Przeminęło z wiatrem. Od bestselleru do filmu wszech czasów. Recenzja.


przeminelo-z-wiatrem-brown-wiley-okladkaJak stworzyć Scarlett O’Harę?

Muszę przyznać, że „Przeminęło z wiatrem. Od bestselleru do filmu wszech czasów” to w mojej osobistej historii czytania autentyczny fenomen. Publikacja ta liczy prawie 500 stron, czyli więcej niż przeciętnie, mimo że jej temat jest wyraźnie ograniczony. Oto mamy książkę o książce. Strona po stronie, rozdział po rozdziale, od początku do samego finału rzecz dotyczy wyłącznie słynnej powieści Margaret Mitchell i ani na moment nie wyjeżdża poza margines. Moglibyśmy więc przypuścić, że mamy do czynienia z publikacją wyjątkowo nużącą. Bo czy na opisanie tej „wąskiej” historii nie wystarczyłaby broszurowa objętość? Czy to nie temat bardziej na artykuł niż na opasłą publikację? Jak się okazuje – absolutnie nie.

Z książką Ellen Brown i Johna Wileya Jr. jest tak jak z dobrym filmem dokumentalnym, gdzie często na jednym, niby niewielkim wycinku rzeczywistości, buduje się głęboką, pełną zakrętów i fascynującą fabułę. To prawdziwa sztuka mówić uniwersalnie i zajmująco na tematy hermetyczne. By się udała, trzeba spełnić co najmniej kilka warunków. Po pierwsze: należy być chorobliwie wnikliwym i drobiazgowym. Jak detektyw cierpliwie badać, odkrywać, „grzebać”, katalogować, a poza tym mądrze łączyć fakty. Po drugie: dobrze być wprawnym gawędziarzem, który zamiast przytłoczyć swojego czytelnika nadmiarem szczególików, sprzeda je w zaciekawiający, przyjemny w odbiorze sposób. Tak właśnie jest w przypadku tej książki.

Przeminelo-z-wiatrem-Tara

Tara – posiadłość Scarlett O’Hary, gdzie toczy się spora część opowieści. A także scenograficzne cudo, za które Lyle Wheeler otrzymał w 1940 r. Oscara.

Jej dwie największe zalety to: drobiazgowo opracowany materiał i płynnie opowiedziana historia. Autorzy zaczynają tam, gdzie trzeba, czyli od samego początku. Po krótkiej charakterystyce samej Margaret Mitchell wchodzą w długą i pełną zakrętów historię pisania, wydania, odbioru i dalszych kolei największego bestselleru wszechczasów. „Gdybym miała pojęcie o problemach, jakie wiązały się z Przeminęło z wiatrem, zastrzeliłabym się przed napisaniem powieści” – powiedziała pisarka już po osiągnięciu sukcesu. I owszem, wiele miejsca poświęca się tu na opisanie mozolnej pracy nad ostatecznym kształtem dzieła Mitchell, a także licznych problemów z nieoczekiwaną sławą, promocją, prawami autorskimi itd.

Scarlett-Ohara

Scarlett O’Hara w pełnej krasie. Oscar dla Vivien Leigh za najlepszą kobiecą rolę pierwszoplanową (1940).

Opis tych wszystkich perypetii działa na czytelnika stymulująco. Skrupulatność, którą autorzy odziedziczyli chyba po samej Mitchell, sprawia, że oczami wyobraźni wyczuwalnie przenosimy się do tamtych czasów, momentami zaś mamy wrażenie obcowania z ciekawą fabułą, a nie reportażowym pisaniem. Mitchell z „oczami bardziej niebieskimi niż Paul Newman”, gadatliwa, przejęta, zaangażowana, czasem dziwna, bardzo bezpośrednia, silna, lecz wycofana i ujmująco skromna, sama staje się bohaterką. Kampania reklamowa, szelest rękopisów i telegramów, zebrania w sprawie wydań, pierwsze spotkania autorskie, negocjacje z Hollywood, biznesowe lunche, czerwony dywan, powódź listów i wiele innych elementów życia słynnej pisarki nie tylko same w sobie stanowią ekscytujący materiał. Ogromne znaczenie dla wartkości opowieści ma też opisanie tego wszystkiego we właściwy sposób – prosto, bezpretensjonalnie, sugestywnie i z sympatią do tematu.

Przeminelo-z-wiatrem-Scarlett-Rhett

Legendarna para filmowych kochanków: Scarlett O’Hara (Vivien Leigh) i Rhett Butler (Clark Gable).

„Przeminęło z wiatrem. Od bestselleru do filmu wszech czasów” to nie tylko książka dla miłośników omawianego w niej dzieła. Choć oczywiście fani perypetii Scarlett O’Hary i Rhetta Butlera będą zachwyceni. Dowiedzą się np., że Scarlett miała mieć na imię Pansy, a książce proponowano takie tytuły, jak „Nikt nie był tak ślepy” czy „Trąby wyśpiewały prawdę”. Również sam opis pracy nad powieścią jest arcyciekawy. Imponująca dokładność Mitchell kazała jej na przykład wędrować całe kilometry, by ulokować wyimaginowane miejsca znane z książki tak, aby nie stały tam, gdzie w realnym świecie z pewnością nie mogłyby stanąć. Za dowód staranności autorki niech posłuży cytat:

„Mitchell przejmowała się w szczególności jedną kwestią: czy dobrze określiła porę wysiewania ziaren bawełny przed rozplenieniem się kwiecika bawełnianego. Ponieważ nie potrafiła skupić się na pozostałych sprawach, zwróciła się z prośbą o pomoc do rolnika, który wcześniej pomógł jej z gryką. Przyznała, że nikt poza Georgią nie zorientowałaby się, że popełniła błąd, <<ale ja bym o tym wiedziała i prawdopodobnie budziłabym się w nocy z krzykiem z tego powodu.>>”

margaret-mitchell

Margaret Mitchell ze swoim bestsellerem.

Dziś nie każdy czytelnik „Przeminęło z wiatrem” zdaje sobie sprawę, że sukces tej książki był w swoich czasach ogromnym zaskoczeniem. Nikt nie spodziewał się, że powieść debiutującej autorki, do tego opasła i niełatwa, bo opowiadająca o trudnym okresie w historii Ameryki, zyska taką sławę. Wątpliwości przed jej wydaniem wzbudzała również niejednoznaczność bohaterów (czy są dobrzy, czy źli?), a także otwarte, „zawieszone” zakończenie. Powiedzieć, że ryzyko wydawcy się opłaciło, to mało. Nie da się bowiem bardziej strzelić w dziesiątkę niż w tym przypadku. Dzięki temu opowieść o powstaniu „Przeminęło z wiatrem” zyskuje drugie dno i optymistyczną wymowę. Stanowi jeden z niezbitych dowodów na to, że los potrafi mile zaskakiwać i zupełnie znienacka zamieniać rzeczy niemożliwe w realne. To budujące, że autorka największego bestselleru świata była debiutantką, a sukces osiągnęła za pomocą zupełnie nie-filmowej pracowitości. Publikacja Ellen Brown i Johna Wileya Jr. jest więc nie tylko książką o książce, ale książką o… życiu.

Ellen F. Brown, John Wiley Jr., Przeminęło z wiatrem. Od bestselleru do filmu wszech czasów, tłum. Emilia Skowrońska, wyd. Aleja Róż, Warszawa 2013.

Dorota Jędrzejewska

Shawn Levy, Paul Newman. Biografia. Recenzja.


Różne odcienie niebieskich oczu

Biografia to gatunek często rozczarowujący. Zawód może czytelnika spotkać na wielu poziomach. Po pierwsze: z biografii można dowiedzieć się rzeczy, o których by się wiedzieć nie chciało. Zwykle przecież sięgamy do książkowych życiorysów postaci, które lubimy, z jakichś względów cenimy. Tymczasem odsłaniająca tajemnice biografia potrafi zamazać nam obraz ideału, odkryć haniebne grzeszki, zburzyć nasze wyobrażenia. Po drugie: biografie bywają nudne. Nagromadzenie szczegółów wyjętych z życiorysu danej postaci potrafi czytelnika przytłoczyć, znużyć. Życie to przecież ani bajka, ani film, to często zwykła szarzyzna lub zbiór beznamiętnych, chaotycznych faktów. Niektóre z zakrętów donikąd nie prowadzą, wątki się urywają, heroicznych czynów brak, ukochane nie wracają, a miłość platoniczna zostaje platoniczną na zawsze. Po trzecie zaś: biografie bywają nierzetelne, nieobiektywne. Ich autorzy w pogoni za sensacją tropią skandale, podkręcając je i celowo akcentując. Bywa też, że stawiają swoich idoli na piedestale, zapominając o ich ciemnych stornach, co również nie pozwala cieszyć się w pełni lekturą. Wszak od biografii oczekujemy przede wszystkim prawdy.

Być może to właśnie z tych przyczyn lub po prostu z namiętnej ciągoty do fikcji unikam czytania biografii. W przypadku Paula Newmana nie mogłam się jednak powstrzymać. Ja po prostu kocham tego faceta.

„Długie, gorące lato” (1958) na motywach prozy Williama Faulknera – ze swoją żoną Joanne Woodward

Moja słabość do Paula Newmana rozpoczęła się wraz z pierwszym seansem „Butcha Cassidy’ego i Sundace’a Kida”. Co ciekawe, grając w tym westernie, słynny aktor był już po czterdziestce. Wciąż jednak wyglądał młodo, świeżo i przystojnie. Ba! Fenomen urody Newmana opierał się nie tylko na jego niezwykle błękitnych oczach, ale na magicznym obrocie upływu czasu na swoją korzyść – Newman wraz z kolejnymi latami autentycznie stawał się coraz atrakcyjniejszy. Jego żona, utalentowana aktorka Joanne Woodward, żartowała czasem, że to dość kłopotliwa sytuacja – podczas gdy ona wyraźnie się starzeje, jej mąż wciąż ma 29 lat i szalone powodzenie u kobiet. Wieczna młodość u Newmana objawiała się nie tylko w jego wyglądzie, ale i w charakterze. To właśnie, między innymi, starał się udowodnić Shawn Levy w omawianej tu biografii Newmana, jednocześnie nie omijając trudnych momentów z życia aktora.

„Bilardzista” (1961)

Paul Newman był aktorem świetnym, choć jego talent został raczej wypracowany, niż otrzymany gdzieś w „kosmicznym przydziale” (widocznie przyszły aktor stał wówczas w kolejce po urodę). Znajdą się więc w jego dorobku filmy, w których oglądamy go wyraźnie sztywnego, mniej spontanicznego i brawurowego niż choćby „dziki”, charyzmatyczny Marlon Brando. Newmanowi nie brakowało jednak determinacji, by się rozwijać i osiągać kolejne pułapy aktorskiego wtajemniczenia. To jeden z tych aktorów, który do swoich ról podchodził bardzo analitycznie, rozstrzygał pobudki granych przez siebie bohaterów, rozkładał ich charaktery na drobne, reżyserów zasypywał pytaniami i uwagi. Dzięki poważnemu podejściu do swojego zawodu udało się Newmanowi opracować własną metodę grania opartą oczywiście nie tylko na urodzie. Oscara doczekał się na późnym etapie swojej kariery („Kolor pieniędzy”, 1986), nominowany do statuetki był jednak wielokrotnie, bo aż dziesięć razy (DiCaprio się nie umywa).

„Słodki ptak młodości” (1962) na podstawie sztuki Tennessee Williamsa – w pościeli z Geraldine Page

Jako „Hud, syn farmera” (1963) w adaptacji powieści „Horseman, Pass By” Larry’ego McMurtry – z nagrodzoną Oscarem Patricią Neal

Biografia napisana przez Levy’ego dostarcza pełnego przekroju przez filmografię Newmana. Nie omija ani jednej produkcji, zgrabnie omawiając każdą z nich, zdradza kulisy, przygotowania, reakcje zarówno krytyków, jak i widzów. Te miniaturowe relacje z planu filmowego i krótkie analizy filmów w żaden sposób nie przeszkadzają w lekturze. Wręcz przeciwnie – przeważnie są bardzo trafne i interesujące, zaś wszelkie „smaczki” z życia na planie wraz z masą anegdot skutecznie ubarwiają opowieść i dają szansę czytelnikowi sztachnąć się zapachem wielkiego, dawnego Hollywood. A to – trzeba przyznać – dość ekscytujące doświadczenie. Czytając o dowcipach, jakie Newman był skłonny robić swoim przyjaciołom z planu, o jego relacjach z ekipą filmową, o ówcześnie panujących nastrojach w Hollywood, można się nieraz nieźle ubawić, zaskoczyć albo zaintrygować.

Jako skazaniec „Nieugięty Luke” (1967), pożerający w ramach zakładu 50 jajek na twardo w ciągu godziny

O filmach Newmana najwięcej można się dowiedzieć, wgapiając się w ekran. Stamtąd jednak nie sposób zaczerpnąć wiedzy o jego życiu. I do tego głównie służy biografia autorstwa Levy’ego. Jej autor dołożył wszelkich starań, aby zarys Newmanowej sylwetki był pełny, obiektywy (mimo wyraźnej sympatii i szacunku dla aktora), a jednocześnie zajmujący. Można powiedzieć, że mu się udało. Biografia ta jest przede wszystkim ciekawa i to jej podstawowa zaleta. Mimo mnóstwa szczegółów książkę czyta się szybko, bez znużenia. Levy operuje prostym, jasnym i konkretnym językiem. Potrafi też sprawnie rozłożyć tematy i wątki, by lektura w odpowiednich momentach nabierała tempa, intrygowała i zachęcała do zgłębiania kolejnych rozdziałów.

„Butch Cassidy i Sundance Kid” (1969) – w duecie rewolwerowców ze wschodzącą wówczas gwiazdą, Robertem Redfordem

Z kart książki wyłania się sylwetka Newmana jako atrakcyjnego, energetycznego człowieka. Z jednej strony opisane tu wydarzenia i fakty są potwierdzeniem „newmanowskiego mitu”: szlachetnego gwiazdora-darczyńcy, kierowcy wyścigowego, dobrego męża. Z drugiej autor odsłania życiowe potknięcia i mroczne strony Newmana – wiele razy wspomina o jego słabości do alkoholu, pamiętnej zdradzie żyjącej w jego cieniu ukochanej żony, przedstawia go jako kiepskiego ojca, któremu w pogoni za własnymi sprawami nie udało się zapobiec przedwczesnej śmierci syna. W tych sprawach jego nieziemskie oczy niestety okazywały się ślepe. Pojawiają się tu również sygnały przerośniętego ego aktora, jego często trudnego, zawłaszczającego zbyt wiele przestrzeni charakteru.

W swojej ostatniej roli – stetryczałego złośliwca w świetnym miniserialu „Empire Falls” (2005) na podstawie książki Richarda Russo. Czy w tych niebieskich oczach widać… 80-latka?

Na koniec warto zadać pytanie, odwołując się jednocześnie do pierwszego akapitu tej recenzji: czy książka o Paulu Newmanie posiada te denerwujące ubytki biografii, które nakreśliłam na wstępie? Na szczęście nie. Opowieść Levy’ego nie niszczy mitu, a raczej czyni go ciekawszym. Z harcerzyka o nienagannej aparycji, Newman przemienia się tu w człowieka z krwi i kości – zawadiackiego, nie bez wad, popełniającego błędy. Zachowuje przy tym cały urok, który od lat mu przypisywano. To także ciekawa historia, która nie tylko nie zmęczy żadnego entuzjasty tamtego Hollywood, ale w inspirujący sposób pobudzi jego łaknącą dobrego kina duszę, a być może zachęci do kolejnego seansu z Paulem Newmanem w roli głównej.

Shawn Levy, Paul Newman. Biografia, tłum. Aleksandra Czwojdrak, Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 2013.

Dorota Jędrzejewska

Jako mentor Toma Cruise’a w „Kolorze pieniędzy” (1986) – za tę rolę Paul Newman otrzymał jedynego Oscara

* Zapraszamy również do lektury tekstu Doroty pt. „Paul Newman – tęsknota za Butchem Cassidy”, opublikowanego na łamach bloga cdp.pl.

Marek Pernal, Praga. Miasto magiczne. Recenzja.


Ten most Karola w niebie się kończy,
na grzbiecie kaczek cud pływający…

…miasto kapryśne, o dziwnych humorach, sprzyjające horoskopom, metafizycznym błazeństwom, podmuchom irracjonalizmu, przypadkowym spotkaniom, szczęśliwym trafom, niewiarygodnym współdziałaniom zjawisk z natury przeciwnych (…) jeszcze dzisiaj, co noc, o piątej budzą się gotyckie popiersia galerii królów, architektów i arcybiskupów w triforium u św. Wita, jeszcze dzisiaj dwóch kulejących żołnierzy z bagnetami na karabinach prowadzi rankiem Józefa Szwejka z Hradczan przez Most Karola ku Staremu Miastu, a w odwrotnym kierunku jeszcze dziś, nocą przy świetle księżyca dwóch schludnych, tłustych kabotynów, dwa manekiny rodem z panoptikum, dwa automaty w żakietach i cylindrach prowadzą tym samym mostem Józefa K. na egzekucję do kamieniołomu na Strahovie…

(Angelo Maria Ripellino, „Praga magiczna”)

Praski pejzaż ze wzgórza Petřín

Praga niezwykle często opisywana jest jako „miasto magiczne”. Ze wszystkich słów świata owa „magia” pojawia się w parze z czeską stolicą bodaj najczęściej, lecz każdy, kto choć raz zawitał na wzgórzach wyrastających nad łagodnym łukiem Wełtawy, przyzna, że w tym pozornym banale tkwi sama prawda. Tak, Praga jest miastem magicznym. Wiem o tym nie tylko ja czy autor omawianej tu książki, który słusznie nie silił się na oryginalność, umieszczając w jej tytule dość powszechny slogan. Wiedzieli o tym już dawno temu Franz Kafka, jego rówieśnik Jaroslav Hašek, Bohumil Hrabal, także bardziej nam współcześni Václav Havel czy Umberto Eco. „Vlny Vltavy oszlochały Karlův most” – pisał Julian Przyboś, a wtórowały mu takie wybitności, jak Tadeusz Różewicz, Konstanty Ildefons Gałczyński (znany wiersz „Portal domu Pod dwoma złotymi niedźwiadkami”) czy Jerzy Harasymowicz (patrz: przypis pod tekstem).

Domek nr 22 przy Złotej Uliczce – w 1917 roku mieszkał tu i pracował Franz Kafka

Tętniący życiem i gwarem Rynek Staromiejski, przepiękny za dnia, a jeszcze bardziej nocą, otoczony architektonicznymi perełkami, widok na Staré Město z tarasu widokowego przy klasztorze Na Strahovie, Václavské náměstí, czyli Plac Wacława – dla Czechów miejsce-symbol, stary żydowski cmentarz, którego urokowi uległ Umberto Eco, umieszczając go w tytule i czyniąc kluczowym miejscem w swojej ostatniej powieści. Wreszcie Hradczany ze wspaniałym zamkiem królewskim, którego skarbów do dziś strzeże siedem kluczy przechowywanych przez siedem różnych osobistości, a kilka kroków za gotycką katedrą – Złota Uliczka, stara siedziba Żydów-złotników, gdzie w domku nr 22 w 1917 roku mieszkał i pracował Franz Kafka (trochę później, niedaleko, bo w domku nr 12, u Jiřígo Mařánka zbierała się śmietanka czeskich pisarzy, m.in. Vitězslav Nezval, František Halas czy przyszły noblista – Jaroslav Seifert) – to tylko kilka z cudownych skarbów, które kryje Praga.

A to my w dość szczególnym miejscu. Trochę wyżej z boku na bok tyka sobie gigantyczna wskazówka, zaś na drzewach wiszą… trampki.

„Praga. Miasto magiczne” (str. 38)

Przewodnik Marka Pernala – historyka, dyplomaty, byłego ambasadora RP w Republice Czeskiej, człowieka zakochanego w Pradze – jest książką godną uwagi z kilku względów. Mamy tu 16 szczegółowo opisanych tras spacerowych, z dokładnymi mapkami (jest także przydatna mapa metra), miejscami godnymi uwagi (autor subiektywnie przydziela im „gwiazdki”, co może być pomocne dla tych, którzy pragną zwiedzić miasto „szybko, ale na bogato”), informacjami o cenach, wykazem muzeów, piwiarni czy knajpek etc. Publikację wzbogaca ponad 800 wysokiej jakości zdjęć (jest też kilkanaście reprodukcji obrazów), dzięki którym możemy szczegółowo przyjrzeć się wielu zabytkom, także tym mniejszej rangi.

Co ważne, „Praga. Miasto magiczne” nie jest „suchym” przewodnikiem. Pełno tu nawiązań do literatury i sztuki, anegdot, wielobarwnych tropów i ciekawostek. Autor często przywołuje konteksty historyczne i kulturowe. Szwendając się praskimi uliczkami, napotkamy sylwetki nie tylko słynnych pisarzy, ale i wszelkiej maści dziwaków i szaleńców: astrologów i alchemików, mędrców i kabalistów.

„Praga. Miasto magiczne” (str. 81)

Na końcu książki znajduje się kalendarium historyczne oraz indeksy osób, miejsc i obiektów, ułatwiające nawigację po przewodniku. Ostateczny efekt psują nieco literówki (głównie niewłaściwe czeskie znaki diakrytyczne albo ich brak), co wychwyciło przede mną grono recenzentów-bohemistów, lepiej ode mnie znających język czeski. Nie zmienia to faktu, że „Praga. Miasto magiczne” Marka Pernala to bardzo solidna publikacja, która sprawdzi się nie tylko w roli przewodnika, ale również okazałego albumu.

Marek Pernal, Praga. Miasto magiczne. Spacerownik historyczny, Agora SA, Warszawa 2013.

Rafał Niemczyk

* Wszystkie zdjęcia pochodzą z naszej prywatnej kolekcji. Zostały zrobione w 2013 r. podczas wyprawy, w której towarzyszył nam nasz przyjaciel, „Latający Holender” Servis, którego niniejszym serdecznie pozdrawiamy.

** Tytuł recenzji to pierwsza strofa wiersza Jerzego Harasymowicza „Na Karlowym moście”, który pochodzi z tomu „Bar Na Stawach” (1972-74).

Michał Książek, Jakuck. Recenzja.


Królowa Śniegu nadal jest okrutna

Mały Kay był zupełnie siny z mrozu, prawie czarny, ale nie spostrzegł tego wcale, gdyż Królowa Śniegu odjęła mu swym pocałunkiem wrażliwość na zimno, a jego serce stało się kawałkiem lodu.

(H. Ch. Andersen, „Królowa Śniegu”)

Kay, chłopiec z tajemniczym odłamkiem diabelskiego zwierciadła w oku, zapomina, czym jest dobro. Jego serduszko zamienione przez Królową Śniegu w sopel lodu nie bije już tym samym rytmem, co kiedyś. Zamknięty w zimnym i pustym pałacu, którego ściany zrobiono ze śnieżnej zawiei, rozpaczliwie potrzebuje ciepła. Jedna z najsłynniejszych baśni na świecie niesie w sobie wiele prawdy, nie tylko metaforycznej. Dotkliwy chłód potrafi wyziębić nie tylko palce i nosy, ale i uczucia. Tymczasem bezwzględna Królowa żyje i nadal zbiera swoje żniwo. Co roku na wiele miesięcy opatula swoim płaszczem jedną ze swoich ulubionych odległych krain. Znęca się nad jej mieszkańcami mrozem i skutecznie chłodzi emocje. Jakuck – intrygujący i straszny zarazem, surowy i fascynujący, być może jest właśnie domem Królowej Śniegu. Albo jakiejś złośliwej czarownicy, która podstępem zepchnęła ją z tronu.

O „Jakucku” Michała Książka dowiedziałam się z radia. Po odsłuchaniu wywiadu z autorem o bardzo ciepłym głosie domyśliłam się, że posiada on niezwykły talent do snucia ciekawych opowieści. Potwierdzenie tej tezy otrzymałam wraz z jego publikacją. Zaskakująco ciepłą, jak na przeszywającą zimnem tematykę.

Przeciętnemu czytelnikowi trudno będzie wyobrazić sobie przeraźliwe zimno sięgające na termometrze nawet minus pięćdziesięciu stopni. A przynajmniej byłoby, gdyby nie czary autora. Ten w plastyczny i jednocześnie ujmujący sposób odkrywa przed nami „kulisy” prawdziwego mrozu. Sprawnie operując porównaniami i wygimnastykowanym, czasem niemal poetyckim językiem, przybliża nam uczucie bolących od zimna palców i nosów najbardziej, jak tylko się da. Czytając „Jakuck” nawet w upale, można się wzdrygnąć niczym na najlepszym horrorze. Złym bohaterem nie jest tu jednak przeraźliwa kreatura, duch czy psychopata w masce. To natura w czystej postaci. To okrutna strona jej osobowości, która albo hartuje, albo odbiera człowiekowi całkowitą chęć do życia.

Michał Książek odnalazł świetny klucz do opisania tej pełnej dziwów krainy. Rozłożył bowiem na części język używany przez jej mieszkańców. Od popularnych, ciekawych i charakterystycznych słów wysnuł interesujące opowieści i zarysował białe pejzaże. Autor udowodnił jednocześnie, że to właśnie w języku można odnaleźć osobowość danego narodu albo człowieka. „Jakuck” jest więc nie tylko reportażem, literacką podróżą, ale swoistym wokabularzem, który słowa zamienia w obrazy. „Język narodu to wyrażenie całego jego życia, to muzeum, w którym zebrano wszystkie skarby jego kultury i intelektu” – czytamy u Książka. Nic więc dziwnego, że Jakuci mają całą masę określeń przestrzeni i używają kilku rodzajów zaimka „tam”. Tutaj przestrzeń jest niemal bezkresna, odległości ogromne, a natrętny horyzont przytłacza tak, że można zwariować. Tak jak od zimna. Czas natomiast liczy się nie za pomocą kolejnych lat, ale kolejnych śniegów. „Zimą szum wiatru usłyszysz tu rzadko, deszczu nigdy, grom dopiero na wiosnę, za to dźwięków śniegu do woli. Skrzyp, skrzyp, skrzyp. Tak słychać biały kolor”.

Autor spędził w Jakucji kilka lat. Udało mu się nie tylko poznać geograficzną specyfikę tego regionu, przeniknąć jego język, ale i zrozumieć tutejszych mieszkańców. Im natomiast, nie raz strasznym, odpychającym, zapijaczonym lub imponująco hardym, życie przypisało niełatwy kawałek chleba. Natura stała się ich nachalną towarzyszką. Nie da się o niej zapomnieć, jakoś jej uniknąć, zamknąć się w czterech ścianach i nie myśleć o rzeczywistości na około. Charaktery i życiorysy kształtują się w Jakucku w ekstremalnych warunkach. Tutaj każdy oddech to „cios nożem”. Jak zatem oddychać pełną piersią? Jak żyć pełnią życia?

„Jakuck” nie ma swoich głównych postaci ani fabuły. To zbiór obrazów, pojęć, anegdot. Mogło by się wydawać, że książka zbudowana w ten sposób okaże się w pewnym momencie nużąca. Nic podobnego! W trakcie lektury przekonujemy się, że prawdziwymi bohaterami tej opowieści są natura i język. Jak się okazuje potrafią być oni równie fascynujący jak mityczni herosi lub skomplikowane charaktery z psychologicznych powieści. Szczególnie zarysowani piórem człowieka o dużej wrażliwości na urodę świata, spostrzegawczego gawędziarza, dla którego Jakuck nie jest tak straszny, jak fascynujący.

Na koniec ciekawostka. Wiedzieliście, że istnieje aż czterdzieści jeden rodzajów śnieżynek? Ich klasyfikacji dokonał profesor Nakaya z uniwersytetu w Hokkaido. Każdą z nich nazwał kombinacją dużych i małych liter oraz cyfr. Michał Książek opowiada o tym z charakterystycznym dla siebie urokiem: „Poczytasz trochę profesora Nakayi i wyda ci się, że oto P2b przeleciał ci przed nosem, N1a roztopił się na rękawiczce, A2d osiada na parapecie. Dosłownie litery i literki, cyfry i cyferki lecą z nieba. Jasia przywitała je z należytym szacunkiem, zadzierając głowę”. To sztuka zapisywać tak ciepłe zdania w pełnym grozy Królestwie Śniegu.

Michał Książek, Jakuck. Słownik miejsca, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2013.

Dorota Jędrzejewska

* Zdjęcia zostały zrobione przez autora książki.

Riccardo Orizio, Zaginione białe plemiona. Recenzja.


Zaginione-biale-plemiona-okladkaNa tropie białych mniejszości

Kiedy myślę o prozie podróżniczej, to wydaje mi się, że powinna ona traktować o poznawaniu bądź odkrywaniu świata. Świata wcześniej nieznanego, nieopisanego, niezbadanego. Przez „świat” rozumiem inną niż autora kulturę, historię, architekturę, obyczaje itd. Riccardo Orizio spełnia te warunki, jednakże nie opisuje miejsc, ale ludzi. Prawdę mówiąc, książka przedstawia ludzi specyficznych. Autor skupił się na „białych plemionach”, czyli w egzotycznych miejscach „nowego kolonialnego świata” wyszukał pozostałości przeszłości, relikty z czasów, gdy Europejczycy przemierzali świat w poszukiwaniu korzeni, niewolników, przypraw i złota.

Poznawanie odkrytych przez Riccardo Orizio „białych plemion” jest fascynujące. Zadał sobie niemało trudu, aby odkryć, skąd wzięli się akurat „ci biali” w tym właśnie miejscu, jaka jest ich historia, jak żyli, jak żyją. Jest dociekliwy i ta dociekliwość jest dużym plusem całej książki. Dowiemy się z niej m.in. skąd w Brazylii wzięli się Amerykanie, a dokładniej Konfederaci, którzy po przegranej wojnie secesyjnej przybyli do tej portugalskiej kolonii. Każda z opowieści snutych przez autora jest na swój sposób niesamowita i pasjonująca: biali Jamajczycy z dredami w kolorze blond, klasa białych Burgów ze Sri Lanki albo żyjący w kazirodczych związkach grupa Matignonów na Gwadelupie.

Tamilowie, Syngalezi, Malajowie, biali Burgowie ze Sri Lanki - kiedyś żyli wspólnie w pokoju (źródło: http://www.salem-news.com/articles/november042011/sinhalese-lanka.php)

Tamilowie, Syngalezi, Malajowie, biali Burgowie ze Sri Lanki – kiedyś żyli wspólnie (źródło: http://www.salem-news.com/articles/november042011/sinhalese-lanka.php)

W sumie książka składa się z opowieści o sześciu grupach białych, którzy żyją w miejscach, gdzie nie można by się ich było raczej spodziewać. Każda z tych grup jest inna. Ale to, co ich wszystkich ze sobą łączy, to „zawieszenie między przywilejami a dyskryminacją” oraz bieda, ponieważ są to plemiona przegrane, są skamielinami Historii, anomalią skazaną na wymarcie, całkowite unicestwienie. Być może rozmowy, które przeprowadził z członkami tych społeczności Riccardo Orizio, są ostatnimi spisanymi dokumentami ich obecności w tym miejscu i czasie.

Tribu-bianche-perdute„Książka Riccarda Orizio jest tak fascynująca przede wszystkim dlatego, że autor koncentruje się nie na tym, co stanowiło motor kolonializmu, ale na dawnych przygodach i opowieściach (…) Traktuje o ginących miejscach i ginących wspólnotach; o tych, którzy żyją wśród starych ludzi, starych mebli, starych werand, starych książek. Pokazuje ich w kokonie tego, co już minęło. Pokazuje, jak wiele w ich życiu nostalgii, wspomnień, smutku, jak bardzo niezdolni są do nawiązania kontaktu z nową rzeczywistością” – napisał we wstępie Ryszard Kapuściński.

Książka napisana jest klarownym językiem. Lekko się ją czyta, ponieważ styl jest prosty, pozbawiony ozdobników. Autor nie sili się na sztuczną mądrość, nie „mędrkuje”, jego rozważania o czasie i ludziach są zaskakująco spójne. Kładzie nacisk na opowieści swoich bohaterów, nadając przez to książce osobisty, bardzo intymny wydźwięk. Pewnie dzięki tym zabiegom książka ma po części charakter reportażu z podróży do obcych ludzi.

Riccardo Orizio, Zaginione białe plemiona. Podróż w poszukiwaniu zapomnianych mniejszości, przeł. Joanna Ugniewska i Mateusz Salwa, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2009.

Maciej Gierszewski
Kopiec Kreta

%d bloggers like this: