wściekłych psów, ani tworzyć postapokaliptycznych wizji. Do tego celu zdecydowanie nadaje się nasz świat w nieodmienionej literacko formie, a cokolwiek prozaicznie by to zabrzmiało – największym potworem tego świata jest niestety człowiek. „Świat to potwór zębaty, gotów gryźć, gdy tylko zechce” – pisał King w powieści „Pokochała Toma Gordona”. Najnowszy zbiór czterech nowel pt. „Czarna bezgwiezdna noc” argumentuje bezpardonowo powyższy punkt widzenia pisarza. Przerażający jest natomiast fakt, że wszystko wskazuje na to, iż Stephen King może mieć rację.

„1922” to obraz amerykańskiej prowincji z czasów prohibicji. Utrzymywane ciężką harówką farmy potrafiła wtedy zniszczyć susza bądź śnieg, a z otoczenia wiejskich chat piszczała bieda i monotonia. 100 hektarów ziemi w spadku (podczas gdy samemu ma się raptem 80) to w takich okolicznościach dar niebios. Tym bardziej kiedy swoje gospodarstwo kocha się ponad życie – zwłaszcza jeśli chodzi o życie swojej żony, a nie własne. Wilfried Eland James postanowił więc żonę zamordować, jej ciało wrzucić do studni, gdzie stało się pokarmem dla szczurów, a w szczegóły swojego krwawego planu wtajemniczyć nastoletniego syna.

Dolores-Claiborne-movieTło opowieści przypomina scenerię znaną ze świetnej „Dolores Claiborne”, ale bohaterowie mają już inne rysy psychologiczne. Farmer Wilfried James okazuje się bowiem wielce niestandardowym wieśniakiem. Przeciętny wieśniak nie czyta przecież Szekspira, nie cytuje Pliniusza Starszego, ani nie nadaje krowom imion greckich bogiń. W premierowej noweli przeplatają się ze sobą elementy skrajnie dramatyczne z cynizmem i humorem rodem z Monty Pythona. „Jeśli się ma płaskostopie, nie można zabijać szkopów. Mężczyźni z płaskostopiem mogą jedynie zabijać żony” – pomyśli podczas rozmowy z szeryfem Wilfried James.

Spotkamy tutaj wiele prozatorskich tricków charakterystycznych dla Kinga, choć przez lata zużytych już do nieprzytomności: mordercę będą prześladować ogromne szczury, zacznie popadać w obłęd, a każdą wizytę niepożądanego gościa poprzedzi pojawienie się „tumanów kurzu”. Jako że zło rodzi nieuchronnie zło – dręczącego wyrzutami sumienia i nieszczęśliwie zakochanego syna Jamesa dopadnie ponury los, którego Wam w tym momencie nie zdradzę. Dodam tylko dla ciekawych, że podobny motyw (ale w zdecydowanie bardziej subtelnym i poruszającym stylu) wykorzystał angielski pisarz Alan Sillitoe w genialnej noweli „Córka szmaciarza”.
Dzięki sprytnym zabiegom Kinga wielu z nas ulegnie złudzeniu, które pisarz wywołał celowo i będzie dla zbrodniarza szukał usprawiedliwienia. Kto wie, może nawet będzie Wam go żal. Pamiętajcie wtedy o jego wyrachowanych słowach: „Morderstwo to także praca”, po których zabrał się do sprzątania zachlapanej krwią żony sypialni.

Leatherface-Andrew-BryniarskiNowele „Wielki kierowca” i „Dobrane małżeństwo” są połączone motywem brutalnych gwałtów i morderstw dokonywanych na kobietach. W pierwszym przypadku mamy do czynienia z pisarką „kobiecych” kryminałów, która przeżywszy cudem gwałt, planuje odwet na swoim dwumetrowym oprawcy. Kierowca-bestia kojarzy się z postacią Leatherface’a z „Teksańskiej masakry piłą mechaniczną”. Miejsce, w którym mieszka, zresztą też. Zabita deskami dziura, gdzie każdy zna każdego, a miejscowi patrzą na obcych bykiem, obskurna knajpa i brudny warsztat samochodowy, z podłogą upaćkaną smarem i hakami wiszącymi z sufitu. Znamy te scenerie, prawda? Głównie ze slasherów i horrorów klasy B, a King jest przecież mistrzem takich opowieści. Psychologii tutaj mało, mamy raczej do czynienia z zestawem: akcja – reakcja. Otrząsnąwszy się po doznanym upokorzeniu, bohaterka opowiadania odpala wyszukiwarkę Google (dzięki której bez wychodzenia z domu prowadzi śledztwo), pakuje do torebki rewolwer Smith & Wesson i wyrusza rozprawić się z bestialskim gwałcicielem. I bardzo dobrze – jeśli się jej uda, na świecie ubędzie jednego bydlaka.

Trochę większy problem ma niejaka Darcy Anderson z „Dobranego małżeństwa”, przypadkowo odkrywając skrytkę męża, która umiejscowiona jest (a jakże!) w garażu. W tym wypadku również wystarczy godzinna sesja z Google, żeby upewnić się, że odnalezione w skrytce kobiece dokumenty należą do jedenastej ofiary niejakiego Beki. Torturuje on kobiety w wymyślny sposób i gwałci, a ich dowody tożsamości wysyła na policję, by bawić się ze stróżami prawa w kotka i myszkę. Czy możliwe jest ukrywanie swojej krwawej, mrocznej strony przez prawie 30 lat małżeństwa? Da się normalnie żyć z psychopatą, który prosi o wybaczenie i obiecuje poprawę? A może oddać zbrodniarza w ręce policji i zrujnować przyszłość dzieciom, które dopiero co wkroczyły w dorosłe życie? Z noweli płynie wyraźna sugestia, że człowiek może spędzić z kimś całe życie, zupełnie go nie znając.

Diabel-Boruta-Tygodnik-Ilustrowany-rycina-1866Na mnie największe wrażenie zrobiło jednak najkrótsze opowiadanie – „Dobry interes”. Choć stałym czytelnikom Kinga może się wydać wtórne, nieco przypominając motyw ze „Sklepiku z marzeniami”. Cały straszliwy urok tkwi w jego prostocie. Oto grubawy jegomość (niejaki George Bełdia – nietrudna anagramowa zagadka) oferuje choremu na raka Dave’owi Streeterowi „przedłużenie życia”. Wiąże się to ze stosunkowo niewielką opłatą (15% dochodów) i wskazanie człowieka, na którego ma spaść nieszczęsne brzemię – takie „prawo karmy” w krzywym zwierciadle. Streeter po krótkim wahaniu, kiedy rozważa nawet wycofanie się z układu (a może tylko udaje?), wskazuje na swojego starego przyjaciela. Ten ma piękną żonę, kochające i uzdolnione dzieci, wspaniały dom, świetnie prosperującą firmę, doskonałą sylwetkę i zdrowie. W chwili gdy Streeter podejmuje się paktu z diabłem, zaczyna mu się walić całe życie. Lekarze odkrywają u żony raka, dzieci chorują i giną w wypadkach, podstępny księgowy doprowadza go do ruiny. Staje się Hiobem w XXI-wiecznej wersji. Streeterowi, po odegnaniu śmiertelnej choroby, wiedzie się zaś doskonale. Napawa się widokiem upadku przyjaciela, grając przy tym wybornie rolę tego, który do samego końca nie opuścił biedaka w potrzebie.

Przesłanie jest proste i przerażające na równi z całym złem, które od dziesięcioleci pod różnymi postaciami ukazuje Stephen King. Głosi ono, że życie bardzo często jest cholernie niesprawiedliwe. Czasami wszystko potrafi popsuć się w jednej chwili. Zdarza się, że szary człowiek w zamian za ciężką pracę „otrzymuje” ciężką chorobę, a byle cwaniak i kombinator wozi się drogimi limuzynami, latem opalając na egzotycznej plaży swój tłusty złodziejski tyłek. Nie ma żadnego przepisu na szczęście, a diabeł potrafi nagradzać hojniej niż bóg. Jeśli się oczywiście w niego wierzy.

Stephen King, Czarna bezgwiezdna noc, przełożył Krzysztof Obłucki, Wydawnictwo Albatros A.Kuryłowicz, Warszawa 2011.

Rafał Niemczyk

%d blogerów lubi to: