Marek Pernal, Praga. Miasto magiczne. Recenzja.


Ten most Karola w niebie się kończy,
na grzbiecie kaczek cud pływający…

…miasto kapryśne, o dziwnych humorach, sprzyjające horoskopom, metafizycznym błazeństwom, podmuchom irracjonalizmu, przypadkowym spotkaniom, szczęśliwym trafom, niewiarygodnym współdziałaniom zjawisk z natury przeciwnych (…) jeszcze dzisiaj, co noc, o piątej budzą się gotyckie popiersia galerii królów, architektów i arcybiskupów w triforium u św. Wita, jeszcze dzisiaj dwóch kulejących żołnierzy z bagnetami na karabinach prowadzi rankiem Józefa Szwejka z Hradczan przez Most Karola ku Staremu Miastu, a w odwrotnym kierunku jeszcze dziś, nocą przy świetle księżyca dwóch schludnych, tłustych kabotynów, dwa manekiny rodem z panoptikum, dwa automaty w żakietach i cylindrach prowadzą tym samym mostem Józefa K. na egzekucję do kamieniołomu na Strahovie…

(Angelo Maria Ripellino, „Praga magiczna”)

Praski pejzaż ze wzgórza Petřín

Praga niezwykle często opisywana jest jako „miasto magiczne”. Ze wszystkich słów świata owa „magia” pojawia się w parze z czeską stolicą bodaj najczęściej, lecz każdy, kto choć raz zawitał na wzgórzach wyrastających nad łagodnym łukiem Wełtawy, przyzna, że w tym pozornym banale tkwi sama prawda. Tak, Praga jest miastem magicznym. Wiem o tym nie tylko ja czy autor omawianej tu książki, który słusznie nie silił się na oryginalność, umieszczając w jej tytule dość powszechny slogan. Wiedzieli o tym już dawno temu Franz Kafka, jego rówieśnik Jaroslav Hašek, Bohumil Hrabal, także bardziej nam współcześni Václav Havel czy Umberto Eco. „Vlny Vltavy oszlochały Karlův most” – pisał Julian Przyboś, a wtórowały mu takie wybitności, jak Tadeusz Różewicz, Konstanty Ildefons Gałczyński (znany wiersz „Portal domu Pod dwoma złotymi niedźwiadkami”) czy Jerzy Harasymowicz (patrz: przypis pod tekstem).

Domek nr 22 przy Złotej Uliczce – w 1917 roku mieszkał tu i pracował Franz Kafka

Tętniący życiem i gwarem Rynek Staromiejski, przepiękny za dnia, a jeszcze bardziej nocą, otoczony architektonicznymi perełkami, widok na Staré Město z tarasu widokowego przy klasztorze Na Strahovie, Václavské náměstí, czyli Plac Wacława – dla Czechów miejsce-symbol, stary żydowski cmentarz, którego urokowi uległ Umberto Eco, umieszczając go w tytule i czyniąc kluczowym miejscem w swojej ostatniej powieści. Wreszcie Hradczany ze wspaniałym zamkiem królewskim, którego skarbów do dziś strzeże siedem kluczy przechowywanych przez siedem różnych osobistości, a kilka kroków za gotycką katedrą – Złota Uliczka, stara siedziba Żydów-złotników, gdzie w domku nr 22 w 1917 roku mieszkał i pracował Franz Kafka (trochę później, niedaleko, bo w domku nr 12, u Jiřígo Mařánka zbierała się śmietanka czeskich pisarzy, m.in. Vitězslav Nezval, František Halas czy przyszły noblista – Jaroslav Seifert) – to tylko kilka z cudownych skarbów, które kryje Praga.

A to my w dość szczególnym miejscu. Trochę wyżej z boku na bok tyka sobie gigantyczna wskazówka, zaś na drzewach wiszą… trampki.

„Praga. Miasto magiczne” (str. 38)

Przewodnik Marka Pernala – historyka, dyplomaty, byłego ambasadora RP w Republice Czeskiej, człowieka zakochanego w Pradze – jest książką godną uwagi z kilku względów. Mamy tu 16 szczegółowo opisanych tras spacerowych, z dokładnymi mapkami (jest także przydatna mapa metra), miejscami godnymi uwagi (autor subiektywnie przydziela im „gwiazdki”, co może być pomocne dla tych, którzy pragną zwiedzić miasto „szybko, ale na bogato”), informacjami o cenach, wykazem muzeów, piwiarni czy knajpek etc. Publikację wzbogaca ponad 800 wysokiej jakości zdjęć (jest też kilkanaście reprodukcji obrazów), dzięki którym możemy szczegółowo przyjrzeć się wielu zabytkom, także tym mniejszej rangi.

Co ważne, „Praga. Miasto magiczne” nie jest „suchym” przewodnikiem. Pełno tu nawiązań do literatury i sztuki, anegdot, wielobarwnych tropów i ciekawostek. Autor często przywołuje konteksty historyczne i kulturowe. Szwendając się praskimi uliczkami, napotkamy sylwetki nie tylko słynnych pisarzy, ale i wszelkiej maści dziwaków i szaleńców: astrologów i alchemików, mędrców i kabalistów.

„Praga. Miasto magiczne” (str. 81)

Na końcu książki znajduje się kalendarium historyczne oraz indeksy osób, miejsc i obiektów, ułatwiające nawigację po przewodniku. Ostateczny efekt psują nieco literówki (głównie niewłaściwe czeskie znaki diakrytyczne albo ich brak), co wychwyciło przede mną grono recenzentów-bohemistów, lepiej ode mnie znających język czeski. Nie zmienia to faktu, że „Praga. Miasto magiczne” Marka Pernala to bardzo solidna publikacja, która sprawdzi się nie tylko w roli przewodnika, ale również okazałego albumu.

Marek Pernal, Praga. Miasto magiczne. Spacerownik historyczny, Agora SA, Warszawa 2013.

Rafał Niemczyk

* Wszystkie zdjęcia pochodzą z naszej prywatnej kolekcji. Zostały zrobione w 2013 r. podczas wyprawy, w której towarzyszył nam nasz przyjaciel, „Latający Holender” Servis, którego niniejszym serdecznie pozdrawiamy.

** Tytuł recenzji to pierwsza strofa wiersza Jerzego Harasymowicza „Na Karlowym moście”, który pochodzi z tomu „Bar Na Stawach” (1972-74).

Michał Książek, Jakuck. Recenzja.


Królowa Śniegu nadal jest okrutna

Mały Kay był zupełnie siny z mrozu, prawie czarny, ale nie spostrzegł tego wcale, gdyż Królowa Śniegu odjęła mu swym pocałunkiem wrażliwość na zimno, a jego serce stało się kawałkiem lodu.

(H. Ch. Andersen, „Królowa Śniegu”)

Kay, chłopiec z tajemniczym odłamkiem diabelskiego zwierciadła w oku, zapomina, czym jest dobro. Jego serduszko zamienione przez Królową Śniegu w sopel lodu nie bije już tym samym rytmem, co kiedyś. Zamknięty w zimnym i pustym pałacu, którego ściany zrobiono ze śnieżnej zawiei, rozpaczliwie potrzebuje ciepła. Jedna z najsłynniejszych baśni na świecie niesie w sobie wiele prawdy, nie tylko metaforycznej. Dotkliwy chłód potrafi wyziębić nie tylko palce i nosy, ale i uczucia. Tymczasem bezwzględna Królowa żyje i nadal zbiera swoje żniwo. Co roku na wiele miesięcy opatula swoim płaszczem jedną ze swoich ulubionych odległych krain. Znęca się nad jej mieszkańcami mrozem i skutecznie chłodzi emocje. Jakuck – intrygujący i straszny zarazem, surowy i fascynujący, być może jest właśnie domem Królowej Śniegu. Albo jakiejś złośliwej czarownicy, która podstępem zepchnęła ją z tronu.

O „Jakucku” Michała Książka dowiedziałam się z radia. Po odsłuchaniu wywiadu z autorem o bardzo ciepłym głosie domyśliłam się, że posiada on niezwykły talent do snucia ciekawych opowieści. Potwierdzenie tej tezy otrzymałam wraz z jego publikacją. Zaskakująco ciepłą, jak na przeszywającą zimnem tematykę.

Przeciętnemu czytelnikowi trudno będzie wyobrazić sobie przeraźliwe zimno sięgające na termometrze nawet minus pięćdziesięciu stopni. A przynajmniej byłoby, gdyby nie czary autora. Ten w plastyczny i jednocześnie ujmujący sposób odkrywa przed nami „kulisy” prawdziwego mrozu. Sprawnie operując porównaniami i wygimnastykowanym, czasem niemal poetyckim językiem, przybliża nam uczucie bolących od zimna palców i nosów najbardziej, jak tylko się da. Czytając „Jakuck” nawet w upale, można się wzdrygnąć niczym na najlepszym horrorze. Złym bohaterem nie jest tu jednak przeraźliwa kreatura, duch czy psychopata w masce. To natura w czystej postaci. To okrutna strona jej osobowości, która albo hartuje, albo odbiera człowiekowi całkowitą chęć do życia.

Michał Książek odnalazł świetny klucz do opisania tej pełnej dziwów krainy. Rozłożył bowiem na części język używany przez jej mieszkańców. Od popularnych, ciekawych i charakterystycznych słów wysnuł interesujące opowieści i zarysował białe pejzaże. Autor udowodnił jednocześnie, że to właśnie w języku można odnaleźć osobowość danego narodu albo człowieka. „Jakuck” jest więc nie tylko reportażem, literacką podróżą, ale swoistym wokabularzem, który słowa zamienia w obrazy. „Język narodu to wyrażenie całego jego życia, to muzeum, w którym zebrano wszystkie skarby jego kultury i intelektu” – czytamy u Książka. Nic więc dziwnego, że Jakuci mają całą masę określeń przestrzeni i używają kilku rodzajów zaimka „tam”. Tutaj przestrzeń jest niemal bezkresna, odległości ogromne, a natrętny horyzont przytłacza tak, że można zwariować. Tak jak od zimna. Czas natomiast liczy się nie za pomocą kolejnych lat, ale kolejnych śniegów. „Zimą szum wiatru usłyszysz tu rzadko, deszczu nigdy, grom dopiero na wiosnę, za to dźwięków śniegu do woli. Skrzyp, skrzyp, skrzyp. Tak słychać biały kolor”.

Autor spędził w Jakucji kilka lat. Udało mu się nie tylko poznać geograficzną specyfikę tego regionu, przeniknąć jego język, ale i zrozumieć tutejszych mieszkańców. Im natomiast, nie raz strasznym, odpychającym, zapijaczonym lub imponująco hardym, życie przypisało niełatwy kawałek chleba. Natura stała się ich nachalną towarzyszką. Nie da się o niej zapomnieć, jakoś jej uniknąć, zamknąć się w czterech ścianach i nie myśleć o rzeczywistości na około. Charaktery i życiorysy kształtują się w Jakucku w ekstremalnych warunkach. Tutaj każdy oddech to „cios nożem”. Jak zatem oddychać pełną piersią? Jak żyć pełnią życia?

„Jakuck” nie ma swoich głównych postaci ani fabuły. To zbiór obrazów, pojęć, anegdot. Mogło by się wydawać, że książka zbudowana w ten sposób okaże się w pewnym momencie nużąca. Nic podobnego! W trakcie lektury przekonujemy się, że prawdziwymi bohaterami tej opowieści są natura i język. Jak się okazuje potrafią być oni równie fascynujący jak mityczni herosi lub skomplikowane charaktery z psychologicznych powieści. Szczególnie zarysowani piórem człowieka o dużej wrażliwości na urodę świata, spostrzegawczego gawędziarza, dla którego Jakuck nie jest tak straszny, jak fascynujący.

Na koniec ciekawostka. Wiedzieliście, że istnieje aż czterdzieści jeden rodzajów śnieżynek? Ich klasyfikacji dokonał profesor Nakaya z uniwersytetu w Hokkaido. Każdą z nich nazwał kombinacją dużych i małych liter oraz cyfr. Michał Książek opowiada o tym z charakterystycznym dla siebie urokiem: „Poczytasz trochę profesora Nakayi i wyda ci się, że oto P2b przeleciał ci przed nosem, N1a roztopił się na rękawiczce, A2d osiada na parapecie. Dosłownie litery i literki, cyfry i cyferki lecą z nieba. Jasia przywitała je z należytym szacunkiem, zadzierając głowę”. To sztuka zapisywać tak ciepłe zdania w pełnym grozy Królestwie Śniegu.

Michał Książek, Jakuck. Słownik miejsca, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2013.

Dorota Jędrzejewska

* Zdjęcia zostały zrobione przez autora książki.

Riccardo Orizio, Zaginione białe plemiona. Recenzja.


Zaginione-biale-plemiona-okladkaNa tropie białych mniejszości

Kiedy myślę o prozie podróżniczej, to wydaje mi się, że powinna ona traktować o poznawaniu bądź odkrywaniu świata. Świata wcześniej nieznanego, nieopisanego, niezbadanego. Przez „świat” rozumiem inną niż autora kulturę, historię, architekturę, obyczaje itd. Riccardo Orizio spełnia te warunki, jednakże nie opisuje miejsc, ale ludzi. Prawdę mówiąc, książka przedstawia ludzi specyficznych. Autor skupił się na „białych plemionach”, czyli w egzotycznych miejscach „nowego kolonialnego świata” wyszukał pozostałości przeszłości, relikty z czasów, gdy Europejczycy przemierzali świat w poszukiwaniu korzeni, niewolników, przypraw i złota.

Poznawanie odkrytych przez Riccardo Orizio „białych plemion” jest fascynujące. Zadał sobie niemało trudu, aby odkryć, skąd wzięli się akurat „ci biali” w tym właśnie miejscu, jaka jest ich historia, jak żyli, jak żyją. Jest dociekliwy i ta dociekliwość jest dużym plusem całej książki. Dowiemy się z niej m.in. skąd w Brazylii wzięli się Amerykanie, a dokładniej Konfederaci, którzy po przegranej wojnie secesyjnej przybyli do tej portugalskiej kolonii. Każda z opowieści snutych przez autora jest na swój sposób niesamowita i pasjonująca: biali Jamajczycy z dredami w kolorze blond, klasa białych Burgów ze Sri Lanki albo żyjący w kazirodczych związkach grupa Matignonów na Gwadelupie.

Tamilowie, Syngalezi, Malajowie, biali Burgowie ze Sri Lanki - kiedyś żyli wspólnie w pokoju (źródło: http://www.salem-news.com/articles/november042011/sinhalese-lanka.php)

Tamilowie, Syngalezi, Malajowie, biali Burgowie ze Sri Lanki – kiedyś żyli wspólnie (źródło: http://www.salem-news.com/articles/november042011/sinhalese-lanka.php)

W sumie książka składa się z opowieści o sześciu grupach białych, którzy żyją w miejscach, gdzie nie można by się ich było raczej spodziewać. Każda z tych grup jest inna. Ale to, co ich wszystkich ze sobą łączy, to „zawieszenie między przywilejami a dyskryminacją” oraz bieda, ponieważ są to plemiona przegrane, są skamielinami Historii, anomalią skazaną na wymarcie, całkowite unicestwienie. Być może rozmowy, które przeprowadził z członkami tych społeczności Riccardo Orizio, są ostatnimi spisanymi dokumentami ich obecności w tym miejscu i czasie.

Tribu-bianche-perdute„Książka Riccarda Orizio jest tak fascynująca przede wszystkim dlatego, że autor koncentruje się nie na tym, co stanowiło motor kolonializmu, ale na dawnych przygodach i opowieściach (…) Traktuje o ginących miejscach i ginących wspólnotach; o tych, którzy żyją wśród starych ludzi, starych mebli, starych werand, starych książek. Pokazuje ich w kokonie tego, co już minęło. Pokazuje, jak wiele w ich życiu nostalgii, wspomnień, smutku, jak bardzo niezdolni są do nawiązania kontaktu z nową rzeczywistością” – napisał we wstępie Ryszard Kapuściński.

Książka napisana jest klarownym językiem. Lekko się ją czyta, ponieważ styl jest prosty, pozbawiony ozdobników. Autor nie sili się na sztuczną mądrość, nie „mędrkuje”, jego rozważania o czasie i ludziach są zaskakująco spójne. Kładzie nacisk na opowieści swoich bohaterów, nadając przez to książce osobisty, bardzo intymny wydźwięk. Pewnie dzięki tym zabiegom książka ma po części charakter reportażu z podróży do obcych ludzi.

Riccardo Orizio, Zaginione białe plemiona. Podróż w poszukiwaniu zapomnianych mniejszości, przeł. Joanna Ugniewska i Mateusz Salwa, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2009.

Maciej Gierszewski
Kopiec Kreta

Robert B. Dilts, Strategie geniuszy. Recenzja.


Umysły geniuszy

NLP można opisać jako przedłużenie lingwistyki, neurologii albo psychologii. Wydzielenie dyscyplin, być może fikcyjne w swojej naturze, jest jednak niezbędne do uczenia się i rozwoju wiedzy, które mają praktyczne znaczenie i wpływ na nasze życie. […]. NLP nie tylko dostarcza przydatnych modeli i wzorców sformułowanych na podstawie różnych działań, ale wyjaśnia też, jak doszło do ich powstania. Jest to zatem dziedzina nie tylko teoretyczna, ale i praktyczna, a co najważniejsze… niezwykle oryginalna pod względem celu, jaki sobie stawia, i przyjętej metodyki.

(R. Dilts, R. Bandler, J. Grinder, J. DeLozier,
„NLP.
Studium struktury subiektywnych doświadczeń”)

Programowanie neurolingwistyczne (NLP) to, posługując się terminologią encyklopedyczną, usystematyzowany zbiór technik komunikacji oraz metod pracy z wyobrażeniami, nastawionych na tworzenie i modyfikowanie wzorców postrzegania i myślenia u ludzi. Książki z serii „Strategie geniuszy” pokazują sposoby zastosowania narzędzi NLP do analizy sylwetek słynnych postaci historycznych i literackich. Zawierają też walory motywacyjne: NLP ma – wedle słów wydawcy – pomóc „uaktywniać własne pokłady genialności i wykorzystywać je w sferze osobistej oraz zawodowej”. Uaktywnianie pokładów własnej genialności brzmi co prawda zachęcająco, ale postanowiłem skupić się na bardziej przyziemnych zagadnieniach.

Pierwszy tom serii jest poświęcony w całości Albertowi Einsteinowi; drugi jest już zbiorem sylwetek czterech bardzo odmiennych twórców, których łączy fakt, że każdy z nich był geniuszem w swojej dziedzinie i pozostawił po sobie nieocenioną schedę. W pierwszym rozdziale prześledzimy „podstawowe cechy geniusza” oraz „strukturę zjawiska geniuszu” na przykładzie Arystotelesa. „Z perspektywy programowania neurolingwistycznego Arystoteles dysponował bardzo skuteczną strategią modelowania. Był w istocie »modelarzem«: przyglądał się najważniejszym obszarom ludzkiego doświadczenia i na ich podstawie tworzył szczególnie użyteczne modele. Nie był specjalistą w jednej konkretnej dziedzinie – mimo to zdobywał bardzo gruntowną wiedzę o różnych aspektach świata, który poddawał badaniu” – pisze Dilts.

W innym rozdziale podpatrzymy kolejne etapy twórczego cyklu, czyli strategii Walta Disneya. Amerykański animator, producent, reżyser i scenarzysta ukazany jest jako trio osobowości w jednym umyśle: Marzyciel, Realista i Krytyk. Analizę ubarwia garść ciekawostek i anegdot dotyczących twórczej i biznesowej kariery Disneya. Na koniec poznamy muzyczne marzenia Wolfganga Amadeusza Mozarta, procesy twórcze i teorię samoorganizacji u wiedeńskiego klasyka, a do tego podobieństwo strategii Mozarta do strategii innych kompozytorów.

Najciekawszy w mojej opinii rozdział Robert Dilts poświęcił postaci fikcyjnej. Jest nią Sherlock Holmes, zamieszkujący od 1854 r. na Baker Street 221B w Londynie. Najsłynniejszy detektyw świata postawiony jest jako wzór logicznego myślenia – obserwacji, wnioskowania i dedukcji. W „Strategiach” przedstawiono kilka fragmentów dzieł sir Arthura Conan Doyle’a, na bazie których krok po kroku dokonywana jest analiza postępowania Holmesa. Śledzimy tok jego rozumowania i sposoby, dzięki którym bezbłędnie dochodzi do prawdy, nawet mając do dyspozycji jedynie błahe (z pozoru) szczegóły. Dilts analizuje pojedyncze etapy dochodzeń detektywa, a także urywki jego rozmów z doktorem Watsonem, w których Holmes również daje popis sztuki dedukcji. Autor „Strategii” wskazuje również na zastosowanie genialnych umiejętności detektywa we współczesnym świecie.

Ciężko stwierdzić jednoznacznie, do kogo skierowana jest ta książka. Z pewnością najwięcej wyciągną z niej ludzie zorientowani w temacie NLP lub zajmujący się nim na co dzień. Niemniej pewne jej rozdziały mogą zwrócić uwagę czytelników zainteresowanych kreacją w sztuce i analizą procesów twórczych – szczególnie w tomie, który opisałem powyżej, przybliżającym postacie ze świata kultury i sztuki.

Robert B. Dilts, Strategie geniuszy. Myśl jak Albert Einstein, tłum. Cezary Matkowski, wyd. Helion, Gliwice 2012.

Robert B. Dilts, Strategie geniuszy. Myśl jak Arystoteles, Mozart, Disney i Sherlock Holmes, tłum. Katarzyna Rojek, wyd. Helion, Gliwice 2013.

Rafał Niemczyk

Rafał Niemczyk, O egzegezach i wizjach Philipa K. Dicka. Esej. Magazyn Wakat, nr 4 (23) 2013.


O egzegezach i wizjach Philipa K. Dicka, czyli dlaczego
Ryszard Wagner nie został wpuszczony do Raju

Gospodyni wydaje przyjęcie i ma śliczny pięciofuntowy stek leżący na stole w kuchni i czekający na usmażenie, podczas gdy ona gawędzi z gośćmi w salonie… wypija kilka drinków i tak dalej. Później przeprasza gości na chwilę i idzie do kuchni, żeby usmażyć mięso… ale steku nie ma. A w rogu siedzi domowy kot, sennie się oblizując.

– Kot zjadł stek – stwierdził Barney.

Naprawdę? Gospodyni woła gości; spierają się o to. Mięsa nie ma, całych pięciu funtów, a w kuchni siedzi kot wyglądający na zadowolonego i najedzonego. „Zważcie kota” – mówi ktoś. Już trochę wypili i wydaje im się, że to dobry pomysł. Tak więc idą do łazienki i stawiają kota na wadze. Waży dokładnie pięć funtów. Wszyscy to widzą i jeden z gości mówi: „Teraz mamy jasność. Stek jest tu”. Są pewni, że wiedzą, co się stało: mają dowód empiryczny. Później w jednym z nich budzą się wątpliwości i pyta ze zdumieniem: „No dobrze, ale gdzie się podział kot?”

(Philip K. Dick, Trzy stygmaty Palmera Eldritcha)

O Philipie K. Dicku krążyły swego czasu (tak po prawdzie, ciągle krążą) różne zwariowane historie. Większość z nich czytelnikowi niezaznajomionemu z jego biografią wyda się z początku mniejszą lub większą konfabulacją, jednakże bliższe spotkanie (trzeciego stopnia) z twórczością pisarza nie pozostawi żadnych wątpliwości, że Dick był freakiem, zaś jego odpały brały się nie z autokreacji, a z przebłysków geniuszu jarzących się w udręczonej narkotykami i naznaczonej cierpieniem poszukiwacza głowie. „Nieodrodne dziecko narkotyczno-hippisowskiej Kalifornii” – pisał o nim przed laty na łamach „Nowej Fantastyki” Jerzy Stachowicz[1]. Lech Jęczmyk z kolei zwykł był nazywać Dicka „Dostojewskim science fiction”[2].

Demaskując Lema

Bodaj najsłynniejszą, zabawną skądinąd, awanturą związaną z urodzonym w 1928 roku w Chicago pisarzem, zawierającą na dodatek polski wątek, okazała się ta z listem do FBI, w którym Philip K. Dick domagał się zdemaskowania komunistycznego tworu, ukrywającego się pod kryptonimem „Stanisław Lem”. Przesłankami tej dekonspiracji miały być nader szeroka tematyka oraz niezliczona ilość pisarskich stylów i konwencji dzieł Lema. Zbyt duża, jak dowodził Dick, by mógł kryć się za nią jeden człowiek, na dodatek Polak z Krakowa. Ów list do Federalnego Biura Śledczego rozwijał wątek komunistycznej propagandy, którą Dick bezlitośnie „zdemaskował” w swojej korespondencji następująco:

Rzecz nie w tym, że osoby te są marksistami [chodzi o Petera Fittinga, Fredrica Jamesona i Franza Rottensteinera – przyp. R.N.], ale w tym, że wszyscy oni bez wyjątku są posłusznymi wykonawcami rozkazów Stanisława Lema z Krakowa w Polsce, stuprocentowego funkcjonariusza partyjnego (wiem to na podstawie jego publikowanych materiałów oraz osobistych listów do mnie i do innych osób). Ta komórka partii zza żelaznej kurtyny – Lem jest najprawdopodobniej wieloosobowym komitetem, a nie pojedynczym osobnikiem, gdyż pisze wieloma stylami i raz zna niektóre obce języki, a raz nie – dąży do zdobycia monopolistycznej pozycji pozwalającej kontrolować opinię poprzez krytykę i artykuły pedagogiczne, stanowiąc zagrożenie dla całej naszej dziedziny science fiction z jej swobodną wymianą poglądów i myśli.[3]

Pisarz (częściowo) odrzucony

Historia ta, jak najbardziej prawdziwa i – jakby nie patrzeć – formułująca pod adresem mistrza polskiej fantastyki wyrafinowane komplementy, stanowi doskonały przyczynek do rozważań na temat utworów samego Dicka. Na jego dorobek – z początku odbierany raczej w kategoriach niezrozumiałej SF, dziś często zaliczany do nurtu postmodernistycznego – składa się niesamowite połączenie klasycznej prozy z fantastyką, rozważań teologicznych w psychodelicznym klimacie z niepowtarzalnym oniryzmem, futurologii z gnozą. Kalifornijczyk często wpisywał w takie tło losy bohaterów borykających się z własnymi lękami, problemami, ludzką niedoskonałością, niepewnością w stosunku do dogmatów, a co za tym szło – poszukujących Nieodkrytego.

Mainstream lat 60. odrzucał prozę Dicka, ponieważ szyld „science fiction”, pod którym funkcjonowała jego wyobraźnia, był wówczas niepopularny zarówno wśród przeciętnych czytelników, jak i (nieprzeciętnych) krytyków. Pomimo licznych znajomości pisarza ze znaczącymi przedstawicielami gatunku (np. z Robertem Heinleinem, autorem Obcego w obcym kraju) literatury tej raczej nie promowano; uznawano ją za zbyt ambitną, niejasną, trudną i mało komunikatywną. Z drugiej strony posiadała ona grono wiernych fanów; Dick był wszak wydawany (może nie w największych wydawnictwach, ale jednak), a powieść Człowiek z Wysokiego Zamku, gdzie przedstawił alternatywną wizję świata – w której III Rzesza Niemiecka z pomocą Włoch wygrała II wojnę światową w Europie i Afryce, a za oceanem Japończycy podbili USA – otrzymała w 1963 roku prestiżową Nagrodę Hugo (rok wcześniej tę samą nagrodę za Obcego w obcym kraju dostał Heinlein). Jednakże książka Dicka, choć wielu zmroziła zamysłem fabularnym, odznaczała się konwencją literacką pozwalającą wpisać ją bez ociągania na mainstreamowe, beletrystyczne listy. Tymczasem z innymi dziełami, w tym z omówioną poniżej trylogią VALIS, bywało różnie…

Wizje w ciemnym zwierciadle, lecz także gdzieś poza nim

Życie prywatne amerykańskiego pisarza przypominało kalejdoskop rzucający na jego postać efektowne, choć zarazem destrukcyjne, refleksy i cienie. Jako człowiek na poły uzależniony, na poły szalony, wiódł życie mimowolnego skandalisty. Nadużywał alkoholu i narkotyków, lecz właśnie w odmiennym stanie świadomości powstało bardzo wiele jego książek. W dodatku nieustanne zażywanie środków psychoaktywnych przypada na czasy największej płodności pisarza. To wtedy, w przeciągu niecałych trzech lat (ok. 1962–1964), napisał jedenaście powieści i ponad sześćdziesiąt opowiadań.

Okres uzależnienia stał się dla Dicka inspiracją do napisania powieści A Scanner Darkly (Przez ciemne zwierciadło, 1977), w której autor przedstawia wizję świata zdegradowanego przez narkotyki, ale też zdegenerowanego poprzez organizacje za wszelką cenę próbujące zapobiegać zjawisku narkomanii. Rok wcześniej wydane zostaje, tworzone wespół z Rogerem Zelaznym przez około dwanaście lat, Deus Irae – dzieło, w którym urodzony bez rąk artysta Tibor McMasters wyrusza wraz ze swoją krową w postapokaliptyczną wędrówkę w poszukiwaniu ludzkiej postaci Boga Gniewu, sprawcy ziemskich nieszczęść, Carletona Lufteufela, aby namalować jego prawdziwe oblicze na fresku. Dzieło symptomatyczne, ponieważ rozmaite wizje i „poszukiwanie prawdziwego oblicza Boga” będą już prześladowały Dicka do końca życia.

Zaczęło się jednak dużo wcześniej. (Rozpoczęcie projektu pt. Deus Irae datuje się gdzieś na rok 1964. W trakcie realizacji Dick doszedł do wniosku, że sam nie da rady, głównie ze względu na braki w wiedzy na temat chrześcijaństwa; stąd pomysł na zaproszenie do współpracy Zelaznego, który znany był z zamiłowania do religii i mitologii) Wspominałem już, że okres największych problemów Dicka z narkotykami przypada na lata 60., dlatego zrzucanie wszelkich nadnaturalnych widzeń na karb przedawkowania wydawało się wówczas dość słuszne. Jerzy Sosnowski w przedmowie do nowego wydania Trzech stygmatów Palmera Eldritcha przytacza wizję, jaka nawiedziła Philipa Dicka w roku 1963 podczas spaceru po polnej drodze w okolicy wynajętej chatki, która służyła pisarzowi wówczas jako dom i pracownia. Wizja przybrała postać twarzy, unoszącej się gdzieś wysoko pod nieboskłonem. Dick wspominał ją później tak: „Była olbrzymia, zapełniała ćwierć nieba. Miała puste szczeliny oczu, była metalowa i okrutna i, co najgorsze, był to Bóg. Pojechałem do mojego kościoła i rozmawiałem z księdzem. Doszedł do wniosku, że miałem widzenie Szatana”[4].

Coś, co przybywa z pustymi, otwartymi rękami, nie może być Bogiem

Szaleństwo? Może i tak, ale z niego wywodzi się jeden z głównych tematów twórczości Dicka, a zarazem jedna z jego najważniejszych (obok Ubika, Człowieka z Wysokiego Zamku, Czy androidy śnią o elektrycznych owcach?, powieści znanej później jako Blade Runner, oraz trylogii VALIS) książek – Trzy stygmaty Palmera Eldritcha. Nawiasem mówiąc, z powyższym zestawieniem wielu czytelników będzie polemizować i dodawać do niego różne inne pozycje, w zależności od fascynacji i upodobań, ale nie to nas w tej chwili najbardziej interesuje.

W ambiwalencji Bóg–Szatan, rozumianej zarówno dosłownie, jak i symbolicznie, słusznie upatruje Sosnowski kręgosłupa Trzech stygmatów… Nie mniej ważnym aspektem jednak, stanowiącym stygmat całej twórczości Dicka, pozostaje opozycja realne – nierealne, a w zasadzie: rzeczywistość – urojenie, gdyż, jak niejednokrotnie będzie nas przekonywał Kalifornijczyk, „realne” nie zawsze oznacza „rzeczywiste”. Trzy stygmaty… są pod tym kątem najistotniejszą książką obok Ubika, w przypadku którego do dezorientacji percepcyjnej przykładali rękę ludzie (żyjący, ponieważ Ubik równolegle rozwijał teorię czasu połowicznego rozpadu) oraz zjawiska/moce paranormalne.

W Trzech stygmatach Palmera Eldritcha tytułowej postać przypisywać należy przymioty mesjańskie, zaś urzeczywistnienie nadchodzącego Zbawienia stanowią narkotyki. Eldritch wprowadza na rynek nowy narkotyk – Chew-Z, w który zaopatruje się podczas tajemniczej podróży międzygwiezdnej. Chew-Z, wywołujący stan perfekcyjnego odrealnienia i przeniesienia do rzeczywistości równoległej, staje się przebojem, wypierając powoli dotychczasowego lidera – Can-D. To ostatnie, w połączeniu z zestawem Perky Pat, pozwalało na iluzję, w esencji której pięknie wyrzeźbione ciała (Pat i Walt – odpowiedniki lalek Barbie i Kena!) hasały beztrosko po słonecznej plaży, flirtując, popijając drinki, wymieniając się kochankami. Dla osób przymusowo „oddelegowanych” na marsjańską pustynię (a lokalizowanie na Marsie getta dla kolonizatorów, wysłanych tam z przeludnionej Ziemi z własnej lub narzuconej woli, charakterystyczne dla ówczesnej fantastyki naukowej, przetrwało szczątkowo w prozie SF do dziś) Can-D było idealnym rozwiązaniem, a z Leo Bolero (jego imię może nawiązywać do Lwa z Apokalipsy) czyniło „biznesmena”, a ściślej: narkotykowego potentata. Pojawienie się Eldritcha krzyżuje mu plany; Leo posyła więc do akcji swojego najpewniejszego zawodnika: konsultanta-prognostyka i jasnowidza w jednym – Barneya Mayersona. Ten ostatni występuje w powieści, jak to często w przypadku protagonistów Dicka bywa, w roli człowieka naszpikowanego własnymi słabościami i naznaczonego niepewną przeszłością, która kładzie się cieniem na jego biografii.

Kluczowe pytanie, jakie trzeba tutaj zadać, posiada naturę ontologiczną: czy Zbawiciel pod postacią Palmera Eldritcha jest Mesjaszem, czy Antychrystem? Istotą, którą można określić za pomocą dyskursu „ludzkiego”, czy też tworem Innego, Niepoznanego, którego istnienie nie oznacza ani Dobra, ani Zła w żadnej ze znanych nam konwencji? Jeśli przyjąć do wiadomości teorię Tomasza z Akwinu, głoszącą, że „zło jest brakiem dobra”, rezygnując jednocześnie z uznawania Eldritcha za Mesjasza lub Antychrysta, to jego postać zacznie dryfować w okolice względnego niebytu, zaś Chew-Z, narkotyk, który oferuje ludziom namiastkę niebytu absolutnego – okaże się nie posiadać żadnych cech i nie mieć logicznego sensu. Pod koniec książki Anne zwraca się do jasnowidza Barneya słowami: „To, co spotkało Palmera Eldritcha i wniknęło weń, i z czym się zetknęliśmy, przewyższa nas i nie możemy osądzić ani zrozumieć, czego chce i do czego zmierza: pozostaje dla nas tajemnicze i niezrozumiałe. Jednakże wiem, że się mylisz, Barney. Coś, co przybywa z pustymi, otwartymi rękami, nie może być Bogiem”[5].

Chińska pułapka na palec

Fascynacja pisarza gnozą i teologią znajduje jeszcze głębsze ujście tuż po pierwszym wydaniu Deus Irae, kiedy Philip K. Dick kończy pisać VALIS[6] (1978), powieść, która wraz z Bożą inwazją i Transmigracją Timothy’ego Archera tworzy tzw. trylogię VALIS (Trylogię Valisa). Są to ostatnie dzieła napisane przez zmarłego przedwcześnie pisarza. W chwili śmierci w 1982 roku Dick miał pięćdziesiąt cztery lata, trzydzieści sześć powieści oraz ponad pięćdziesiąt opowiadań i nowel na koncie, a wiele z nich zostało później zekranizowanych (autor nie doczekał, niestety, nawet kinowej premiery świetnego Blade Runnera w reżyserii Ridleya Scotta, który został wyświetlony kilka tygodni po śmierci pisarza).

Kluczowy dla powstania VALIS był rok 1974 – dla Philipa K. Dicka okres tajemniczych wizji, mistycznych snów i paranoicznych urojeń. Oślepiło go wtedy rzekomo różowe światło wysłane przez Boga (lub jakąś inną skondensowaną twórczą energię), które poza zmianami w świadomości spowodowało powiększenie zdolności poznawczych i poszerzenie zakresu wiedzy. Jakże zdziwić się musiał któregoś dnia, kiedy okazało się, że zamiast charakterystycznych, zatłoczonych amerykańskich ulic widzi… starożytny Rzym nakładający się na obraz Kalifornii lat 70. W tym samym czasie w głowie pisarza rodzą się myśli w języku koine (określenie powszechnej formy języka greckiego, która zastąpiła klasyczny język starogrecki, używana do czasów późnoantycznych – ok. 300 p.n.e. – 300 n.e.). Ponadto, ów promień przekazał mu informację o niewykrytej chorobie jego małego synka, Christophera, która okazała się prawdziwa. „Twój syn ma nie rozpoznaną prawą przepuklinę pachwinową, która perforowała powłokę brzuszną i przedostała się do moszny” – dotarło do Dicka, kiedy słuchał muzyki.

Po prawdzie, osobą rejestrującą ów przekaz nie był już on sam, tylko Koniolub Grubas – alter ego pisarza i główny bohater VALIS. Dick wyjaśnia na kartach powieści pochodzenie tego prostego, choć pozornie dziwacznego pseudonimu: Philip to po grecku philippos („ten, który lubi konie”); Dick to z niemieckiego „gruby”. Koniolub Grubas cierpi na depresję; prześladuje go też mania samobójcza powodowana innym samobójstwem – przyjaciółki Philipa Dicka/Konioluba Grubasa, o której śmierć obwinia się ten ostatni.

VALIS opiera się na fascynacji Dicka gnozą, która zawładnęła nim w ostatnich latach życia. Zainspirowany gnostycznymi teoriami, starając się wyjść poza ramy uznawanych dogmatycznie religijnych porządków, stworzył własną egzegezę zatytułowaną Tractates Criptica Scriptura. Zawarł w niej mieszankę spostrzeżeń i wniosków wyciągniętych z wnikliwych studiów gnozy, różnych odmian chrześcijaństwa, judaizmu, islamu, taoizmu, a także wielu prastarych wierzeń (ze staroegipskimi włącznie), połączonych z rozważaniami na temat kondycji psychicznej człowieka, psychologii analitycznej Junga i dążeniami do absolutnego poznania teologicznego (Koniolub Grubas wyrusza na poszukiwanie kolejnego spośród Szeregu Zbawicieli, do których zaliczają się: Budda, Zaratusztra, Jezus, Abu al-Kasim Muhammad Ibn Haszim, czasami też Mani i Asklepios). Spotykają się tutaj ze sobą „logos będący żywą informacją” (jedną z jego form stanowi poniekąd tytułowy VALIS), entelechia Arystotelesa (w jej świetle każdy byt posiada ucelowioną duszę, która nadaje rzeczy jedność), profetyzm, hipostaza Plotyna (jako byt wyemanowany z Absolutu; przykładem z chrześcijaństwa może być rozbicie Trójcy Świętej na trzy poszczególne osoby), różne formuły kosmogonii (teorie pochodzenia wszechświata), z kolei sam Wszechświat występuje jako hologram (vide: Apoloniusz z Tiany czy współczesny nam Jean Baudrillard). „Istotą wszechświata jest informacja” – dowodzi Dick/Koniolub.

Nie bez przyczyny mówi się, że to najbardziej autobiograficzna powieść w dorobku Dicka. Próbę sięgnięcia w głąb własnych psychicznych rozterek twórcy w transcendentny sposób oddaje prowadzona na kartach VALIS polemika pomiędzy samym Dickiem, Koniolubem Grubasem oraz dwójką jego najlepszych przyjaciół. Pisarza osacza większość lęków, o których pobieżnie wiadomo z jego podstawowych danych biograficznych. „Zgodnie z moją diagnozą ma pan blok w tych trzech sferach: lęk, bezradność i niezdolność do działania” – mówi doktor podczas jednej z psychoterapii do Konioluba Grubasa. Niejako na przekór tej diagnozie stwierdzamy dziś ponadprzeciętną płodność pisarską Dicka i wręcz nieziemskość, nomen omen, jego wyobraźni. Lech Jęczmyk, przytaczając przykład konstrukcji fabularnej VALIS, pyta, czy w taki sposób może pisać szaleniec: „Tak, nadmiar szaleństwa zrywa kontakt między szalonym artystą a normalnym odbiorcą. Zawsze jest ryzyko, że szaleństwo wymknie się spod kontroli i otrzymamy bełkot. W powieściach Valis i Boża inwazja Dick niebezpiecznie, brawurowo zbliża się do powierzchni lustra, ale nie przechodzi na drugą stronę. Przesyła nam zrozumiałe komunikaty z niezrozumiałego świata. Biegnie po ostrzu. Nie ma większej sztuki w sztuce”[7].

Koniolub Grubas zastanawia się, dlaczego Zebra (czyli Bóg, który się kamufluje i ukazuje tylko w rzadkich objawieniach) nie pomógł jego tragicznie zmarłej przyjaciółce. Choroba, ból, niezasłużone cierpienie – skąd się biorą? Od Boga czy „z innego źródła”? Do polemiki na temat braku boskiego zaangażowania w ludzkie problemy włącza się przyjaciel Dicka/Konioluba – Kevin. Posiada on w zanadrzu doskonale skrojony rodzaj testu, który ma zamiar przeprowadzić na Bogu w Dniu Sądu Ostatecznego. Wyobraża sobie, że stanie przed obliczem Najwyższego, dzierżąc w ręku za ogon niczym patelnię swojego martwego, przejechanego przez samochód kota, i zapyta: „What the fuck?”.

Bo VALIS to nie tylko rozprawa filozoficzno-psychologiczna, ale też intrygująca przygoda – zabawna, wciągająca, z charakterystycznymi dla Dicka momentami ciętego, ironicznego humoru. Polecam z uwagą prześledzić motyw rozbierania przez bohaterów książki na części pierwsze filmowej wersji VALIS, z którą to zapoznają się podczas seansu kinowego, a także późniejsze przemówienie dwuletniej Sophii – objawienie, które będzie przekonywać, że „żywym bogiem jest sam człowiek”.

VALIS to także mnogość intertekstualnych, filozoficznych i teologiczno-metafizycznych nawiązań, które spuentować mogą do spółki Philip Dick i Koniolub Grubas historią Ryszarda Wagnera pukającego do bram Raju:

Ryszard Wagner stoi przed bramą do Raju. „Wpuście mnie, powiada. Jestem autorem Parsifala. Jest tam o świętym Graalu, Chrystusie, cierpieniu, litości i uzdrowieniu”. A oni na to: „Wiemy, czytaliśmy i to się nie trzyma kupy”. I TRZASK mu bramę przed nosem. Wagner ma rację i oni mają rację. To kolejna chińska pułapka na palec.[8]

Odlot absolutny

Egzegeza, którą autor podzielił się z czytelnikami za pomocą VALIS, zrodzona z jego obsesji i fascynacji, powraca dwa lata później w Bożej inwazji w sfabularyzowanej formie. Jacek Dukaj napisał w 1997 roku na łamach „SFinksa”, że to od niej powinno się rozpoczynać międzygwiezdną, pogiętą w czasie i przestrzeni wewnątrzumysłową gnostycko-teologiczno-filozoficzną podróż po pełnym narkotykowo-lekowych mikrourazów systema nervosum genialnego kalifornijskiego pisarza. Dukaj dodaje, że dzieło to stanowi najpełniejsze wprowadzenie do wewnętrznego świata autora i że sequelem mógł tę powieść nazwać tylko sam Dick, ponieważ mamy tu do czynienia jedynie z ciągłością obsesji[9]. Dostęp do Dickowskiego świata przypada jednak tylko nielicznym, albowiem nie wystarczy fachowa wiedza, kosmiczna wyobraźnia czy znajomość twórczości i zaburzeń pisarza. Wydaje się, że aby postawić stopę na CY30-CY30 B, gdzie rozpoczyna się akcja Bożej inwazji, trzeba samemu nosić w duszy (jeżeli ta istnieje) pierwiastek szaleństwa.

Herba Ashera, głównego protagonistę, poznajemy w momencie, kiedy leży na koi w swojej kopule we wzmiankowanym CY30-CY30 B, otoczony przechadzającymi się wokół szczuropodobnymi autochtonami i powierzchnią okoloną klatratem metanu, słuchając kasety z nagraniami niejakiej Lindy Fox, która uwspółcześniła muzykę XVI-wiecznego renesansowego wirtuoza lutni – Johna Dowlanda. Asher wyemigrował z Układu Słonecznego do Układu Fomalhauta (większość ludzi emigruje pod presją rządu); w nowym miejscu wegetacji płacą mu za utrzymywanie mentalnego i kulturowego kontaktu z Ziemią, a także wymianę informacji międzyplanetarnej, co ma sprawić, że on i jego sąsiedzi nie zostaną psychicznie zdehumanizowani. Prościej rzecz ujmując: puszcza im w radiu piosenki, najczęściej uwielbianej Lindy Fox. Kiedy pod postacią gorejącego panelu sterowniczego Asherowi objawia się bóstwo Jah i nakazuje mu pomóc w powrocie na Ziemię chorej na stwardnienie rozsiane sąsiadki, Rybys Rommey, która nosi w swoim łonie niepokalanie poczęte wcielenie Boga, wiemy już, że któryś z kalifornijskich szpitali psychiatrycznych szykuje łóżko dla swojego nieodrodnego dziecka. Hola, mości panowie, nie tak szybko!

Na Ziemi rządzi i dzieli mocarny reżim, będący efektem przymierza zawartego pomiędzy Kościołem chrześcijańsko-islamskim z kardynałem Fultonem Statlerem Harmsem na czele a Światopoglądem Naukowym pod przywództwem prokuratora maksimusa Nicholasa Bulkowsky’ego. Mało kto zwraca uwagę na przemycone przez Dicka zjawiska natury społecznej, aktualne również współcześnie, m.in. sztucznie wytwarzaną popkulturową papkę dla mas, seriale, które „dotrzymują ludziom towarzystwa” i współtworzą harmonogram ich życia, problemy kościoła katolickiego i innych instytucji religijnych czy kajdany biurokracji zaciśnięte na przegubach społeczeństwa.

Warstwa fabularna, jak to często bywa u Dicka, pozostaje tutaj jedynie płaszczem, pod którym kryją się garnitury i koszule: rozważania filozoficzno-teologiczne autora dotyczące walki Boga z Szatanem, Dobra ze Złem, Stworzenia z Chaosem, a także znamienne dla jego twórczości, jak choćby w fenomenalnym Ubiku, poszukiwanie granicy rzeczywistości i ułudy. Na pytanie Ziny „Czy piękny sen nie jest lepszy od okrutnej rzeczywistości?”, Bóg-Emmanuel odpowie po chwili zastanowienia, pozostając jednak w rozterce: „Nie można budować świata na życzeniach […]. Bo konieczność jest fundamentem rzeczywistości”[10].

Dick zadaje odwieczne pytanie, na które ludzie od lat bezskutecznie poszukują odpowiedzi: skoro to człowiek odpowiada za zło tego świata, czy można zwalić całą odpowiedzialność na Boga lub fałszywego Demiurga? „W tej Boskiej Maszynerii jest jakieś szczególne okrucieństwo. Żadnego romantyzmu” – rzeknie Rybys. „To dlatego, że chodzi o tak ważne sprawy” – odpowie Elias. Boża inwazja zawiera kilka wyjątkowych smaczków, wśród których polecam szczególnie Biblię pod postacią „żywej” struktury warstw hologramu, różne sposoby odczytywania Tory czy dialog pomiędzy zatrzymanym przez patrol Herbem Asherem, policjantem i centralą policyjną (Dukaj określa go mianem „odlotu absolutnego” i trudno temu zaprzeczyć).

Ostatnie rendez-vous, czyli jak Dick załatwił Śmierć

W 1981 roku ktoś miał przekazać Philipsowi K. Dickowi niezaszyfrowaną informację, niepochodzącą ani od agentów sowieckich, ani od Davida Bowie (w jego piosenkach pisarz doszukiwał się tajnego kodu z przesłaniem dotyczącym natury rzeczywistości), o tym, że Ursula K. Le Guin – w przeciwieństwie do Dicka rodowita Kalifornijka, która wydała się za Francuza – przedstawiła podczas jednego ze swoich wykładów krytyczne uwagi na temat VALIS. Opowiedział o tym Laurence Sutin w książce Boże inwazje. Życie Philipa K. Dicka – bardzo dobrze przyjętej przez krytykę i czytelników biografii. Dicka zabolały słowa pisarki (notabene, bardzo ceniącej całokształt jego twórczości) nawiązujące do kobiecych bohaterek jego powieści, które miały być w każdym calu „odrażającym i zdradzieckim wyobrażeniem śmierci”.

Dick początkowo polemizował z Le Guin, miotał się, wysyłał listy, oświadczenia, czyli przeprowadzał standardowe akcje w swoim stylu, po czym koniec końców pogodził się z opinią pisarki. Ale przyznawszy jej rację, napisał Transmigrację Timothy’ego Archera, książkę, w której narratorką jest przytłoczona ontologicznymi problemami i wszechobecną śmiercią Angel Archer, kobieta ciepła, inteligentna, nijak nieprzystająca do wizerunku literackich bohaterek Dicka, napiętnowanego przez Ursulę Le Guin. Nie mogło jednak być inaczej, skoro pierwowzór głównej bohaterki stanowiła córka pisarza – Laura Archer Dick. Znawcy doskonale wiedzą, że Dick niezwykle rzadko stosował w swoich dziełach narrację pierwszoosobową. Zazwyczaj skłaniał się ku pisaniu w trzeciej osobie, korzystając raczej z narracji prowadzonej równolegle z kilku punktów widzenia akcji. Szczegół ten może dodatkowo podkreślać wyjątkowość tej publikacji dla samego twórcy.

Fatalnym zrządzeniem losu książka przepełniona rozważaniami o śmierci, życiu pozagrobowym, reinkarnacji etc. okazała się ostatnią powieścią Dicka. Owszem, do tej pory miewał ciężkie stany, różne odpały, wieloletnie przejścia z bogatym arsenałem używek, ale wedle słów lekarzy ani ciężko nie chorował, ani nie istniało bezpośrednie zagrożenie dla jego życia. A jednak w roku 1982, kiedy to wydano Transmigrację Timothy’ego Archera, trzecią część trylogii VALIS, przeżywszy lat pięćdziesiąt cztery, Philip K. Dick zmarł.

„W oczach niemieckich romantyków to był największy ze wszystkich grzechów: zmówić się z losem, z losem pojmowanym jako zguba – mówił Dick słowami Timothy’ego Archera (w rzeczywistości zaprzyjaźnionego z Dickiem episkopalnego biskupa Kalifornii Jamesa Pike’a; Tim Archer to postać oparta na jego biografii). – Cały duch Goethego i Schillera, i… innych, cała ich orientacja opierała się na tym, że wola człowieka może pokonać los”[11].

Transmigracja… jest jednym wielkim wyścigiem z losem, ze śmiercią, braniem się z tą szpetną parą za bary, rzucaniem im rękawicy, poszukiwaniem sposobów okpienia ich. Umierają kolejne osoby, umiera symbol epoki ­– John Lennon, a biskup Timothy Archer nie może pogodzić się z istotą śmierci, gotów poświęcić swoją wiarę, dogmaty i drogę, która zaprowadziła go na sam szczyt kościelnej hierarchii. Rzuca wyzwanie, za które przyjdzie mu zapłacić najwyższą cenę. Dowiadujemy się jednak, że śmierć nie ma władzy nad schedą po wartościowym człowieku. Albowiem wpływ, jaki ten ostatni wywiera na swoich przyjaciół i otoczenie, a także piętno myśli, które pozostawia zapisane bądź zakonserwowane w myślach innych, sprawiają, że zyskuje nieśmiertelność. W taki sposób Philip K. Dick załatwił śmierć. To także jedno z przesłań Transmigracji…, pozwalające pisarzowi zaśmiewać się dziś do rozpuku razem z Timothym Archerem/biskupem Pikiem, ożywionym na kartach powieści, który zmarł wycieńczony, spadając w przepaść nad Jam haMelach nad Morzem Martwym, gdzie szukał anokhi, jakiegoś cholernego grzyba, którym rzekomo miał się odurzać Jezus Chrystus wraz ze swoimi uczniami.

Transmigracja Timothy’ego Archera to powieść o poszukiwaniu sensu życia, odtrąceniu, niezrozumieniu i porzuceniu, które wespół doprowadzają do tragedii. Mocną stroną książki jest wewnętrzna walka Tima, kiedy w obliczu traumatycznych zdarzeń jego wiara gaśnie, a biskup rozpaczliwie stawia wszystko na jedną kartę, aby tę wiarę obronić. Nieudolna próba przekonania samego siebie zamienia się w oratorski popis duchownego przed upośledzonym umysłowo Billem, a później w błyskotliwą polemikę pomiędzy nimi.

Dick znany jest z tworzenia dzieł wielopłaszczyznowych, a Transmigracja… nie pozostaje tutaj wyjątkiem. Ostatnią jego powieść należy odczytywać w kategoriach rozliczenia z Ameryką lat 60. i 70. i odbierać jako głos młodego pokolenia tamtych czasów, co spiętrza listę powodów, dla których obsadzenie Angel Archer, studentki Berkeley, w roli narratorki było tak istotne. Autor brutalnie zderza sielankowe życie amerykańskiej klasy wyższej lub średniej owych czasów ze zdegenerowanym parterem, kryjącym się poniżej głównego poziomu wzroku społeczeństwa. W powieści Dicka „dzieci kwiaty” mówią pełnoprawnym głosem.

 

Rzeczywiście jest coś wstydliwego w tym, że młody mężczyzna czy kobieta, a może nastolatek, chce umrzeć i osiąga cel, ginąc, zanim w pewnym sensie zaczął żyć, zanim się narodził. Mężowie biją żony, policjanci zabijają czarnych i Latynosów, starzy ludzie grzebią w śmietnikach albo żywią się jedzeniem dla psów – wstyd rządzi i rozdaje karty. Samobójstwo jest tylko jednym wstydliwym wydarzeniem spośród szerokiego ich wachlarza[12].

 W ostatniej książce Dicka otrzymujemy, jak na ironię, bardzo niewiele fantastyki. Można powiedzieć z czystym sumieniem, że wcale, ponieważ sprawy metafizyczne, wiara w duchy czy ich wywoływanie więcej mają wspólnego z religią, sposobem postrzegania świata tudzież filozofią. Jest w Transmigracji… Dickowska przenikliwość, balansująca na granicy geniuszu i szaleństwa, a jednocześnie ten radosny pierwiastek w odkrywaniu Nieznanego. I może właśnie ta zwariowana odwaga geniusza-szaleńca sprawia, że książki Philipa K. Dicka do dziś stanowią wykopaliska pełne tajemniczych teorii i egzegez. Wiele z nich prowadzi zapewne na manowce, ale istnieją też takie, które nadają Nieznanemu pewne kształty.

Rafał Niemczyk


[1] Jerzy Stachowicz, „Nowa Fantastyka”, nr 12 (279), grudzień 2005, s. 4.

[2] Wywiad z Lechem Jęczmykiem Dick, religijny fantasta: http://esensja.stopklatka.pl/varia/fantastyka/tekst.html?id=1044 [dostęp: 3.11.2013].

[3] Pełny tekst donosu Philipa K. Dicka można przeczytać tutaj: http://hatak.pl/artykuly/16208 [dostęp: 3.11.2013].

[4] Philip K. Dick, Trzy stygmaty Palmera Eldritcha, przeł. Zbigniew A. Królicki, z przedmową Jerzego Sosnowskiego, Dom Wydawniczy REBIS, Poznań 2012, s. 9.

[5] Dz. cyt., s. 278.

[6] VALIS to skrót od Vast Active Living Intelligence System, czyli Rozległy Czynny Żywy System Informatyczny. Nazwę VALIS należałoby zatem pisać wielkimi literami, ale w różnych źródłach spotyka się różną pisownię (raz dużymi, innym razem małymi literami).

[7] Philip K. Dick, VALIS, przeł. i opatrzył przedmową Lech Jęczmyk, Dom Wydawniczy REBIS, Poznań 2011, s. 12.

[8] Dz. cyt., s. 180.

[10] Philip K. Dick, Boża inwazja, przeł. Lech Jęczmyk, z przedmową Mai Lidii Kossakowskiej, Dom Wydawniczy REBIS, Poznań 2011, s. 217.

[11] Philip K. Dick, Transmigracja Timothy’ego Archera, przeł. i opatrzył posłowiem Lech Jęczmyk, z przedmową Dominiki Oramus, Dom Wydawniczy REBIS, Poznań 2012.

[12] Dz. cyt., s. 94-95.

%d blogerów lubi to: