Amos Oz, Dotknij wiatru, dotknij wody. Recenzja.


Nad wzgórzami jest cisza

Kiedy w 1939 roku Polskę ogarnęła pożoga drugiej wojny światowej, dla ludzi, a w szczególności dla Żydów, nadeszły tragiczne czasy, o jakich nie śniło się najbardziej radykalnym fatalistom. Zima tego roku była straszna, dlatego Pomeranz – żydowski  nauczyciel matematyki i fizyki, kochający muzykę marzycielski syn zegarmistrza i przykładny obywatel miasta M. – zmuszony jest uciec więżącym go Niemcom przez komin do lasu, po czym za pomocą lewitacyjnych zdolności unosi się w górę, by przemierzając Europę, dotrzeć do Ziemi Obiecanej.

Już początek powieści „Dotknij wiatru, dotknij wody” wybitnego izraelskiego pisarza – Amosa Oza określa surrealistyczną stylistykę, jaką oblepiona jest większa część utworu. Surrealizm zmyślnie miesza się z realizmem magicznym, marzenia z rzeczywistością, prawda z urojeniami, jawa ze snem. O Polsce opowiadała pisarzowi matka, okrucieństwa wojny doświadczył sam – wcielony do izraelskiej armii w 1967 roku. „Gdyby trzeba było wziąć karabin raz jeszcze, uczyniłbym to bez wahania – mówi w jednym z wywiadów. – Ale tylko i wyłącznie wtedy, kiedy stawką byłaby egzystencja mojego kraju i jego mieszkańców. W żadnym innym wypadku.” Bo Amos Oz to zdeklarowany pacyfista, nie popierający agresywnych działań rządu swojego kraju. „Dotknij wiatru, dotknij wody” możnaby nazwać antywojenną baśnią – to ładna nazwa, trochę patetyczna, ale oddająca prawdę.

Amos-Oz (fot. Dan Porges)Nadciągnęła więc wojna, „nadciągnęła ciemność, wymacując drogę długimi palcami zmierzchu, ciemność jak czarna śmierć zagarnęła całą Europę, strumienie i brzozy, miasta o zaryglowanych okiennicach i pustkowia, Polskę i jej lasy, wpełzła do pokoju, pod fotele, osnuła koty, półki, bibeloty, różową dziewczynę na płótnie Matisse’a” – Amos Oz uwodzi poetyką, co rusz nie pozwalając jednak zapomnieć o tym, że ta rzeczywistość była straszna, nie literacka. Pięknie podana, ale w rzeczywistości przerażająco okrutna i drapieżna, jak wojna z obrazów Salvadora Dali.

Podróżując po Europie, Pomeranz przygląda się z bliska tej ciemności. Pisarz, by podkreślić tragizm i absurd wojennej scenerii, gotów jest w pewnych momentach zrezygnować ze stosowania przecinków, przestawiać szyk zdań, uderzyć serią porównań.
Żona Pomeranza, Stefa, pozostaje w Polsce i opiekuje się starym profesorem, by w dziwnych okolicznościach stać się później agentką radzieckiego wywiadu. Wydaje się, że wojna rozdzieliła ich na dobre. Marzycielski zegarmistrz trafia do upragnionej Ziemi Obiecanej – do Galilei, skąd pochodził Jezus Chrystus. To tutaj, w pobliżu Jeziora Tyberiadzkiego, w 1910 roku powstał pierwszy kibuc. Pomeranz, stając się członkiem żydowskiej społeczności, odnajduje spokój, by po chwili wytchnienia i ułudy zostać brutalnie oszukanym. Oto zostaje świadkiem nowej wojny – tym razem na terenach Izraela i Palestyny.

Amos Oz operuje symbolami i metaforami niczym wirtuoz-prestidigitator. Cuda dokonywane przez Pomeranza, jego poszukiwanie spokoju poprzez badania nad formułą nieskończoności, magiczna przyroda, opisy seksu. Któregoś dnia, jeszcze Polsce, niemieckiemu generałowi baronowi von Topf – wojskowemu komendantowi miasta – „z winy wilgotnego klimatu, wskutek przytłaczającego brzemienia odpowiedzialności i ciężaru obowiązków służbowych, jak również z powodu zawężenia horyzontów kulturalnych” wyrasta… ogon.
Innym razem sympatyczny staruszek kropi się perfumami i przyodziewa przed spotkaniem z kobietą elegancki garnitur. Nie jest to jednak romantyczna randka, a spotkanie dwójki szpiegów-zawodowców, które z ukrycia w trzcinach nad jeziorem obserwują celowniki karabinów agentów wywiadu.

Autor podejmuje w powieści motywy znane z jego wcześniejszych książek: wojny pozbawionej pierwiastka humanitarności, zabijanie w imię chorych wyobrażeń („Krucjata”); obsesyjna, pozbawiona logicznych przesłanek nienawiść, zbudowana na kultywowaniu propagandowych haseł („Późna miłość”) czy coś przyjemniejszego wreszcie, życie człowieka w zgodzie z przyrodą („Tam, gdzie wyją szakale”) – jakie mogłoby być szczęśliwe w swojej prostocie, ale jakie ze wszech miar nie jest.

Johann-Wolfgang-von-GoetheOz w jednym z rozdziałów parafrazuje „filozofię bytu” Martina Heideggera. Przytacza w tym kontekście słynny fragment wiersza „Über allen Gipfeln ist Ruh” Goethego:

Nad wzgórzami

Jest cisza.

Na wierzchołkach

Czujesz zaledwie wiatr;

Umilkły ptaki w lesie!

Poczekaj, wkrótce

Umilkniesz i ty.

Możnaby śmiało dopisać dotknij wiatru, dotknij wody, bo jest w prozie izraelskiego pisarza garść romantycznych wpływów Goethego. Chciałoby się, by nad szczytami zawsze była cisza, ale nie jest. A skoro tak, Amos Oz jeszcze nie milknie. Amos Oz  wciąż opowiada.

Amos Oz, Dotknij wiatru, dotknij wody, przeł. Danuta Sękalska, Dom Wydawniczy Rebis, Poznań 2011.

Rafał Niemczyk

Funky Koval, Sam przeciw wszystkim, Wbrew sobie, t. 2 – 3. Recenzja.


Funky Koval.
Romantyczny bohater narodowy

I mamy kolejnego „Funky’ego Kovala”. Czegóż tym razem możemy się po nim spodziewać? Ano wciąż tej samej, dobrej formy. Funky już się rozpędził jak lokomotywa i nie sposób byłoby go zatrzymać. Kadry mkną w ekspresowym tempie, historia nieustannie się wikła, kolejne intrygi, kolejne przeciwności, kolejne problemy. Wszystko wiruje, tylko Funky się nie zmienia. Bohaterski, odważny, rozbrajająco arogancki i oczywiście – „sam przeciw wszystkim”.

Jeśli jeszcze nie wiecie, Koval to kosmiczny detektyw – pracownik agencji Universs. Jego historia, stworzona przez Polcha, Parowskiego i Rodka, rozpoczęła się w roku 1982, publikowana w odcinkach na łamach „Fantastyki”.  Mimo że komiks o Funkym  stworzony został w stylistyce sci-fi, wydaje się być bardzo bliski naszej rzeczywistości. I to nie tylko sprawka przestarzałych polskich fryzur i wąsów, w które wyposażeni są rysunkowi bohaterowie. Matactwa władz, manipulacje polityczne, państwo kłamstwa i propagandy, a dodatkowo Jerzy Urban w telewizorze – fantastyczny świat komiksu jak ulał pasuje do naszej rodzimej rzeczywistości lat 80.

Funky-Koval-Sam-przeciw-wszystkimNa szczęście w tym wrogim świecie mamy Kovala – naszego narodowego superbohatera. Funky wcale niezgorzej wypada na tle amerykańskich herosów w rajtuzach. Ta sama godna podziwu odwaga, podobne nonszalanckie poczucie humoru, łobuzerski uśmieszek i piękne kobiety przy szerokich barach. Funky nie potrzebuje jednak takich porównań, byśmy go docenili. Bo choć pasuje do amerykańskiej stylistyki, jest przecież na wskroś polski. To nasz romantyczny bohater, walczy sam, działa na własną rękę, czasem w przebraniu, przeciwko władzy, wbrew prawu, w imię idei. Mając na uwadze te cechy, można by go nazwać współczesnym Konradem Wallenrodem.

Konradem Wallenrodem? Czy to nie przesada? – spyta oburzony czytelnik, który szkolnych lektur nie lubił. Tymczasem nasza kultura od dawna kochała się w aroganckich samotnikach. Funky Koval to jeden z nich – tyle że w wydaniu „pop”. Odwraca się plecami nawet do swoich. „Odchodzę z agencji, Paul. Jesteście zbyt pasywni!” – powie rozgoryczony do przełożonego. Funky nie potrafi grać asekurancko, on musi walczyć, na wszelkie sposoby i bez najmniejszego wahania. Podejmuje ryzyko, bezczelnie wchodząc do paszczy lwa. Nie widzi bowiem innego wyjścia. Taki charakter musiał spodobać się Polakom – szczególnie w tym ponurym czasie.

Funky-Koval-Wbrew-sobie

Funky-Koval-Wbrew-sobie-wyd.3Funky ma przede wszystkim dostarczać rozrywki – ale i w tym tomie, tak jak i w poprzednim, nie jest to rozrywka zupełnie niezobowiązująca. Komiks Polcha, Parowskiego i Rodka posiada swój ciężar – z jednej strony czyta się go szybko, z drugiej – powoli. Trzeba nadążać, starać się zrozumieć, wczytać się mocno, chwycić mocno linii fabularnej, by po kilku kadrach gdzieś się nie zgubić. Obcowanie z tym światem zupełnie jednak nie męczy. Szczególnie, że jest on bardzo szczegółowy, barwny, a oglądanie kolejnych plansz przynosi dużo estetycznej przyjemności. Nie widzimy w Funky’m śladów działania bezlitosnego zęba czasu. On naprawdę niewiele tu nadgryzł. Tracą myszką jedynie polskie wąsy, ale i to ma swój urok.

Bogusław Polch, Maciej Parowski, Jacek Rodek: Funky Koval – Sam przeciw wszystkim, Wbrew sobie, t. 2 – 3, wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2011.

Dorota Jędrzejewska

Juli Zeh, Corpus Delicti. Proces. Recenzja.


Lekarzu, ulecz samego siebie

W dość wąskim zbiorze klasycznych ludzkich pragnień poczesne miejsce zajmuje zdrowie. Życzymy sobie dobrego zdrowia, wznosząc toasty przy każdej okazji, ponieważ jego brak sprawia, że wszystkie pozostałe pragnienia stają się zbędne lub niemożliwe do zrealizowania. Choroba wysysa z człowieka życiową energię, odbiera nadzieję na godne i szczęśliwe życie, w ostateczności prowadząc do jego końca. Ludzkość robi więc wszystko, by przeciwstawić się fatum. Według badań WHO większość społeczeństw byłoby w stanie poświęcić najwznioślejsze idee w zamian za długie, bezstresowe, nie obarczone stygmatem choroby życie.

Wizja Juli Zeh otwiera przed nami drugą połowę XXI wieku, w czasie i miejscu, gdzie takie życie stało się możliwe. Powstało państwo, które dzięki wdrożeniu tzw. METODY, zapewnia swoim mieszkańcom bezwzględnie bezpieczne życie. „Stworzyliśmy METODĘ dążącą do zagwarantowania każdej jednostce jak najdłuższego, niezakłóconego, a to znaczy zdrowego i szczęśliwego życia. Wolnego od bólu i cierpienia.  Nasz system jest perfekcyjny (…) jednakże równie kruchy. Najdrobniejsze wykroczenie przeciwko jednej z podstawowych zasad może ciężko uszkodzić ten organizm albo nawet go zabić.” – tłumaczy jeden z bohaterów, zdecydowany orędownik systemu. Oczywiście, by na Ziemi mogła powstać zdrowotna Arkadia, nieuniknione jest poświęcenie jednostki na ołtarzu dobra wspólnego. Konieczne staje się przestrzeganie reguł, a co za tym idzie – „obywatelskie posłuszeństwo”. Jak wielokrotnie nauczyła nas historia świata – w każdym systemie nieuniknione są też ofiary.

W powieści taką ofiarą jest Moritz Holl, bo nie będzie ryzykowne stwierdzenie, że to on jest głównym bohaterem „Corpus Delicti. Proces”. Nawet jeśli występuje tylko w retrospekcjach, a cała akcja opowiedziana jest z perspektywy jego siostry – Mii. Moritz to buntownik, zdeklarowany przeciwnik METODY, która zabrania mu chodzić po „brudnym”, najeżonym bakteriami lesie, pić kawy, palić papierosów i wygłaszać liberalne filozofie. Moritz to lekkoduch, marzyciel, piewca wolnościowych ideałów. Outsider i free man zarazem.

Kafka-Der-Prozess„W snach widzę miasto, w którym chciałbym żyć. Gdzie domy mają fryzury z zardzewiałych anten. Gdzie sowy mieszkają w popękanej więźbie dachowej. Gdzie z górnych pięter zrujnowanych zakładów przemysłowych przenika głośna muzyka, rzeźby z dymu papierosowego i mocne uderzenia kul bilardowych.” – deklaruje z uniesieniem.
Któregoś dnia Moritz Holl zostaje aresztowany pod zarzutem gwałtu i morderstwa na tle seksualnym. Obciążają go niepodważalne dowody, z wynikami badań DNA w roli głównej. Jedyną osobą, która wierzy w jego niewinność, jest Mia. Sprawa wygląda na jasną: brat był niewygodny dla METODY, więc ta postanowiła się go pozbyć. Moritz jest idealistą do samego końca, więc w obliczu zniesławienia i skazanego na klęskę procesu stawia ostatni krok – popełnia samobójstwo. Spadkobierczynią jego myśli jest Mia, która postanawia walczyć o dobre imię brata.

„Corpus Delicti. Proces” to wspaniale narysowana antyutopia pozornie doskonale funkcjonującego społeczeństwa. Państwa, w którym obywateli „straszy się” powrotem XX wieku. Miejsca, gdzie nie mają prawa istnieć bakterie, wszystko ma swoje miejsce i czas, a ludzie są bez wyjątku zdrowi fizycznie i psychicznie. Juli Zeh w pasjonujący sposób połączyła „Rok 1984” Orwella z atmosferą zaszczucia, bliską klasycznemu „Procesowi” Kafki. Niemiecka pisarka przeprowadza odwieczną konfrontację: dobro jednostki – dobro społeczeństwa, człowiek przeciwko systemowi. Osią tej konfrontacji jest w powieści swoista, niesamowicie zbudowana gra psychologiczna, pomiędzy Mią Holl, a Heinrichem Kramerem – doświadczonym, pozbawionym sumienia, skrupułów, ale niezwykle charyzmatycznym dziennikarzem, który zdecydowany jest bronić METODY za wszelką cenę.  To symboliczna walka bezwzględnej siły rozumu z człowieczym sercem i duszą.

Orwell-1984Powieść Juli Zeh, wypełniona jest filozoficznymi rozważaniami, błyskotliwymi dialogami i przekonującymi prezentacjami ambiwalentnych poglądów. Z drugiej strony, będąc świetnie skonstruowanym thrillerem, pozostawia uczucie strachu i niepewności. Czy dążenie do utopii i nierozerwalnie związane z nim poświęcanie jednostek jest przyszłością świata, jego przekleństwem? Czy warto zamienić niebezpieczne i niepewne jutra piękno, na w pełni kontrolowaną, rutynową codzienność – sterylną i niezaskakującą, ale w pełni bezpieczną?
Moritz Holl, którego duch obecny jest na każdej stronie powieści, uważa, że nie.

„Prawdziwemu człowiekowi nie wystarcza istnienie, jeśli oznacza ono zwykłe bycie tu i teraz. Człowiek musi swojego istnienia doświadczyć. W bólu. W odurzeniu. W porażce. We wzlocie. W poczuciu absolutnej pełni władzy nad swoją egzystencją. Nad własnym życiem i śmiercią. To jest miłość.” – wygłasza podczas jednej z rozmów z siostrą na zakazanej polanie, brodząc gołymi stopami w orzeźwiającej rzeczce. To miejsce nazywa uroczyście „katedrą”.

Gustaw Flaubert napisał, że aby osiągnąć szczęście, trzeba spełnić trzy warunki: być imbecylem, być egoistą i cieszyć się dobrym zdrowiem. Przy czym zdecydowanie najważniejszym w tej swoistej kompilacji jest pierwszy warunek. Jeśli założymy, że francuski mistrz literatury miał rację – przerażająca wizja Juli Zeh nie będzie już dla świata najgorszą alternatywą.

Juli Zeh, Corpus Delicti. Proces, przeł. Sława Lisiecka, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2011.

Rafał Niemczyk

Zygmunt Bauman, 44 listy ze świata płynnej nowoczesności. Recenzja.


W oparach niepewności trzeba wyobrazić sobie Syzyfa szczęśliwym

Płynna nowoczesność oznacza ciągłe zmiany. W czasach globalizacji, przemieszania kulturowego, ciągłego galopu postępu technicznego, społecznych rewolucji czy globalnej wioski nie daje ludziom wytchnienia. Otoczeniu nie można w pełni zaufać, bo brakuje mu stabilizacji. Życie polega na dostosowywaniu się do coraz to nowych reguł, a są one skomplikowane i bardzo ostre. Taka jest cena za szalony rozwój cywilizacyjny, opłata za bilet na niezatrzymującą się prawie nigdy karuzelę nowoczesnego świata.

Mickiewiczowska 44 patronuje zbiorowi listów Zygmunta Baumana nieprzypadkowo. Według autora oznacza „pełne skupienia wyczekiwanie i nadzieję wolności”. Światowej sławy socjolog pisze o rzeczach, które nas otaczają, a bardzo często przyjmujemy je jako element otoczenia, rzeczywistości, nie zastanawiając się nad ich istotą. Bauman patrzy na świat jako dojrzały człowiek kilku pokoleń, świadomie podejmujący obserwacje i analizy łańcucha zależności ludzi od płynnej rzeczywistości, w środku której się znaleźli. Ale przede wszystkim – Bauman nas ostrzega.

Zygmunt-Bauman (jdc-iccd.org)Socjolog pisze na początku o szczególnym rodzaju walki z samotnością – ucieczce w wirtualny świat portali społecznościowych, surfowanie w sieci, „świergotanie” na Twitterze, aby pozostać „w obiegu”, informować świat i znajomych: „Halo, to ja! Warto zwrócić na mnie uwagę, bo robię dużo fajnych rzeczy!”. Jakość kontaktów interpersonalnych jest zastępowana przez ich ilość. Coraz rzadziej liczy się prawdziwy przyjaciel, za to dobrze widziana jest spora grupa „znajomych” na Facebooku. Ostatnimi czasy nawet przydatność artykułu prasowego mierzy się nie merytorycznymi lub artystycznymi wartościami, ale liczbą osób, które kliknęły „Lubię to!”. Ja osobiście tego bardzo „nie lubię”, ale kliknąć nie mogę, ponieważ nie mam konta na FB.

Swój wywód Bauman rozszerza do rozważań o wirtualnym seksie. Pisze o tym, że dziś umówienie się z kimś do łóżka nie jest specjalnie trudnym wyzwaniem. Logujesz się, klikasz na zdjęcie, wystukujesz parę słów i umawiacie się na randkę – choć nie zawsze w „realu”, często… przed ekranem telewizora. Nie ma już tej nutki niepewności, intrygujących podchodów, kokietowania, zwykłego podrywania. A przecież, mówiąc słowami Georga Simmela, przypomina Bauman, że „wartość rzeczy mierzy się miarą poświęceń koniecznych do ich zdobycia”.

Autor szeroko rozpisuje się też o podziale na prywatność i sferę publiczną. Człowiek poszukujący sławy i rozgłosu, najczęściej musi zrezygnować z prywatności. Tak zwani celebryci, czyli „znani z bycia znanym”, nie częstują nas z reguły ciekawymi spostrzeżeniami na tematy społeczne czy kulturalne, wyższą inteligencją ani budzącymi szacunek działaniami. Ich zadanie polega na ciągłym byciu „na topie”: na okładkach tabloidów, w sesjach kolorowych gazet i na antenie rozrywkowych programów komercyjnych telewizji. Mało kto rozlicza ich później rzeczowo z konkretnych dokonań. Bauman zwraca uwagę, że jeszcze do niedawna szary człowiek pragnął pozostawać anonimowy – im mniej się nim interesowali inni, tym lepiej. Dziś mało który z nich nie marzy o „zamienieniu się na życie” z którymkolwiek z celebrytów. Socjolog ostrzega przed nadchodzącym czasem, bo w epoce „czwartej władzy” i „lokomotywie technologicznego rozwoju” pędzącej tak, że już dziś obraz widziany przez okno jest rozmazany, całkowite zatarcie się tych granic może być dla ludzi bardzo bolesne.

Zygmunt Bauman porusza w swojej książce wiele innych zagadnień. Pisze o światowym kryzysie gospodarczym i utopijnej idei „życia na kredyt”, o ich przyczynach i zagrożeniach. Zwraca uwagę na pułapki medycyny, opisując wymyślanie pretekstów i niedoskonałości ludzkiego ciała, by zarobić na chirurgii kosmetycznej i plastycznej; porusza też casus świńskiej grypy. Polemizuje z konsumpcjonizmem, wykazując niebezpieczeństwo pogrążenia się w nim, cytując jako symboliczne wystąpienie George’a W. Busha. Prezydent USA zaszczepiał na powrót poczucie bezpieczeństwa w narodzie po zamachu na World Trade Center słowami: „Wracajcie na zakupy”. W trzech kolejnych listach omawia problem kryzysu edukacji i zmiany jego systemu w świecie płynnej nowoczesności. Nauczycieli wskazujących „jedyną właściwą drogę” zastępują powoli eksperci, którzy pokazują ludziom, jak się w tym świecie bezpiecznie (i efektywnie) poruszać. Socjolog pisze też o fobofobii, czyli „lęku przed lękami”, upatrując w depresji najgroźniejszą chorobę XXI wieku. Wskazuje na podobieństwa w funkcjonowaniu współczesnej polityki i religii (zbliżone strategie, techniki i mechanizmy działania). „Wszystko więc wskazuje na to, że Bóg umrze razem z człowiekiem i ani chwili wcześniej” – konkluduje Bauman.

Albert-CamusDwa ostatnie rozdziały pozostawia Bauman na rozważania na temat charakteru i losu człowieka. Ukazuje życie jako dzieło sztuki, za które w największym stopniu jest odpowiedzialny jego autor, choć nie zawsze dysponujący wymarzonymi narzędziami. Przywołuje postać Sokratesa – „self-made mana” – jako wzór człowieka posiadającego jednostkową autonomię i odpowiedzialność. Poszukiwał on przez całe życie piękna i prawdy, wieńcząc swoje nauki poświęceniem życia. Współczesny człowiek nie musi tego robić. Wystarczy, że pozostanie przy samych poszukiwaniach, będących istotą „dobrego życia”.

Zygmunt Bauman zachęca do podejmowania takich wyzwań, ostatni swój list kierując do nas za pośrednictwem Alberta Camusa. „Istnieje piękno i istnieją upokorzeni. Bez względu na to, jak byłoby to trudne, pragnę nigdy nie sprzeniewierzyć się ani temu pierwszemu, ani tym drugim” – napisał jeden z najwybitniejszych intelektualistów XX wieku. „Aby wypełnić ludzkie serce, wystarczy walka prowadząca ku szczytom” – twierdzi Bauman, na co Camus odpowiada: „Trzeba wyobrazić sobie Syzyfa szczęśliwym”.

W świecie płynnej nowoczesności Syzyfa można spotkać na każdym kroku. Ale czy jest szczęśliwy?

Zygmunt Bauman, 44 listy ze świata płynnej nowoczesności, przeł. Tomasz Kunz, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2011.

Rafał Niemczyk

Sławomir Mrożek, Krótkie, ale całe historie. Recenzja.


Mrożek na każdą okazję

We wstępie do autobiografii Sławomira Mrożka pt. ”Baltazar” czytamy o tym, jak to autor „Tanga” nie potrafi pisać inaczej niż „ponadnaturalnie”, czyli nie posiada umiejętności opowiadania o czymkolwiek bez pewnego poziomu dziwactwa, absurdu i surrealizmu. Tak określa go historyk i krytyk literatury, a jednocześnie wielokrotny adresat jego listów, Jan Błoński. I faktycznie, próżno szukać w tej twórczości tekstów spisanych całkowicie na serio (prócz wspomnianej autobiografii i cyklu „Varia”). Do jakiekolwiek tomu opowiadań czy dramatów byśmy nie sięgnęli, tam Mrożek puszcza do nas oko, uporczywie stosuje parabolę, jest permanentnie metaforyczny.

„Krótkie, ale całe historie” to wybór opowiadań pisarza zebrany ze wszystkich dotychczasowych jego tekstów. Otrzymujemy więc Mrożka w pigułce i możemy czuć się  zadowoleni. Jest to propozycja idealna dla tych, którzy autora „Tanga” gdzieś przegapili, kończąc z nim przygodę na egzaminie maturalnym. Zbiór dobry i dla tych, którzy chcieliby zaaplikować sobie za jednym haustem bezpieczną dawkę absurdu. Można by nawet stwierdzić, że „Krótkie, ale całe historie” są odpowiednie po prostu dla wszystkich. Mamy tu słynnego „Słonia” i nie mniej znane „Wesele w Atomicach”, są „Półpancerze praktyczne” i „Fakir”, bo zebrano w tej książeczce aż ponad pięćdziesiąt opowiadań. Warto jednak zawczasu poinformować czytelnika niezaznajomionego, że mimo imponującej ilości tekstów, nie trzeba się obawiać imponującej ilości stron. Mrożek jest bowiem mistrzem krótkich opowieści – niektóre z jego historii mają zaledwie po dwie strony.

Slawomir-MrozekMimo to, jak głosi sam tytuł, są one zupełnie kompletne. Nic dodać, nic ująć – chciałoby się powiedzieć. Mrożek pisze przypowieści. Uniwersalne i na każdą okazję. Co ciekawe, te historie zupełnie się nie starzeją. Czyta się je jak prozę zupełnie współczesną, przystosowaną do naszych realiów. Służba zdrowia, marketing i reklama, obyczajowe obrazki, prozaiczne sytuacje z pociągu, biura, domu, urzędu – wszystko swojskie, znajome, dzisiejsze i… skondensowane. Postacie są symbolami, zdarzenia metaforami, można dopasowywać je do wszelkich okoliczności, interpretować w każdą możliwą stronę, bez końca wypełniać treścią. Da się przy tym cytować Mrożka we wszystkich kontekstach i zaistniałych w rzeczywistości sytuacjach – on wszędzie pasuje, wszędzie się sprawdzi.

Styl Mrożka jest z kolei niezwykle sympatyczny. Pisarz konstruuje obrazki ze zdań krótkich, subtelnych i klarownych. Bez przeszkód brniemy z nim aż do samej puenty, nieustannie się przy tym uśmiechając. Bo Mrozek nas rozbraja – swoim poczuciem humoru, zmysłem obserwacji, jasnością stylu. Pisanie to wydaje się być niezobowiązującą zabawą w formułowanie ogólnych kategorii. Majstersztykiem w tym gatunku jest na przykład tytułowa „Krótka, ale cała historia”, opowiadająca o teorii rur (których istotą jest dziura). Jednak za zabawą Mrożka bez ustanku idzie jak cień cicha refleksja na nasz temat, mała uwaga dotycząca tego, co wokół, rzeczywistości, człowieczeństwa, tożsamości, siebie w świecie. Pięknie metaforyczne jest najdłuższe opowiadanie w zbiorze pt. „We młynie, we młynie mój drogi panie” – od przeszłości nie można się uwolnić, pisze Mrożek. Przeszłość powiązana jest z teraźniejszością, teraźniejszość z przyszłością, przyszłość nie ucieknie od tego, co było. Z powodzeniem można tę refleksję odnieść do twórczości pisarza – trafna kiedyś, trafna dziś, trafna będzie i jutro.

Bo my tak naprawdę się nie zmieniamy, mimo tego, że naokoło nas wszystko się zmienia – mówi Mrożek w którymś z wywiadów. Dzisiaj mocno wycofany, doświadczony poważną chorobą, zniechęcony i rozgoryczony współczesną Polską, tylko z pozoru nie przystaje do swoich wcześniejszych tekstów. Bo one, mimo że ujmujące i zabawne, niejednokrotnie obnażały naprawdę smutną prawdę o nas samych i o absurdach naszej rzeczywistości.

Sławomir Mrożek, Krótkie, ale całe historie. Opowiadania wybrane, wyd. Noir Sur Blanc, Warszawa 2011.

Dorota Jędrzejewska

%d blogerów lubi to: