Cormac McCarthy, To nie jest kraj dla starych ludzi. Recenzja


Płomyk pełgający na stosach trupów
i pneumatyczny pistolet do uśmiercania bydła

Obraz ponurej rzeczywistości pogranicza USA i Meksyku w 1980 roku. Rzeczywistości handlarzy narkotyków, dilerów, przemytników, strzelanin, krwawych porachunków, zdeprawowanej młodzieży i starców, na dnie pamięci których kołacze się plątanina wspomnień i wyrzutów. Nia ma co się łudzić, że znajdzie się tutaj miejsce na familijne ciepło, normalne dorastanie, sukcesywne wdrażanie do społecznych mechanizmów, potencjalną choćby przewidywalność, a nawet kojącą szarość. „To nie jest kraj dla starych ludzi” roztrzaskuje amerykański sen na kawałki. Życie w powieści Cormaca McCarthy’ego zaczyna się bez ostrzeżenia i bez ostrzeżenia może się zakończyć. Szkopuł w tym, że „ten kraj zabija człowieka w mgnieniu oka, a mimo to ludzie go kochają”.

Llewelyn Moss jeszcze jako dzieciak trafia na wojnę do Wietnamu, zaś po powrocie zmuszony jest stawać na baczność twarzą w twarz ze swoją traumą. Jako weteran po trzydziestce (czyli co drugi zdrowy młody człowiek) wiedzie życie bez przyszłości, pozbawiony jakichkolwiek złudzeń i planów.

„Nie chodzi o to, gdzie się jest, ale o to, że chcesz tam dotrzeć, nie zabierając nic ze sobą. Tak według ciebie wygląda zaczynanie życia od początku. Wszyscy tak to sobie wyobrażają. Ale nie zaczniesz od początku. Wszystko, co robisz, ciągnie się za tobą” – powie w trakcie ucieczki, ciągnąc za sobą w jednym worku traumę Wietnamu i Ameryki.

To-nie-jest-kraj-dla-starych-ludzi-2

Podczas przejażdżki po okolicznym pustkowiu natrafia przypadkiem na krwawe teatrum, pozostałe po porachunkach narkotykowych karteli. Na miejscu znajduje kilka trupów, narkotyki i torbę z biletem do lepszego świata – dwoma milionami dolarów w używanej gotówce. Zabiera pieniądze, próbując załapać się na pociąg do tego swojego lepszego świata wraz ze swoją nastoletnią żoną Carlą Jean. Na marzenia trzeba jednak ciężko zapracować, więc w pościg za nim ruszają bardzo źli ludzie.

Najbardziej przerażającą postacią, która podąża w trop za Llewelynem, jest Anton Chigurh. To człowiek-widmo, „niewidzialny”, bezlitosny morderca na usługach samego diabła posługujący się pneumatycznym pistoletem do uśmiercania bydła. Nawet jego żelazne zasady, na których buduje swoją tożsamość, są odrażająco nieludzkie. To istota skażona czystym złem, w umyśle której nie ma miejsca na rozważania nad istotą życia ludzkiego. Dla Chigurha warte jest tyle, co rzut monetą, co orzeł albo reszka pacnięte na przedramieniu.

„Chcesz, żebym postąpił wbrew sobie, ale ja nigdy nie mogę tego zrobić – wyjawi Chigurh jednej ze swoich ofiar. – Większość ludzi nie wierzy, że taki człowiek jak ja istnieje. Czy można coś pokonać, jeśli nie chce się uznać, że to coś istnieje?”

To-nie-jest-kraj-dla-starych-ludzi-1Śladem Chigurha i Llewelyna próbuje podążać szeryf Bell – starzejący się stróż prawa, dokładający wszelkich starań, aby stać na straży spokoju prowincjonalnego miasteczka. Pełni on również w powieści rolę szczątkowego narratora, przybliżając historię swojego życia, dzięki czemu poznajemy jego słabości, błędy młodości, prostolinijny charakter, targające nim wyrzuty sumienia oraz poczucie sprawiedliwości, które stawia ponad własne życie.

Pomiędzy Chigurhem i szeryfem Bellem rozgrywa się morderczy wyścig o duszę Llewelyna Mossa, który pochłania wiele niewinnych istnień. Szeryf nie ma szans w tym nierównym pojedynku Dobra ze Złem, a mimo to nie baczy na swoją ułomność, nie kalkuluje, tylko krok po kroku wykonuje swoje zadanie. „Istnienie diabła tłumaczy wiele rzeczy, które inaczej trudno wytłumaczyć” – powiada.

To właśnie szeryf Bell jest w powieści McCarthy’ego płomieniem nadziei, który choć nie pozwala się ogrzać, rozświetla na chwilę mrok i pozwala określić właściwy kierunek drogi. Jest uosobieniem postawy „bo tak trzeba”. Tak trzeba. Nawet jeżeli to nie jest kraj dla starych ludzi, gdzie coraz szybciej zapada nieprzenikniony mrok.
U McCarthy’ego rzadko pojawiają się tak mocne jak tutaj symbole dobra, apoteoza bohaterstwa, a nawet ślady Boga – pełgające na stosach trupów, pachnących narkotykami, krwią i utraconą młodością, ale jednak.

Cormac McCarthy, To nie jest kraj dla starych ludzi, przeł. Robert Bryk, wydawnictwo Prószyński i S-ka, Warszawa 2008.

Rafał Niemczyk

* W 2007 roku bracia Coen dokonali wiernej ekranizacji powieści Cormaca McCarthy’ego pod tym samym tytułem. Film uhonorowano czterema Oscarami: za najlepszy film, reżyserię, scenariusz adaptowany oraz najlepszą rolę drugoplanową Javiera Bardema (jako Chigurh, oklaski). Abstrahując od tego, czy powieść została napisana, jak niektórzy sądzą, jako skrypt do filmu, co potwierdza jej literacka konwencja niepodobna do McCarthy’ego (mnóstwo dialogów, wyraźny podział na rozdziały, struktura czarnego kryminału, poszatkowanie akcji w celu budowania napięcia), trzeba przyznać, że bracia Coen jak zwykle spisali się bez zarzutu.

Stanisław Lem, Kongres futurologiczny. Recenzja


Fantomowe wizje z kanału ściekowego

Od wielu lat w kręgach miłośników science-fiction krąży na temat Stanisława Lema zabawna anegdota, którą ukuł swoim działaniem nie kto inny, jak Philip K. Dick. Był to rok 1974, a więc rok, w którym amerykańskiego pisarza mamiły już nie tylko narkotyki, z którymi lubił eksperymentować, ale również różowe światło wysłane przez Boga (lub jakąś inną twórczą energię). Dick zarzucił wykreowanie postaci pisarza Stanisława Lema komunistycznej propagandzie, która swoją tajną misją miała uderzyć w kontrolę opinii publicznej. Corpus delicti stanowił w tej sprawie przede wszystkim dorobek pisarski Lema: zbyt szeroka tematyka jego dzieł i niezliczona ilość pisarskich stylów i konwencji, którymi się posługiwał. Zbyt liczna, jak dowodził Dick, by mógł kryć się za nią jeden człowiek, na dodatek Polak z Krakowa.

Ów list do FBI rozwijał wątek komunistycznej propagandy, którą Dick bezlitośnie zdemaskował w swojej wcześniejszej korespondencji z Federalnym Biurem Śledczym:

Rzecz nie w tym, że osoby te są marksistami [chodzi o Petera Fittinga, Fredrica Jamesona i Franza Rottensteinera – przyp. R.N.], ale w tym, że wszyscy oni bez wyjątku są posłusznymi wykonawcami rozkazów Stanisława Lema z Krakowa w Polsce, stuprocentowego funkcjonariusza partyjnego (wiem to na podstawie jego publikowanych materiałów oraz osobistych listów do mnie i do innych osób). Ta komórka partii zza żelaznej kurtyny – Lem jest najprawdopodobniej wieloosobowym komitetem, a nie pojedynczym osobnikiem, gdyż pisze wieloma stylami i raz zna niektóre obce języki, a raz nie – dąży do zdobycia monopolistycznej pozycji pozwalającej kontrolować opinię poprzez krytykę i artykuły pedagogiczne, stanowiąc zagrożenie dla całej naszej dziedziny science fiction z jej swobodną wymianą poglądów i myśli.

Napisałem o tym nie po to, żeby po raz kolejny Lemowi przewrotnie schlebić ani nie po to, by poprzez ekspresyjne (mówiąc oględnie) wypowiedzi po raz kolejny zwrócić uwagę na geniusz Dicka. Napisałem o tym, bo gdyby zapytać młodszych czytelników o krótki komentarz na temat „Kongresu futurologicznego”, wielu z nich odparłoby, posługując się młodzieżowym slangiem, że jest to powieść „poryta”. Wśród nich byliby i tacy, którzy dołączyliby krótkie porównanie: „jak Dick”. Cały wic polega na tym, że w tych skojarzeniach nie ma nic zdrożnego; wręcz przeciwnie – w wielu naukowych opracowaniach „Kongresu…” dominuje ton satyryczny i wisielczy humor.

Gdzieś w początkach XXI wieku spotyka się na Ósmym Światowym Kongresie Futurologicznym zbieranina naukowców i działaczy politycznych z całego świata. Jest wśród nich Ijon Tichy – kosmiczny wagabunda powszechnie znany z „Dzienników gwiazdowych”. Świat wokół jest niestabilny politycznie i rozedrgany społecznymi emocjami. Głównym problemem jest przeludnienie i to nad jego rozwiązaniem debatują mądre głowy. Szybko dochodzi jednak do zamieszek, a nawet regularnej bitwy pomiędzy wrogimi obozami. Ijon Tichy wraz z kilkoma uczestnikami kongresu znajduje azyl w kanale ściekowym, gdy na miasto spadają, mające pomóc w stłumieniu rozrób, chemiczne środki halucynogenne. Zaczyna się podróż z pogranicza jawy, snu i haju. Zamrażanie, odmrażanie, podróże w czasie i usilne poszukiwanie rozwiązania w sytuacji bez wyjścia. Czy rok 2039 i chemia jako katalizator eutopijnego świata może się sprawdzić w – nomen omen – praniu? Co miałby w tej sprawie do powiedzenia Philip K. Dick?

„Jesteśmy zniewoleni stanem rzeczy. Zagnał nas w kąt. Gramy takimi kartami, jakie nam społeczny los wcisnął w ręce – wyjaśnia „rzeczowidz” George Symington. – Przynosimy spokój, pogodę i ulgę jedynym zachowanym sposobem. Utrzymujemy na skraju równowagi to, co bez nas runęłoby w agonię powszechną. Jesteśmy Atlasem tego świata. Chodzi o to, że jeżeli już musi ginąć, niechaj nie cierpi. Jeżeli nie można odmienić prawdy, trzeba ją zasłonić, to o s t a t n i jeszcze humanitarny, jeszcze ludzki obowiązek.”

Kongres-futurologiczny-BashirTragikomiczna groteska Lema upatruje tej agonii przede wszystkim w upadku kultury, moralności i podstawowych systemów wartości. Jest już za późno, żeby budować cywilizację od nowa, żeby nauczyć jej pokory i szacunku, żeby wpoić jej podstawowe zasady samoorganizowania. Jedyne co pozostało, to ucieczka w nieistnienie i utrzymywanie w ryzach garstki tych, którzy niepotrzebnie dobijają się do drzwi prawdy. Czyż w podobne tony nie uderzał Dick? Ten szukał jednak oparcia w gnozie, chciał wyjść poza ustalone granice, analizując procesy przejściowe lub odwołując się do przeszłości (czasami światów równoległych). Lem, kreując w „Kongresie…” futurologiczny model świata omamionego, wskazuje jednocześnie na to, że postęp jest tutaj podstępem.

„Cywilizacja luksusu i spełniania życzeń jest tam tą samą cywilizacją, w której kilkadziesiąt miliardów ludzi dogorywa w nieopisanej nędzy – pisze Jerzy Jarzębski. Tyle że bohaterowie tej tragedii nic o tym nie wiedzą i mają się za dzieci szczęścia.”

„Kryterium zdrowego rozsądku nie jest do historii ludzkiej stosowalne – peroruje Ijon Tichy. – Czy Averroes, Kant, Sokrates, Newton, Wolter uwierzyliby, że w wieku dwudziestym plagą miast, trucicielem płuc, masowym mordercą, przedmiotem kultu stanie się blaszany wózek na kółkach i że ludzie będą woleli ginąć w nim roztrzaskani podczas masowych weekendowych wyjazdów, aniżeli siedzieć cało w domu?”

Te fantomowe wizje nie są Lemowi obce także w tekstach uderzających w poważniejsze niż brawurowa groteska tony; pisarz szeroko omawia problem wirtualnego świata w „Summa technologiae”. „Kongres…” wyróżnia się jednak niecodziennym humorem, także czarnym, który lokalizuje kąt padania zarzutów stawianych wobec cywilizacji w opozycji do wymogów, a właściwie wyznaczników własnej jakości i struktury, które sama sobie wytworzyła. Bo niby jak znaleźć wyjście w sytuacji, gdy każda podróż kończy się w kanale ściekowym, a i tak jest to najlepsze z możliwych lądowań?

Stanisław Lem, Kongres futurologiczny, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2012.

Rafał Niemczyk

* W sieci można obejrzeć trailer i fragmenty odcinków serialu „Ijon Tichy – gwiezdny podróżnik”, który w 2007 roku zrealizowała telewizja niemiecka (polska wersja z dubbingiem w wykonaniu Macieja Stuhra i Edyty Jungowskiej).

Na 2013 rok zaplanowano animowaną ekranizację „Kongresu futurologicznego” pt. „The Congress”, którego reżyserem będzie Ari Folman, znany m.in. z anime „Walc z Bashirem”. Film ma być w połowie obrazem aktorskim, w połowie animacją 2D.

Stanisław Lem, Dzienniki gwiazdowe. Recenzja


Krzywe zwierciadło, które nigdy się nie kurzy

Sięgając po kilku latach po „Dzienniki gwiazdowe”, trudno dać wiarę, że premierowe opowiadania o przygodach Ijona Tichego powstały już grubo ponad pół wieku temu. Ponadczasowa oryginalność, odnosząca się zresztą do większości utworów Stanisława Lema, daje do myślenia nie tylko na płaszczyźnie literackiej – każe się bowiem zastanowić, czy Lem to tak zręczny pisarz, który potrafi zakonserwować w podszytych ironią i groteską „Dziennikach…” mętne studium ludzkiej cywilizacji, czy też wybitny futurolog sięgający na wskroś w przyszłość, dając do zrozumienia, że gwiezdne podróże Ijona Tichego to nie tylko zabawa dla inteligentnego czytelnika. I jedno, i drugie w równym stopniu jest prawdą.

Celnie ujmuje to w posłowiu krytyk i historyk literatury, wytrawny znawca Lema Jerzy Jarzębski, przedstawiając postać Ijona Tichego – obytego we wszechświecie gaduły, złaknionego wiedzy podróżnika i poszukiwacza przygód – jako kompilację Barona Münchhausena i Guliwera:
„Na pierwszy rzut oka więcej jest w Tichym z Münchhausena: jego przygody mają charakter nieprawdopodobnych a uciesznych przypadków, w których na pozór bardziej chodzi o zabawienie czytelnika i groteskową autoreklamę niż o zysk poznawczy, w samym zaś podróżniku trudno uchwycić proces dojrzewania i wewnętrznej przemiany” – pisze Jarzębski.

Taka jest większość z wcześniejszych przygód Tichego. W Podróży jedenastej trafia on na planetę Karelirię rządzoną przez potężny elektroniczny mechanizm – Jego Induktywność Kalkulatora Elektrycego Pierwszego. Planetę zamieszkują „fałszywe roboty”, a jak się można szybko domyślić – za całym zamieszaniem i haniebną maskaradą stoi człowiek, jego chciwość i pycha.
„Jak to jednak miło pomyśleć, że tylko człowiek może być draniem” – powie Ijon Tichy i myśl tę będzie można odnieść do wielu innych podróży.

Stanislaw-LemI tak – w Podróży czternastej zwiedzimy z Tichym planetę Enteropię i zapolujemy na kurdle – istoty, które dawno temu uratowały ludziom skórę w zabójczych okresach strumów meteorytów. Ludzka pamięć jest zawodna, a niewdzięczność powszechnie znana, więc nawet Tichy przez pewien czas nie ma świadomości, w czym zgodził się wziąć udział.

Podróż dwudziesta pierwsza to z kolei filozoficzna rozprawa po wizycie Tichego na Dychtonii. Zapobiegliwi mieszkańcy tej dziwnej planety posiedli wręcz nieograniczoną moc tworzenia i przeobrażania swoich ciał we wszystko, co zechcą. Sytuacja wydaje się wymarzona, aż na usta samo ciśnie się pytanie: „Czegóż chcieć więcej?”. Odpowiedź okazuje się prozaiczna, ale jednocześnie w groteskowy sposób przerażająca. Trzeba bowiem chcieć chcenia albo przynajmniej wiedzieć, czego się tak naprawdę chce. Podobny wątek, choć podany w bardziej technologicznym (a momentami nawet technokratycznym) sosie, podejmuje w opowiadaniu „Linia oporu” Jacek Dukaj [vide: recenzja zbioru opowiadań „Król bólu”], którego bohaterowie w świecie opływającym luksusami poszukują… sensu życia. U Lema okazuje się, że przepis na udane życie posiadają nie jednostki na najwyższym poziomie cywilizacyjnym, a rozumne roboty z niższego szczebla ewolucji. Zakładają własny zakon, wierzą w Boga, ale nie poszukują Absolutu; przeciwnie – niczego od tego Boga nie oczekują. Teologiczne rozprawki i motyw stwórcy/demiurga (tak ręki boskiej, jak i ludzkiej, która za boską pragnie się uważać) jest obecny w kilku innych podróżach oraz w późniejszych „Wspomnieniach Ijona Tichego”.

W lwiej części opowiadań przebija za to kpina z „ziemskiego porządku”, hierarchii ludzkich wartości, głupoty jednostek i społeczeństw. „W tych wczesnych opowieściach Ijona Tichego autor rozdawał razy na wszystkie strony: obrywali od niego zgodnie z wymogami epoki amerykańscy militaryści i kapitalistyczni przedsiębiorcy; swoje otrzymywali też jednak ideolodzy wschodniego obozu, tyle że w formie zgrabnie zamaskowanej” – pisze polski krytyk. Igraszki ze stalinowską cenzurą i zakamuflowana drwina bardzo bawiły Lema, a jego niesamowity warsztat pisarski, nieograniczona wyobraźnia i – jak pisał Sławomir Mrożek – nieludzka wręcz inteligencja pozwalały pisarzowi zaglądać lwu w paszczę bez obawy. Bo lew spał, uśpiony snem głębokim przez zabawne z pozoru opowiastki o odległych planetach, robocikach i nieprawdopodobnych eksperymentach.

W Podróży trzynastej Ijon Tichy w poszukiwaniu niejakiego Mistrza Oh trafia na planetę Pinta zamieszkiwaną przez Rybitów. Aresztowany przez Rybicję zostaje odstawiony na Pantę – planetę, w której dla dobra mieszkańców „zlikwidowano całkowicie indywidualizm na rzecz społeczności”.
Podróż dwudziesta czwarta pozwala nam dokonać obserwacji społeczeństwa Indiotów, które podzielone jest na Spirytów, Dostojnych i Tyrałów. Mechaniczny władca niezidentyfikowanej planety znajduje sposób na ogólnospołeczny dobrobyt poprzez wprowadzenie „absolutnego porządku”: obywateli układanych rzędami pod postacią standardowych krążków.

„Istny „żywy obraz” z moskiewskiego czy pekińskiego stadionu!” – zachwyca się Jerzy Jarzębski. A podstęp Lema polega na tym, że po pierwsze: rozwodzi się on nad urokami komunistycznych realiów, a po drugie: kpi z błędnych ekonomicznych rozwiązań kapitalistycznych, z którymi Zachód sobie nie radzi. W rzeczywistości zaś te problemy były już z grubsza rozwiązane, a prosty trick sugerował, że Lem o tym nie wie. Wyraz zdziwienia na jego twarzy uwiarygodniony był ponownie przez znakomite pisarskie sztuczki.

Teraz przechodzimy do drugiego wcielenia Ijona Tichego, tego który ma więcej z Guliwera. Obejmuje ono późniejszy okres przygód gwiezdnego podróżnika, a w omawianym zbiorze można zaliczyć do niego większość utworów zawierających się we „Wspomnieniach Ijona Tichego”.
„Tichy-Guliwer – raz jeszcze podeprę się słowami Pana Jarzębskiego: ten nie umie już kreślić swobodnie swoich karykatur, coraz lepiej wie bowiem, że groteskowy absurd i nierozwiązywalne problemy wpisane są w ludzką kondycję od samego zarania. Stąd tonacja późniejszych zwłaszcza opowiadań cyklu jest znacznie poważniejsza niż wprzódy.”

Wytrawny czytelnik nie będzie miał problemu z dostrzeżeniem zmian także w konstrukcji literackiej tychże opowiadań. Narracja z groteski przeradza się w pełne napięcia utwory, w których mroczna atmosfera budowana jest krok po kroku z elementów charakterystycznych dla opowieści grozy. Pełne śmiesznych stworków, robotów, gagów i satyrycznych wydarzeń planety zamienione są na tajne laboratoria, w których dokonuje się skomplikowanych badań genetycznych, ukryte w głębi lasu posesje odwiedzane przez Tichego w środku burzowej nawałnicy czy też twierdzę na Krecie, gdzie pewien naukowiec dokonuje mrożących krew w żyłach eksperymentów cybernetycznych.

Już wspomnienie oznaczone rzymską cyfrą I sugeruje literackie i merytoryczne przewartościowanie. Dylemat nazwany „skrzyniami profesora Corcorana” przedstawia hipotezę świata jako układającej się w piramidę hierarchii poziomu bytów, w której istoty wyższego poziomu tworzą i kontrolują te z niższego poziomu, władając tym samym całym ich światem. W zamian oferują im elektroniczną ułudę i oto mamy preludium do świata, który kilka dekad później powołali do życia bracia Wachowscy w „Matrixie”.

Space_(fot.NASA)Lem coraz wyraźniej zaczyna też słać przestrogi. We wspomnieniu III Tichy trafia przypadkiem, szukając schronienia przed burzą, do posesji demonicznego nerwusa – profesora Zazula. Garbaty karzełek zajmuje się klonowaniem żywych organizmów, a jego ukoronowaniem jego starań ma być sukces ostateczny – stworzenie w laboratoryjnej retorcie Homunkulusa. Przyjdzie mu się jednak przekonać coś, o czym zawsze było wiadomo, a czego naukowcy nie chcą pamiętać: że z Matką Naturą nie można bezkarnie igrać.

Podobnie będzie w przypadku fizyka Molterisa i jego maszyny czasu, a także doktora Diagorasa, który chce wcielić w życie marzenie cybernetyków z całego świata – samoorganizującą się substancję.

Sam autor odżegnywał się od porównywania Ijona Tichego z wielkimi literackimi poprzednikami. W komentarzu pisarza można przeczytać:
„Stylizacja głównego bohatera Dzienników, Ijona Tichego, na barona Muenchausena, czy Guliwera, nie była świadomym zabiegiem pisarskim, mojej pracy nie poprzedzały żadne teoretyczne założenia, nie szukałem żadnych prefiguracji, wzorców, paradygmatów, tak jak rzeka nie antycypuje swojego koryta. Moje utwory pisały się same, byłem czym w rodzaju racjonalnie pracującego medium, ale nie przetwarzałem jakichkolwiek przedustawnie powziętych planów.”

„Dzienniki gwiazdowe” czytane dziś nie tracą ani krztyny na literackiej wartości. Przeciwnie: czytając o cywilizacyjnych i technologicznych problemach, o których wiele lat temu pisał Lem, nie mogąc przecież założyć ich jako pewnik (choć wiele z nich przewidywał), ma się wrażenie obcowania z krzywym zwierciadłem. Z jednej strony bowiem zabawna nuta i groteskowy styl każe mieć dystans i bawić się ludzkimi błędami, wynaturzeniami, z drugiej jednak strony, kiedy groteska zaczyna przechodzić w poważniejsze tony, krzywe zwierciadło z beczki śmiechu zamienia się w mroczny gabinet luster. Natura ludzka snuje się tu i ówdzie, szukając najczęściej wyjść najprostszych, ale Stanisław Lem wiedział, że sama z sobą i tak nigdy się nie upora. Dlatego z nią igrał, tworząc kolejne arcydzieła. Spore fragmenty „Dzienników gwiazdowych” także są jednym z nich.

Stanisław Lem, Dzienniki gwiazdowe, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2012.

Rafał Niemczyk

Andrzej Stasiuk, Grochów. Recenzja


I w Arkadii mnie spotkasz

Memento mori. Odwieczna klątwa, która naznacza człowieka w momencie, kiedy zdaje on sobie sprawę z nieuchronności własnej śmiertelności. Różne są to chwile, bo czasem zawierają w sobie śmierć bliskiej osoby, czasem cierpienie obcych ludzi, zauważone gdzieś w oddali, mimochodem, czasem jakiś niewytłumaczalny fluid, złe przeczucie, znak krzyża przy drodze, katastrofę na szosie. Śmierć w opowiadaniach Andrzeja Stasiuka nie jest patetyczna – choć pełna rozwagi, zadumy i egzystencjalnej nuty, najbardziej rozczula w niej bezsilność, z którą nie można się mierzyć w żaden inny sposób, jak tylko wspomnieniami. A bardzo krucha to broń i, jeśli dobrze się nad tym zastanowić, skazana w gruncie rzeczy na klęskę w  nierównej walce.

Taka jest historia przyjaciela autora – prozaika, dziennikarza i historyka Augustyna Barana – któremu pamięci poświęca Stasiuk jedno z opowiadań. Umierający w Domu Pomocy Społecznej w Brzozowie, mimo że otoczony ludźmi, to odosobniony, jeszcze za życia wykluczony ze świata żywych. Nadaremnie reanimowany przez przyjaciół wspólną przeszłością, serdecznym poklepywaniem po plecach, przytulaniem.
„W jego aktualnym ciele chcieliśmy widzieć jego dawną postać – pisze Stasiuk. – Teraz widzę, jak trudno jest opisać to doświadczenie strasznej obcości i jednocześnie bliskości.”

Stara babcia mieszkająca na Podlasiu, otoczona duchami swoich bliskich, wyjmuje z kredensu w kuchni sztućce, naczynia, przyprawy. Obecność zmarłych nie przeraża starowiny, wręcz przeciwnie – ich współistnienie nadaje sens jej życiu. To mistyczna kładka, przerzucona na drugą stronę Styksu (a może Bugu), przez którą łatwiej przeprawić się z przewodnikiem.
Jednakże świat się zmienia i „niebawem umrą ostatnie babki, które na własne oczy oglądały świat duchów. Oglądały z wiarą i spokojem, oczywiście z lękiem też.”

Co nam wtedy pozostanie? Odkupywanie od grabarzy gdzieś za rogiem, za stówkę, prochów skremowanego przyjaciela, by rozsypać je w górach i pozostawić wieczności? Bo bardziej niż śmierci egoistycznie boimy się pustki? Bo patrzymy ze złością na zdychającego psa, który robi pod siebie, a jeszcze zeszłego lata chodził z nami na spacery i biegał w polu?

Andrzej-StasiukPrzeczytałem w wywiadzie z Andrzejem Stasiukiem o jego prywatnej tradycji kultywowania Święta Zmarłych. Bardzo osobista to sprawa, ale skoro sam autor się nią podzielił, pozwolę sobie przytoczyć jego słowa:

Wszystkich staram się w okolicach Zaduszek odwiedzać. Zapalam lampki i odczytuję nazwiska. To taki mój prywatny obrządek, cicha msza i pogański zwyczaj palenia ognia zmarłym na początku listopada. Nie chciałbym popaść w patos. Ale kiedy wymawiam ich imiona, to sprawiam, że nie umierają na zawsze. Tylko to mogę zrobić. Głośno wypowiedzieć dźwięki na zawsze powiązane z czyimś życiem.

Czymś podobnym jest także „Grochów” – elegią dla przyjaciół, ale równocześnie dla świata młodości, dla pociągów obserwowanych z nasypu przy Makowskiej, dla wygrywanych na starej gitarze kawałków Woody’ego Guthrie, którego podobiznę dla włóczących się po kraju przyjaciół rysowała tylko muzyka. Wreszcie dla życia pachnącego smarem, brudem, fabryką, starymi butami i niedzielnymi obiadami, z którego udało się wyzwolić.
Żeby nie popaść w patos, „Grochów” to taka świeczka zapalona ku pamięci ludzi, świata oraz wspomnień, które po sobie zostawili.

„I w Arkadii mnie spotkasz, powiada Śmierć w inskrypcji nagrobnej” – te słowa, cytowane za Vladimirem Nabokovem, wymawiają jednym zdaniem nieuchronność śmierci. „Niczego nie przewidzisz do końca i nie wiesz, kto cię będzie przeprawiał przez Styks” – dodaje Stasiuk.
Z drugiej strony, kto wie, co nas czeka na drugim brzegu? A może pielęgnowanie wspomnień okaże się biletem powrotnym? Gdzieś tam, kiedyś, inaczej, podobnie, tak samo? Kto wie?

Andrzej Stasiuk, Grochów, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2012.

Rafał Niemczyk

%d blogerów lubi to: