Giovanni Giacomo Casanova, Pamiętniki.


Zobaczyć Casanovę, czyli krótka historia pewnego mitu

Pewien młodzian o mało co nie został księdzem, a ujmując rzecz ściślej: został nim, lecz rychło tę profesję porzucił, nie sądząc się godnym takiego urzędu ani nie widząc go odpowiednim dla swego temperamentu. Dobrze się stało, i dla spraw Kościoła, i literatury, nie wspominając już o powszechnej historii miłosnych rokowań. Dokładał potem wielu starań by uzasadnić trafność podjętej decyzji. Był w tym gorliwy, nie próżnował i pracowicie na swą legendę zasłużył. Na koniec, po życiu dość barwnym, osiadł, jak wielmoży przystało, na zamku w Duchcovie, tyle że nie swoim i nie jako władca, tylko na synekurze bibliotekarza. Łaskę taką mu okazał – proszę się nie zgubić w imion litanii – Józef Karol Emanuel Waldstein-Wartenberg, magnat i bogacz, co miał siłę i cierpliwość różne dziwactwa i kaprysy starca, już prawie, znosić – ot kaprys, aby sprawować mecenat w dziedzinie awanturnictwa.

W takiej to ksiąg spokojnej i pełnej kurzu atmosferze siedział, przyznać trzeba nieco przez świat zapomniany, donżuan i memoriał swój skrzętnie spisywał. Na sam koniec na pergaminie postawił pieczęcie i podpisał: Giovanni Giacomo Casanova; z przyzwyczajenia, lecz fałszywie jeszcze dodał: kawaler de Seingalt. Po czym ręce zatarł i z uśmiechem „Pamiętniki” światu ofiarował. Dobrze stary satyr wiedział, że  podarował kulturze nową „Odyseję”. Stworzył pewien mit, legendę. Na ile prawdziwie, a na ile literacko dzieje swe potraktował – tego przed nikim nie wytłumaczył. To ostatnie spore zamieszanie wśród historyków i badaczy wywołało.

Wenecki poranek

Wenecki poranek

Sprawę zagmatwała dodatkowo skomplikowana historia edycji książki. Dość powiedzieć, że Casanova, Włoch przecież, będąc na wilegiaturze w Czechach, napisał tekst w języku francuskim, po raz pierwszy wydany został – przez Brockhausa – po niemiecku („Historia mojego życia do roku 1797”), i dopiero na podstawie wspomnianego wydania powstało tłumaczenie na język… francuski. Historia wydań tych pamiętników jest tak skomplikowana i ciekawa, że zasługuje na oddzielny esej. Tu wypada powiedzieć, że temat zarówno autentyczności, jak i kompletność budzi wiele pytań i wątpliwości. A niniejszy tekst powstał w oparciu o wydanie wyboru wspomnień kawalera de Seingalt, którego dokonał, jak również tekst przetłumaczył, Tadeusz Evert.

Pozostawiając historykom zaciekłe boje o prawdę, piszący te słowa starał się przede wszystkim odczytać z „Pamiętników”, jakim człowiekiem był Casanova. Traktując bardziej rzecz całą jako fenomen literacki niż historyczny, a autora postrzegając bardziej jako postać powieści niż rzeczywistą osobę. Pamiętając równocześnie, że książka tyleż mówi o jej autorze, jak jest świadectwem czasów i okoliczności, w których przyszło mu żyć.

Giovanni Giacomo Casanova – portret Alessandro Longhiego (1733-1813)

Człowiek i epoka

Casanova, jak na przystojniaka przystało, był wysokim mężczyzną, mierzył bowiem 186 cm, do tego posiadał atletyczną budowę i jak sam o sobie napisał: był wytrzymały na liczne trudy i znoje. Twarz miał podłużną, z wysokim czołem, w niej oczy dość obfite, wypukłe, żeby nie powiedzieć wytrzeszczone; o licu śniadym i kilku śladach po przebytej w dzieciństwie ospie, do tego nos duży, ale cienki i usta zwyczajne, przywykłe do okazywania namiętności raczej przez wypowiadanie słów, a nie swój kształt. Posiadał umysł jasny i logiczny, pełen swady i rozmachu, cechujący się dobrą pamięcią, detekcją drobnych, lecz istotnych szczegółów, umiejętnością dedukcji oraz sporą ciekawością świata, której wektor miał zdecydowanie kierunek społeczny. Owocowało to erudycją i skłonnością do opowiadania ciekawych historii. Temperament posiadał zmienny, chimeryczny, dwubiegunowy, łatwo popadał przy tym w przesadę, szybko śmiech zastępował gniewem i odwrotnie. W rubryce pochodzenie społeczne wpisał bez zastrzeżeń mało zaszczytne: bękart (w domyśle dodając: ale poczęty w teatrze). Ulubione profesje, jakie wykonywał: libertyn, donżuan, alchemik, hazardzista, obieżyświat, sybaryta, poeta, ladacznik, mitoman, mason, admirator, absztyfikant, szpieg, fircyk, lekkoduch, bawidamek, niebieski ptak i filut, a do tego jeszcze cynik.

Urodzony w Italii wiosną, bo 2 kwietnia 1725 roku, w Wenecji nad samym Śródziemnym Morzem, które pamięta jeszcze Starożytności pieśni. Zmarł na wygnaniu w Czechach, które w jego ulubionej łacinie nazwę Bohemia noszą, również wiosną, tyle że późną, bo 4 czerwca 1798 roku. Bywał we Francji, Szwajcarii, Niemczech, Austrii, Turcji, Anglii, Rosji, Polsce, Hiszpanii i wielu innych miejscach, krócej lub dłużej, lecz nieustannie w atmosferze mniejszych i większych skandali. Wszędzie rozpoznawany, czasem sławny, popularny i hołubiony, innym razem wyganiany. Sam stanowił o sobie, nierzadko musząc prawo lekceważyć lub wynajdywać dosyć liberalną jego wykładnię. Nie wprawiało go to w wielki ambaras, bowiem lubił żyć odważnie, śmiało, a nawet zuchwale, do tego z przygodami, nierzadko tarapatami – byle tylko barwnie i wesoło. Zasłynął ucieczką z więzienia, brawurową i godną stronic najlepszych powieści awanturniczych.

Wenecja o zachodzie słońca

Był człowiekiem XVIII wieku i dzieckiem z tamtych czasów Wenecji. To dość ważne, jak się wydaje, w jego życiu determinanty. Jaka była wówczas Wenecja, długo by mówić, dość powiedzieć, że bardzo atrakcyjna, oryginalna i kolorowa. Czas w Republice Weneckiej liczono według tzw. zegara włoskiego. Doba rozpoczynała się z nastaniem zmroku i dzieliła się na 24 godziny, czyli w zależności od pory roku godziny były ruchome. Spotkanie wyznaczone w marcu na 20-stą odbywało się o zupełnie innej porze, niż analogiczne spotkanie o 20-stej powiedzmy w maju. Dalej karnawał w Wenecji, słynny przecież na świecie, w tamtych czasach był korowodem bali i maskarad. Jego uczestnicy z różnych potrzeb ukrywali się pod maskami, ubierając się w malownicze stroje, śpiewając i tańcząc posiadające piękne nazwy kontredanse, almandy lub menuety. A bale odbywały się nawet w klasztorach: „publiczność tańczy w rozmównicach, mniszki zaś zza rozległej kraty przyglądają się zabawie” (sic!). Komunikację oparto na romantycznych rejsach gondolą i nawet zwykłe więzienie nazwano Więzieniem Pod Ołowianym Dachem. Nic więc dziwnego, że Casanova nigdy nie zapomniał Wenecji, zawsze do niej tęsknił i starał się o możliwość powrotu – jak się okazało nieskutecznie.

W wieku XVIII – wieku rozumu lub wieku filozofów zwanym powszechnie Oświeceniem – nie tylko Casanova miał impet i wyobraźnię, to sama epoka była łaskawa dla ludzi takich, a może właśnie ich starannie edukowała. Przychodzą tu na myśl szczególnie dwie biografie: „Cagliostro” Roberto Gervaso oraz „Wolter, czyli Królewskość Ducha” Jeana Orieux – obie godne polecenia czytelniczej uwadze. Epoka ta wydała postaci zdeterminowane, aby osiągnąć wysoki stopień konkretności, najwyraźniej panowała wówczas moda, aby być kimś, a nie rozdrabniać się w niedomówieniach, za nic sobie mając niewygodę, jaką na ogół sprawia ekscentryczność. Oczywiście powodowało to liczne skrajności, często pewnie i przykre w odbiorze, ale w tym tekście bardziej interesuje nas literatura niż prawdziwe życie. A dla słowa pisanego – na szczęście – ani przesada, ani grubą kreską malowane postaci nie są najgorszym mankamentem.

Miłość

Jakiż więc był naprawdę, ten rycerz, co w tylu turniejach swą piką mnóstwo niewieścich serc skruszył, i ten, co się z tak wielką gracją potykał? Jak była jego szpada? Gdzie tkwi fenomen permanentnego zwycięstwa? Gdzie źródło światowej sławy kochanka doskonałego? I pewnie jeszcze w wielu staropanieńskich izbach nostalgii za kimś takim pokłady? Jaki jest przepis na idealną miłości eskapadę?

Jak zwykle w tak sformułowanych pytaniach nie ma jednoznacznej odpowiedzi, są jednak pewne poszlaki, łatwe do odgadnięcia po lekturze „Pamiętników”. Jest to na pewno splot cech charakteru, ale i odpowiednich okoliczności.

Casanova – kreacja Heatha Ledgera (2005)

Był Casanova na pewno mistrzem odpowiednich słów, dwuznaczności i gry kontekstów, a przez to królem flirtu. Wszystko dlatego, że ośmielał się nad wyraz dobrze nasłuchiwać tego, co kobietom się wymarzy, i tego, na co się ośmielą. Wykazywał nieprzeciętną chęć współpracy z kobiecością – a ta, jedynie tkwiąc w samym środku zainteresowania, potrafi się odpowiednio zaprezentować. Inni mówią próżność, a Casanova na to: „I cóż z tego? Jeśli taka piękna…”. Trącał struny odpowiednie, lecz nie sprawa to biegłej wirtuozerii a wyboru, na nieodpowiednie bowiem nie zwracał uwagi wcale i w ten sposób unikał dysonansu. Ponadto pisał, a więc chyba i mówił, bardzo grubą krechą, czynił wielkie skróty, często z przesadą – co pewnie można krytykować, ale co niewątpliwie sprawiało, że był wyraźny dla słuchającej – za to z fantazją, rozmachem, śmiałością, z wielkim przekonaniem. Jeśli już kochał, to czynił to naprawdę i ogromnie, można powiedzieć do szaleństwa. To prawda, że zwykle było to bardziej krótkotrwałe niż życie motyla, ale wiele kobiet kusiła nie długość chwili, a jej intensywność. Miłość: dla wielu to stan bardzo trudny i często okazuje się nieosiągalny, dla Casanovy był oczywisty i naturalny. Gdy dla wielu osiągnięcie celu jest drogą, dla niego – może dlatego, że tryumfy w tej mierze zdobywał bardzo prędko – sam cel był drogą, tam dopiero rozwijał skrzydła wyobraźni i odkrywał krainę za krainą w świecie namiętności.

Umiał wykorzystać przydarzające się okoliczności. Tajemnica schadzek, oryginalność miłosnych perypetii, ukrywanie, zatajanie, oszukiwanie, konfabulowanie, umówione sygnały i całe języki nowo powstałe, naturalnie co najmniej dwuznaczne – to już samo w sobie jest ekscytujące – dawało ponadto wrażenie posiadania, wyłączności i zamknięcia się w świecie dwuosobowym. Któraż bowiem dama nie chciałaby tak zmyślnego kochanka, co z potrzeby ratował się „w wosku odciśniętym kluczykiem do [jej] alkowy” lub tak był wytrwały i cierpliwy, że mnóstwo godzin przesiedział ukryty w konfesjonale w lodowatym kościele, by potem tajemnym przejściem, pełnym niepewnych, wilgotnych i zmurszałych stopni, ozdobionym milionem pajęczyn, dobyć ukochanej i, choć zmarzniętym będąc na kość, drżeć nie z chłodu, lecz wrażenia, jakie na nim ukochana wywarła? Któraż niewiasta nie chciałaby ukrytych w parlatorium schadzek, gry słów, ferii balów i masek? Która nie chciałaby, aby jej kochanek wyposażony był w jej portret-miniaturkę ukryty pod wizerunkiem świętego, zmyślnym mechanizmem uruchamiany dla powołanych spojrzeń?

Do tego Casanova niewątpliwie miał klasę, cechowała go spora elegancja, pewna wykwintność manier, wielka śmiałość i takaż sama wyobraźnia; nie bał się życia, obficie z niego czerpał, nie kalkulował przesadnie, był impulsywny, narowisty i wreszcie zuchwały. A czyż twierdze, zwłaszcza te najbardziej okazałe i trudne do zdobycia, nie czekają na największych śmiałków, na tyle odważnych, by je oblegać? Wszak jeśli już ulec, to po pięknej walce i spotkawszy godnego przeciwnika.

Plac Świętego Marka w Wenecji

Dlaczego lubimy Casanovę?

Czy Casanova był łajdakiem? Tak. Czy chełpił się swoim zuchwalstwem? Tak. Czy był nieuczciwy, niestały, nieskromny? Tak. Czy kłamał, oszukiwał, krzywdził, zniewalał, upokarzał etc.? Tak.

Dlaczego więc na ogół lubimy go? Dlaczego jego obraz ma pozytywne konotacje? Pewnie dlatego, że umiał to wszystko robić z rozmachem, z odpowiednią galanterią. Mówiąc językiem dzisiejszym: był showmanem doskonale znającym publikę. Do tego jego słabości i mankamenty były na wskroś nasze, swojskie, a on sam tak beztrosko szczerze się do nich przyznawał. Jest jeszcze jeden powód: tę historię znamy z manuskryptu pisanego najłaskawszą dla Casanovy dłonią, bo własną… W ten sposób zapewnił sobie wieczne po śmierci trwanie w postaci symbolu i archetypu kultury. Będzie zapewne istnieć wraz z nią, przechodząc liczne semantyczne modyfikacje – jak to w takich wypadkach bywa na ogół upiększające i wyszlachetniające – do samego końca trwania tej cywilizacji. Pozostawiając cała resztę, warto się zastanowić nad tym literatury oddziaływaniem.

Giovanni Giacomo Casanova, Pamiętniki, tłumaczył, wyboru dokonał i wstępem opatrzył Tadeusz Evert, Czytelnik, Warszawa 1961.

Dominik Śniadek

* Wszystkie obrazy ilustrujące powyższy tekst wyszły spod pędzla innego słynnego wenecjanina – Bernardo Bellotto, znanego jako Canaletto (1721-1780).

%d blogerów lubi to: