Haruki Murakami, 1Q84 (tom 3). Recenzja.


Świnie na wietrze

Skończyło się. Dwa księżyce, duży jasny i mniejszy zielonkawy, zeszły się w jeden. Japońskie kyū zamieniło się na powrót w arabską dziewiątkę i rok 1Q84 dobiegł końca. Ktoś zginął, ktoś uciekł, ktoś się ukrył, a ktoś inny odnalazł. Ostatni tom trylogii Murakamiego udzielił odpowiedzi na kilka enigmatycznych Questions, jakie autor postawił w poprzednich tomach. Ale czy są to odpowiedzi dla czytelnika satysfakcjonujące?

Żeby nie rozpisywać się na temat warstwy fabularnej, odsyłam do wcześniejszych recenzji poprzednich tomów „1Q84”: pierwszego i drugiego. Ostatni tom trylogii spina klamrą wiele powieściowych zdarzeń, pozostawia jednak sporymi momentami uczucie znużenia i niedosytu. Zacznę jednak od pozytywnych stron, co by nie zostać zjedzonym przez fan-cluby japońskiego prozaika, w które obrodziło w naszym kraju ostatnimi laty całkiem obficie.

Pojawiła się nowa postać (choć występująca epizodycznie już na kartach środkowego tomu), eksponowana w finałowej części na równi z Aomame i Tengo. To Ushikawa – były prawnik wykluczony z palestry, aktualnie zaś prywatny detektyw, idący tropem naszych bohaterów niczym rasowy pies gończy. Ushikawa jest konsekwentny w działaniach, uparty w dążeniu do wytyczonego celu, doświadczony, opierający się na sprawdzonych przez siebie w praktyce metodach. Ponadto łysieje, ma zdeformowaną głowę, nikt go nie lubi, nie wzbudza w ludziach zaufania, wyrzekła się go rodzina, a żona zabrała dzieci i odeszła od niego wiele lat wcześniej. Ushikawa – godzien z jednej strony potępienia, a z drugiej współczucia – jest niewątpliwie w „1Q84” oddechem świeżości, którego długimi momentami naprawdę brakuje.

Umiejętnie wyprofilowane postacie są mocną stroną trylogii Murakamiego. Pytanie tylko, czy autor aby na pewno potrzebował do ich wykreowania prawie półtora tysiąca stron? Mielenie do upadłego poszczególnych wątków zaczyna chwilami irytować. Nieszczęśliwe dzieciństwo głównych bohaterów Murakami przedstawiał w interesujący sposób, stosując retrospekcje, wspomnienia, ciekawe rozmowy. Niekonieczne było dodawanie kilku łopatologicznych rozdziałów, które fabularnie niewiele wnosząc, sprawiają, że opowieść sztucznie się wydłuża i rozmywa. Do tego dochodzi nadmierne uszczegółowianie, które powoduje, że czytelnik może czasem poczuć się jak obserwator japońskiego reality-show. Uważam, że skondensowanie treści przydałoby „1Q84” więcej lekkości i esencjonalności.

Murakamiemu udało się też długimi chwilami zbudować przygnębiający klimat osaczenia. Uzyskał go nie tyle poprzez wykorzystanie w książce zgranych elementów rasowego thrillera, ale wprowadzając postać upiornego inkasenta NHK. Ten uporczywie terroryzuje jednego po drugim bohaterów powieści, dobijając się do drzwi, których żaden z nich nie może z różnych powodów otworzyć, prowadząc przy tym dwuznaczny, demoniczny monolog. Postać „upiornego inkasenta NHK” mogłaby z powodzeniem zagościć na planie filmowym któregoś z japońskich horrorów.

Japoński pisarz porusza też kilka spraw światopoglądowych, wrzucając je jak smaczne przyprawy do gotującej się zupy. Nie zawsze wnoszą coś wyrazistego, ale sprawiają, że smak powieści staje się bardziej różnorodny. Mamy więc rozważania na płaszczyznach teologicznych, liberalne podejście do miękkich narkotyków wypowiadane ustami sympatycznej dziewczyny, obraz godnego znoszenia nieuchronnej bliskości ludzkiej śmierci czy wspomnienie domu Carla Gustava Junga, słynnej „Wieży” wybudowanej w Bollingen nad Jeziorem Zuryskim. Jeśli ktoś nie miał okazji odwiedzić Szwajcarii, może podziwiać niesamowity pałacyk twórcy psychologii głębi w tym miejscu (krótką podróż śladem szwajcarskiego psychologa ozdabia piękna muzyka włoskiego kompozytora Gianni Ferrio, pochodząca z nieznanej u nas adaptacji „Tajemniczej wyspy” Juliusza Verne’a z 1973 roku, z Omarem Sharifem w roli głównej).

1Q84-book-3Za oknem pierwsze solidne oznaki jesieni. Kończy się rok 2Q11, a ja nie będę ukrywał, że mam ogromny problem z oceną „1Q84” jako całości. Swoista ludyczność prozy Murakamiego sprawia, że jego książki, pomimo wytykanych mu przez krytykę usterek, czyta się bardzo dobrze. Niosą też one ze sobą wartości literackie całkiem nietuzinkowe, czego dowodem niech będzie charakterystyczny, rozpoznawalny na całym świecie styl pisarza. Opinie o tym, czy Murakami zmierza w dobrym kierunku, pozostawiam Wam.

Nie mam w zwyczaju przyznawać w recenzjach wymiernych ocen ani gwiazdek. Robię to czasem na własny użytek, „dla zabawy”, mając świadomość subiektywizmu i niemożności porównywania wielorakich stylów i szkół pisarskich. Zdradzę Wam za to, że gdybym miał ocenić najnowsze dzieło Japończyka, wystawiłbym mu zdecydowane Q/10. W tym przypadku Q niech pozostanie pytajnikiem, a nie „dziewiątką”, „zerem” czy jakąś inną „cyferką” albo „gwiazdką”.

Jeśli zaś idzie o uczucie Tengo i Aomame (zapomniałbym dodać, że poznajemy w końcu jej pierwsze imię), to zamiast wpatrywać się ze zjeżdżalni na placu zabaw w niebo (co oczywiście jest czynnością nader romantyczną), powinni dla odmiany posłuchać gdzieś na odludziu „Pigs on the Wing” Pink Floydów. Wczytawszy się w słowa Rogera Watersa, „zerkając na siebie poprzez strugi deszczu, zastanawiając się, którego z tych kretynów obwinić, patrząc na latające świnie”.

Haruki Murakami, 1Q84 (tom 3), przełożyła z japońskiego Anna Zielińska-Elliott, wyd. MUZA, Warszawa 2011.

Rafał Niemczyk

Haruki Murakami, 1Q84, tom 2. Recenzja.


Jak księżyc na niebie

Stara niepisana prawda literacka głosi, że w przypadku trylogii – najtrudniejsze do stworzenia są drugie tomy. Zaznaczmy od razu, że książka w dalszym ciągu pozostawia niedosyt – choć ma miejsce wiele intrygujących wydarzeń, nic nie jest wyjaśnione do końca. Wszystkie tajemnice przyjdzie nam poznać dopiero podczas lektury ostatniego tomu. No ale czy można się było spodziewać czegoś innego? Raczej nie – „klątwa środkowego tomu” jest bezlitosna.

Konstrukcja powieści nie uległa żadnej zmianie: w dalszym ciągu losy bohaterów poznajemy naprzemiennie – jeden rozdział poświęcony Aomame, a następny Tengo. „1Q84” ewoluuje momentami w kierunku rasowego thrillera, mocno trzymając czytelnika w kleszczach napięcia. Atmosfera zagęszcza się, nieuchronnie wieszcząc katastrofę. Biją pioruny, wiatr uderza w szyby, a dwa księżyce spoglądają ponuro na to, co się dzieje. A dzieje się różnie.

Aomame dostaje ostatnie zlecenie w swojej „karierze” zawodowej morderczyni. Ma odebrać życie budzącemu grozę liderowi Sakigake i zniknąć na zawsze, zmieniając przedtem tożsamość. Zanim do tego dojdzie, kobieta przejdzie swoisty „kurs” z filozofii – poczynając od Junga, poprzez wątki z teorii Nietzschego, a na antropologicznych rozważaniach sir Jamesa G. Frazera kończąc.

Zagubiony Tengo zostaje coraz bardziej wplątany w aferę, związaną z ukazaniem się powieści Fukaeri „Powietrzna poczwarka”. Przy okazji odkrywa dręczące go sekrety przeszłości, odwiedzając w domu opieki ojca, cierpiącego na starczą demencję.

Dwa niezależne istnienia są jednak połączone nostalgicznym wydarzeniem sprzed dwudziestu lat, kiedy jako dziesięcioletnia dziewczynka Aomame ścisnęła w szkolnej klasie dłoń Tengo. Nieskażone dorosłością uczucie, jakie ich wtedy połączyło, zakorzeniło się w najgłębszych zakamarkach podświadomości. Jest teraz niewidocznym magnesem, przyciągającym ich do siebie, mimo że pozornie każde z nich żyje własnym, jakże różnym od siebie, życiem. Znamy już ten motyw z wcześniejszych powieści japońskiego pisarza. Nie można oprzeć się odczuciu, że para bohaterów Murakamiego pod wieloma względami przypomina też Florentino i Ferminę z „romansu wszechczasów” – „Miłości w czasach zarazy”. Podobnie jak kochankowie Marqueza, Aomame i Tengo, zanim się spotkają, muszą przebyć pełną wybojów drogę. Autor zrobiłby nam nie lada psikusa, gdyby się okazało, że ich uczucie na wieki pozostanie platoniczne. Przyznacie jednak, że mało kto w to wierzy.

 

Jako że Murakami ma w Polsce tak wielu zagorzałych miłośników, dołożę teraz do ich ulubionej potrawy łyżkę dziegciu. Drugi tom „1Q84” mógłby być na przykład o sto stron krótszy. O ile do połowy książki akcja posuwa się naprzód, częstując nas coraz to nowymi wątkami, tak później wkradają się zbędne, nawet kilkunastostronicowe przerywniki. Po raz wtóry pojawiają się wspomnienia z dzieciństwa Tengo, które wnoszą do całości niewiele nowego – a znamy je dobrze już z pierwszego tomu. Nużą czasem zbyt rozwlekłe opisy prozaicznych czynności; śledząc choćby dokładnie wyczyny Tengo przy garnkach, można by spokojnie zrobić z tego japoński dodatek do rodzimej książki kucharskiej. Murakami, znany z tego, że w subtelny, nienarzucający się sposób, potrafi opisywać sceny seksualne – tym razem lekko przesadził w pokazie swojej bezpruderyjności. Zdaję sobie sprawę, że spełniają one w powieści ważną (i odważną) rolę. Lecz scen tych jest sporo, a momentami stają się zbyt dosadne, tracąc przez to wiele ze swojej delikatności. Japończyk przy końcu posuwa się też do zabiegu stworzenia „książki w książce” – poznajemy dzięki temu nikczemnych Little People, ale cena tego jest znacząca. „Powietrzna poczwarka”, stając się „otwartą księgą”, przestaje ujmować swoją niesamowitą tajemniczością.

Haruki Murakami jest pomimo tego nietuzinkowym pisarzem. Potrafi znienacka trzasnąć fantastycznym porównaniem, oryginalną metaforą, wyrazistym opisem, a w jego postaciach wielu z nas odnajdzie cząstkę siebie (ja odnalazłem taką cząstkę w Tengo Kawanie). Myśli jego bohaterów są ujmujące zarówno w swojej prostocie, jak i nieszablonowości. Czasem są zwykłymi ludźmi, wrzuconymi – wbrew własnej woli – do niezwykłego świata. Innym razem ich myśli są skomplikowane, „literackie” i zaskakujące. Pewnie każdy z nas miewa takie myśli. Choć nie każdy z nas jest początkującym pisarzem-marzycielem, który szuka od dwudziestu lat swojej drugiej połówki – nie wiedząc, że eliminuje ona za pomocą szpikulca zło, by utrzymać w ryzach równowagę świata.

„1Q84” niesie przy tym prastare przesłanie. Przesłanie banalne, tandetne i trywialne (zagrzmi niejeden), ale najprawdziwsze w świecie. Jeżeli go „nie rozumiesz bez tłumaczenia, to znaczy, że nie zrozumiesz, choćbym ci nie wiem ile tłumaczył”. Głosi ono ni mniej, ni więcej jak to, że miłość jest największą siłą na tej naszej schorowanej planecie. Nieważne przy tym, czy mamy właśnie rok 1984, 1Q84 czy 2011. Dla Murakamiego to jest jasne. Jak księżyc na niebie.

Haruki Murakami, 1Q84 (tom 2), przełożyła z japońskiego Anna Zielińska-Elliott, wyd. MUZA, Warszawa 2011.

Rafał Niemczyk

Haruki Murakami, O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu. Recenzja.


Pamiętnik biegającego artysty

Zdecydowałem się napisać parę słów o tej książce, ponieważ jest dla mnie bardzo osobista. Bieganie stało się dla mnie ważną częścią życia, próbuję też pisać. Siłą rzeczy musiałem więc sięgnąć po pamiętnik Harukiego Murakamiego, bo choć sam o sobie mówi jako o człowieku „nudnym i nieciekawym”, jest niewątpliwie postacią wyjątkową i jednym z najważniejszych pisarzy ostatniego ćwierćwiecza.

Książka Murakamiego jest, jak sam ją określa, swoistym pamiętnikiemczymś pomiędzy zbiorem esejów, a autobiografią. Nie są to bynajmniej wspomnienia sportowca; Murakami rzadko odnosi się do wyników, rekordów czy tabel. Opowiada za to o zmaganiu się z samym sobą, z własnymi słabościami, o pracy jaką wykonał w czasie swojego życia, by zostać tym, kim jest teraz. Pisze, że aby spełniać najskrytsze marzenia, trzeba im oddać całe swoje serce. Rozważania na temat literatury przeplata ze wspomnieniami swoich treningów i startów: od kilkukilometrowych przebieżek, przez maratony (ukończył ich ponad dwadzieścia), stukilometrowy ultramaraton (przebiegł go raz w życiu), aż po triathlon, który urozmaicił jego sportowe życie w późniejszym okresie twórczości.

„Wśród powieściopisarzy nie ma, moim zdaniem, zwycięzców ani przegranych. Istnieją zewnętrzne oznaki literackich osiągnięć, choćby liczba sprzedanych egzemplarzy książki, zdobyte nagrody, dobre czy złe recenzje, ale żadna z nich w istocie się nie liczy. Liczy się tylko to, czy pisarstwo spełnia standardy, jakie sobie wyznaczamy. (…) Pod tym względem pisanie powieści i bieganie pełnego maratonu są bardzo do siebie podobne. Pisarz kieruje się zazwyczaj cichą wewnętrzną motywacją i nie szuka potwierdzenia w tym, co widać na zewnątrz.”

Pisarz, który nigdy nie szedł

Murakami-runJapończyk wiele mówi także o bólu, ciężkiej pracy i czasie, jaki trzeba poświęcić by dobrze… No właśnie, biegać czy pisać? Dla Murakamiego dwie życiowe pasje są w zasadzie nierozłączne. Choć, jak sam przyznaje, rytm życia wyznacza mu zegar pisarza: długie godziny spędzane na konstruowaniu nowych powieści, spotkania z czytelnikami, wykłady dla studentów na słynnych uniwersytetach. Nawet będąc bardzo zapracowanym, znajduje jednak czas (i to całkiem sporo!), który poświęca na trening, pamiętając przy tym o roli męża. Porusza ważną sprawę, jaką jest ustalenie w życiu pewnych priorytetów. Weekend po pracy można spędzić w gronie znajomych przy piwie, można też spędzić go biegając ulicami, polami, lasami, słuchając przy tym relaksującej muzyki. Podkreśla, że jest bardziej rzemieślnikiem niż artystą – choć wielu jego wielbicieli uzna to jedynie za objaw wrodzonej skromności. „Bardziej przypominam konia pociągowego niż wyścigowego.”– pisze Murakami.

„Ludzie niekiedy szydzą z tych trenujących codziennie, twierdząc, że niektórzy są gotowi zrobić wszystko, byle tylko przedłużyć sobie życie. Moim zdaniem część z nas biega wcale nie dlatego, że chce żyć dłużej, ale dlatego, żeby przeżyć życie najpełniej. Jeśli mamy przed sobą długie lata, znacznie lepiej jest przeżyć je z jasno wytyczonymi celami i najpełniej jak można, a nie we mgle. Moim zdaniem bieganie bardzo w tym pomaga. Zmuszenie się do największego wysiłku, do jakiego jesteśmy w stanie się zmusić przy wszystkich naszych ograniczeniach – oto istota biegania i metafora życia, a dla mnie również pisania. Sądzę, że wielu biegaczy się ze mną zgodzi.”
Pamiętnik Murakamiego będzie ciekawą lekturą także dla tych, którzy z bieganiem nigdy nie mieli nic wspólnego. To dojrzała refleksja człowieka na temat życiowych wartości, czerpania radości z życia, przemijania, godnego starzenia się. Pochwała uporu, determinacji i wiary we własne siły.

„Jeśli pewnego dnia postawią mi nagrobek, a teraz pozwolą wybrać stosowny napis, chciałbym, aby napis ten brzmiał tak. W tej chwili taki napis najbardziej mi się podoba.”

Haruki Murakami
1949 – 20**
Pisarz (i biegacz)
Który nigdy nie szedł

Haruki Murakami, O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu, tłum. Jędrzej Polak, wyd. Muza, Warszawa 2010.

Rafał Niemczyk

Haruki Murakami, Na południe od granicy, na zachód od słońca. Recenzja.


Jak we śnie. Intymny pamiętnik.

Murakami i tym razem okazuje się romantykiem. Jego proza znowu pobudza zmysły. Jakimś tajemnym sposobem pisarz subtelnie ożywia te ciepłe i delikatne rejony naszej wrażliwości, że sami pragniemy osiągnąć metafizyczną bliskość z drugim człowiekiem. „Na południe od granicy, na zachód od słońca” to książka o bliskości i o jej pragnieniu; o marzeniach, uroku dzieciństwa, inicjacji w dorosłość i pustce niespełnienia. Jedni powiedzą – banały, inni – będą doszukiwać się drugiego dna, interpretować na różne sposoby, wskazywać palcem na wątki egzystencjalne. Znajdą się też tacy, którzy lekturę potraktują (z zawodem lub z zachwytem) jako sztampowy romans. Żaden jednak z różnorodnych sposobów lektury nie odmówi Murakamiemu intrygującego i osobliwego uroku.

Oś fabuły „Na południe od granicy…” stanowi historia Hajime i jego intymnych relacji z kobietami. Mamy tu obsesyjną miłość z dzieciństwa, następnie pierwszą dziewczynę, pierwszą kochankę, a później żonę. Murakami swobodnie i szczerze opisuje odkrywanie własnej seksualności, fascynację dotykiem, ciałem, drugim człowiekiem, zmianę perspektywy, która następuje, gdy zaczynamy „czuć” obok siebie inną osobę. Główny bohater, jak to u Murakamiego często bywa, przeciętny – nie za przystojny i niezbyt przebojowy – wszystkie swoje pragnienia, tęsknoty i żądze lokuje we wspomnieniu przyjaciółki z dzieciństwa. Ona uwarunkuje całe jego późniejsze życie, będzie maniakalnie wracała w pamięci, stanie się uosobieniem niespełnionych marzeń. Wróci jednak – realnie pojawi się akurat wtedy, gdy Hajime po wielu pustych, zmarnowanych i biednych latach, pełnych rozczarowań i samotności, nareszcie układa sobie życie. Ma piękną, wierną, można by nawet rzec – idealną żonę. Ma dwójkę dzieci. Apartament, dom w górach, BMW – jego interesy kręcą się wyjątkowo dobrze. I w takim momencie rodzi się pytanie o zagłuszanie własnych pragnień. Czy dobrym wyborem jest ich tłumienie, czy należy za nimi podążać po trupach? Co zrobić, gdy nieszczęśliwy traf sprawia, że te trupy są konieczne, że nie da się ich ominąć, jeśli chcemy poczuć się szczęśliwi? Hajime ponownie (wcześniej zdarzyło mu się to w latach jeszcze młodzieńczych) odkrywa ciemne zakamarki swojej duszy. Kolejny raz przekonuje się, że bycie egoistą tkwi w ludzkiej naturze. Samolubstwo nieustannie w nas śpi, a budzi się, gdy dopada nas głód – łaknienie niezrealizowanych pragnień i okazja by je osiągnąć. To właśnie ten głód, to, czego nam w życiu brakuje – określa naszą osobowość.

Fabuła powieści nie jest wyrafinowana – mamy trójkąt miłosny i mamy dylematy, jakie literatura zna już przecież od wieków. Nie odnajdziemy także w historii Hajime charakterystycznej dla Murakamiego fantastyki. Mimo tej „zwyczajności”, przeciętnym i bardzo ludzkim wydarzeniom towarzyszy magiczna i nienaturalna otoczka. Nie jest do końca „normalnie”. Pisarz formułuje powieść na kształt intymnego pamiętnika, pełnego wspomnień oraz marzeń sennych. Muska swojego czytelnika słowem, jest delikatny, a wydarzenia przedstawia jakby za mgłą. Pisze prostym, charakterystycznym dla siebie stylem – dzięki któremu lektura nie sprawia czytelnikowi najmniejszych problemów. Choć używa najzwyczajniejszych słów i nieskomplikowanych konstrukcji, język jakim operuje, nie jest naiwny, ale łagodny i gładki. Murakami lubi także niedopowiedzenia – udowadnia to kolejny raz. Umiejętnie ich używa, przez co wielu czytelników na świecie głowi się: „co też ten pisarz miał na myśli?”.

Nie dziwię się, że Murakami zyskał sobie światową popularność. Każdą powieść, która wyszła spod jego ręki, a po którą sięgam ja – czyta się po prostu dobrze. Mimo ciągłych powtórzeń tych samych wątków (miłosny trójkąt, przeciętność bohatera, jazz w tle, praca w wydawnictwie), nie jest się łatwo zmęczyć tego typu prozą. Murakami umiejętnie żongluje schematami, wątkami i elementami, które wpasują się w gusta masowego odbiorcy, ale dodaje do nich coś jeszcze. Naddatek treści, naddatek atmosfery, które czynią tę prozę ezoteryczną, niemalże czarodziejską. Pisarz na nowo nazywa dla nas proste rzeczy i zjawiska. Odświeża je. Dlatego chcemy uczestniczyć w snach, które buduje – tak bliskich nam, a jednocześnie tak dalekich i egzotycznych. Czytając jego prozę, uczymy się odkrywać cudowności w świecie na wskroś szarym i beznamiętnym. Udajemy się wraz z nim na południe od granicy zwyczajności. A przecież lubimy takie wycieczki.

Haruki Murakami, Na południe od granicy, na zachód od słońca, tłum. Aldona Możdżyńska, wyd. Muza, Warszawa 2006.

Dorota Jędrzejewska

Haruki Murakami, 1Q84 t.1. Recenzja.


Haruki Murakami, najsłynniejszy japoński pisarz współczesny, zdobywa w ostatnich latach coraz większą popularność w Polsce. Pojawiają się nowe książki i wznowienia starszych dzieł, a do najbardziej cenionych należą m.in. „Przygoda z owcą” (1982), „Norwegian Wood” (1987), „Kronika ptaka nakręcacza” (1995), „Kafka nad morzem” (2002), a także dwa bardzo udane zbiory opowiadań „Wszystkie boże dzieci tańczą” oraz „Ślepa wierzba i śpiąca kobieta”. Murakami zaczął pisać w 1978 roku, kiedy to podczas meczu baseballowego poczuł, jak sam mówi: „objawienie”. Od tamtej pory przeszedł wszystkie etapy pisarskiej popularności, by zostać docenionym przez krytyków w takim stopniu, że obecnie jest wymieniany jako realny kandydat do zdobycia literackiej Nagrody Nobla. Poza pisarstwem jest Murakami zapalonym biegaczem długodystansowym, rokrocznie mierzy się z co najmniej jednym maratonem.

Rozdwojenie czasu w blasku dwóch księżyców

Bohaterami najnowszej powieści Murakamiego są Aomame i Tengo. Losy tej dwójki przeplatają się, połączone wspomnieniami przeszłości. W czasie rzeczywistym nie jest im dane póki co się spotkać – rozdziały nieparzyste opowiadają o Aomame, części parzyste to historia Tengo. Oboje mają za sobą dzieciństwo naznaczone ciężkimi doświadczeniami.

Aomame to przebojowa, wkraczająca w średni wiek kobieta – instruktorka sztuk walki, masażystka, studentka akupunktury. Inteligentna, diablo zręczna, dbająca o każdy szczegół swojego wysportowanego ciała („Moje ciało to dla mnie świątynia” – mówi). I bardzo niebezpieczna. Aomame wypełnia bowiem co jakiś czas swoją misję, na zlecenie pewnej starszej pani – niewątpliwie ciekawej osobistości. Owa misja polega na eksterminowaniu mężczyzn, którzy na swoim sumieniu mają złe (lub bardzo złe) traktowanie kobiet. W erze popkultury, w jakiej niewątpliwie żyjemy, mogę napisać, że Aomame to taka „ulepszona wersja serialowego Dextera”. Ulepszona, bo wysyłająca swoje ofiary na tamten świat bez niepotrzebnego rozchlapywania krwi po całym pokoju zasłoniętym folią. Za pomocą spreparowanego w szczególny sposób szpikulca do lodu, który odpowiednio wbity nie zostawia śladów – niczym demoniczna Sharon Stone w „Nagim instynkcie”.

Tengo to dla intelektualistów z pozoru ciekawszy kąsek. Uzdolniony dwubiegunowo trzydziestolatek: z jednej strony bardzo dobry i ceniony przez uczniów wykładowca matematyki, po godzinach zaś początkujący pisarz i redaktor tekstów w magazynie literackim. Jego ustabilizowane życie przewraca się do góry nogami, gdy pewnego dnia wydawca i krytyk literacki Komatsu, który jednocześnie drażni i fascynuje Tengo, składa mu „niemoralną propozycję nie do odrzucenia”. Tengo ma poprawić opowiadanie „Powietrzna poczwarka”, przysłane na konkurs debiutów przez siedemnastoletnią Fukaeri. Komatsu widzi w tekście niesamowity potencjał. Dziewczynka jest bardzo tajemnicza, cierpi na dysleksję, nie potrafi dobrze czytać ani pisać, ma problemy emocjonalne, ale jest ponadprzeciętnie bystra i wrażliwa. Tengo, początkowo sceptycznie nastawiony do pomysłu wydawcy, daje się wciągnąć w skomplikowaną intrygę. Jednocześnie Fukaeri zaczyna go fascynować…

Czas może się posuwać, przybierając nieregularne kształty. Sam w sobie jest z natury równomierny, ale kiedy zostaje zużyty, zmienia się w coś nieregularnego. Niekiedy czas jest strasznie ciężki i długi, to znów lekki i krótki. Bywa, że to, co zaszło wcześniej, zamienia się miejscami z tym, co było później, a bywa nawet tak, że całkowicie znika. Zdarza się też, że czas, którego nie powinno być, zostaje dodany. Ludzie prawdopodobnie przez takie dowolne korygowanie czasu korygują znaczenie własnego bytu.

 

Nic nie jest tym, czym się wydaje

„1Q84” jest profesjonalną, dojrzałą powieścią. Metafory, porównania, opisy, dialogi, poetyka utworu – każdy czytelnik złakniony piękna literatury znajdzie tutaj coś dla siebie. A jednak są momenty, gdzie Murakami balansuje na granicy kiczu. Celowo opisałem powyżej szkielet fabuły, nawiązując do popkultury. Japończyk jest jednak w swojej prozie tak przekonujący, że na drobne zachwiania formy (charakterystyczne dla niego także w poprzednich powieściach) przymyka się oko, płynąc wraz z nurtem opowieści. A jest gdzie wypływać!

„1Q84” to powieść obyczajowa odwołująca się często do przemian w Japonii w latach 70. i 80., ocierająca się miejscami o realizm magiczny, która co krok zaskakuje nas transformacjami w świetnie skonstruowany thriller, horror (złowieszczy Little People…) czy też romans, doprawiony sporą dawką niewybrednej erotyki.
Murakami często bawi się nawiązaniami do klasyki literackiej: czy to umieszczając w tytule słynny rok Orwella, cytując stare japońskie poematy, a także dzieła swego słynnego poprzednika Ryunosuke Akutagawy, sięgając po starożytne rozważania Arystotelesa, „Alicję w Krainie Czarów” czy „Sachalin” Antoniego Czechowa. Pisarz ma w swoim dorobku przekłady Francisa Scotta Fitzgeralda, Trumana Capote’a czy Johna Irvinga – trudno na każdym kroku nie dostrzegać uczucia, jakim darzy sztukę pisania.

Proza Murakamiego wyłamuje się spoza wszystkich schematów, jest w charakterystyczny sposób eklektyczna, łącząc w zgrabny sposób elementy literatury pięknej i popularnej. Japończyk zmienia często sposób narracji, by z poważnego tonu przejść do kpiny, wydaje się czasem żartować z czytelnika. Porusza przy tym przeróżne życiowe zjawiska, częstokroć przez ludzi niedostrzegane, choć nie do końca wszystkim obce: dojrzałego wychowywania dzieci, religijności i skrajnych postaw z nią związanych (sekta Sakigake), obrony praw kobiet, samotności, ludzkiej wrażliwości i moralności.

Nie wyczerpuję wszystkich wątków ani osobistych spostrzeżeń na temat powieści, mając na uwadze, że to dopiero pierwsza część trylogii. Jestem przekonany, że Haruki Murakami szykuje na wiosnę swoim czytelnikom kolejną niespodziankę. Wszystko wskazuje na to, że Aomame i Tengo wkrótce się spotkają. W którymś ze światów, być może w tym, gdzie nocą na niebie błyszczą dwa księżyce.

Haruki Murakami, 1Q84 (tom 1), tłum. Anna Zielińska-Eliott, wyd. Muza, Warszawa 2010.

Rafał Niemczyk

%d blogerów lubi to: