Stanisław Dygat, Pożegnania. Recenzja.


Dziś takich książek już się nie czyta

Stanisław Dygat, Kazimierz Brandys czy Jerzy Andrzejewski – to dzisiaj pisarze nadzwyczaj niepopularni. Jak wielu z młodych czytelników zatrzymuje wzrok na okładkach ich książek, przebierając księgarniane półki? A w jak wielu domach gruba warstwa kurzu osiada na „Jeziorze Bodeńskim” czy „Popiele i diamencie”? Przestarzałe egzemplarze w biblioteczce skompletowanej jeszcze przez rodziców zniechęcają „archaicznością” nazwiska i nieciekawą okładką. Warto zaznaczyć, że niesłusznie. Szczególnie chyba jeśli chodzi o literaturę Dygata – napisaną lekko, płynnie, harmonijnie, a tym samym „dającą się przeczytać” tak zwanemu czytelnikowi nowoczesnemu.

„Pożegnania” to krótka powieść o historycznym tle – w pierwszej części zaczyna się wojna, w drugiej z kolei – już się kończy. Głównym bohaterem jest Paweł. Czytelnikom lubiącym literackie postacie buntowników wyda się na pewno sympatyczny. Szczególnie w momencie, w którym podczas czwartkowego, towarzyskiego spotkania w domu swoich rodziców, z premedytacją odstawi nielubianej, na wskroś egzaltowanej damie krzesło, a ta pacnie z całym impetem na podłogę, oczywiście ku przerażeniu ukulturalnionego, dystyngowanego towarzystwa. Paweł jest zbuntowany i zniesmaczony całym światem. Chciałby go trochę ponaprawiać, ale chyba nie ma na to sił. Drażnią go ludzie, przyjmowane przez nich pozy, brak szczerości wobec innych i wobec siebie.
„Od dawna już żyłem w niezgodzie z otoczeniem. Miałem wstręt do szablonów i schematów wzajemnego obcowania ludzi ze sobą, prześladował mnie ustawiczny odruch korygowania na własną rękę wszystkiego, co wydawało mi się w życiu niesłuszne, fałszywe, niesprawiedliwe, a wreszcie już przez samą przekorę postępowałem na przekór wszystkiemu, co widziałem dokoła” – mówi o sobie Paweł.

Stanislaw-Dygat-i-Kalina-Jedrusik_fot.Zofia-NasierowskaW ponurym lokalu, w trakcie przepijania pieniędzy na czesne, Paweł poznaje fordanserkę – Lidkę. Również zblazowaną, niezadowoloną, obrażoną na ludzi, którzy ustawicznie grają, nigdy nie odsłaniając swojej prawdziwej twarzy. Choć mniej inteligencką, to równie nieprzystosowaną do odgrywania społecznych ról. Para przypadnie sobie do gustu dość mocno, rozdzielą ją jednak społeczne rygory. Ojciec Pawła, mówiąc, że to „nie przystoi”, wyśle syna na zagraniczne studia, by wybić mu z głowy towarzystwo uroczej fordanserki. Potencjalni kochankowie spotkają się kilka lat później, już po wojnie. Lidka będzie już mężatką i to nie byle kogo, bo hrabiego. I jako hrabina wpadnie w pułapkę konwenansów i masek.

Justyna Sobolewska w recenzji „Pożegnań” napisanej dla „Polityki”, przyrównała prozę Dygata do literatury Gombrowicza. Trudno nie przytaknąć. Cała historia o Pawle i Lidce to opis naprzemiennego zrzucania masek bądź zakładania tychże. To opowieść o popadaniu w społeczne schematy, o fałszu, przymusie towarzyskim, bezsensowności konwenansów. W tle tej maskarady rozgrywa się wielka historia Polski. Bez pompy, górnolotności, po cichu – nie jest dla pisarza wiodącym tematem, nie narzuca się czytelnikowi, dzięki czemu fabuła powieści, tak jak jej bohater, nie ulega schematom.

Pisanie Dygata to jednak nie tylko bunt przeciwko społecznej masce. To również trafny dowcip, poczucie humoru, delikatna groteska, a także (to, co mnie ujmuje najbardziej) elegancja języka – prosta acz melodyjna fraza. Za każdym razem, gdy pisarz pozostawia swojego bohatera samemu sobie, a ten zaczyna dzielić się swoimi myślami, dla czytelnika robi się „miodnie”. Przyjemnie jest płynąć wraz ze słowami Dygata, lekkimi, sprężystymi, pozornie niezobowiązującymi. Procesowi temu towarzyszy przyjemny „klimacik”, dzięki któremu lektura Dygata jest nie tylko mądra i wartościowa, ale i przyjazna, lekka. Warto zatem sięgać do „starych” książek.

Stanisław Dygat, Pożegnania, wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2011.

Dorota Jędrzejewska

%d blogerów lubi to: