Vladimir Nabokov, Lolita.


Lolita-okladka-2012O, pani na mych włościach!

Jakże dziwnie i słodko było odnaleźć ją samą w przedziwnym gaju imion,
w eskorcie róż – księżniczkę elfów między dwiema damami dworu.

Lolito, ornamencie literackiego kosmosu, ogniu lędźwi słowa, pomiędzy które wciskasz się bez pardonu, niewinna i dzika jednako, światłości swej świadoma!

Z jakimż nietaktem ten padół ziemski Cię nosi, niegodzien zadrapań Twych całować na kolanach, niegodzien piasku spod stóp Twych zamiatać, niegodzien szeptu Twego słuchać, wsłuchiwać się w Ciebie całą, Ciebie, co słowa w szeregu, jedno po drugim po kątach rozstawiasz, niegodzien kosmyków włosów Twych muskać, tychże nawet, co to upadły na ziemię pod upośledzonym ostrzem homo ferusa fryzjera, człowieka zdziczałego, barbarzyńcy, który perfekcję Twą dotykiem wulgarnym pokalał.

Lolito, panno zwiewna! Kto Cię dzieckiem zowie, ten oczy stale musi ku słońcu zwracać, oślepiony, bądź gałki oczne bielmem zasnute nadaremno przecierać, nadaremno, bo jasnym jest, iż oślepł na wieki. Sto czterdzieści Twoich pięć centymetrów pod nieboskłon Cię wznosi, skąd wszystko małe, małe i nędzne, a Tyś jedna wielka.

Jean-Honore-Fragonard-HustawkaO, panno wśród ruin! Grzęźniesz w mych rękach, konterfekt Twój niczym gołąb zamknięty w klatce, skazany na odruchy puste złej człowieczej woli, być może na słowo, dwa-trzy słowa, cztery, choć Ciebie słowami opisać nie sposób. Pisali o Tobie, o nas, piszą i pisać będą nieprawdę, by znaleźć podłe ujście dla stłumionej zazdrości. Piszą jakoby obrzydliwe to było, a czyżże ohydą mogą być słowa tak czarowne, tak kunsztowne, w świetle godźmiszowatej latarki błyszczące? Czyż godzi się rozliczać uczucie z jego niedoskonałej percepcji dlatego tylko, by zadość uczynić konwenansom?

Gdyby chociaż prawdą było, co jątrzą w swoim zaślepieniu! Trzydzieści pięć Twoich kilogramów na szali tonę złota przeważy, bo wszystkie skarbce świata puste są i nieważkie, gdy stajesz w pobliżu. Słyszycie? Stukot kół na wyszczerbionym bruku, syrena statku w żagle zajadle dmąca, ryk pasażerskiego samolotu. A Tyś tam wszędzie już była, nadal jesteś, ulepiona z gliny, która wszak nie kruszeje!

Usypiasz, a potem wracasz każdego poranka, coraz starsza i niezmieniona zarazem. Kielnia tego, który ofiarował Ci życie, już dawno rdzewieje, przymarzła w cemencie, ale Ty… Och, Ty, odnaleziona w przedziwnym gaju imion, w eskorcie róż, Ty, unieśmiertelniona księżniczko, orędowniczko absolutnego piękna, Ty już na zawsze panować będziesz na tych kruchych włościach. Uległa, boska i wieczna, Lolito. Ponieważ taką Cię stworzył.

Vladimir Nabokov, Lolita, tłum. Michał Kłobukowski, Wyd. MUZA SA, Warszawa 2012.

Rafał Niemczyk

* Czytelnikom, poszukującym wielorakich interpretacji, smaczków i ciekawostek na temat „Lolity”, polecam cykl opracowań naszego kolegi po fachu, Zbyszka Kwiatkowskiego, opublikowanych na łamach bloga W zaciszu biblioteki.

Vladimir Nabokov, Blady ogień. Recenzja


Obłęd w gabinecie cieni

Jest w obłędzie coś artystycznego. Pierwiastek opętania, przeobrażający się po wielokroć w gęsty i nieprzenikniony roztwór zła, fascynował starożytnych klasyków, kąsał bohaterów szekspirowskich, pełnił rolę passe-partout (a może raczej wytrycha?) do sękatej garści opowiadań Edgara Allana Poe. Można by z tego wydzielić odrębny regał w Bibliotece Babel.
„Utwór prozatorski istnieje dla mnie tylko o tyle, o ile daje mi coś, co bez ogródek nazwę rozkoszą estetyczną, czyli poczucie, że zdołałem jakoś, którędyś nawiązać łączność z odmiennymi stanami bytu, w których sztuka (ciekawość, czułość, dobroć, ekstaza) stanowi normę” – napisał Vladimir Nabokov w komentarzu do „Lolity”, gdzie wykreował postać nikczemnika, który tuszuje i retuszuje swoje haniebne czyny za pomocą pięknych słów, za pomocą magii sztuki, tychże odmiennych stanów bytu, w które wprowadza czytającego.

Bohater „Rozpaczy” opętany jest obsesją dokonania morderstwa doskonałego – planuje zabić człowieka bliźniaczo podobnego, zabrać mu jego tożsamość, by podszywając się pod niego, stać się własnym sobowtórem i uczynić z symetrii zabójstwa dzieło sztuki.
W dramacie „Wynalazek Walca” Nabokov przedstawia z kolei rojenia szaleńca, który pragnie uratować świat za pomocą potężnej broni dalekosiężnej.
W „Bladym ogniu” posuwa się o krok dalej, tworząc postać psychopaty-artysty, którego szaleństwo ogarnia już nie tylko rzeczywistość, nie tylko sztukę, ale tę zawiesistą przestrzeń pomiędzy, do której dostępu bronią zarówno prawa natury, jak i prawo karmy, jeżeli już nie może być mowy o zdrowym rozsądku.

Opisanie literackiej i fabularnej struktury „Bladego ognia” czytelnikowi niezaznajomionemu z twórczością Nabokova jest zadaniem karkołomnym. Z odsieczą przychodzi jak zwykle Leszek Engelking, który w rozbudowanym posłowiu opisuje różne sposoby interpretacji utworu, wiele ukrytych w gąszczu liter odniesień i szczegółów-klejnotów, do których dokopać się mogą jedynie najwytrwalsi. Jeżeli już mowa o pracy analitycznej, trzeba koniecznie wspomnieć o świetnym przekładzie, którego dokonali wespół Stanisław Barańczak (partie liryczne) z Michałem Kłobukowskim. Kończąc ten wątek, z ubolewaniem muszę nadmienić, że wydanie zawiera sporo błędów technicznych („literówek”), zwłaszcza w posłowiu, co w przypadku przywiązania pisarza do kultury języka razi szczególnie mocno (w jednym przypisie na str. 329 jest ich aż cztery).

Eugeniusz-OnieginZiarnem, z którego wyrosła trzynasta powieść Nabokova, była praca nad tłumaczeniem i opracowaniem „Eugeniusza Oniegina”, poematem dygresyjnym autorstwa Aleksandra Puszkina; małym zalążkiem był też fragment „Solus rex” z czasów rosyjskiej twórczości pisarza (jego fragmenty można przeczytać w zbiorze opowiadań „Kęs życia…”). Engelking zwraca uwagę na podobieństwo kształtu czterotomowego komentowanego „Oniegina” do znacznie krótszego objętościowo „Bladego ognia”, z tą istotną różnicą, że pierwszy jest pracą translatorską i literaturoznawczą, a drugi literacką fikcją. Utwór jest jednym z najbardziej skomplikowanych dzieł w całej historii literatury, ustawianym na jednej półce razem z „Ulissesem” czy „Finnegans Wake” Jamesa Joyce’a. Na jego temat powstały dziesiątki książkowych monografii, omówień, esejów, nie wspominając już o artykułach i recenzjach. Czym więc jest „Blady ogień”?

Jako pierwszy zwraca na siebie uwagę kształt książki, który w połączeniu z umiłowaniem autora do symboliki, ukrytych znaczeń i gier słownych, przyrównać mogę z lekkim przymrużeniem oka do połączenia „Hexa” Johna Nasha juniora z szachową zagadką, wyreżyserowanego przez młodego Ingmara Bergmana. W „rzeczywistości” zaś – jak mawiał Nabokov „wyraz ten jako jeden z nielicznych nic nie znaczy bez cudzysłowu” – to hybrydowe porównanie jest mało trafne, bo trudno byłoby w matematycznej bądź filmowej konwencji oddać to, co potrafi zdziałać geniusz za pomocą słowa.
Mary McCarthy pisze o „Bladym ogniu” „dzieło-centaur”, Michał Głowiński wskazuje na mimetyzm formalny, czyli „naśladowanie w powieści innych niepowieściowych form wypowiedzi”, Leszek Engelking dodaje, że już ów kształt powieści, jedyny i niepowtarzalny, sprawia, że jego naśladowanie stałoby się plagiatem. Bowiem dążenie do całkowitej artystycznej oryginalności to jedna z pieczęci na twórczości Vladimira Nabokova.

Książkę otwiera przedmowa Charlesa Kinbote’a do składającego się z 999 wersów i podzielonego na cztery pieśni poematu fikcyjnego amerykańskiego pisarza Johna Shade’a pt. „Blady ogień” (ang. shade – cień). Poetyka tego utworu nawiązuje do czołowego poety angielskiego oświecenia Alexandra Pope’a, prekursora romantyzmu w literaturze brytyjskiej Williama Wordswortha oraz jednego z największych poetów amerykańskich XX wieku Roberta Lee Frosta. Ton autora przedmowy w uważnym czytelniku obudzi pierwszą nutę niepewności. Coś jest tutaj nie tak, coś fałszywie dźwięczy w wysublimowanych słowach Kinbote’a, jakieś niepokojące nuty wygrywa ten solista, usiłujący za wszelką cenę zagrać pierwsze skrzypce w symfonii, której to przecież nie skomponował. John Shade bowiem nie żyje, a Kinbote samozwańczo obwołuje się wydawcą, redaktorem i komentatorem utworu swojego, jak sam go określa, „dobrego przyjaciela”.

Przeczytanie poematu nic konkretnego (poza odczuciami estetycznymi czytelnika) nie wniesie, dopiero wczytując się w komentarz Kinbote’a, wers po wersie będzie zagłębiał się w interpretację utworu, która stanie się skróconym życiorysem zmarłego poety z rozrastającym się garbem historii Charlesa Kinbote’a, wygnanego z tajemniczej Zembli króla – Karola Ukochanego. „Życie ludzkie jest tylko serią przypisów do jakiegoś olbrzymiego, mętnego, niedokończonego arcydzieła” – napisze Kinbote w komentarzu do wersów 939-940.

Ale kim tak naprawdę jest Kinbote? W jaki sposób poznał Johna Shade’a na Uniwersytecie Wordsmitha w New Wye (Appalachia, USA)? Na jakiej podstawie uzurpuje sobie prawo do współautorstwa poematu? Kim jest podążający jego tropem płatny zabójca, tajemniczy Jacob Gradus? Jak przebiegała rewolucja w Zembli i oblężenie zamku króla, po którym musiał on sekretnym korytarzem zbiec do Ameryki? Kto jest autorem cytatu z „Żywota Samuela Johnsona” otwierającego książkę jeszcze przed przedmową – Kinbote, Shade czy Nabokov? Dlaczego w kończącym utwór indeksie pedantycznie stworzonym przez Kinbote’a brakuje niektórych nazwisk? Gdzie jest prawda, gdzie fikcja, a gdzie złowieszcza gra z czytelnikiem, w ręku którego zwykła z pozoru książka zamienia się w narzędzie zemsty, rurę wydechową najniższych instynktów i labirynt szalonego umysłu?

Vladimir-NabokovO języku Nabokova wspominać nie trzeba – wystarczy otworzyć książkę na losowo wybranej stronie (właściwie dotyczy to wszystkich jego dzieł), zacytuję za to kawałek poematu Johna Shade’a, osobiście mi bliski, bo jestem fanem Sherlocka Holmesa i sir Conan Doyle’a:

 Kropka, strzałka w tył; znowu: kropka, strzałka…
przecież
To trop bażanta! To on tędy w nocy przeszedł!
Sublimat kuropatwy, dandys w kołnierzyku,
Urządził sobie Chiny w naszym zagajniku.
Czy to nie on w
Sherlocku Holmesie wzuwał buty
Noskami w tył, fałszując kierunek marszruty?

Odnajdziemy w „Bladym ogniu” wiele motywów mniej lub bardziej bliskich Nabokovowi, jak temat sobowtóra, niebezpiecznego tudzież urojonego totalitaryzmu, amerykańskiej obyczajowości lat 50-tych w małym mieście, apologię samobójstwa, dialog dotyczący grzechu pierworodnego i Boga, a także (jasna rzecz) zaświatowości i życia po śmierci.

[Sylogizm: Umierają inni; ja nie jestem
Nikim innym; a zatem ja nie umrę.]

Popularność „Bladego ognia” wśród czytelników nie przebiła skandalizującej „Lolity”, natomiast nabokovolodzy, literaturoznawcy i krytycy zgadzają się bezsprzecznie, że jest to dzieło co najmniej równie wybitne, kompletne i niepowtarzalne pod względem formy. Przenikając przestrzeń literackiego obłędu, w blasku bladego, ale niegasnącego nigdy ognia (bo „życie jest to przesłanie – nabazgrane w mrokach”), pojawiają się nieorganiczne cienie – jeden za drugim, za trzecim, za czwartym, w gabinecie chorych luster i cieni, wpatrzone w ciemniejącą dal, ustawione w dwuszeregu lub szeregu, stojące na baczność, słaniające się na nogach, klęczące albo konające. Którymś z nich jest Nabokov, którymś jest John Shade, którymś jestem ja, a którymś Ty, mój drogi Czytelniku.

Vladimir Nabokov, Blady ogień, przeł. Stanisław Barańczak i Michał Kłobukowski, posłowiem opatrzył Leszek Engelking, Wydawnictwo MUZA SA, Warszawa 2011.

 Rafał Niemczyk 


Vladimir Nabokov, Kęs życia i inne opowiadania. Recenzja.


Zaczarowany wilk Nabokova

Vladimir Nabokov mówił, że pisarz powinien łączyć w sobie trzy cechy: gawędziarza, nauczyciela i czarodzieja, przy czym z całej tej triady, dominująca powinna być postać czarodzieja. To wszakże umiejętność odprawiania czarów czyni pisarza wielkim. Nabokov w niektórych kręgach uważany był za zarozumiałego. Wytrwale wierzył zarówno w nieśmiertelność swoich bohaterów, jak i w duchowe, nieuchwytne, ale i nie mające sobie równych oddziaływanie literackiego geniuszu. W literaturę jako skarbiec dziecięcych wspomnień, jako akwarelę platonicznych i przeżytych miłości czy leśną polanę na końcu drogi, gdzie, gdy sięgnąć wzrokiem wokół, rozciąga się widok na szlaki przeszłości. Dla autora słynnej „Lolity” równie ważne są wzniosłe krajobrazy życia, jak i te szare, budujące codzienność. Ot, wspomnę tutaj na szybko widok z pędzącego pociągu, nocne latarenki rzucające co noc nowe promienie na koślawe budynki starej kamienicy, zabawę w chowanego czy portret szwajcarskiej guwernantki.

„Kęs życia i inne opowiadania” to zbiór przeszło czterdziestu opowiadań napisanych po rosyjsku i angielsku, jakie powstały w latach 1930-50. W 1940 roku pisarz popłynął transatlantykiem do USA, gdzie zamieszkał. Przyjmuje się, że wtedy też zaczął tworzyć w języku angielskim (co, będąc dokładnym, nie do końca jest prawdą, bo Nabokov już w 1920 opublikował na łamach The English Review krótki liryk pt. „Remembrance” plus kilka utworów w czasie międzywojennym). Odnajdziemy w „Kęsie życia…” doświadczenia i obrazy z podróży twórcy po Europie (Rosja, Francja, Wielka Brytania, Niemcy), jak i elementy związane z życiem w USA.

Nabokov-Wyklady-o-literaturzeKiedy przegląda się notatki, które sporządzał Nabokov rozkładający na czynniki pierwsze „Ulissesa” Jamesa Joyce’a (rozrysowany dokładnie plan irlandzkich ulic i domów), „Panią Bovary” Flauberta czy „Przemianę” Kafki (w trakcie lektury powstał szkic Nabokova, obrazujący owada z opowieści Kafki) nie ma wątpliwości, że ma się do czynienia z perfekcjonistą. Każde opowiadanie Rosjanina to nowa magiczna formuła, w której możemy doszukiwać się drugiego dna, zastanawiając się: co tym razem przeoczyliśmy? A może ten dialog ma głębszą lub inną wymowę, niż nam się pierwotnie wydawało?
Niezapomniane chwile, spędzone z krótką formą prozy Nabokova, przepełnione są oprócz tego elegancją i literackim pięknem. Mało które z nich ma „opowiadacką” formę, wszędzie są zakręty i językowe perełki. Nabokov pisze o rzeczach, o których wielu z nas nie ma pojęcia, mimo, iż są często tak blisko – tuż obok nas.

Spora część opowiadań pochłania losy rosyjskich emigrantów w międzywojennym Berlinie. W „Spotkaniu” oglądamy scenę, w której po kilku latach rozłąki, spotykają się dwaj bracia: Serafin (działacz polityczny w ZSRR) odwiedza w Niemczech Lwa (naukowca nie odnoszącego większych sukcesów na emigracji). Tytułowe spotkanie przebiega w ciężkiej i niezręcznej atmosferze. Bracia nie potrafią ze sobą rozmawiać, uciekają się do wybiegów i prozaicznych czynności, by jakoś zabić czas, który niemiłosiernie się dłuży. Tak czasami wygląda przypadkowe spotkanie w autobusie z byłym znajomym z dzieciństwa, każdy z nas musiał doświadczyć w życiu takich sytuacji. Czy powinno tak wyglądać spotkanie dwóch braci, a jeśli tak, to gdzie leży tego przyczyna?

„Usta ku ustom” to historia pisarzyny, który zwodzony komplementami dotuje emigracyjną gazetę. Do czego człowiek jest w stanie się posunąć, w jakie kłamstwa uwierzyć, żeby zaspokoić poczucie własnej wartości, by zapełnić wirtualnym nadzieniem swoje ego? Z kolei w „Nowinie” trzeba przekazać starszej pani tragiczną wiadomość, że jej syn poniósł śmierć na emigracji w Paryżu. Kto ma to uczynić, jak to zrobić, by serce kobiety nie stanęło z żalu?

Nabokov wiele miejsca poświęca także sprawom politycznym, którymi interesował się, choć twierdził, że nie powinny miksować się ze sztuką. Dwa rozdziały z nieukończonej powieści („Ultima Thule” i „Solus Rex”) przemianowane na odrębne opowiadania, łączą w sobie rozważania na temat „istoty rzeczy” i życia pozagrobowego, z wizją utopijnego, wyspiarskiego państwa. W „Unicestwieniu tyranów” mamy do czynienia z próbą obalenia despotycznego przywódcy za pomocą literatury. Narrator zna dyktatora od dzieciństwa (wiele wskazuje na to, że jest nim Stalin), obserwuje kolejne kroki stawiane przez niego na drodze politycznej kariery, a ostatecznie konsekwencje zgubnego wpływu, jaki wywierał na społeczeństwo, które posiadł. Jego nienawiść do dyktatora wzrasta z każdą stroną, na kartach swojej opowieści snuje on plany, co do sposobu w jaki zakończy niecne rządy tyrana.

„Leonardo” to upiorna wizja prześladowań prowadzących do okrutnego mordu. Dokonuje go dwójka braci z robotniczej dzielnicy, do której wprowadza się pewien jegomość sprawiający początkowo wrażenie uczonego. Fakt, że na końcu okazuje się on fałszerzem pieniędzy, wystarczy braciom, jako usprawiedliwienie zabójstwa – ba, są oni nawet w stanie uznać swój postępek za czyn godny pochwały. Nabokov krytykuje ustrój, społeczne zacofanie bohaterów, ich ordynarność i tępotę, konfrontując ich z fragmentem świata zewnętrznego.

VanGogh-Gwiazdzista-noc„Obłok, jezioro, zamek” to obraz piękny i przerażający zarazem. Nabokov w poruszającym stylu opisuje imponderabilia ukryte w zakamarkach ludzkiej duszy. Anonimowość i piękno krajobrazu, niemożność stwierdzenia „dokąd prowadzi ta ścieżka?”, obserwowana z okna pędzącego pociągu. W końcu obrazek złożony z tytułowych elementów: stary, malowniczo położony nad uroczym jeziorem zamek, nad którym unosi się zmieniający w niedostrzegalny sposób swoje kształty obłok. Tło utworu jest podszyte metafizyką – odnajdując w pobliżu gospodę Wasilij Iwanowicz powie: „Wie pan, wynajmę go na całe życie”. Być może takiego właśnie miejsca poszukuje wrażliwy człowiek, być może to tutaj zaczyna się spokojniejszy świat. Iwanowiczowi nie jest dane tego sprawdzić, bo brutalnie zostaje z powrotem zawrócony przez kierownika wycieczki, której stał się uczestnikiem. Musi podporządkować się do sztywnych, ostrych reguł rządzących grupą ludzi, w której się znalazł. Słuchać rozkazów, nakazów, a w końcu szyderstw i wyzwisk. To ciemna strona opowiadania, które Nabokov naznaczył wyraźnymi śladami faszyzmu.
Bezpośrednio czyni to zaś w utworze „Obrazek rodzajowy, 1945”, gdzie pojawia się inny charakterystyczny znak – motyw sobowtóra, który dobrze znamy choćby z twórczości Borgesa. Na skutek dziwnej pomyłki, związanej właśnie z istnieniem sobowtóra bohatera opowieści, trafia on na budzący grozę zjazd emigrantów-nazistów urzędujących w USA.

Vladimir Nabokov wiele miejsca w swojej twórczości poświęcił na wspomniany motyw ludzkiego istnienia po śmierci. „Nie sposób nie zauważyć, że zagadka śmierci i przeczucia dotyczącego spraw, które wykraczają poza zakres ludzkiego poznania i doświadczenia, mają w zróżnicowanej tematycznie twórczości Nabokova miejsce uprzywilejowane” – napisał w posłowiu Leszek Engelking, wybitny tłumacz i znawca twórczości pisarza.
Naznaczone wieloma stygmatami takich rozważań jest opowiadanie „Sygnały i symbole”, uznane przez badaczy literatury za jedno z najlepszych w całym dorobku Nabokova. W tym krótkim utworze dwoje rodziców wychowuje chorego psychicznie syna, ogarniętego bardzo rzadkim rodzajem psychozy, „manii aluzyjnej”. To prawdziwy majstersztyk, naszpikowany ukrytymi tropami, wskazówkami, grą słów. Kto nie ma czasu przebijać się przez siedemset stron opowiadań Nabokova, niech przeczyta choćby te osiem, a później zajrzy do opracowania Leszka Engelkinga. Artysta czy prestidigitator? Jedno i drugie tworzy przecież geniusza.

Vladimir-Nabokov-2W „Siostrach Vane”, które autor uważa za swoje szczytowe dokonanie, mamy do czynienia z czymś jeszcze innym. Nabokov posuwa się o wiele dalej, tworząc niełatwe do odnalezienia przesłanki dowodzące jednoznacznego wskazania na obecność głosów z zaświatów. Wywołuje wspomnienia, skojarzenia, ostatecznie naprowadza czytelnika za pomocą słownych manipulacji w formie kończącego opowiadanie akrostychu, który jest zaklęciem zdejmującym zasłonę z całego utworu. Stosowanie ewokacji jest jednym z wielu zabiegów wskazujących na to, jak bardzo Nabokov świadomy jest swojej literackości. Ucieka się do anomalii narracyjnych, aliteracji, parodii, antyiluzjonizmu (bo pisarz przeczył samodzielnemu istnieniu rzeczywistości przedstawionej); stylistyki tak różnej, że czasami nie chce się wierzyć, że może ona być tak zróżnicowana.
W słynnej „Lolicie” pojawia się nazwisko Vivian Darkbloom, które jest niczym innym jak anagramem pisanego z angielska nazwiska pisarza. W ostatnim ze swych poetyckich zbiorów „Poems and Problems”, udało mu się zaś połączyć wiersz z zadaniem szachowym (był entuzjastą królewskiej gry i zadań szachowych). Wszystko to potwierdza, jak ważne dla Nabokova były same słowa, a także ich kompozycje i zbudowane z nich zdania. Jak napisał Lech Budrecki w szkicach o nowej prozie amerykańskiej, największą wartość artystyczną u Nabokova stanowi zespolenie wartości estetycznej z autentycznym bytem. „Osiągnąć go można jedynie za sprawą wyobraźni. Zespolenie się z „bytem prawdziwym” uświęci więc literaturę” – możemy przeczytać na końcu szkicu poświęconego Nabokovowi.

Vladimir Nabokov opowiedział kiedyś o narodzinach i funkcji literatury w formie zabawnej anegdoty, którą pozwolę sobie na koniec zacytować w niezmienionej formie.
„Literatura narodziła się nie tego dnia, kiedy chłopiec, wołając „Wilk, wilk!”, przybiegł z neandertalskiej doliny, ścigany przez wielkiego, szarego wilka. Literatura narodziła się wtedy, kiedy chłopiec nadbiegł, wołając „Wilk, wilk!”, a wilka nie było. Fakt, że biedaczek został w końcu zjedzony przez prawdziwego wilka, bo kłamał zbyt często, to już sprawa mniej istotna. Ale jest w tej historii coś naprawdę ważnego. Pomiędzy wilkiem w bujnej trawie i wilkiem z bujnej wyobraźni chłopca jest pewien roziskrzony łącznik. Ów łącznik, ów pryzmat jest sztuką literatury.”
I wiecie co? Wilk Nabokova ma straszne zęby, gryzie i żyje w wielu światach.

 Vladimir Nabokov, Kęs życia i inne opowiadania, przełożyli Leszek Engelking i Michał Kłobukowski, Muza SA, Warszawa 2011.

 Rafał Niemczyk

%d blogerów lubi to: