Sławomir Mrożek, Uwagi osobiste.


Poproszę Mrożka, tego z wystawy

Mrożek z wystawy prezentuje się wybornie. W Mrożku z wystawy można świetnie wyglądać. Pasuje to-to do starego płaszcza, niemodnego swetra, pary kaloszy na jesień, staroświeckich okularów, jednak pasuje też do dżinsów, T-shirta z nadrukowaną mniej lub bardziej głupią mądrością, do adidasów pasuje, do coca-coli, ale też do wódki. W Mrożku z wystawy można wyjść do kina, do parku i do teatru. W Mrożku z wystawy można się też przeglądać. Kobieta może spakować go do torebki zamiast lusterka lub pudernicy; mężczyzna jest w stanie spojrzeć z jego pomocą w lusterko wsteczne bez konieczności posiadania samochodu. Mrożek z wystawy – kończy swój wywód ten dobroduszny sprzedawca – posiada jednak cechę najbardziej praktyczną ze wszystkich, i może tym pana przekonam: Mrożek z wystawy mianowicie nigdy się nie starzeje. Dobroduszny sprzedawca wypowiedział to ciutkę głośniej, tak aby usłyszeli go wyraźnie także ci, którzy do tej pory stali nieco z mojego boku, i wyłapywali z monologu sprzedawcy tylko co drugie słowo. Kiedy to tylko usłyszeli, tak jak stali, wykupili naraz wszystkich Mrożków z wystawy. Nie został dla mnie ani jeden. Na szczęście swojego dostałem w prezencie.

„Uwagi osobiste” Sławomira Mrożka to teksty publikowane na łamach prasy w latach 1997-2002, czyli w okresie, który po przeszło trzydziestu latach emigracji spędził w Polsce. Dużo tu gorzkich przytyków, ironii, ale i dużo nostalgii, zadumy nad czasem minionym, powrotów do dzieciństwa, które przerwała wojna. Mrożek łączy tu cyniczne ostrze z pałąkiem wrażliwości, jest zdystansowany, ale wciąż obecny. „Przecież mi nie powiesz – przywołuje rozmowę z reżyserem na temat wyciętego fragmentu „Emigrantów” – że się ucieka za granicę dlatego, że jakiś gówniarz rzuca kamieniami w parku”.

S. Mrozek - polski kwartet

Zbiór otwierają rozważania o gwiaździstym niebie, o tym, że go już prawie nigdzie nie ma, i o tym, że gdyby nie było go wcześniej, Emmanuel Kant nie przelałby na papier jednej ze swoich najważniejszych myśli. „Wolę, żeby człowiek spotkany na ulicy wył do księżyca niż do mnie” – pisze autor „Tanga”. Później mamy różności: luźną publicystykę, dowcipy, wierszyki, anegdoty, „Śpiewnik polski”, miniopowiadania, przysłowia oraz garść wspomnień.

Z „Uwag osobistych” dowiesz się m.in.: dlaczego struś nie powinien chować głowy w piasek; jak próba obalenia teorii dotyczącej nieustającego rozszerzania się kosmosu może zakończyć się śmiercią; co ma wspólnego boeing wpadający w oko z prawem perspektywy; jak nie przepłynąć Atlantyku w balii, żeby było o tym głośno; dlaczego „czat” przypomina „rozmowę” niezbyt rozgarniętych głuchoniemych; z jakich powodów dramaturg Ionesco się wypalił etc.

S. Mrozek - sens zycia

Dobroduszny polski sprzedawca miał rację. Mrożek z wystawy krajowej smakuje równie dobrze, jak Mrożek emigracyjny. Sprytną sztuczkę dobrodusznego sprzedawcy można równie dobrodusznie uznać jako przejaw prawdziwej, polskiej dobrej woli. Bo prawdziwy polski konsument kupuje to, co chce, i nikt nie wciśnie mu niczego bez jego prawdziwej, polskiej, konsumenckiej dobrej woli. Prawdziwego Polaka nie da się zrobić w konia. W takim razie Mrożka poproszę, tego z wystawy, słyszę za sobą szereg głosów…

Sławomir Mrożek, Uwagi osobiste, wyd. Noir sur Blanc, Warszawa 2007.

Rafał Niemczyk

* Polecam również: Galeria rysunków Sławomira Mrożka

Philip K. Dick, Transmigracja Timothy’ego Archera. Recenzja


Transmigracja T.Archera - okladkaO tym, jak pisarz Philip K. Dick i biskup Timothy Archer ze śmiercią się mocowali

W 1981 roku ktoś miał przekazać Philipsowi K. Dickowi wcale nie zaszyfrowaną informację, która nie pochodziła ani od agentów sowieckich, ani od Davida Bowie, informację o tym, że Ursula K. Le Guin – w przeciwieństwie do Dicka rodowita Kalifornijka, która wydała się za Francuza, natenczas kobieta w sile wieku, która dopiero co przekroczyła pięćdziesiątkę, a już napisała większość ze swych największych książek – wyraziła podczas jednego ze swoich wykładów krytyczne uwagi na temat „Valisa”. Opowiedział o tym Laurence Sutin w książce „Boże inwazje. Życie Philipa K. Dicka” – bardzo dobrze przyjętej przez krytykę i czytelników biografii. Philipa Dicka zabolały słowa pisarki, notabene bardzo twórczość Dicka ceniącej, nawiązujące do kobiecych bohaterek jego powieści, które miały być w każdym calu „odrażającym i zdradzieckim wyobrażeniem śmierci”.

Dick początkowo polemizował z Le Guin, miotał się, wysyłał listy, oświadczenia, czyli przeprowadzał standardowe akcje w swoim stylu, po czym koniec końców pogodził się z opinią pisarki i przyznawszy jej rację, napisał „Transmigrację Timothy’ego Archera”. Napisał książkę, w której narratorką jest przytłoczona ontologicznymi problemami i wszechobecną śmiercią, Angel Archer, kobieta ciepła, inteligentna, nijak nie przystająca do tego, co napisała o literackich kobietach Dicka Ursula Le Guin. Nie mogło być inaczej, skoro pierwowzorem głównej bohaterki była córka pisarza, Laura Archer Dick. Czytelnicy Dicka wiedzą, że niezwykle rzadko stosował on w swoich dziełach narrację pierwszoosobową, zazwyczaj siadając do pisania z punktu widzenia trzeciej osoby, korzystając raczej z narracji prowadzonej równolegle z kilku punktów widzenia akcji. Szczegół ten może dodatkowo podkreślać wyjątkowość tej publikacji dla samego twórcy.

Philip K. Dick z kotemFatalnym zrządzeniem losu książka przepełniona rozważaniami o śmierci, życiu pozagrobowym, reinkarnacji etc. okazała się ostatnią powieścią Philipa K. Dicka. Owszem, miał ciężkie stany, różne odpały, wieloletnie przejścia z bogatym arsenałem używek, ale wedle słów lekarzy ani ciężko nie chorował, ani nie istniało bezpośrednie zagrożenie dla jego życia. A jednak w roku 1982, kiedy wydano „Transmigrację…”, trzecią część tzw. trylogii „Valisa”, mając lat pięćdziesiąt cztery, Philip K. Dick zmarł.

„W oczach niemieckich romantyków to był największy ze wszystkich grzechów: zmówić się z losem, z losem pojmowanym jako zguba – mówił Dick słowami Timothy’ego Archera (w rzeczywistości zaprzyjaźnionego z Dickiem episkopalnego biskupa Kalifornii Jamesa Pike’a – Tim Archer to postać oparta na jego biografii). – Cały duch Goethego i Schillera, i… innych, cała ich orientacja opierała się na tym, że wola człowieka może pokonać los.”

 „Transmigracja…” jest jednym wielkim wyścigiem z losem, ze śmiercią, braniem się z tą szpetną parą za bary, rzucanie im wyzwania, poszukiwanie sposobów, jak by tu ich okpić. Umierają kolejne osoby, umiera symbol epoki John Lennon, a biskup Timothy Archer nie może pogodzić się z istotą śmierci, będąc gotowym poświęcić swoją wiarę, dogmaty i drogę, która zaprowadziły go na sam szczyt kościelnej hierarchii. Rzuca wyzwanie, za które przyjdzie mu zapłacić. Jednocześnie dowiadujemy się czegoś bardzo ważnego: że śmierć nie ma władzy nad schedą po wartościowym człowieku.

Morze MartweWpływ, jaki wywiera człowiek wartościowy na swoich przyjaciół i na otoczenie, piętno myśli, które pozostawił zapisane bądź zakonserwowane w myślach innych, sprawiają, że zyskuje on nieśmiertelność. Nieśmiertelność. To w taki sposób Philip K. Dick załatwił śmierć. Zabrała go po napisaniu książki, być może celowo i złośliwie, ale co z tego? Co z tego? – śmieje się Dick razem z Timothym Archerem, biskupem, który zmarł wycieńczony, spadając w przepaść nad Jam haMelach, nad Morzem Martwym, gdzie szukał anokhi, jakiegoś cholernego grzyba, którym rzekomo miał się odurzać Jezus Chrystus wraz ze swoimi uczniami.

„Transmigracja…” to jednocześnie powieść o poszukiwaniu sensu życia, odtrąceniu, niezrozumieniu i porzuceniu, które doprowadzają do tragedii. Wielce wymowna jest scena, kiedy biskup dowiaduje się poniewczasie, że jego syn interesował się Wallensteinem. Mocną stroną książki jest wewnętrzna walka Tima, kiedy w obliczu traumatycznych zdarzeń jego wiara gaśnie, a biskup rozpaczliwie walczy, aby ją obronić. Nieudolna próba przekonania samego siebie zamienia się w oratorski popis duchownego przed upośledzonym umysłowo Billem, a później w blyskotliwą polemikę pomiędzy nimi.

Kibuc na Pustyni Judejskiej

Dick znany jest z tego, że tworzy dzieła wielopłaszczyznowe, zaś „Transmigracja…” nie jest tutaj wyjątkiem. Odczytując ostatnią powieść Dicka jako rozliczenie z Ameryką lat 60. i 70., należy ją odbierać jako głos młodego pokolenia tamtych czasów, co spiętrza listę powodów, dla których obsadzenie Angel Archer, studentki Berkeley, w roli narratorki było tak istotne.

Hipisi - dzieci kwiaty„Rzeczywiście jest coś wstydliwego w tym, że młody mężczyzna czy kobieta, a może nastolatek, chce umrzeć i osiąga cel, ginąc, zanim w pewnym sensie zaczął żyć, zanim się narodził. Mężowie biją żony, policjanci zabijają czarnych i Latynosów, starzy ludzie grzebią w śmietnikach albo żywią się jedzeniem dla psów – wstyd rządzi i rozdaje karty. Samobójstwo jest tylko jednym wstydliwym wydarzeniem spośród szerokiego ich wachlarza.” – Dick brutalnie zderza sielankowe życie amerykańskiej klasy wyższej lub średniej owych czasów ze zdegenerowanym parterem, kryjącym się przed oczami społeczeństwa poniżej pewnego poziomu. U Dicka „dzieci kwiaty” mówią pełnoprawnym głosem.

W ostatniej książce Dicka mamy jak na ironię bardzo niewiele fantastyki. Można powiedzieć z czystym sumieniem, że wcale, ponieważ sprawy metafizyczne, wiara w duchy czy ich wywoływanie więcej mają wspólnego z religią i wiarą, a może sposobem patrzenia na świat lub filozofią? Jak zwał, tak zwał. Tak czy owak ostatnia to książka Dicka napisana na TYM świecie, ale cóż to tak naprawdę znaczy? Timothy Archer wierzył, że absolutnie nic.

Philip K. Dick, Transmigracja Timothy’ego Archera, przeł. Lech Jęczmyk, Dom Wydawniczy REBIS, Poznań 2012.

Rafał Niemczyk

Edgar Allan Poe, W cieniu Mistrza, pod red. Michaela Connelly’ego. Recenzja


W cieniu Mistrza - okladkaSpektrum ludzkich traum i lęków
Niezmienionych nigdy już

Nie ma chyba wśród literatów z początku XIX wieku bardziej wpływowej postaci, niż przedstawiciel „czarnego romantyzmu” amerykańskiego Edgar Allan Poe. Twórczość urodzonego w stanie Massachusetts, a pod koniec życia związanego z Baltimore pisarza, choć zasadzona na fundamentach gotycyzmu, fantastyki, grozy, kryminału i horroru, odcisnęła trwałe piętno na literaturze głównonurtowej. Psychologizm postaci, zapoczątkowane przez posępnego artystę przejawy dekadentyzmu czy ekspresjonizmu, przerodzone po kilku dekadach w niezależne nurty, obchodzenie się po mistrzowsku z symbolizmem, wnikliwe studium ludzkich lęków i ciemnej strony duszy – z Poego czerpią już od dwóch stuleci niemal wszyscy pisarze i aż dziw bierze, że za swojego życia większą sławę przyniosła mu rola krytyka literackiego aniżeli pisarza. Zapewne po części dlatego, że będąc samemu postacią tragiczną, bliską zastępowi bohaterów swoich opowiadań, nie mógł wcielić w realne życie własnej idee fixe.

Edgar Allan Poe - portret

Edgar Allan Poe przyszedł na świat w 1809 roku, tuż po jego narodzinach rodzinę zostawił na pastwę losu ojciec, a rok później na suchoty zmarła jego matka. Wychowywany przez rodzinę Allanów, Edgar nigdy nie został oficjalnie adoptowany. Zwiedził u ich boku Wyspy Brytyjskie (m.in. Szkocję i Londyn), gdzie w Chelsea pobierał krótko naukę, a po powrocie do Stanów Zjednoczonych wstąpił w poczet studentów świeżo otwartego Uniwersytetu Virginia, żeby studiować języki obce. Grał w karty, prowadził niepoukładane życie, a hazard stał się powodem jego długów. Jedno z wcieleń Williama Wilsona z opowiadania Poego to w rzeczywistości w znacznym stopniu sam autor. Po rezygnacji ze studiów zaczął pisać do gazet, które to zajęcie pozwalało mu się utrzymywać na jako takim społecznym poziomie przez kilka lat, w międzyczasie wstąpił do wojska, skąd został relegowany za częstą absencję na zajęciach teoretycznych oraz ćwiczeniach praktycznych. Zainteresowanych szczegółami odsyłam do bardzo ciekawej, acz dość smutnej biografii zmarłego w niejasnych okolicznościach w wieku raptem 40 lat Poego. Faktem jest, że w roku 1831, kiedy zmarł jego brat Henry, Edgar Allan Poe postanowił, że zajmie się na poważnie pisaniem i będzie z tego ambitnego zajęcia żył. I była to bodaj najlepsza decyzja, jaką podjął w swoim krótkim życiu.

Czy można napisać po dwustu latach coś odkrywczego o pisarzu, którego niemal każde opowiadanie stanowi małe dzieło sztuki, o człowieku będącym prekursorem literatury grozy i literatury psychologicznej jako odrębnych gatunków? Ciężko pokusić się nawet o pełnowartościową antologię twórczości Poego, ponieważ trzeba by w tym celu opublikować wszystkie nieomal jego utwory, by nie pominąć jakiegoś istotnego. Z tym pisarzem jest bowiem tak, że na każdym odbiorcy może zrobić wielkie wrażenie zupełnie coś innego.

C.Auguste Dupin - Skradziony list

Weźmy na ten przykład C. Auguste’a Dupina – pierwszego w historii literatury detektywa, który pojawił się pierwotnie w noweli „Morderstwa przy rue Morgue” w 1841 roku. Następnie powrócił rok później w „Tajemnicy Marii Roget” oraz w 1844 roku w „Skradzionym liście”, gdzie zmagał się z delikatną sprawą o podtekście politycznym (podobnego schematu użył sir Arthur Conan Doyle choćby w opowiadaniu „Skandal w Bohemii, gdzie Sherlock Holmes poszukiwał kompromitującej fotografii). Tych dwóch ostatnich opowiadań akurat nie ma w recenzowanym zbiorze.

C. August Dupin to mistrz dedukcji, wnikliwy obserwator otoczenia, obdarzony nieomylną intuicją względem ludzkich postaw i człowieczej słabości, potrafiący wysupływać wnioski i stawiać diagnozy na podstawie banalnych z pozoru drobiazgów. Dupin nie jest detektywem z zawodu – jest szlachcicem, który podobnie jak Holmes szuka nowych wyzwań, czerpiąc z nich przyjemność. Uwielbia zanurzyć się w swej wyższości nad panem G. – prefektem francuskiej policji. Ten odpowiednik inspektora Jappa, zamknięty w powierzchownych sądach i schematycznym myśleniu, nie daje rady skutecznie poddawać analizie bardziej złożonych spraw.

Byam Shaw - Morderstwa przy Rue Morgue (1923)

Nie przez przypadek podaję tutaj poszczególne zbieżności z najsłynniejszym detektywem wszech czasów – Sherlockiem Holmesem, który narodził się dla literackiego świata dopiero pół wieku później. Znamienne dla archetypu detektywa cechy znajdziemy zresztą nie tylko w postaciach Arthura Conan Doyle’a, ale także Agathy Christie, Georgesa Simenona, „naszego” Joe Alexa i całego kręgu innych reprezentantów „klasycznego kryminału”, w których kluczowe role odgrywało myślenie dedukcyjne, a zagadki rozwiązywały wybitne umysły, a nie wieloosobowe „aparaty”. Scheda, którą pozostawił Poe na tym gruncie, opiera się raptem na trzech opowiadaniach, a potrafiła się umocnić i unieśmiertelnić przez dwa stulecia, tak wielka była moc oddziaływania jego utworów.

Arthur Conan Doyle w przewrotny sposób nawiązuje zresztą do postaci Dupina już na kartach pierwszej powieści, w której pojawia się Sherlock Holmes, a mianowicie „Studium w szkarłacie”. Towarzysz przygód detektywa, doktor Watson, porównuje swojego przyjaciela do Dupina:
– Wszystko to brzmi bardzo prosto. Przywodzi mi pan na myśl Dupina z opowiadania Edgara Allana Poe. Nawet nie przypuszczałem, że takie postacie mogą istnieć w życiu.
Na co Sherlock Holmes, zapalając nieodłączną fajkę, odpowiada:
– Sądzi pan zapewne, że pochlebia mi porównanie z Dupinem? Ja jednak myślę, że był on dość miernym typem. Ten jego trick, gdy po kwadransie milczenia wdziera się trafną uwagą w myśl przyjaciela, jest bardzo efektowny, ale i powierzchowny. Niewątpliwie miał on genialne zdolności analityczne, ale nie był takim fenomenem, jak Poe sobie wyobrażał.

Dupin-Holmes-portrait-copy (crimeculture.com)

Wpływy Poego z hukiem wdzierały się też w świadomość twórców literatury grozy. Sztandarowym przykładem jest tutaj „Zagłada domu Usherów”, jak twierdzi Maurice Beebe – najlepszy przykład „absolutu Poego”, czyli utworu, w którym każdy szczegół jest istotny, a wzajemne relacje czytelnika z autorem opierają się na wnikliwej analizie tekstu oraz intertekstualnych, a także czasem metaliterackich powiązań.

Motyw zaniedbanego, nawiedzonego domu nawiązuje do pierwszej powieści gotyckiej – „Zamczysko w Otranto” Horace’a Walpole’a, która wykształciła i sprecyzowała późniejsze cechy owego gatunku. Ostatnimi czasy prezentowałem Wam „W kleszczach lęku” Henry’ego Jamesa, którego wiktoriańska posiadłość zbudowana jest na fundamentach Walpole’a, a może bardziej Poego, podobnie jak relacje bohaterów i ich stosunek do zjawisk nadprzyrodzonych.

Zaglada domu Usherów (1960)

Klaustrofobiczne tony, w które uderza Poe, osadzają się na dziwnym związku właściciela domu Roderyka Ushera z samą posiadłością i stojącym na jej terenie domem. Uczucie lęku przed nieuniknionym, tłumiona panika, przytłaczający nastrój, niesprecyzowana medycznie choroba psychiczna siostry, stany kataleptyczne, a także hipochondria właściciela – wszystko to przedstawia anonimowy narrator, który daje się wciągnąć w niesamowitą strukturę domu Usherów, stając się kimś więcej niż biernym obserwatorem. Powstały setki analiz tego opowiadania Poego, ale wciąż nie sposób wskazać tej jedynej słusznej.

Próbując jakoś zawęzić powyższy tekst, przytoczę tytuły kilku innych nowel i opowiadań, które zrobiły na mnie największe wrażenie, wraz z krótkim komentarzem:

„Złoty żuk”, w którym bohaterowie poszukują tajemniczego skarbu, ukrytego na wyspie, posługując się wskazówkami zawartymi w zaszyfrowanym liście (Poe w pewien sposób popularyzuje tutaj kryptografię w literaturze);
– „Studnia i wahadło”, czyli ponury obraz więźnia zamkniętego w labiryncie pułapek, opowiadanie perfekcyjnie budujące nastrój lęku i osaczenia, z dość zaskakującym zakończeniem;
– „William Wilson”, jedno z opowiadań Poego, w których pojawia się motyw sobowtóra, posiadające jednocześnie wątki autobiograficzne;
– „Zdradzieckie serce”, które Stephen King uznał, obok „Władcy much” Goldinga, za „dzieło literackie wzbudzające największy lęk”, z jedną z wielu u Poego postaci psychopatycznego mordercy;
fragmenty „Opowieści Arthura Gordona Pyma z Nantucket”, bardzo enigmatycznej, marynistycznej powieści Poego, jednej z dwóch, które napisał;
wiersze „Kruk” oraz „Dzwony”, przy czym w tym wypadku lepiej zaopatrzyć się w publikację, która oferuje więcej niż jedno tłumaczenie, żeby mieć wzgląd w różnorodność przekładów.

Harry Clarke - Maska Czerwonej Smierci

Poza przytoczonymi powyżej, w zbiorze „W cieniu Mistrza” znajdziemy opowiadania:
„W wirze malstromu”, „Baryłka amontillado”, „Czarny kot”, „Manuskrypt znaleziony w butelce”, „Fakty w sprawie p. Valdemara”, „Ligea” i „Maska Czerwonej Śmierci”.
Brakuje w tym wydaniu kilku ważnych utworów, jak choćby „Przedwczesny pogrzeb”, „Berenice”, „Król dżumie”, „Diabeł na wieży” czy wspomnianych przy okazji detektywa Dupina „Tajemnicy Marii Roget” i „Skradzionego listu”. Jak już jednak pisałem, ciężko byłoby stworzyć kompilację wartościowych dzieł Poego, zamykając się w jakiejkolwiek jednostce wydawniczej.

Słabszą stroną zbioru są z kolei niektóre komentarze do opowiadań, których autorzy sprawiają wrażenie osób za bardzo zaabsorbowanych własną twórczością, a nie dokonaniami Mistrza. Zamiast skupiać się na utworach Poego, pisarze spod egidy „Mystery Writers of America” częstują nas mniej lub bardziej ciekawymi epizodami ze swoich biografii. W wyborny nastrój wprawiła mnie niejaka Pani Sue Grafton, której wywód dotyczył słabości stylistyki i formy Poego, nieciekawych tematów przezeń poruszanych, beznadziejności dialogów i innych takich dość ciekawych rzeczy. Nie miałem przyjemności jak do tej pory przeczytać nic z bogatej twórczości Sue Grafton, niemniej jednak tytuły jej książek pozwalają domniemywać, że „redaktorski ołówek”, który proponowała Poemu, mógłby się przydać również i jej wydawcy. „A jak alibi”, „Z jak zwłoki” czy „W jak włamywacz” nie staną raczej na bibliotecznych półkach obok jakiegokolwiek dzieła Poego.
Harry Clarke - Studnia i wahadlo

Wspaniałym prezentem są natomiast słynne ilustracje irlandzkiego rysownika i witrażysty z początku XX wieku – Harry’ego Clarke’a, który był również autorem rysunków m.in. do luksusowego wydania „Baśni” Hansa Christiana Andersena. Ilustracjami Clarke’a okraszono wszystkie opowiadania, a specyficzna, niepokojąca, makabryczna kreska Irlandczyka chyba jak żadna inna oddaje nastrój opowiadań Edgara Allana Poego.

Edgar Allan Poe, W cieniu Mistrza, 16 klasycznych opowiadań Edgara Allana Poego pod redakcją Michaela Connelly’ego, Wydawnictwo Albatros A. Kuryłowicz, Warszawa 2012.

Rafał Niemczyk

Cormac McCarthy, Krwawy południk. Recenzja


De donde viene?

Anioły z nieba wysokiego, te wyznaczone do Departamentu Literatury, pracujące w dziale Beletrystyka tuż przy pokoju aniołów-eseistów i aniołów-poetów są przekonane, że bardzo różne powieści powstają tylko dlatego, że ludzie je czytający są tak samo bardzo różni. Ale zaraz po tym dodają nieco przewrotnie, że pomimo tego, iż bardzo różne powieści powstają dla odmiennych ludzi, tak naprawdę dotyczą tego samego: tego co jest najważniejsze.

Nie znam się na niebiańskich sprawach, za to wiem, że „Krwawy południk” Cormaca McCarthy’ego to powieść dla postnowoczesnych hippisów – ludzi szukających przede wszystkim drogi. Pomimo różnych, czasem zresztą dosyć sprzecznych ze sobą podpowiedzi autora, trudno szukać tu obiektywnych prawd etycznych. Nie ma absolutnego dobra, nie ma absolutnego zła. Jest absolutna droga. Droga, na której człowiek znajduje się bardzo często z przypadku, z „tak wyszło”, z ciekawości, z umiłowania wolności. Szlak kusi, mamiąc fantasmagorycznymi krajobrazami, coraz bardziej intryguje życie pełne wolności, pełne samostanowienia. Aż w pewnym momencie przekracza się granicę i nie można już wrócić do tego „gdzieś tam z kiedyś”. Ale również i ja zapytam, przewrotnym zwyczajem zapożyczonym z wyższych niebiańskich sfer, kto nie ma swojej drogi, wolności i granic? Kto z nas nie gna do przodu, nosząc w sobie mniej lub bardziej wyidealizowany obraz przeszłości, dobrych czasów, osób i wydarzeń? Dlatego powieść potencjalnie może zainteresować szeroki krąg czytelników.

McCarthy drobiazgowo rekonstruuje świat Dzikiego Zachodu. Czyni to rzetelnie, brawurowo, ze swadą oddając cały koloryt tamtych czasów, także w opisach krajobrazu, ale (co nie tak oczywiste) wbrew pozorom bardzo lirycznie. Powstaje w ten sposób gatunkowo męska literatura, western wyposażony we wszystkie swoje atrybuty, a zarazem opis świata magicznego, może nawet idyllicznego. Gdzie oprócz ludzi „wyjętych spod prawa”, Indian, zagubionych na końcu świata górników lub farmerów odnajdujemy anachoretów rozważających sens istnienia świata w ziemiance na pustyni.

Jak zdobyto Dziki Zachód (1962)

Świat ten nie składa się tylko z ludzi; równie istotną jego część stanowi przyroda, to zdaje się nie być li tylko scenografia, lecz coś więcej. Patrzymy najczęściej na ten świat z punktu widzenia mężczyzny dosiadającego swojego wierzchowca. Czasem pragnącego zagrzać się przy bardziej dymiącym niż płonącym ognisku na dalekiej prerii. Nieczęsto zażywającym pewnych nieuniknionych przyjemności w saloonie lub w ciasnych pokoikach nieco wyżej z okazyjnymi kobietami i potem za często myślącym, i tęskniącym za tymi miasteczkami posiadającymi wystarczająco dużo whisky, partnerów do zawadiackich rozrób i dziewcząt na tyle odważnych, by tam wytrzymały. Oczami mężczyzn zawsze uzbrojonych, groźnych, nieobliczalnych, pragnących ponad wszystko czynić „po swojemu” (jak ujmuje to Sędzia: „Wolność ptaków to dla mnie zniewaga” ).

Bohaterowie „Krwawego południka” doświadczają również dni większej chwały (gdy nie tylko władza wdzięczna za wory pełne indiańskich skalpów podejmuje ich uroczystym obiadem, ale i zwykła ludność nadstawia nader chętnie młode kobiece lica wdzięczna za wybawienie od strachu), choć częściej przydarzają się im mniej optymistyczne okoliczności. Można odnieść wrażenie, że szlak postaci „Krwawego południka” (naznaczony krwawą smugą i mdłym zapachem licznych skalpów zdartych nie tylko z indiańskich głów przez ludzi wyjętych spod prawa, choć początkowo temu prawu służących, ludzi może i wykorzystanych i zagubionych, lecz złych nie tylko ze swojej natury, a również z okoliczności, znowu jakby z przypadku, ludzi wykolejonych, na pewno zdeprawowanych, ale jednak posiadających jakieś nawyki moralności, co prawda dość oryginalne i nieco odległe od powszechnych kanonów etycznych) to droga coraz dłuższa, jakby bez końca, coraz mniej rzeczywista, tak naprawdę prowadząca do szaleństwa przeszłości: zdziczenia.

Taka barbaryzacja powodowana coraz większą ilością atawizmów, wzmagana coraz bardziej dzikim, nieprzyjaznym człowiekowi i niepojętym w swej okrutnej obojętności otoczeniem. Z upływem drogi i czasu nadchodzi zima, by w żywiole mrozu i śniegu pochłonąć nieszczęsną kompanię. Ale to tylko złudzenie, taka kompania nie ginie, czasem przekształca się, fluktuuje, adaptuje do nowych warunków i potem może nieco zmieniona, ale jednak pędzi dalej w bezkres. Tam gdzie horyzont, albo tam gdzie ktoś jeszcze coś od niej chce, albo tam gdzie jest złoto, tam gdzie są kobiety lub tam gdzie można być sobą, swoje prawa stanowić… Zresztą nie ma uzasadnienia, nie ma powodu, jest droga, do przodu, do nowego. Zdają sobie z tego sprawę sami wędrujący.

Przekorność postmodernizmu pozwala wyzbyć się niepotrzebnego patosu oraz unikać zużycia nieco już przestarzałych konwencji, a ta prosta opowieść o nieskomplikowanym życiu kowbojów (a w zasadzie bandy płatnych morderców) w drugich i trzecich sensach sięga do głębszych warstw świadomości czytelnika, i tam rozgościwszy się wygodnie, powoduje pewnego rodzaju ferment. Czynimy pararele gdzieś tam w środku samego siebie, pomiędzy tamtym światem jeźdźców przemierzających pustkowia Meksyku i Teksasu w pogoni za indiańskim skalpem lub w ucieczce przed mogącym dosięgnąć ich zagrożeniem, a rzeczywistością, w której sami funkcjonujemy (każdy z nas przecież w końcu dokonuje czegoś okrutnego i każdy z nas posiada pewna dozę strachu).

Te dwie odległe scenografie nie są tak naprawdę istotne, bo liczy się życie, a w nim sytuacja jednostki. Mówiąc kolokwialnie i żartobliwie, liczy się nie to, jaką idziemy drogą (czy spotykamy na niej kowbojów i Indian zagubionych na prerii czy co dzień rano jedziemy o tej samej godzinie do tej samej pracy, by mieć konflikty z wciąż tymi samymi biurowymi znajomymi), ale to jak potrafimy tę drogę „ogarnąć”. I może jeszcze jedno jest istotne: czy jesteśmy świadomi siebie, drogi i swojej wolności.

Cormac McCarthy, Krwawy południk, tłum. Robert Sudół, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2010.

Dominik Śniadek

Caleb Melby, JESS3, Zen Steve’a Jobsa. Recenzja


Steve Jobs w obrazkach

Steve Jobs to mityczny bohater współczesności. Jego życiorys, filozofia życiowa, historia kariery i produktów, które wprowadził na rynek, to z kolei niemalże cała mitologia, jeśli nie religia. Nic dziwnego, że niedługo po śmierci tego arcywspółczesnego wizjonera wysypały się jak grzyby po deszczu jego biografie, zapisy wspomnień, publikacje z wywiadami czy nawet poradniki uczące czytelnika, jak być nowym Jobsem. Można by z tych publikacji stworzyć osobny regał, tak jak osobne półki stawia się poszczególnym gatunkom literatury. Gdzieś w gąszczu tych wielu słów, często opasłych tomów i wielkich ksiąg o komputerowym rewolucjoniście znalazła się również ta książeczka – skromna, ascetycznie wydana, objętością nie sięgającą nawet stu stron. Ale co najważniejsze – warta uwagi. „Zen Steve’a Jobsa” to nic innego jak komiks. Udany.

Niewątpliwie karkołomnym zadaniem byłaby próba ujęcia całego życia Jobsa w jednym komiksowym albumie. Być może zadanie to powiodłoby się, gdyby zrobić ze Steve’a superbohatera, a jego „przygody” rozłożyć na wiele tasiemcowych zeszytów. Twórcy „Zenu”, Caleb Melby z „Forbesa” oraz agencja JESS3 wyznaczyli sobie jednak inne zadanie. Postanowili krótko, zwięźle i jak najbardziej esencjonalnie ująć w komiksie jedną gałąź, a raczej gałązkę z życia twórcy Apple’a. Rzecz dotyczy jego szczególnej więzi z buddyjskim kapłanem Zen – Kobunem Chino Otogawą. Melby tłumaczy swój pomysł na komiks nie tylko własną fascynacją Jobsem i jego inspirującą przyjaźnią z buddystą, ale ogromnymi podobieństwami między dwójką z pozoru różnych ludzi. Jak sam pisze w posłowiu: „Kobun był dla buddyzmu tym, kim Steve był dla przemysłu komputerowego – buntownikiem i indywidualistą”.

Udało mu się tu zgrabnie i jasno zarysować kontury tej specyficznej więzi, gdzie być może nie było pełnej zgody i harmonii, ale wzajemny wpływ uczynił wiele dobrego. Historia ta fajnie pokazuje jak wszystko to, co poznajemy, czego się uczymy i dowiadujemy się o świecie może przyczynić się do naszych sukcesów w dziedzinach zupełnie z tą wiedzą niezwiązanych. Jobs przecież w rewolucyjny sposób czerpał z nauk buddyzmu inspirację w projektowaniu technologicznych perełek. Jego historia dowodzi, że nic, czego się uczymy, nie idzie w las, niezależnie od poziomu użyteczności tejże wiedzy.

Historia Jobsa i Kobuna jest niewątpliwie interesująca i złożona. Trudno jednak oczekiwać od komiksu, by oddał całą głębię psychologicznej więzi i przedstawił biograficzną opowieść w najmniejszych szczegółach. Melby tworzy zatem „wywar”, bardzo jednak wyrazisty i czytelny, a to ogromny plus tej publikacji. Sprawne i zgrabne dialogi oraz płynnie poprowadzona narracja, mimo że skonstruowana z oderwanych od siebie klocków, tworzą ze sobą spójną całość. Swoje dokładają też „czyste”, skromne kadry, czyniąc komiks jeszcze bardziej symbolicznym i jasnym w przekazie. Czyta się to świetnie, z zaciekawieniem i z pełnym zrozumieniem, nic tu nie zgrzyta, wszystko do siebie pasuje. Historia ta, choć w gruncie rzeczy smutna (nad przyjaźnią Jobsa i Kobuna zawisną w końcu czarne chmury), krótka i uproszczona  – potrafi zainspirować i wywołuje ciepły uśmiech na twarzy czytelnika, niezależnie od jego sympatii do iPodów czy iPhonów. Być może przy komiksie tym uśmiechnąłby się sam Jobs, a ze względu na jego chorobliwy wręcz perfekcjonizm, byłoby to nie lada osiągnięcie.

Caleb Melby, JESS3, Zen Steve’a Jobsa, wyd. Helion (Onepress), Gliwice 2012.

Dorota Jędrzejewska

%d blogerów lubi to: