Keith Lowe, Dziki kontynent. Recenzja.


Rykoszet

Tylko umarli widzieli koniec wojny
(Platon)

Jeśli chodzi o europejski teatr działań, według autora II wojna światowa nie zaczęła się we wrześniu 1939 r. ani nie skończyła w maju 1945 r. W licznych zakątkach Europy, szczególnie wschodniej, działania wojenne trwały jeszcze po Dniu Zwycięstwa. W Jugosławii wojska Broza-Tito walczyły z oddziałami niemieckimi jeszcze co najmniej do połowy maja 1945 r. Natomiast wojny domowe będące pokłosiem II wojny światowej, jak te w Jugosławii czy w Grecji, toczyły się jeszcze przez kilka lat po zakończeniu głównego konfliktu. W Polsce i na Ukrainie oraz w państwach bałtyckich potyczki między partyzantkami nacjonalistycznymi czy narodowowyzwoleńczymi a jednostkami sowieckimi ciągnęły się do lat 50. Opór przeciw sowieckiemu reżimowi, przybierający różne formy, trwał na tych terenach i dłużej – przypadki aresztowań partyzanckich niedobitków zdarzały się jeszcze w latach 60., a nawet 70. Dla niektórych obywateli krajów, które znalazły się pod jarzmem Związku Radzieckiego, II wojna światowa skończyła się dopiero wraz z opuszczeniem ich ojczyzny ostatniego sowieckiego żołnierza, czyli na początku lat 90.

Czas chaosu i bezprawia, który nastał po zakończeniu działań frontowych, spowijając znaczną część Europy na kilka dobrych lat, bywa nierzadko pomijany w pracach historyków, szczególnie zachodnioeuropejskich. Jakkolwiek po upadku komunizmu w bloku wschodnim, tamtejsi badacze dziejów wykonali mnóstwo pracy, aby zebrać i odfałszować ten okres historii swoich krajów, tak istnieją nieliczne opracowania przedstawiające temat globalnie wraz z próbami ukazania zależności pomiędzy wydarzeniami po jednej i drugiej stronie. Keith Lowe nie ogranicza się do kilku powojennych lat. Echa wojny i sprowokowanych nią czystek etnicznych odnajduje jeszcze w latach 60. i 70. w konflikcie bałkańskim czy nawet w nowej fali nacjonalizmu i antysemityzmu, która nastała po roku 2000.

Ruiny Warszawy w styczniu 1946 r.
(źródło: http://www.telegraph.co.uk)

Autor w pierwszej kolejności opisuje straty wojenne – nie tylko materialne i ludnościowe oraz będące ich wynikiem głód i przesiedlenia, ale także ubytki w wymiarze moralnym. Temat potraktowany jest dosyć obszernie, gdyż według autora uświadomienie sobie ogromu tych strat jest niezbędne do zrozumienia fali odwetu, która przetoczyła się przez kontynent już po wojnie.

Na tym z kolei zagadnieniu Keith Lowe koncentruje się w części drugiej, przybliżając m.in. przypadki wyzwalania obozów oraz niepohamowanego odwetu, który byli więźniowie, jeńcy i robotnicy przymusowi brali na swoich dotychczasowych ciemiężycielach. Opisuje nie tylko los ofiar nazistowskiego systemu, ale także tragiczną sytuację niemieckiego społeczeństwa, na którym dokonywano zemsty za lata cierpień, upodleń i upokorzeń [w tym kontekście polecamy też książkę W.G. Sebalda „Wojna powietrzna i literatura”]. Autor nie pomija sytuacji w Europie Wschodniej, której grozę potęgowali Sowieci, jak i tematu prześladowań kobiet „kolaborujących” z żołnierzami niemieckimi i zrodzonych z tych związków dzieci.

Niemieccy uchodźcy na dachu pociągu w Berlinie (źródło: http://www.anunews.net)

W części trzeciej autor przybliża i analizuje czystki etniczne w Europie, zarówno zapoczątkowane przez nazistów, jak i te wynikające bezpośrednio z działań wojennych oraz będące pokłosiem starych konfliktów, a także inspirowane przez nowy totalitarny system. Tematami przewodnimi tej części książki są: ucieczka Żydów z Europy, wysiedlenia Niemców, repatriacje, konflikt polsko-ukraiński oraz jugosłowiański kocioł etniczny.

W części czwartej Keith Lowe przedstawia tezę, iż wybuch II wojny światowej nie był zainicjowany tylko i wyłącznie imperialistycznymi dążeniami Hitlera i rasową polityką nazizmu. Jego zdaniem konflikt ten kiełkował dłużej i był składową wielu lokalnych wojenek i napięć na gruncie politycznym, etnicznym czy terytorialnym. Wiele z tych od dawna tłumionych i pielęgnowanych zatargów zyskało dzięki wybuchowi wojny pretekst do eskalacji i sposobność do zbrojnego rozwiązania problemów. Autor określa to terminem „wojny w wojnach”. W tej części książki opisane są także różne schematy instalacji komunistycznego systemu w krajach, które znalazły się po wojnie w sowieckiej strefie wpływów, będące częścią procesu przejścia do okresu zwanego „zimną wojną”.

Dla czytelnika nie gustującego w takich opracowaniach historycznych nie będzie to łatwa lektura. Miejscami „Dziki kontynent” czyta się jak fascynującą beletrystykę, aby jednak po chwili zostać zbombardowanym przez autora masą suchych faktów, liczb i statystyk. Dzieła dopełniają i niewątpliwie uatrakcyjniają mapki, sporo relacji naocznych świadków wydarzeń oraz fotografie zgrupowane w dwóch wkładkach. Nie jest to także lektura przyjemna, jeśli chodzi o wrażenia estetyczne. Sceny mordów, tortur, brutalnych gwałtów i upodleń nie są w książce rzadkością. Opisy przeżyć niektórych świadków tamtych czasów są dosyć drastyczne, np.:

Ocaleni cywile; Łódź, 14 grudnia 1945 r.
(źródło: foto-post.blogspot.com)

Kobieta zbyt słaba, by stać, opierała się o stos ciał, gotując na ognisku jedzenie, które jej daliśmy; kobiety i mężczyźni kucali na otwartej przestrzeni, gdzie popadło, załatwiając się z powodu dyzenterii, która czyściła im kiszki; całkiem naga kobieta stała i myła się czymś w rodzaju mydła w wodzie ze zbiornika, w którym pływały szczątki dziecka.

Dzieło Keitha Lowe, któremu poświęcił kilka lat swojego życia, jest na pewno godne uwagi, tak pod względem podejścia do tematu jak i merytorycznym – wszak ponad 60 stron przypisów, źródeł i bibliografii robi wrażenie. Przytaczając dane, wszędzie gdzie to tylko możliwe, autor stara się prostować narosłe przez lata mity i szafowanie liczbami. Dzięki współpracy ze wschodnioeuropejskimi badaczami historii jego książka nabrała rozmachu i tak potrzebnego szerszego, kontynentalnego wymiaru. „Dziki kontynent” to książka przerażająca w swoim przekazie, ale prawdziwa, dogłębnie sondująca temat i starająca się zachować obiektywizm. Pozwala zapoznać się nie tylko z faktami i liczbami, ale i ludzkimi dramatami. Ułatwia zrozumienie przyczyn, skutków i następstw najbardziej krwawego jak do tej pory konfliktu zbrojnego w dziejach ludzkości. Pozycja obowiązkowa dla zainteresowanych tym okresem i godna polecenia jako próba rozprawienia się z mitami historii.

Keith Lowe, Dziki kontynent, przeł. Mirosław P. Jabłoński, Dom Wydawniczy REBIS, Poznań 2013.

Jacek „bio_hazard” Bryk

Anna Miotk, Skuteczne social media. Recenzja.


Co z tym Facebookiem?

Emocje już opadły. Przyzwyczailiśmy się do życia w internecie, które obecnie stanowi totalnie prozaiczną część naszego dnia codziennego. Nawet najtwardsi komputerowi konserwatyści oswajają się z Facebookiem, zaawansowani „internetowi” dawno już rozgryźli inne portale społecznościowe,  ilość blogów rośnie w ekspresowym tempie, a cała sieć dzień po dniu zapełnia się niewyobrażalną liczbą zdjęć, filmików, zdań. To oczywiste, że zaadaptować musieli się tu także reklamodawcy. Firmy coraz mądrzej, z większą brawurą i finezją korzystają z socialmediowych narzędzi, choć wiele marketingowych działań nadal pozostawia wiele do życzenia. W takich przypadkach, nawet w tych arcynowoczesnych czasach, przychodzi z pomocą staromodne narzędzie – fachowa literatura.

„Skuteczne social media” Anny Miotk to pozycja naprawdę rzetelna. Choć warto zaznaczyć – wielu początkujących adeptów mediów społecznościowych, próbując z jej pomocą wgryźć się w temat, może się nieco zawieźć. Nie uraczymy tu bowiem drobnych wskazówek, których oczekiwałoby wielu świeżych administratorów fanpage’y, np. o której godzinie wrzucać wpisy, by pojawiały się lajki, gdzie szukać fanów i jak szybko osiągnąć na ich licznikach co najmniej kilka tysięcy. Miotk nie odpowiada również na pytania, jak używać Pinteresta, co pisać na Twitterze i ile tygodniowo publikować postów na blogu, by zarobić kupę kasy. Dlaczego? Autorka podchodzi do tematu profesjonalnie. Uczy nas odpowiedniego i znacznie szerszego myślenia o mediach społecznościowych, tym samym – pośrednio i bezpośrednio – obala wiele mitów, które wokół nich narosły.

Miotk roztrząsanie tematu rozpoczyna od historii social mediów, udziela lekcji teoretycznej i przygotowuje grunt pod to, byśmy skuteczniej chłonęli praktyczną wiedzę. Jej dalsze rozważania skupiają się natomiast wokół takich pojęć, jak: „organizacja” albo „dojrzałość organizacji”, „planowanie”, „strategia”, „badania” czy „pomiar”. Kategorie te niezbyt pasują do działań w mediach społecznościowych wielu małych przedsiębiorstw i niewielkich agencji. Tu przeważnie bowiem nie mówi się o strategiach, tym bardziej pomiarach, a wszelkie ruchy wykonuje się raczej doraźnie i spontanicznie. Tymczasem nie o to w tej zabawie chodzi, co udowadnia Miotk. Bez odpowiedniej organizacji, wiedzy i adekwatnego myślenia social media nie są w stanie przynieść oczekiwanych skutków.

Autorka kilkakrotnie podkreśla indywidualne potrzeby każdego przypadku. Strategie użycia mediów społecznościowych będą się więc różnić w zależności od rodzaju branży, wielkości biznesu, charakteru odbiorcy. Za każdym razem też inaczej będzie się czytać ich efekty – próżno tu szukać uniwersalnych rozwiązań. Miotk swoje rozważania popiera licznymi konkretnymi przykładami, wiedzę segmentuje w tabelach i na wykresach, punktując po kolei rzeczy, których powinniśmy być świadomi, próbując osiągnąć reklamowe sukcesy wśród internetowych społeczności. Książka daje do myślenia, inspiruje i dzięki temu staje się świetnym przewodnikiem dla tych, którzy faktycznie chcą odnosić na polu social mediów sukcesy – bez ściem i naiwnych działań po omacku. Rozwiewa też złudzenia i częstuje nieświadomych zimnym prysznicem.

Próbując sprzedawać za pomocą social mediów, warto więc postawić na profesjonalizm. Dobrze w tym zamierzeniu będzie zaopatrzyć się w książkę Miotk i nie dać się zaczarować ułudą prostych, rozrywkowych rozwiązań. Do publikacji tej powinni zajrzeć również przedsiębiorcy, zlecający podwykonawcom opiekę nad firmowymi profilami i blogami. Wiedzieliby wtedy, czego mogą oczekiwać od tej inwestycji,  a także jak nie nadziać się na pseudofachowców. I choć social media wciąż żyją, zmieniają się, są płynne i wciąż wzbogacane o nowe trendy, to pewne kategorie w ich postrzeganiu zostały już nazwane, a ścieżki wytyczone. Trafnym ruchem będzie ich poznanie.

Anna Miotk, Skuteczne social media, wyd. Helion, Gliwice 2013.

Dorota Jędrzejewska

Doris Lessing, Lato przed zmierzchem.


Trwa lato, ciemności jeszcze nie okryły życia

Po tym, jak w 1973 Nagrodę Nobla w kategorii literatury dostaje Patrick White, Sándor Márai notuje w dzienniku: „Literackiej Nagrody Nobla już od jakiegoś czasu nie dostają pisarze, tylko państwa. W tym roku otrzymał ją młodzieńczy, rozwijający się kontynent: Australia. Wcześniej otrzymały ją Gwatemala, Islandia, Chile, Jugosławia i Nelly Sachs. Mauretania i Albania jeszcze czekają na swoją kolej; ale to tylko kwestia alfabetu”. Ciekawe, co miałby do powiedzenia o laureatce Doris Lessing? W końcu Lessing nie jest autorką z jakiegoś małego/nowego kraju. W końcu nie jest autorką kilku książek, a kilkunastu. Była pisarką pełną gębą (Gombrowicz się kłania). Pani Iwona Torbicka napisała:
„W powieściach Lessing odnajdziemy znakomitą rekonstrukcję psychiki kobiet. I właśnie dlatego powinni je czytać mężczyźni, którzy deklarują, że kobiet nie rozumieją”. Nie twierdzę, że nie rozumiem kobiet, staram się je rozumieć bardziej, lepiej, pewnie dlatego zdecydowałem się przeczytać tę książkę.

Bohaterką książki Lessing jest czterdziestopięcioletnia kobieta – Kate Brown. Żona Michaela, wziętego lekarza neurochirurga, którego poznała na studiach w Oxfordzie i za którego wyszła nie ukończywszy studiów: literatury i języków romańskich. Została za to matką, matką czwórki dzieci: Stephena, Eileen, Jamesa i Tima. „Gdyby nie wyszła wtedy za mąż, chyba stałaby się kimś cenionym w swojej dziedzinie. Może wykładowcą? Kobiety rzadko zostają profesorami. Ale te myśli nie nachodziły jej często: nie uważała dzieci za rzecz nużącą”.

Doris Lessing w 1957 roku (fot. Warner)

Poznajemy ją, jak stoi na schodach prowadzących z kuchni do ogrodu. Latem. Stoi i czeka z założonymi rękami. Na co czeka? Aż zagotuje się woda, ale równie dobrze mogłaby czekać na to, co przyniesie jej zbliżające się lato i, w pewnym sensie, możemy powiedzieć, że właśnie na to czeka. Ponieważ ma to być pierwsze od dwudziestu kilku lat lato, które będzie miała spędzić sama. Sama, bez męża, który razem z córką wyjeżdża na cztery miesiące do Stanów, do Bostonu. Sama, bez pozostałych dzieci, gdyż Stephen jedzie do Maroka i Algierii, James do Sudanu, a Tim do Norwegii. I oto kobieta, która przez prawie całe swoje dorosłe życie krzątała się („Wszystkie, każda z nich, przeszły długą edukację w jednej rzeczy – krzątanie. (…) Oto do czego doprowadziły wszystkie te lata nabywania cnót: ona i jej rówieśniczki stały się maszynami nastawionymi na jedną czynność: na kierowanie, aranżowanie, regulowanie, przewidywanie, nakazywanie, zanudzanie, martwienie się i organizowanie. Słowem, na krzątaninę”.) w domu przy mężu i dzieciach, zostaje, w wyniku zbiegu kilku okoliczności, postawiona w zupełnie nowej dla niej sytuacji, w której musi się odnaleźć. Musi coś ze sobą zrobić przez najbliższe miesiące.

Być może nie jest to dla niej sytuacja graniczna, jednak na tyle nowa (i jak się potem okazuje ważna), że musi się wobec niej, wobec siebie, określić. Role społeczne: matki, żony, głowy domu, które pełniła przez ostatnie lata, okazują się bezużyteczne. Jest zmuszona, przez sytuację zewnętrzną, do przyjęcia na siebie nowych ról, gdyż, aby posłużyć się kategorią socjologiczną zaczerpniętą z interakcjonizm symbolicznego, kluczowa rola głównej bohaterki zostaje zawieszona. W sukurs przychodzi jej mąż, a dokładnie jego znajomy, który oferuje jej pracę tłumacza konferencyjnego w międzynarodowej instytucji „Żywność dla Świata”, którą, z wahaniem wynikłym z wiary w swoje siły i zdolności, przyjmuje. Jej/ich dom na czas wakacji zostaje wynajęty obcym ludziom, a ona sama przeprowadza się do wynajętego mieszkania w Londynie.

Doris Lessing z Nagrodą Nobla (fot. Shaun Curry/AFP)

Należy zauważyć, że te sytuacje nie wynikają z działań samej Kate Brown, raczej zgadza się na to, co jest jej proponowane. Nie uzyskała jeszcze pełnej podmiotowości, która w dalszej część książki będzie tak ważna, dla nowego określenia siebie głównej bohaterki. Po kilku tygodniach pracy dostaje awans, który znów wiąże się z krzątaniem, zaczyna organizować, dzwonić, ustalać, umilać, decydować. Jednak z większą świadomością tego faktu. Organizuje konferencję w Konstantynopolu, podczas której w hotelu poznaje młodszego od siebie mężczyznę Jeffreya, który proponuje jej wyjazd, wakacje w Hiszpanii. Kate Brown, szanowana matka, żona, tłumaczka, organizatorka, koleżanka, przyjaciółka, decyduje się wyjechać na drugi koniec kontynentu europejskiego z obcym, młodszym mężczyzną, by przeżyć miłe chwile (szalony romans?).

Decyduje się właśnie dlatego, by zapomnieć, by odciąć się od tych wszystkich ról wymienionych powyżej, by w końcu zrobić coś dla siebie, choćby miało to być coś tak nierozsądnego, jak ów wyjazd. I w tym momencie książka się rozkręca, nabiera tempa, nabiera rumieńców, zaczynamy widzieć i rozumieć zmiany, jakie zachodzą w Kate, „Dlaczego jednak nie oznajmić rodzinie, że ma zamiar się zmienić, że jest w trakcie zmieniania się?”. Dwie strony dalej jest zdanie, jedno z kluczowych dla tej książki: „Mogłaby wędrować tak, gdzie zechce, i wrócić do domu za dwa miesiące, spędzając ten okres naprawdę sama, to znaczy jak ktoś, kto kieruje się własnym wyborem”, jak ktoś, kto jest wolny – chciałoby się dopowiedzieć.

Dla mnie jest to właśnie książka o dochodzeniu do wolności, o dochodzeniu do zrozumienia/pojmowania wolności w związku, w rodzinie, w życiu. Nie będę zdradzał dalszych elementów fabuły. Tego, czy romans był płomienny, czy konieczny był rozwód, czy dzieci płakały, tego czy czasem po powrocie do Anglii życie Kate Brown toczyło się dalej wcześniej wyznaczonymi torami. I tego kim jest Maureen, i jak wpłynęło na Kate poznanie jej, i jakie miało to spotkanie ostatecznie skutki. W końcu wciąż trwa lato, lato przed zmierzchem, ciemności (wciąż jeszcze) nie okryły życia…

Doris Lessing, Lato przed zmierzchem, tłum. Barbara Radkiewicz-Sadowska, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2008.

Maciej Gierszewski
Kopiec Kreta

Janina Koźbiel, Słowa i światy (rozmowy). Recenzja.


Jak rozmawiać z pisarzem?

Wywiad to z pozoru łatwy gatunek dziennikarski. Ktoś mógłby pomyśleć, że nie trzeba przecież specjalnych umiejętności, by przeprowadzić interesującą rozmowę. Cóż w tym trudnego? Zadawać pytania każdy potrafi, szczególnie z zabezpieczeniem w postaci starej prawdy, że głupie pytania nie istnieją – są jedynie głupie odpowiedzi. Rozumując w ten sposób, można by bez specjalnych wyrzutów sumienia całą odpowiedzialność za całokształt rozmowy zrzucić na barki odpytywanego. Szczególnie, gdy to ceniony naukowiec, mędrzec czy świetny pisarz. Tymczasem jest zupełnie na odwrót. Im bardziej znamienity rozmówca, tym trudniej się z nim skonfrontować i wymyślić trafne pytanie.

Wśród osobistości kultury, które Janina Koźbiel zaprosiła do rozmowy, znaleźli się m.in.: Wiesław Myśliwski, Jan Miodek, Tadeusz Nowak czy Marian Pilot. Nie zabrakło też dialogów z reprezentantami młodszego pokolenia, np. z Dorotą Masłowską czy z Filipem Onichimowskim. Zbiór wywiadów pt. „Słowa i światy” to w sumie trzynaście rozmów i jeden szkic autorki dotyczący poezji Tadeusza Różewicza (poeta do tej pory nie zgodził się udzielić wywiadu autorce). Tematycznie rozmowy dotyczą przede wszystkim twórczości i warsztatu bohaterów zbioru, a także roli słowa i języka nie tylko w pisarstwie, ale i w życiu codziennym. Wątki obyczajowe czy osobiste pojawiają się tu raczej na marginesie – pierwsze skrzypce gra za to literatura. Zdarza się, że gra pięknie, brawurowo i bez fałszów. Są jednak w tej książce momenty, w których linia melodyczna wyraźnie zbacza z toru. Od nich zacznijmy.

Jan Miodek (fot. BE&W)

Zgrzyt pojawia się już we wstępie, gdzie Janina Koźbiel, dziennikarka, nauczycielka i polonistka, uderza w dość patetyczne tony, przywołując między innymi kategorię Dobra, któremu w służbie przychodzi stworzona przez nią książka. Dla odmiany intrygująco zabrzmi wcześniejsze stwierdzenie, według którego zamieszczone tu wywiady mogą skłonić czytelnika do refleksji na temat „spotkania człowieka z człowiekiem i dramaturgii rozmowy”. Dopiero po lekturze całego zbioru zrozumiałam, co autorka mogła mieć myśli, pisząc akurat o „dramaturgii”. Tę bowiem nieraz odczujemy na swojej skórze w trakcie lektury.

Mniemam, że kluczem doboru rozmówców do „Słów i światów” były literackie sympatie autorki. Ta w trakcie wywiadów wielokrotnie zdradza swoje zauroczenie twórczą działalnością zaproszonych do rozmowy pisarzy, występując niejako w roli zagorzałej fanki i wiernej wyznawczyni. Z zadawanych pytań często wyłania się również jej szczegółowa znajomość wspominanych tu książek. Niestety bywa, że nie idzie ona w parze z ich zrozumieniem. Koźbiel, zagadując o kolejne utwory, nie tylko przywołuje zamieszczone w nich wątki lub poszczególne sceny, ale czasem kusi się również na ich (nad)interpretację, niekoniecznie trafną, a także umieszcza je w niecelnie obmyślonych przez siebie kontekstach.

Magdalena Tulli (fot. gazeta.pl)

Nie zawsze okazuje się to szczęśliwym zabiegiem. Zdarza się, że rozmówca zostaje zaskoczony tokiem rozumowania dziennikarki lub ewidentnie się z nim nie zgadza, szybko i radyklanie ucinając wątek. Szczególnie wyraźnie objawia się to w iskrzącej od zgrzytów rozmowie z Magdaleną Tulli, która nieco zirytowana pytaniami, nie unika skierowanych w jej stronę delikatnych złośliwości. To niestety niejedyny mankament tegoż zbioru. Podczas lektury razi również trochę zbyt liberalne podejście do redakcji wywiadów. Wiele zbędnych wtrętów pytającej i ślepych zaułków, zarysowujących raczej charakter autorki, niż jej rozmówców, psuje przyjemność lektury i odbiera jej powagi. Być może wynika to z chęci jak najwierniejszego i „uczciwego” przedstawienia zaistniałych rozmów, ale niestety okazuje się to operacją niepotrzebną. Odpowiednia i sprawna redakcja nie zakłamuje przecież wartości i przesłania wywiadów, a sprawia jedynie, że są wygodniejsze w odbiorze i nie zaprzątają głowy pobocznymi niuansami. Tymczasem Koźbiel staje się nadto widoczna, można nawet odnieść wrażenie, że niepotrzebnie się narzuca. Trafniej by było, gdyby jej głos dochodził gdzieś zza kadru.

Mimo tego marudzenia, nie wszystko stracone. Szczęśliwie znamienitość rozmówców, z którymi udało się porozmawiać autorce, broni się przed nie zawsze szczęśliwą formą wywiadów i osobliwym warsztatem. Pada tu cała masa ważnych zdań, bogatych w treści wypowiedzi, mięsistych kawałków dotyczących procesu twórczego, języka, słowa i inspiracji. Znajdą się tu wywiady bardziej udane, płynne i inspirujące. Przewiną się różne stanowiska, poglądy na pisanie, odmienne osobowości i temperamenty, zawsze jednak kreatywne i interesujące. To właśnie stanowi największą wartość tej publikacji i o to tutaj chodziło. W ostatecznym rozrachunku zatem, mimo wielu formalnych mankamentów, warto „Słowom i światom” przyjrzeć się z bliska.

Janina Koźbiel, Słowa i światy (rozmowy), wyd. JanKa 2012, Pruszków 2012. 

Dorota Jędrzejewska

Italo Calvino, Niewidzialne miasta.


Przybyłem, zobaczyłem, opisałem

Przemierzając „Niewidzialne miasta” Itala Calvina, większości czytelnikom nie uda się uciec od – postawionego mimowolnie bądź świadomie – pytania o granice pisarskiej wyobraźni. Obcowanie z późną prozą urodzonego na Kubie Włocha („Niewidzialne miasta” wydano w roku 1972), jego nieskrywane umiłowanie do magicznych światów, literackich szarad i wzorów, poupychanych na kartach kolejnych książek, budzi uprawnione porównanie do prozy Borgesa. Calvino prowadzi grę z czytelnikiem, przy czym nie jest to cyniczna gra wielkiego pisarza (którym zresztą Calvino bez wątpienia jest), ale rodzaj intelektualnej zabawy, w której każdy ma równe szanse, bo żeby wziąć udział w rozgrywce wystarczy otwarty umysł i odrobina wyobraźni. No, może trochę więcej.

Konstrukcja „Niewidzialnych miast” składa się z 55 opisów nieistniejących miast (ewentualnie z wariacji na temat istniejących lub nieistniejących), pogrupowanych w 9 rozdziałów i 11 kategorii, a w każdej kategorii mieści się 5 różnych miast. Podział na kategorie wygląda następująco (w przekładzie Aliny Kreisberg): Miasta i pamięć, Miasta i pragnienia, Miasta i znaki, Zwiewne miasta, Miasta i wymiana, Miasta i oczy, Miasta i nazwa, Miasta i umarli, Miasta i niebo, Ciągłe miasta, Ukryte miasta. Skrajne rozdziały (o numerach 1 i 9) zawierają po 10 opisów miast, natomiast rozdziały 2-8 po 5 opisów. To pieczątka OuLiPo – eksperymentalnej grupy literackiej, której Calvino był honorowym członkiem. Reprezentanci OuLiPo konstruowali swe dzieła w oparciu o gry słowne, różnej maści wzory i równania matematyczne. Schemat konstrukcji książki można prześledzić na podstawie poniższego wykresu (proszę kliknąć, żeby powiększyć):

Brzmi to i wygląda na skomplikowane, lecz w rzeczywistości wcale takim nie jest. Sam autor porównywał „Niewidzialne miasta” do wielościanu, ale ów matematyczny wzór rządzący konstrukcją nie jest istotny o tyle, że sam utwór jest jako tako pozbawiony fabuły. Książkę można otwierać na losowo wybranej stronie, wyciągać na chybił-trafił opisy miast i napawać się z jednej strony ich złożonością, finezją, matematycznym kształtem lub surrealistycznym bezkształtem, z drugiej zaś zwiewnością, delikatnością i liryzmem, za pomocą którego Calvino zanosi nas do miejsc mających rację bytu tylko tam, gdzie rozsądek zasiada w rogu karczmy po kilku głębszych. „Niewidzialne miasta” można by czytać latami, wybierając co pewien czas jedno miasto i udając się w podróż po jego uliczkach lub zakamarkach. Znajdziemy tu miasta stare i nowe, piękne i zmysłowe, lecz także brzydkie, zamieszkiwane przez ludzi i wyludnione, miasta na lądzie i w powietrzu, na wodzie i podwodne, miasta, do których łatwo trafić, ale nie sposób ich opuścić, miasta z pełnymi przepychu rynkami, ciasnymi uliczkami i takie, które składają się z samych przedmieść.

Diana Al-Hadid Gradiva’s Fourth Wall (źródło: http://www.massmoca.org/event_details.php?id=669)

W mieście Fedora „stoi metalowy pałac, a każda jego komnata mieści szklaną kulę. W głębi każdej kuli można zobaczyć błękitne miasto, które jest modelem innej Fedory. Są to kształty, jakie mogło przybrać miasto, gdyby (…) nie nadano mu jego dzisiejszej postaci”. Izaura, „miasto tysiąca studni, wznosi się na głębokim podziemnym jeziorze”. Zenobia, miasto osobliwości, „chociaż położone na suchym terenie, wznosi się na wysokich palach, a domy są zbudowane z bambusa i cynku (…)”. Armilla, miasto kaprysów bądź czarów, „nie ma murów, stropów ani podłóg: nie ma niczego, co upodobniałoby ją do miasta, z wyjątkiem rur wodociągowych, które wznoszą się pionowo tam, gdzie powinny stać domy, i rozgałęziają, gdzie powinny być piętra: las rur zakończonych kranami, prysznicami, syfonami, przelewami”. „W wielkim mieście Chloe przechodnie na ulicach nie znają się. Patrząc na siebie, wyobrażają sobie tysiące spraw, spotkania, jakie mogłyby się między nimi zdarzyć, rozmowy, niespodzianki, pieszczoty, ugryzienia”. „Miasto Zemruda bierze swój kształt od nastroju tego, kto je ogląda”. „W Melanii, wychodząc na rynek, za każdym razem trafia się w sam środek dialogu: żołnierz-samochwał i pieczeniarz wynurzają się z bramy i spotykają młodego rozrzutnika i nierządnicę (…)”. Adelma to miasto widoczne we śnie, „gdzie spotyka się tylko umarłych”, a jeśli „jest prawdziwym miastem, zamieszkanym przez żywych, wystarczy dłużej im się przyglądać, aby podobieństwo się rozwiało i ukazały się obce twarze, przynoszące lęk. W obu przypadkach lepiej, żeby nie przypatrywać im się zbytnio”.

Ogniwami spajającymi poszczególne rozdziały są filozoficzne dysputy, prowadzone przez podróżnika, odkrywcę i przewodnika po wszystkich miastach – Marco Polo – a Wielkim Kubłaj-chanem zarządzającym wielkim imperium. Opisy kolejnych miast stają się pretekstem do rozważań nad potęgą słowa, opowieści i wyobraźni, lecz także – co nie mniej ważne – nad istotą komunikacji między ludźmi oraz wielorakości interpretacji, którą są w stanie wytworzyć nie tylko znaczące różnice kulturowe, ale pojedyncze słowo. Jednak Calvino, poszukując sensu nawet w sprzecznościach, tworzy soczewkę dwuwypukłą: początkowo Marco snuje swoje opowieści, nie znając języka swojego rozmówcy. Opisuje miasta na migi, za pomocą gestów, udowadniając, że sztuka poznania nie jest obwarowana żadnymi barierami.

„Nikt lepiej od ciebie nie wie, mądry Chanie, że nie należy nigdy mylić miasta ze słowami, które je opisują” – powie Marco Polo, snując jedną z opowieści. Ale zważcie, jakież to czarowne i kunsztowne słowa paść muszą, aby pomylić z nimi miasto, otwierające swoje bramy przed utrudzonym wędrowcem?

Italo Calvino, Niewidzialne miasta, przeł. Alina Kreisberg, W.A.B, Warszawa 2013.

Rafał Niemczyk

%d blogerów lubi to: