Keith Lowe, Dziki kontynent. Recenzja.


Rykoszet

Tylko umarli widzieli koniec wojny
(Platon)

Jeśli chodzi o europejski teatr działań, według autora II wojna światowa nie zaczęła się we wrześniu 1939 r. ani nie skończyła w maju 1945 r. W licznych zakątkach Europy, szczególnie wschodniej, działania wojenne trwały jeszcze po Dniu Zwycięstwa. W Jugosławii wojska Broza-Tito walczyły z oddziałami niemieckimi jeszcze co najmniej do połowy maja 1945 r. Natomiast wojny domowe będące pokłosiem II wojny światowej, jak te w Jugosławii czy w Grecji, toczyły się jeszcze przez kilka lat po zakończeniu głównego konfliktu. W Polsce i na Ukrainie oraz w państwach bałtyckich potyczki między partyzantkami nacjonalistycznymi czy narodowowyzwoleńczymi a jednostkami sowieckimi ciągnęły się do lat 50. Opór przeciw sowieckiemu reżimowi, przybierający różne formy, trwał na tych terenach i dłużej – przypadki aresztowań partyzanckich niedobitków zdarzały się jeszcze w latach 60., a nawet 70. Dla niektórych obywateli krajów, które znalazły się pod jarzmem Związku Radzieckiego, II wojna światowa skończyła się dopiero wraz z opuszczeniem ich ojczyzny ostatniego sowieckiego żołnierza, czyli na początku lat 90.

Czas chaosu i bezprawia, który nastał po zakończeniu działań frontowych, spowijając znaczną część Europy na kilka dobrych lat, bywa nierzadko pomijany w pracach historyków, szczególnie zachodnioeuropejskich. Jakkolwiek po upadku komunizmu w bloku wschodnim, tamtejsi badacze dziejów wykonali mnóstwo pracy, aby zebrać i odfałszować ten okres historii swoich krajów, tak istnieją nieliczne opracowania przedstawiające temat globalnie wraz z próbami ukazania zależności pomiędzy wydarzeniami po jednej i drugiej stronie. Keith Lowe nie ogranicza się do kilku powojennych lat. Echa wojny i sprowokowanych nią czystek etnicznych odnajduje jeszcze w latach 60. i 70. w konflikcie bałkańskim czy nawet w nowej fali nacjonalizmu i antysemityzmu, która nastała po roku 2000.

Ruiny Warszawy w styczniu 1946 r.
(źródło: http://www.telegraph.co.uk)

Autor w pierwszej kolejności opisuje straty wojenne – nie tylko materialne i ludnościowe oraz będące ich wynikiem głód i przesiedlenia, ale także ubytki w wymiarze moralnym. Temat potraktowany jest dosyć obszernie, gdyż według autora uświadomienie sobie ogromu tych strat jest niezbędne do zrozumienia fali odwetu, która przetoczyła się przez kontynent już po wojnie.

Na tym z kolei zagadnieniu Keith Lowe koncentruje się w części drugiej, przybliżając m.in. przypadki wyzwalania obozów oraz niepohamowanego odwetu, który byli więźniowie, jeńcy i robotnicy przymusowi brali na swoich dotychczasowych ciemiężycielach. Opisuje nie tylko los ofiar nazistowskiego systemu, ale także tragiczną sytuację niemieckiego społeczeństwa, na którym dokonywano zemsty za lata cierpień, upodleń i upokorzeń [w tym kontekście polecamy też książkę W.G. Sebalda „Wojna powietrzna i literatura”]. Autor nie pomija sytuacji w Europie Wschodniej, której grozę potęgowali Sowieci, jak i tematu prześladowań kobiet „kolaborujących” z żołnierzami niemieckimi i zrodzonych z tych związków dzieci.

Niemieccy uchodźcy na dachu pociągu w Berlinie (źródło: http://www.anunews.net)

W części trzeciej autor przybliża i analizuje czystki etniczne w Europie, zarówno zapoczątkowane przez nazistów, jak i te wynikające bezpośrednio z działań wojennych oraz będące pokłosiem starych konfliktów, a także inspirowane przez nowy totalitarny system. Tematami przewodnimi tej części książki są: ucieczka Żydów z Europy, wysiedlenia Niemców, repatriacje, konflikt polsko-ukraiński oraz jugosłowiański kocioł etniczny.

W części czwartej Keith Lowe przedstawia tezę, iż wybuch II wojny światowej nie był zainicjowany tylko i wyłącznie imperialistycznymi dążeniami Hitlera i rasową polityką nazizmu. Jego zdaniem konflikt ten kiełkował dłużej i był składową wielu lokalnych wojenek i napięć na gruncie politycznym, etnicznym czy terytorialnym. Wiele z tych od dawna tłumionych i pielęgnowanych zatargów zyskało dzięki wybuchowi wojny pretekst do eskalacji i sposobność do zbrojnego rozwiązania problemów. Autor określa to terminem „wojny w wojnach”. W tej części książki opisane są także różne schematy instalacji komunistycznego systemu w krajach, które znalazły się po wojnie w sowieckiej strefie wpływów, będące częścią procesu przejścia do okresu zwanego „zimną wojną”.

Dla czytelnika nie gustującego w takich opracowaniach historycznych nie będzie to łatwa lektura. Miejscami „Dziki kontynent” czyta się jak fascynującą beletrystykę, aby jednak po chwili zostać zbombardowanym przez autora masą suchych faktów, liczb i statystyk. Dzieła dopełniają i niewątpliwie uatrakcyjniają mapki, sporo relacji naocznych świadków wydarzeń oraz fotografie zgrupowane w dwóch wkładkach. Nie jest to także lektura przyjemna, jeśli chodzi o wrażenia estetyczne. Sceny mordów, tortur, brutalnych gwałtów i upodleń nie są w książce rzadkością. Opisy przeżyć niektórych świadków tamtych czasów są dosyć drastyczne, np.:

Ocaleni cywile; Łódź, 14 grudnia 1945 r.
(źródło: foto-post.blogspot.com)

Kobieta zbyt słaba, by stać, opierała się o stos ciał, gotując na ognisku jedzenie, które jej daliśmy; kobiety i mężczyźni kucali na otwartej przestrzeni, gdzie popadło, załatwiając się z powodu dyzenterii, która czyściła im kiszki; całkiem naga kobieta stała i myła się czymś w rodzaju mydła w wodzie ze zbiornika, w którym pływały szczątki dziecka.

Dzieło Keitha Lowe, któremu poświęcił kilka lat swojego życia, jest na pewno godne uwagi, tak pod względem podejścia do tematu jak i merytorycznym – wszak ponad 60 stron przypisów, źródeł i bibliografii robi wrażenie. Przytaczając dane, wszędzie gdzie to tylko możliwe, autor stara się prostować narosłe przez lata mity i szafowanie liczbami. Dzięki współpracy ze wschodnioeuropejskimi badaczami historii jego książka nabrała rozmachu i tak potrzebnego szerszego, kontynentalnego wymiaru. „Dziki kontynent” to książka przerażająca w swoim przekazie, ale prawdziwa, dogłębnie sondująca temat i starająca się zachować obiektywizm. Pozwala zapoznać się nie tylko z faktami i liczbami, ale i ludzkimi dramatami. Ułatwia zrozumienie przyczyn, skutków i następstw najbardziej krwawego jak do tej pory konfliktu zbrojnego w dziejach ludzkości. Pozycja obowiązkowa dla zainteresowanych tym okresem i godna polecenia jako próba rozprawienia się z mitami historii.

Keith Lowe, Dziki kontynent, przeł. Mirosław P. Jabłoński, Dom Wydawniczy REBIS, Poznań 2013.

Jacek „bio_hazard” Bryk

Anna Miotk, Skuteczne social media. Recenzja.


Co z tym Facebookiem?

Emocje już opadły. Przyzwyczailiśmy się do życia w internecie, które obecnie stanowi totalnie prozaiczną część naszego dnia codziennego. Nawet najtwardsi komputerowi konserwatyści oswajają się z Facebookiem, zaawansowani „internetowi” dawno już rozgryźli inne portale społecznościowe,  ilość blogów rośnie w ekspresowym tempie, a cała sieć dzień po dniu zapełnia się niewyobrażalną liczbą zdjęć, filmików, zdań. To oczywiste, że zaadaptować musieli się tu także reklamodawcy. Firmy coraz mądrzej, z większą brawurą i finezją korzystają z socialmediowych narzędzi, choć wiele marketingowych działań nadal pozostawia wiele do życzenia. W takich przypadkach, nawet w tych arcynowoczesnych czasach, przychodzi z pomocą staromodne narzędzie – fachowa literatura.

„Skuteczne social media” Anny Miotk to pozycja naprawdę rzetelna. Choć warto zaznaczyć – wielu początkujących adeptów mediów społecznościowych, próbując z jej pomocą wgryźć się w temat, może się nieco zawieźć. Nie uraczymy tu bowiem drobnych wskazówek, których oczekiwałoby wielu świeżych administratorów fanpage’y, np. o której godzinie wrzucać wpisy, by pojawiały się lajki, gdzie szukać fanów i jak szybko osiągnąć na ich licznikach co najmniej kilka tysięcy. Miotk nie odpowiada również na pytania, jak używać Pinteresta, co pisać na Twitterze i ile tygodniowo publikować postów na blogu, by zarobić kupę kasy. Dlaczego? Autorka podchodzi do tematu profesjonalnie. Uczy nas odpowiedniego i znacznie szerszego myślenia o mediach społecznościowych, tym samym – pośrednio i bezpośrednio – obala wiele mitów, które wokół nich narosły.

Miotk roztrząsanie tematu rozpoczyna od historii social mediów, udziela lekcji teoretycznej i przygotowuje grunt pod to, byśmy skuteczniej chłonęli praktyczną wiedzę. Jej dalsze rozważania skupiają się natomiast wokół takich pojęć, jak: „organizacja” albo „dojrzałość organizacji”, „planowanie”, „strategia”, „badania” czy „pomiar”. Kategorie te niezbyt pasują do działań w mediach społecznościowych wielu małych przedsiębiorstw i niewielkich agencji. Tu przeważnie bowiem nie mówi się o strategiach, tym bardziej pomiarach, a wszelkie ruchy wykonuje się raczej doraźnie i spontanicznie. Tymczasem nie o to w tej zabawie chodzi, co udowadnia Miotk. Bez odpowiedniej organizacji, wiedzy i adekwatnego myślenia social media nie są w stanie przynieść oczekiwanych skutków.

Autorka kilkakrotnie podkreśla indywidualne potrzeby każdego przypadku. Strategie użycia mediów społecznościowych będą się więc różnić w zależności od rodzaju branży, wielkości biznesu, charakteru odbiorcy. Za każdym razem też inaczej będzie się czytać ich efekty – próżno tu szukać uniwersalnych rozwiązań. Miotk swoje rozważania popiera licznymi konkretnymi przykładami, wiedzę segmentuje w tabelach i na wykresach, punktując po kolei rzeczy, których powinniśmy być świadomi, próbując osiągnąć reklamowe sukcesy wśród internetowych społeczności. Książka daje do myślenia, inspiruje i dzięki temu staje się świetnym przewodnikiem dla tych, którzy faktycznie chcą odnosić na polu social mediów sukcesy – bez ściem i naiwnych działań po omacku. Rozwiewa też złudzenia i częstuje nieświadomych zimnym prysznicem.

Próbując sprzedawać za pomocą social mediów, warto więc postawić na profesjonalizm. Dobrze w tym zamierzeniu będzie zaopatrzyć się w książkę Miotk i nie dać się zaczarować ułudą prostych, rozrywkowych rozwiązań. Do publikacji tej powinni zajrzeć również przedsiębiorcy, zlecający podwykonawcom opiekę nad firmowymi profilami i blogami. Wiedzieliby wtedy, czego mogą oczekiwać od tej inwestycji,  a także jak nie nadziać się na pseudofachowców. I choć social media wciąż żyją, zmieniają się, są płynne i wciąż wzbogacane o nowe trendy, to pewne kategorie w ich postrzeganiu zostały już nazwane, a ścieżki wytyczone. Trafnym ruchem będzie ich poznanie.

Anna Miotk, Skuteczne social media, wyd. Helion, Gliwice 2013.

Dorota Jędrzejewska

Doris Lessing, Lato przed zmierzchem.


Trwa lato, ciemności jeszcze nie okryły życia

Po tym, jak w 1973 Nagrodę Nobla w kategorii literatury dostaje Patrick White, Sándor Márai notuje w dzienniku: „Literackiej Nagrody Nobla już od jakiegoś czasu nie dostają pisarze, tylko państwa. W tym roku otrzymał ją młodzieńczy, rozwijający się kontynent: Australia. Wcześniej otrzymały ją Gwatemala, Islandia, Chile, Jugosławia i Nelly Sachs. Mauretania i Albania jeszcze czekają na swoją kolej; ale to tylko kwestia alfabetu”. Ciekawe, co miałby do powiedzenia o laureatce Doris Lessing? W końcu Lessing nie jest autorką z jakiegoś małego/nowego kraju. W końcu nie jest autorką kilku książek, a kilkunastu. Była pisarką pełną gębą (Gombrowicz się kłania). Pani Iwona Torbicka napisała:
„W powieściach Lessing odnajdziemy znakomitą rekonstrukcję psychiki kobiet. I właśnie dlatego powinni je czytać mężczyźni, którzy deklarują, że kobiet nie rozumieją”. Nie twierdzę, że nie rozumiem kobiet, staram się je rozumieć bardziej, lepiej, pewnie dlatego zdecydowałem się przeczytać tę książkę.

Bohaterką książki Lessing jest czterdziestopięcioletnia kobieta – Kate Brown. Żona Michaela, wziętego lekarza neurochirurga, którego poznała na studiach w Oxfordzie i za którego wyszła nie ukończywszy studiów: literatury i języków romańskich. Została za to matką, matką czwórki dzieci: Stephena, Eileen, Jamesa i Tima. „Gdyby nie wyszła wtedy za mąż, chyba stałaby się kimś cenionym w swojej dziedzinie. Może wykładowcą? Kobiety rzadko zostają profesorami. Ale te myśli nie nachodziły jej często: nie uważała dzieci za rzecz nużącą”.

Doris Lessing w 1957 roku (fot. Warner)

Poznajemy ją, jak stoi na schodach prowadzących z kuchni do ogrodu. Latem. Stoi i czeka z założonymi rękami. Na co czeka? Aż zagotuje się woda, ale równie dobrze mogłaby czekać na to, co przyniesie jej zbliżające się lato i, w pewnym sensie, możemy powiedzieć, że właśnie na to czeka. Ponieważ ma to być pierwsze od dwudziestu kilku lat lato, które będzie miała spędzić sama. Sama, bez męża, który razem z córką wyjeżdża na cztery miesiące do Stanów, do Bostonu. Sama, bez pozostałych dzieci, gdyż Stephen jedzie do Maroka i Algierii, James do Sudanu, a Tim do Norwegii. I oto kobieta, która przez prawie całe swoje dorosłe życie krzątała się („Wszystkie, każda z nich, przeszły długą edukację w jednej rzeczy – krzątanie. (…) Oto do czego doprowadziły wszystkie te lata nabywania cnót: ona i jej rówieśniczki stały się maszynami nastawionymi na jedną czynność: na kierowanie, aranżowanie, regulowanie, przewidywanie, nakazywanie, zanudzanie, martwienie się i organizowanie. Słowem, na krzątaninę”.) w domu przy mężu i dzieciach, zostaje, w wyniku zbiegu kilku okoliczności, postawiona w zupełnie nowej dla niej sytuacji, w której musi się odnaleźć. Musi coś ze sobą zrobić przez najbliższe miesiące.

Być może nie jest to dla niej sytuacja graniczna, jednak na tyle nowa (i jak się potem okazuje ważna), że musi się wobec niej, wobec siebie, określić. Role społeczne: matki, żony, głowy domu, które pełniła przez ostatnie lata, okazują się bezużyteczne. Jest zmuszona, przez sytuację zewnętrzną, do przyjęcia na siebie nowych ról, gdyż, aby posłużyć się kategorią socjologiczną zaczerpniętą z interakcjonizm symbolicznego, kluczowa rola głównej bohaterki zostaje zawieszona. W sukurs przychodzi jej mąż, a dokładnie jego znajomy, który oferuje jej pracę tłumacza konferencyjnego w międzynarodowej instytucji „Żywność dla Świata”, którą, z wahaniem wynikłym z wiary w swoje siły i zdolności, przyjmuje. Jej/ich dom na czas wakacji zostaje wynajęty obcym ludziom, a ona sama przeprowadza się do wynajętego mieszkania w Londynie.

Doris Lessing z Nagrodą Nobla (fot. Shaun Curry/AFP)

Należy zauważyć, że te sytuacje nie wynikają z działań samej Kate Brown, raczej zgadza się na to, co jest jej proponowane. Nie uzyskała jeszcze pełnej podmiotowości, która w dalszej część książki będzie tak ważna, dla nowego określenia siebie głównej bohaterki. Po kilku tygodniach pracy dostaje awans, który znów wiąże się z krzątaniem, zaczyna organizować, dzwonić, ustalać, umilać, decydować. Jednak z większą świadomością tego faktu. Organizuje konferencję w Konstantynopolu, podczas której w hotelu poznaje młodszego od siebie mężczyznę Jeffreya, który proponuje jej wyjazd, wakacje w Hiszpanii. Kate Brown, szanowana matka, żona, tłumaczka, organizatorka, koleżanka, przyjaciółka, decyduje się wyjechać na drugi koniec kontynentu europejskiego z obcym, młodszym mężczyzną, by przeżyć miłe chwile (szalony romans?).

Decyduje się właśnie dlatego, by zapomnieć, by odciąć się od tych wszystkich ról wymienionych powyżej, by w końcu zrobić coś dla siebie, choćby miało to być coś tak nierozsądnego, jak ów wyjazd. I w tym momencie książka się rozkręca, nabiera tempa, nabiera rumieńców, zaczynamy widzieć i rozumieć zmiany, jakie zachodzą w Kate, „Dlaczego jednak nie oznajmić rodzinie, że ma zamiar się zmienić, że jest w trakcie zmieniania się?”. Dwie strony dalej jest zdanie, jedno z kluczowych dla tej książki: „Mogłaby wędrować tak, gdzie zechce, i wrócić do domu za dwa miesiące, spędzając ten okres naprawdę sama, to znaczy jak ktoś, kto kieruje się własnym wyborem”, jak ktoś, kto jest wolny – chciałoby się dopowiedzieć.

Dla mnie jest to właśnie książka o dochodzeniu do wolności, o dochodzeniu do zrozumienia/pojmowania wolności w związku, w rodzinie, w życiu. Nie będę zdradzał dalszych elementów fabuły. Tego, czy romans był płomienny, czy konieczny był rozwód, czy dzieci płakały, tego czy czasem po powrocie do Anglii życie Kate Brown toczyło się dalej wcześniej wyznaczonymi torami. I tego kim jest Maureen, i jak wpłynęło na Kate poznanie jej, i jakie miało to spotkanie ostatecznie skutki. W końcu wciąż trwa lato, lato przed zmierzchem, ciemności (wciąż jeszcze) nie okryły życia…

Doris Lessing, Lato przed zmierzchem, tłum. Barbara Radkiewicz-Sadowska, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2008.

Maciej Gierszewski
Kopiec Kreta

Italo Calvino, Niewidzialne miasta.


Przybyłem, zobaczyłem, opisałem

Przemierzając „Niewidzialne miasta” Itala Calvina, większości czytelnikom nie uda się uciec od – postawionego mimowolnie bądź świadomie – pytania o granice pisarskiej wyobraźni. Obcowanie z późną prozą urodzonego na Kubie Włocha („Niewidzialne miasta” wydano w roku 1972), jego nieskrywane umiłowanie do magicznych światów, literackich szarad i wzorów, poupychanych na kartach kolejnych książek, budzi uprawnione porównanie do prozy Borgesa. Calvino prowadzi grę z czytelnikiem, przy czym nie jest to cyniczna gra wielkiego pisarza (którym zresztą Calvino bez wątpienia jest), ale rodzaj intelektualnej zabawy, w której każdy ma równe szanse, bo żeby wziąć udział w rozgrywce wystarczy otwarty umysł i odrobina wyobraźni. No, może trochę więcej.

Konstrukcja „Niewidzialnych miast” składa się z 55 opisów nieistniejących miast (ewentualnie z wariacji na temat istniejących lub nieistniejących), pogrupowanych w 9 rozdziałów i 11 kategorii, a w każdej kategorii mieści się 5 różnych miast. Podział na kategorie wygląda następująco (w przekładzie Aliny Kreisberg): Miasta i pamięć, Miasta i pragnienia, Miasta i znaki, Zwiewne miasta, Miasta i wymiana, Miasta i oczy, Miasta i nazwa, Miasta i umarli, Miasta i niebo, Ciągłe miasta, Ukryte miasta. Skrajne rozdziały (o numerach 1 i 9) zawierają po 10 opisów miast, natomiast rozdziały 2-8 po 5 opisów. To pieczątka OuLiPo – eksperymentalnej grupy literackiej, której Calvino był honorowym członkiem. Reprezentanci OuLiPo konstruowali swe dzieła w oparciu o gry słowne, różnej maści wzory i równania matematyczne. Schemat konstrukcji książki można prześledzić na podstawie poniższego wykresu (proszę kliknąć, żeby powiększyć):

Brzmi to i wygląda na skomplikowane, lecz w rzeczywistości wcale takim nie jest. Sam autor porównywał „Niewidzialne miasta” do wielościanu, ale ów matematyczny wzór rządzący konstrukcją nie jest istotny o tyle, że sam utwór jest jako tako pozbawiony fabuły. Książkę można otwierać na losowo wybranej stronie, wyciągać na chybił-trafił opisy miast i napawać się z jednej strony ich złożonością, finezją, matematycznym kształtem lub surrealistycznym bezkształtem, z drugiej zaś zwiewnością, delikatnością i liryzmem, za pomocą którego Calvino zanosi nas do miejsc mających rację bytu tylko tam, gdzie rozsądek zasiada w rogu karczmy po kilku głębszych. „Niewidzialne miasta” można by czytać latami, wybierając co pewien czas jedno miasto i udając się w podróż po jego uliczkach lub zakamarkach. Znajdziemy tu miasta stare i nowe, piękne i zmysłowe, lecz także brzydkie, zamieszkiwane przez ludzi i wyludnione, miasta na lądzie i w powietrzu, na wodzie i podwodne, miasta, do których łatwo trafić, ale nie sposób ich opuścić, miasta z pełnymi przepychu rynkami, ciasnymi uliczkami i takie, które składają się z samych przedmieść.

Diana Al-Hadid Gradiva’s Fourth Wall (źródło: http://www.massmoca.org/event_details.php?id=669)

W mieście Fedora „stoi metalowy pałac, a każda jego komnata mieści szklaną kulę. W głębi każdej kuli można zobaczyć błękitne miasto, które jest modelem innej Fedory. Są to kształty, jakie mogło przybrać miasto, gdyby (…) nie nadano mu jego dzisiejszej postaci”. Izaura, „miasto tysiąca studni, wznosi się na głębokim podziemnym jeziorze”. Zenobia, miasto osobliwości, „chociaż położone na suchym terenie, wznosi się na wysokich palach, a domy są zbudowane z bambusa i cynku (…)”. Armilla, miasto kaprysów bądź czarów, „nie ma murów, stropów ani podłóg: nie ma niczego, co upodobniałoby ją do miasta, z wyjątkiem rur wodociągowych, które wznoszą się pionowo tam, gdzie powinny stać domy, i rozgałęziają, gdzie powinny być piętra: las rur zakończonych kranami, prysznicami, syfonami, przelewami”. „W wielkim mieście Chloe przechodnie na ulicach nie znają się. Patrząc na siebie, wyobrażają sobie tysiące spraw, spotkania, jakie mogłyby się między nimi zdarzyć, rozmowy, niespodzianki, pieszczoty, ugryzienia”. „Miasto Zemruda bierze swój kształt od nastroju tego, kto je ogląda”. „W Melanii, wychodząc na rynek, za każdym razem trafia się w sam środek dialogu: żołnierz-samochwał i pieczeniarz wynurzają się z bramy i spotykają młodego rozrzutnika i nierządnicę (…)”. Adelma to miasto widoczne we śnie, „gdzie spotyka się tylko umarłych”, a jeśli „jest prawdziwym miastem, zamieszkanym przez żywych, wystarczy dłużej im się przyglądać, aby podobieństwo się rozwiało i ukazały się obce twarze, przynoszące lęk. W obu przypadkach lepiej, żeby nie przypatrywać im się zbytnio”.

Ogniwami spajającymi poszczególne rozdziały są filozoficzne dysputy, prowadzone przez podróżnika, odkrywcę i przewodnika po wszystkich miastach – Marco Polo – a Wielkim Kubłaj-chanem zarządzającym wielkim imperium. Opisy kolejnych miast stają się pretekstem do rozważań nad potęgą słowa, opowieści i wyobraźni, lecz także – co nie mniej ważne – nad istotą komunikacji między ludźmi oraz wielorakości interpretacji, którą są w stanie wytworzyć nie tylko znaczące różnice kulturowe, ale pojedyncze słowo. Jednak Calvino, poszukując sensu nawet w sprzecznościach, tworzy soczewkę dwuwypukłą: początkowo Marco snuje swoje opowieści, nie znając języka swojego rozmówcy. Opisuje miasta na migi, za pomocą gestów, udowadniając, że sztuka poznania nie jest obwarowana żadnymi barierami.

„Nikt lepiej od ciebie nie wie, mądry Chanie, że nie należy nigdy mylić miasta ze słowami, które je opisują” – powie Marco Polo, snując jedną z opowieści. Ale zważcie, jakież to czarowne i kunsztowne słowa paść muszą, aby pomylić z nimi miasto, otwierające swoje bramy przed utrudzonym wędrowcem?

Italo Calvino, Niewidzialne miasta, przeł. Alina Kreisberg, W.A.B, Warszawa 2013.

Rafał Niemczyk

H. P. Lovecraft, Koszmary i fantazje (listy i eseje). Recenzja.


Skrzynka HPL-a, czyli rozsądna niestałość poglądów

Samotność samotnika z Providence została w świadomości czytelników powszechnie usankcjonowana być może w tym samym momencie, co jego twórczość, klasyfikowana z biegu w obrębie horroru czy fantastyki naukowej, względnie – przez znawców gatunku – jako weird fiction. Oczywiście jedno i drugie jest po części prawdą, jednak samotność samotnika, który w ciągu swojego (skądinąd dość krótkiego) życia napisał około 80 tysięcy listów, liczących nierzadko po kilkadziesiąt stron, jest samotnością tak samo dziwną jak jego opowieści. Howard Phillips Lovecraft, jeden z prekursorów science fiction w jej straszących odmianach, twórca kultowej mitologii Cthulhu, śledczy pradawnych bóstw, podjudzający potężne demony, zdekonspirowany po latach autor bluźnierczego „Necronomiconu”, myśliciel i filozof, autorytarysta, zdeklarowany ateista, człowiek bezwzględnie przywiązany do nieomal feudalnych, konserwatywnych wartości arystokratycznej Nowej Anglii, a więc, niejako siłą rzeczy, wyznający nierzadko poglądy rasistowskie.

Marek Wydmuch, ekspert od biografii i twórczości pisarza, zwraca uwagę na sprzeczność tych zasad i „duchowej elegancji” Lovecrafta – który sam o sobie mawiał najchętniej jako o „pełnym poczucia własnego arystokratyzmu gentlemanie z okresu kolonizowania wschodniego wybrzeża w XVII wieku” – z marnymi warunkami materialnymi, w których przyszło mu żyć. Paradoks, wobec którego HPL był raczej bezsilny (jako pisarz zarabiał rzadko i raczej mizernie), choć tak po prawdzie do pieniędzy i majątku nigdy go nie ciągnęło.

Providence (rys. Kaja Kasprowicz)

Wszystko to składa się w jedną arcyciekawą osobowość, przy czym HPL potrafi intrygować polemiką nie tylko z rozmaitymi korespondentami, ale i z własnymi poglądami, tymi konserwatywnymi i kontrowersyjnymi również. „Co by nie mówić o rasizmie Lovecrafta (…) – pisze we wstępie tłumacz, Mateusz Kopacz – nie można zaprzeczyć, że w większości kwestii był to człowiek poszukujący, rozwijający się. Na przestrzeni całej książki widać to wyraźnie (…), więc może się zdarzyć, że obok siebie wypowiada się dwóch kompletnie różnych Lovecraftów”. Niebywale owocna korespondencja pisarza była poniekąd próbą zaspokojenia niedostatków intelektualnych debat i wymiany myśli, do których lgnął, zamknięty w czterech ścianach, mimo że nie przepadał za towarzystwem samych ludzi. Dla HPL-a najcenniejsze były ludzkie myśli, nie zaś postacie z krwi i kości.

Wiele spośród 45 esejów i listów Lovecraft poświęcił samej literaturze grozy, analizie dzieł mistrzów, a także kilku swoich utworów. Mimo że nie cieszył się estymą pośród krytyków (tworzył przecież w czasach, kiedy horror zaliczano do gatunków niszowych, a samą weird fiction postrzegano jeszcze gorzej – jako nieestetyczną gatunkową hybrydę), i jego utwory zazwyczaj odrzucano, uskarżał się na niesłuszną niepopularność gatunku, który reprezentował, raczej rzadko. O wiele częściej brak literackiego sukcesu składał na karb własnych niedostatków pisarskich; pierwszy tekst „Koszmarów i fantazji” nosi znamienny tytuł „Krótka autobiografia marnego pisarzyny”. Dziś twórczość Lovecrafta zaliczana jest do kanonu literatury amerykańskiej i omawiana na uniwersytetach, co w przypadku literatury grozy zdarza się bardzo rzadko.

Howard Phillips Lovecraft (1915)

W liście do Harolda S. Farnese możemy za to przeczytać: „(…) od zawsze zdawałem sobie sprawę, że moja wyjątkowa dziedzina w gruncie rzeczy należy do tych pomniejszych oraz że nawet gdybym osiągnął poziom prawdziwej literatury, byłaby to zaledwie prosta forma „literatury eskapistycznej”. To, na co szczególnie zwracam uwagę, jeśli chodzi o ten gatunek, nieważne jak bardzo jest pośledni, to jego szczerość i prawdziwość; nie jest on zaledwie jednym z aspektów naiwnego nieokrzesania, które spycha na bok każda oświecona epoka”.

Wnikliwy czytelnik dostrzeże w wielu z tych listowych „samosądów” przewrotność, a miejscami niekonsekwencje, wskazujące na gorycz niedocenionego twórcy, niemniej radykalny w sądach, egotyczny HPL potrafił przelać na papier liczne wyrazy niekłamanego podziwu dla innych pisarzy – mistrzów gatunku, którym hołdował. Byli to przede wszystkim: Lord Dunsany, Walter De La Mare, Arthur Machen, Ambrose Bierce, Algernon Blackwood, Montague Rhodes James, Nathaniel Hawthorne i, rzecz jasna, Edgar Allan Poe. Do literatury głównego nurtu również podchodził z reguły konserwatywnie; nie podobały mu się wszelkie zapędy modernizowania klasycznej powieści, zajadle krytykował poezję początku XX wieku, ale głosił także, że „nadszedł czas, by zmierzyć się ostatecznie z jałowym i wyeksploatowanym wiktoriańskim ideałem”.

Napis na nagrobku Lovecrafta „I am Providence” oznacza „Jestem Opatrznością”, a jednocześnie „Jam jest Providence”, co ma podkreślać wpływ pisarza na miejsce, w którym tworzył,
i odwrotnie.

Z „Koszmarów i fantazji” wyłania się Lovecraft-intelektualista, myśliciel zainteresowany wieloma dziedzinami (m.in. literaturą, architekturą, historią, polityką, filozofią), a jego rozważań – nawet jeśli część z nich jest dziś nieaktualnych czy zweryfikowanych przez sto lat nauki i historii – nie sposób nazwać powierzchownymi. Wręcz przeciwnie, Lovecraft, który zawdzięczał rozwój umysłowy nieustannej niemal lekturze książek, gazet, materiałów popularnonaukowych, urzeka ostrością sądów przy jednoczesnej wrodzonej wnikliwości i rozległej wiedzy. To agnostyk, skrupulatny realista, potrafiący jednak docenić chrześcijańskie zasługi, choć do samej religii zdystansowany i zarzucający jej bazowanie na nieprawdzie. To zdeklarowany przeciwnik komunizmu, choć popierający program ówczesnego socjalizmu, a jednocześnie zwolennik Nowego Ładu Roosevelta.

Wiele z tych sprzeczności brało się z tego, co sam określał „rozsądną niestałością poglądów”. HPL rozmówcą był twardym, ale logicznym; polemizował z klasą i siekał argumentami, jednakże starał się nie zamykać na kontrargumenty rozmówców. A co najważniejsze, ujawniająca się w sporych fragmentach buta neutralizowana była urzekającym poczuciem humoru Lovecrafta. Niezdecydowanym polecam otworzyć książkę na stronie 163 i przeczytać genialny esej o wyższości kotów nad psami.

H. P. Lovecraft, Koszmary i fantazje (listy i eseje), tłum. Mateusz Kopacz, Wydawnictwo SQN, Kraków 2013.

Rafał Niemczyk

* Wybór ciekawszych listów i esejów dla zainteresowanych:

o weird fiction (s. 27); uwagi na temat tworzenia opowieści weird fiction (s. 29); list do Roberta E. Howarda, twórcy postaci Conana, który jedną z części napisał wespół z Lordem Dunsany (s. 34); o prawach autorskich i złych wydawcach (s. 50); szkic „Widma nad Innsmouth” (s. 54); „Wyzwanie spoza światów” – opowiadanie współtworzone przez pięciu autorów, w tym HPL-a (s. 76); notatnik z pomysłami – rewelacja!, zbiór wykorzystanych i niewykorzystanych pomysłów na opowiadania (s. 93); o Lordzie Dunsany (s. 126); tajemniczy list do Roberta Blocha (s. 154); esej o wyższości kotów nad psami – rewelacja! (s. 163); krytyka epoki wiktoriańskiej (s. 192); czymże jest sztuka? (s. 194); o weird fiction i poczuciu nieznanego (s. 197); krytyka pulpowej SF (s. 202); o rozpaczy w chwili śmierci matki (s. 207); o kompozycji utworów literackich (s. 210); o religii, moralności, prawdzie, wiedzy i kościele (s. 223); „Wyznanie niewiary” (s. 232); o religii i ateizmie (s. 243); list przeciwko komunizmowi (s. 257); „W obronie Dagona” (s. 267); o Nantucket (s. 306); „Domy Poego i miejsca mu poświęcone” (s. 309); relacja z podróży „Obserwacye w kilku częściach Ameryki dokonane” (s. 321); dodatek „Znajomi Lovecrafta” opracowany przez tłumacza, czyli sylwetki przyjaciół i korespondentów pisarza.

%d blogerów lubi to: