Shaun Tan, Regulamin na lato.


Jeśli nie znasz reguł, weź ze sobą przewodnika

Braliśmy wszystko to, co dało się zabrać, stając się na wieki dłużnikami. Przeskakiwaliśmy przez szosę, z jednej strony chodnika na drugą, gdzie nie czekało na nas nic prócz podziurawionych betonowych kwadratów, z których letnie ulewy spłukiwały wyrysowane kredą lub cegłą symbole. Były to sekretne znaki na ołtarzach, po których deptały podziurawione i zakurzone trampki. Obserwowaliśmy owady, ich życie w upale było zbyt pracowite i pełne pasji, aby się nami przejmować. Wąchaliśmy truskawki, bo nasze żołądki nie dały już rady ich pomieścić, a żując na wyścigi pestki z czereśni, graliśmy na nosie zgrzybiałemu właścicielowi sadu. I było lato, i dni były długie, nieskończone: zaczynały się gruchaniem gołębi, trwały w popołudniowym bezruchu dumne i gorące, by zakończyć się dopiero różowym blaskiem nieba, na tle którego odcinały się ptaki wieczora, kruki, wrony, i smukłe kominy elektrowni. I każdy taki dzień trwał tak długo, dopóki niebo nie zniknęło, a kiedy już zniknęło, znikaliśmy i my, wracaliśmy do domów i kładliśmy się spać w bezgranicznej ufności, że promienie słońca wędrują i zawracają, wędrują i zawracają, by za parę godzin znów obudzić gołębie na poddaszach, osuszyć trawę z porannej rosy, rozświetlić letni ołtarz i ocucić z letargu swych wyznawców. Wielu z nas chodziło spać ze smutkiem, niekochani, oszukani, ale budziliśmy się zawsze pełni wiary. Mieliśmy swoje zasady. Najważniejsze, że było ciepło.

(„Ciepło”)

Tego nauczyłem się ostatniego lata:

Lato rządzi się własnymi prawami. To wtedy wolno włóczyć się do samej nocy, a do domu wracać z poharatanymi łokciami i siniakami w zaskakujących miejscach. Mimo że na lato składa się kilka najbardziej beztroskich tygodni w roku, jest ono jednocześnie okresem najintensywniejszego dorastania. Pozostawieni samopas przygodzie, nieodpowiedzialni i rozochoceni słońcem, nazbyt pewni siebie i zupełnie naiwni, to właśnie latem poznajemy świat najintensywniej. Nie z podręczników i regułek wygłaszanych przez odpowiedzialnych opiekunów, ale z własnego doświadczenia.

Nigdy nie zostawiaj jednej czerwonej skarpetki na sznurze do suszenia prania.

Musimy jednak zachować ostrożność. Nasza letnia wolność, choć piękna, może nas bowiem wpuścić w maliny. Bezcenny okazuje się więc bardziej doświadczony towarzysz i zbiór odpowiednich zasad. Bohaterów jest zatem dwójka: starszy z nich jest przewodnikiem młodszego (brata?), odkrywa przed nim tajemnice i reguły. Taka konwencja przypomina nieco wspaniałą grę video stworzoną przez studio Starbreeze pt. „Brothers: A Tale of Two Sons” – osadzoną w klimatach skandynawskich legend i baśni Andersena opowieść o dwóch braciach wyruszających w podróż po lekarstwo dla chorego ojca.

„Regulamin na lato” to kolejny popis nieograniczonej wyobraźni i wspaniałej kreski Shauna Tana. Tym razem sięga on do czasów dzieciństwa, które spędził na przedmieściach australijskiego Perth. Jednak podobnie jak w przypadku innych dzieł Australijczyka, i tutaj mamy do czynienia z dziełem uniwersalnym. Lato i dzieciństwo każdy przeżywa i pamięta na swój sposób, mimo to istnieje szereg kluczy, za pomocą których jesteśmy w stanie się porozumieć. Tan za pomocą swojego picture booka oddaje w nasze ręce cały pęk kluczy – złożone sceny i krajobrazy pełne są metafor, dwuznaczności i symboliki. Punktów regulaminu jest szesnaście, a każdy z nich zawarty jest dokładnie w jednym zdaniu.

Nigdy nie dawaj kluczy nieznajomemu.

Ilustracje Shauna Tana to wielobarwne, soczyste obrazy olejne, często wypełnione znaczącymi szczegółami. Bez trudu dostrzeżemy w nich przeróżne inspiracje, z których na pierwszy plan wysuwają się prace przedwojennego brytyjskiego surrealisty Paula Nasha. Krajobrazy są bujne i parne, ale nie zawsze beztroskie. Prócz pięknych scenerii i lazurowego nieba, mamy tu surowe, opustoszałe przedmieścia, wszędobylskiego kruka czy korowód niepokojących gości. Surrealistyczne widziadła podkreślają niesamowitość letniej przygody, ale ostrzegają też, że niebezpieczeństwa czyhające na naszych małych bohaterów, choć nienazwane, są bardzo realne. Zwłaszcza, jeśli ktoś nie zna reguł.

Shaun Tan, Regulamin na lato, tłum. Jacek Drewnowski, Kultura Gniewu, Warszawa 2014.

Dorota Jędrzejewska
Rafał Niemczyk

Preludium do parady (więcej na: http://www.shauntan.net)

Shaun Tan, Przybysz. Recenzja.


Przybysz-okladkaSwój w obcym kraju

Gdyby tak usiąść i zastanowić się nad tym dłużej, uznać by można pomysł opowiedzenia o rozłące bez pomocy słów za jednocześnie: prosty, dość karkołomny, lecz jednocześnie genialny. Jako że mamy do czynienia z australijskim mistrzem obrazu, Shaunem Tanem, autor „Przybysza” bezsłowność swojej opowieści czyni jednym z jej głównych atutów. To właśnie brak słów w którymś ze znanych nam języków sprawia, że rysunki Tana ożywają na kartach komiksu, układając się mimowolnie w niewypowiedziane zdania, emocje i historie. Zasłużenie obsypany licznymi nagrodami „Przybysz” jest opowieścią o emigracji, wyobcowaniu, próbie odnalezienia swojego miejsca w nieznanej i egzotycznej rzeczywistości, a także o sile rodzinnej więzi, stanowiącej dla bohatera największe oparcie.

Przybysz-1Nie ma potrzeby, by zdradzać szczegóły niezbyt skomplikowanej fabuły komiksu. Wystarczy powiedzieć, że pewnego dnia ojciec pakuje walizkę i wyrusza za chlebem do dalekiego kraju, pozostawiając w domu tęskniącą żonę i dorastającą córkę. Jak zaznacza autor w krótkiej nocie na końcu książki, inspiracją dzieła były w dużej mierze anegdoty opowiedziane przez imigrantów z różnych stron świata, w tym również ojca samego Shauna Tana, który przybył do Australii z Malezji w 1960 roku. Tan inspirował się również fotografiami ze starych albumów (m.in. zdjęciem z 1912 roku, na którym uwieczniono chłopca ogłaszającego zatonięcie Titanica), a także rysunkami i obrazami z XIX i XX wieku. Nie byłoby w tym niczego nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że artysta dokonuje syntezy neorealistycznych ujęć (np. kadry z tłoczącymi się ludźmi), znanych z wybitnych filmów włoskich reżyserów tego okresu (choćby Roberta Rosselliniego), z surrealistycznym pejzażem odległego świata.

Przybysz-2Neorealizm jest zresztą wpisany w „Przybysza” również od strony programowej. Podglądanie ciężkiego losu emigrantów w historii Shauna Tana przywodzi na myśl okres powojenny, a więc czasy największej świetności włoskiego kina, kiedy to głównymi aspiracjami ówczesnych reżyserów (Rossellini, Visconti) były filmy „przyglądające się życiu”. Hanna Książek-Konicka szuka korzeni tego filmowego powołania w „wizualnym typie kultury, jaki owocował we Włoszech przez stulecia olśniewającym bogactwem i niespotykaną ilością sztuk plastycznych”. Skąd u komiksiarza z Antypodów taka właśnie inspiracja? Takiej wiedzy nie mam. Natomiast zamiłowanie do nostalgicznych i surrealistycznych obrazów dostrzeżemy bez trudu zarówno we wcześniejszej, jak i późniejszej twórczości Tana, m.in. w „Opowieściach z najdalszych przedmieść” czy „Zagubionej rzeczy” (za krótkometrażową animowaną adaptację tej książki otrzymał wraz z Andrew Ruhemannem w 2011 roku Oscara).

Przybysz-3W „Przybyszu” surrealistyczny świat z jednej strony służy autorowi do uwypuklenia izolacji naszego bohatera i jego towarzyszy w doli lub niedoli (bo obraz Australijczyka, choć melancholijny, nie jest z gruntu pesymistyczny). Drugą rolą, którą pełni owa stylistyka, jest – paradoksalnie – nadanie dziełu rangi uniwersalnej (znów kłania się neorealizm, w którym obserwację dramatu szarego człowieka twórcy przedzierzgali w wielkie uogólnienia).

Kraina, do której trafia nasz emigrant, pełna jest dziwnych istot, roślin, maszyn, pojazdów i budowli. Język, którym posługują się jej mieszkańcy, to system tajemnych znaków i symboli. Wraz z oniryczną stylistyką (popadającą momentami w steampunkowe tony) znakomicie oddają one zagubienie mężczyzny w radykalnie obcym dla niego miejscu. Do tego dochodzi specyficzna kolorystyka i kadrowanie – najróżniejsze odcienie sepii i często stosowany „fotograficzny” układ kadrów przywodzą na myśl stary album ze zdjęciami. Oglądamy zatem starą jak świat (i emigracja) historię zwykłego człowieka przeniesioną w egzotyczne (wręcz fantastyczne) realia.

Przybysz-4Dzieło Shauna Tana, pomimo postmodernistycznej otoczki, dzięki swej płynności i wiarygodności, zachowuje cechy klasycznej (choć niemej) opowieści. Odkrywając krok po kroczku zasady rządzące obcą krainą, później zaś jej zakamarki i mieszkańców, dostrzegamy podobieństwo z „naszym” światem. Choć pejzaże wydają się abstrakcyjne, a niektóre istoty budzą grozę, mechanizmy rządzące „nieznanym” są nam raczej znane. W ten sposób autor pogodził zapędy własnej wyobraźni, która przełożyła się na wspaniałe rysunki, z uniwersalnym przekazem. A że uczynił to w mistrzowski sposób, „Przybysz” stał się komiksem, który nawet sceptycy mogą uznać za wybitny.

Shaun Tan (scenariusz & rysunki), Przybysz, Kultura Gniewu, wyd. II, Warszawa 2013. 

Rafał Niemczyk

Saga o Egilu. Omówienie.


Saga-o-Egilu-okladkaO ekonomii, rzemiośle wojennym i poezji wikingów w czasach przejściowych, na przykładzie dziejów życia Egila, syna Skalla-Grima, i kilku innych przedstawicieli jego rodu

„Saga o Egilu”[1] powstała w XIII wieku, jest to tekst anonimowy, choć coraz częściej za jego prawdopodobnego autora uznaje się Snorriego Sturlusona, islandzkiego poetę skalda, który napisał „Eddę młodszą” (prozaiczną) oraz „Heimskringlę” (Sagę o królach norweskich). Utwór jest sagą rodową – napisany został prozą, lecz posiada również krótkie fragmenty wierszem, o czym później – i, jak często zdarza się w przypadku tego gatunku literackiego, zdecydowanie bliżej mu do powieści niż kroniki historycznej. Wprawdzie daje opis licznych faktów i postaci historycznych, znanych z innych źródeł, niemniej czyni to w sposób nie spełniający wymagań historiograficznych, bywa nawet sprzeczny z nimi – warstwa historyczna została tu wyraźnie podporządkowana wątkom fabularnym i poetyckim. Może dlatego książkę czyta się bardzo dobrze, niemal jak współczesną powieść historyczną.

Berserk w ogniu walki (Maria Hiszpańska-Neumann, drzeworyt)

„Egils Saga Skalla-Grimssonar” (bo tak brzmi jej tytuł w oryginale) opowiada dzieje życia Egila i niektórych jego krewnych, większą uwagę poświęcając oczywiście Egilowi, ale również jego dziadowi, który nosił imię Kweldulf, oraz dwóm synom tego ostatniego: Thorolfowi oraz Skalla-Grimowi, i wreszcie potomstwu Egila, głównie Thorsteinowi. Warto dodać, iż nie wszyscy ludzie byli bezwzględnie pewni, że Kweldulf, Skalla-Grim i Egil nie przemieniali się czasem w wilka lub niedźwiedzia, zwłaszcza podczas walki. Innymi słowy – byli berserkami[2]

Można wyodrębnić dwie części książki. Po pierwsze: sagę o Thorolfie, wuju Egila, mężu słynącym z dzielności, siły, szlachetności i przezorności, skutecznie szukającym sławy na dworze i okręcie króla Harolda Pięknowłosego. Jest to postać archetypiczna dla okresu starożytności nordyckiej: Thorlolf jest piękny, mądry, odważny i sprawiedliwy, uosabia ideały dawnego wojownika. Mimo to, albo właśnie dlatego, ostatecznie los nie jest dla niego łaskawy. Sam, na skutek pewnych intryg, wpada w niełaskę u króla, a potem zostaje zabity, a cała jego rodzina zostaje wyjęta spod prawa i zmuszona do emigracji.

Egil Skallagrimsson na XVII-wiecznym manuskrypcie

Egil Skallagrimsson na XVII-wiecznym manuskrypcie

Drugą częścią jest właściwa opowieść o Egilu, który urodził się już w czasach wczesnofeudalnych w Islandii, jako syn banity, lecz nadal posiada silne związki z Norwegią i jej mieszkańcami. Egil i ludzie, z którym przeplata się jego życie, oddani są bardziej konkretnie, nieco mniej mitycznie, za to naturalistycznie, przy czym pozostają wciąż niewolni od magiczności. Egil jest brzydki, łysy, zdarza mu się postępować nie tylko gwałtownie, ale również niesprawiedliwie, ma także inne słabości, co zbliża go do zwykłych ludzi, mimo to jest berserkiem, do tego wojownikiem znanym i szanowanym, pewnego rodzaju bohaterem. Nie tak krystalicznym jak wuj, niemniej sławnym i podziwianym. Jego postać łączy w sobie nowe ze starym. Dopiero Thorstein, syn Egila, stanie się nowym człowiekiem, osadnikiem, skupionym bardziej na gospodarowaniu na swojej ziemi w Islandii niż na łupieżczych wyprawach. I dopiero on w pełni uzna Islandię za swoją ojczyznę.

Czas trwania wydarzeń opisanych w sadze to mniej więcej druga połowa IX wieku i pierwsza połowa wieku X. Zdarza się, że autor wykracza poza tę cezurę, lecz czyni to tylko epizodycznie. Jest to okres bardzo ważny dla Norwegów i ich państwa, następują wtedy istotne zmiany organizacji społeczeństwa – dawny ustrój plemienny oparty na przynależności do rodu i demokrację wiecową zastępuje wczesnofeudalna monarchia i władza króla. Nie była to, zapewne, bezbolesna transformacja, zwłaszcza w tak indywidualistycznym narodzie, rządzącym się na ogół prawem siły i obyczajami, które zwykliśmy nazywać barbarzyńskimi, co, mówiąc na marginesie, źle świadczy nie o tych obyczajach, a o naszej wiedzy.

Synowie Hildiridy przynoszą królowi daninę z Finnmarku (Maria Hiszpańska-Neumann, drzeworyt)

Synowie Hildiridy przynoszą królowi daninę z Finnmarku (Maria Hiszpańska-Neumann, drzeworyt)

Król domagał się posłuszeństwa oraz danin i dysponował siłą potrafiącą to wymóc. Nie było łatwo zaakceptować taki stan rzeczy, tym bardziej trudne było to dla ludzi obdarzonych nieujarzmioną wolą bycia i działania, nauczonych samowolnego stanowienia o sobie i ziemi, którą posiadali. Osoby nieumiejące znaleźć się w nowych porządkach miały dwa wyjścia: nierówną walka z hirdem[3] królewskim lub ucieczkę z ojczyzny – na ogół korzystały z drugiej możliwości. Jednostki mniej skłonne do kompromisu i podporządkowania musiały w ten lub inny sposób uciekać od władzy królewskiej, a im ta ostatnia była silniejsza, tym emigracja musiała być bardziej odległa. W ten sposób zasiedlono, dotychczas dość bezludną, Islandię.

Innym rezultatem wspomnianych zmian było to, że na terenie Norwegii zapanował większy niż wcześniej porządek prawny, zatem udać się na wiking – wyprawę łupieżczą, gdzie swoją odwagą i orężem, ale także okrucieństwem i przemocą zdobywało się majętność – wypadało zagranicę. Płynęły wobec tego, wzbudzając trwogę wśród innych mieszkańców Europy, długie i smukłe langskipy do Anglii, Szkocji i Irlandii, do Danii, Islandii oraz z nieco mniejszą regularnością do wszystkich innych krajów w basenie Morza Północnego i Bałtyckiego, nawet do Kurlandii, wszędzie tam, gdzie możliwa była grabież, dla największych hałaburdów i zawadiaków zachowując miejsce na dziobie okrętu, gdzie, to prawda, najłatwiej było o śmierć, ale tak samo szybko można było zdobyć sławę.

Historia kolonizacji Islandii i owych „wypłynięć na wiking”, solidnie osadzona w realiach okresu powstawania scentralizowanego państwa norweskiego, stanowi główną scenerię fabuły omawianej książki. Osią akcji pozostają dzieje Egila i jego krewnych i znajomych, choć poznajemy znacznie więcej postaci, bardzo charakterystycznych i ciekawych.

Wikingowie

Wikingowie

Świat to okrutny, pełen przemocy i napawający się do syta brutalnością. Mord, grabież, gwałt, tortura, bestialstwo to chleb powszedni, tak się żyje, takie są realia. Zło definiuje świat, a autorytetem moralnym jest siła. Jest i inny ważny żywioł, ekonomia, co, biorąc pod uwagę ówczesne stosunki społeczne, nieco zdumiewa. Na pewno jest charakterystyczna żądza posiadania złota, srebra oraz innych dóbr, nie zawsze znajdujących właściwe miejsce w rzeczywistości wojowników nordyckich; dóbr gromadzonych nie tyle dla wykorzystania lub pomnożenia, co samego posiadania. Egil, za swoją służbę i jako rekompensatę za śmierć brata, otrzymał od króla Anglii, Adalsteina, dwie skrzynie srebra, które potem bezsensownie woził ze sobą na wszystkie wyprawy, a gdy już był zbyt stary, żeby je odbywać i osiadł na stałe w Islandii, nadal pilnie o nie dbał, przez co należy rozumieć, że strzegł ich przed innymi, a tuż przed swoją śmiercią wyniósł je w nieznane miejsce i zakopał w ziemi. Wątek ekonomiczny pojawia się często, i sam w sobie jest uzasadnieniem działań. Przy czym nie jest to, lub nie tylko, sposób utrzymania, ale raczej metoda zyskania prestiżu wśród innych i dowartościowania się we własnych oczach – okoliczność, jakby nie było, dobrze nam znana.

Odnaleźć można tu pewną, nieco śmieszną regularność. Mężowie – a więc wojownicy, ci, których zwykliśmy nazywać wikingami – większą część roku, tę podczas której jest możliwa żegluga na morzu, spędzają na wyprawach łupieżczych, a na zimę osiadają na swojej lub przyjaciół ziemi. Wyciągają wtedy swoje łodzie na brzeg, a sami udają się na niekończące się uczty, gdzie gościem honorowym jest rytualne obżarstwo, a towarzyszy mu siostra niezguła, libacja. To, rzecz jasna, spore uproszczenie i uleganie stereotypom, bo przecież zimą załatwiano wszystkie konieczne gospodarcze sprawy, witano się również z dawno nie widzianymi żonami… Upraszcza czytelnik, ale podobnie robi autor, bo ta opowieść jest w dużej mierze pieśnią chwały, posiadającą w sobie pewne elementy legendy i bajki, a chwała znaczy owy koniec świata starożytności norweskiej, w zamyśle autora będąc jakby podstawą i budulcem późniejszej tożsamości potomków Egila.

Za sprawą wikingów, czyli wypraw mających przynieść majętność i sławę, w pewnym sensie jest „Saga o Egilu” literaturą zawierającą w sobie wątek drogi. Nieustannie słyszymy o permanentnym ruchu bohaterów uprawiających rodzaj włóczęgi łupieżczej i wojennej. Można sobie wyobrazić owy wiosenny, wesoły rozgardiasz wśród Norwegów wypływających w morze, ku nowemu, często niebezpiecznemu, lecz dającemu szansę na odmianę losu, a nawet jeśli nie, to niosącemu ze sobą sposobność do wciąż nowej przygody, do awantury, do wydarzeń, które później końcem jesieni i zimą będzie można opowiadać przy zastawionym stole, trzymając w rękach róg wypełniony alkoholowym napojem.

Egil w sporze z Bergiem-Önundrem (obraz Johannesa Flintoe z końca XVIII w.)

Egil w sporze z Berg-Önundem (obraz Johannesa Flintoe z końca XVIII w.)

Opowiadać przygody, sławić bohaterskie czyny, kpić z wroga i okazywać sympatię dla przyjaciela lub stronnika – to zawsze było cenne wśród tego narodu, stąd chyba niecodzienna instytucja skalda, który jest kimś pośrednim między poetą a wojownikiem, dokładniej – jest jednocześnie jednym i drugim; więcej jednak cenionym niż zwykły wojownik, może przez długość zimowych wieczorów, a może przez sentyment wielu pokoleń do poezji, która, w tym wypadku, utrwala czas. Taki jest Egil – na co dzień trudni się rozbojem, czasem jest to rozbój słuszny, lub za taki go uważa, to znów zwykły, przestępczy, ale również na co dzień Egil jest poetą. Naprawdę. Czasem bywa to trudne do zrozumienia. Walczy z kimś a potem, po zwycięstwie, które na ogół oznacza śmierć przeciwnika, nierzadko okrutną, opowiada o tym wierszem. Zdecydowanie inny to obraz poety od towarzyszących nam, zazwyczaj, w tej mierze wyobrażeń. Znajdujemy tę poezję w tekście, na ogół są to wiersze składające się z ośmiu wersów, napisane językiem mniej gładkim, niż pozostała część książki, który jest jakby mniej uporządkowany, bardziej dziki i gwałtowny, być może autor sagi zapożyczył te fragmenty ze starszych źródeł, funkcjonujących w jego czasach w przekazach ustnych.

Świat „Egils Saga” jest inny, zupełnie odmienny od naszego, może właśnie przez to w pewien sposób fascynujący i ciekawy; jest straszny i okrutny, wydawałoby się pozbawiony tego wszystkiego, co zwykliśmy nazywać człowieczeństwem. Lecz to chyba przesada, sąd pochopny, wydany bez zastanowienia, bo ten świat i jego bohaterowie umierają, ostatkiem sił zdobywając się na honorowe przemożnych sił odparowanie. Jest więc w tym i piękno, i duma dzielnie zmagającego się ze swym losem człowieka, który ma świadomość nieuchronności nadchodzącego losu i swojego w nim końca, a mimo to postanawia walczyć o prawo bycia sobą.

Lektura nie jest trudna, mimo że od powstania książki upłynęło już wiele epok, nie należy spodziewać się tu ekwilibrystyki językowej, bo to opowieść napisana językiem raczej prostym, za to bardzo homogenicznym, posiadającym wiele sformułowań ściśle przypisanych określonym sytuacjom. Dla przykładu: gdy wprowadzana jest nowa postać pada rytualne: XYZ zwał się pewien mąż, syn tego i tej, spokrewnionych z tymi i tamtymi, mieszkał w takim miejscu; gdy epizod autor uznaje za wyczerpująco opisany: Nic się nie stało, o czym warto wspominać, aż do… Mamy tu także pewne zwroty, charakterystyczne, jak: Miał miecz, na imię mu było, lub Możesz zabrać ze sobą tylu towarzyszów, ilu tylko zapragniesz – co było formą wyrażenia zgody na zimowanie przez gospodarza. Jest tego znacznie więcej i niewątpliwie wzmacnia ekspresję tekstu, pozwalając nam lepiej ukonstytuować wyobrażenie o tamtym świecie.

Wikingowie w drodze na wyprawę (Maria Hiszpańska-Neumann, drzeworyt)

Wikingowie w drodze na wyprawę (Maria Hiszpańska-Neumann, drzeworyt)

Autor „Sagi o Egilu” zdecydowanie przedkłada treść nad formę, lecz tej drugiej nie można wiele zarzucić. Jest to opowieść o czasach byłych, czasach z pewnych względów istotnych, niepozbawionych malowniczości, stanowiących przy tym ważną cegiełkę w gmachu tożsamości potomków ludzi takich jak Egil. Opowieść miejscami okrutna, lecz pokazana bardzo malowniczo, nieco – jak przystało pieśniom chwały – wyidealizowana, ale właśnie przez to bardziej literacka, bardziej magiczna i bajkowa. Oprócz wspomnianych wyżej tematów, znajdziemy tu wiele szczegółów dotyczących czasów wikingów, ich konstytucji psychiczno-społecznej, ich uzbrojenia, statków, słowem całej kultury materialnej i duchowej tamtego świata. Tym cenniejsze to świadectwo, że napisane przez ich niemalże bezpośredniego następcę.

Wedle mojej wiedzy, opisywana książka jest pierwszym i jedynym wydaniem tej pozycji w języku polskim. A powstała, a jakże, staraniem Wydawnictwa Poznańskiego (które jest kontynuatorem przedwojennego Wydawnictwa Polskiego Rudolfa Wegnera z siedzibą również w Poznaniu), zgodnie z pewną tradycją wydawniczą, o której także warto kiedyś napisać, tu wystarczy powiedzieć, że większość literatury skandynawskiej dostępnej w języku polskim zawdzięczamy wspomnianym wydawnictwom.

W ostatnim słowie warto powiedzieć, że „Saga o Egilu” jest ilustrowana całostronicowymi drzeworytami, wykonanymi przez Marię Hiszpańską-Neumann, co znacznie wzmaga estetykę edycji, i niektórym czytelnikom sprawi przyjemność, choć pewnie znajdą się też tacy, których wyobraźnia wytwarza obrazy nieco odmienne od tych zamieszczonych na ilustracjach w książce…

Snorri Sturluson (prawdopodobnie), Saga o Egilu, przekład ze staroislandzkiego: Apolonia Załuska-Stromberg, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 1974.

Dominik Śniadek

[1] Gdzie indziej spotyka się pisownię Egill, tu przyjęto wersję podaną w opisywanej książce, ta sama uwaga dotyczy innych kontrowersji wokół pisowni nazw użytych w tekście.

[2] Berserk, według Słownika Języka Polskiego, to występujący w sagach nordyckich wojownik mający opinię niezwyciężonego, walczący z siłą i dzikością niedźwiedzia, choć „Egils Saga” ujmuję sprawę nieco inaczej. Wedle tego źródła był to wojownik, który w czasie walki przeistaczał się w zwierzę, np. wilka, rodzaj zwierzęcia nie jest dokładnie sprecyzowany; skutkiem przemiany był tzw. „szał berserka”, który sprawiał, że wojownik nabierał cech nadnaturalnych, mógł pokonać znacznie większą ilość wrogów, a gdy po skończonej walce wracał do zwykłej swej postaci, był zmęczony, stawał się ospały i rozkojarzony, zupełnie jakby wrócił z jakiejś odległej i wyczerpującej podróży.

[3] Były to oddziały wojskowe skupione na dworze władcy norweskiego, razem z nim odbywające wyprawy wojenne, przez swą siłę legitymizujące jego poczynania, ale również stanowiące zalążek przyszłej nomenklatury.

Ray Bradbury, 451 stopni Fahrenheita.


Gdzie płoną książki

Ray Bradbury (1920-2012) to jeden z najwybitniejszych amerykańskich twórców fantastyki. Pochodził z rodziny wydawców prasowych, we wczesnej młodości zetknął się z magazynami pulpowymi i SF. Jako 19-latek zaczął wydawać fanzin „Futuria Fantasia” i publikować pierwsze opowiadania. Jego premierowa książka („Dark Carnival”) została wydana w 1947 r. Trzy lata później ukazały się „Kroniki marsjańskie”, a rok potem „Człowiek ilustrowany” – oba zbiory opowiadań przyniosły mu wielką sławę. W 1953 r. ukazała się pierwsza, a jednocześnie jego najsłynniejsza powieść „451 stopni Fahrenheita” (sfilmowana w 1966 r. przez François Truffauta). Na podstawie opowiadań kręcono miniseriale, tworzono scenariusze, komiksy. Za całokształt twórczości otrzymał World Fantasy Award, nagrodę Brama Stokera i wiele innych.

451 stopni Fahrenheita to temperatura, w której papier zaczyna się palić. Liczba 451 widnieje także na hełmach strażaków, w tym i Guya Montaga – głównego bohatera powieści. Z tym że w antyutopii Bradbury’ego strażacy nie zajmują się gaszeniem pożarów, lecz paleniem zakazanych książek, nierzadko razem z domami, w których je znaleziono. Właściwie to nigdy nie zajmowali się gaszeniem pożarów, gdyż domy były od zawsze ognioodporne – taka przynajmniej jest wersja oficjalna i obowiązująca.

Montag lubi swoją robotę – budzi ona u ludzi respekt, podziw, u niektórych nawet lęk, no i jest nienajgorzej opłacana. Remiza strażacka to jego drugi dom, a może nawet pierwszy, gdyż z żoną Mildred ma kiepski kontakt, zarówno na płaszczyźnie werbalnej, jak i fizycznej. Mildred spędza całe dnie w salonie, pośród trzech „ścian-ekranów”, zaabsorbowana sączącą się z nich miałką i ogłupiającą papką. Poza salonem – w kuchni i sypialni – cały czas nosi w uszach miniaturowe słuchawki radiowe zwane „muszelkami”, non stop chłonąc propagandowy bełkot. Opanowała nawet sztukę czytania z ruchu warg, aby nie przerywać słuchania w trakcie zdawkowych rozmów z mężem. Jej największym marzeniem jest wyburzyć ostatnią ścianę salonu i zainstalować czwarty ekran.

Pewnego dnia Montag spotyka na swej drodze z pracy dziewczynkę o imieniu Clarisse. Wywiązuje się między nimi rozmowa, bardzo dziwna i niewygodna dla Montaga. Okazuje się, że Clarisse zamieszkała niedawno w sąsiedztwie, a czas spędza na spacerach po okolicy. Rzuciła szkołę, gdyż według niej nie uczy się tam myślenia, a narzuca jedynie „słuszne odpowiedzi’. Nie jest ważne, „dlaczego” coś jest zrobione, istotne jest jedynie, „jak” to działa. Clarisse zwraca Montagowi uwagę na rzeczy, nad którymi do tej pory się nie zastanawiał – na piękno przyrody, ale też i na sens oraz słuszność wykonywanej przez niego pracy. Dziewczynka zaczyna towarzyszyć strażakowi codziennie w drodze do domu lub do pracy i mimo że ten początkowo jest zaniepokojony niebezpiecznymi tematami poruszanymi w ich rozmowach, to jednocześnie staje się coraz bardziej zafascynowany swoją rozmówczynią – jakże inną od otaczających go na co dzień „ludzkich automatów”. Montaga dopada coraz więcej wątpliwości i zaczyna sobie uświadamiać, że nie jest szczęśliwym człowiekiem.

Pewnego dnia dziewczyna nagle znika. Na dodatek zwykle rutynowa akcja palenia książek kończy się spaleniem domu wraz z właścicielką, która nie chciała zostawić swoich zbiorów. To wydarzenie w połączeniu z wiadomością, iż żona zapomniała mu powiedzieć, że Clarisse „umarła czy coś” cztery dni temu, sprawia, że Montag rozważa odejście z pracy. Tu jednak pojawia się ważna postać – kapitan Beatty, jego zwierzchnik, chodzący wzór strażaka i obywatela, którego Montag się obawia. Boi się, że kapitan podejrzewa go utratę motywacji do pracy i o zwątpienie w istniejący porządek rzeczy oraz o coś, co Montag skrzętnie ukrywa w kanale wentylacyjnym swojego domu. Beatty próbuje wytłumaczyć Montagowi, dlaczego książki stały się zakazane. Demonstruje mu bezsens istnienia „literatury wyższej” w obecnym świecie dobrobytu i powszechnego szczęścia. Co ciekawe, Beatty sypie przy tym cytatami z zakazanych dzieł jak z rękawa, czym jeszcze bardziej zbija z tropu Montaga.

Montag decyduje się wreszcie sięgnąć do ukrytych książek, które zbierał na akcjach od jakiegoś czasu. Robi to na oczach żony, która jest tym faktem przerażona. Przemiany zachodzące w Montagu oraz splot wydarzeń sprawiają, że Montag staje się wyjęty spod prawa. Udaje mu się wydostać z miasta, gdzie natyka się na grupę podobnych jemu renegatów, która okazuje się być częścią wielotysięcznej rzeszy ludzi, żyjących w małych miasteczkach i wsiach, często jako włóczędzy. Są żywymi książkami, każdy z nich zna na pamięć jakieś dzieło literackie, aby ocalić je od zniszczenia i zapomnienia.

Postacie w powieści są nieco przerysowane i płaskie, pomijając głównego bohatera, ale jest to zapewne celowy zabieg, służący uwypukleniu poruszanej problematyki. „451 stopni Fahrenheita” nie przypadnie raczej do gustu miłośnikom szybkiej akcji, ale też nie o akcję tu idzie, a o naświetlenie problemów i niebezpieczeństw czyhających na krętej ścieżce rozwoju cywilizacyjnego i społecznego.

Jaki więc obraz społeczeństwa wyłania się z powieści Bradbury’ego? Jest to typowy przykład dystopii lub też antyutopii, w której wolność i niezależność jednostki jest ograniczana i podporządkowana dyktatorskiemu systemowi władzy. Jednocześnie ogół jest tak sterowany, że ludziom wydaje się, iż żyją w krainie szczęśliwości. Podwaliny do wtłaczania ludziom gotowych i jedynie słusznych odpowiedzi na wszelkie pytania są czynione już w szkołach. Wiedza specjalistyczna ogółowi nie jest potrzebna – od tego są odpowiedni ludzie (specjaliści). Na banicję i wymarcie skazane zostały wszelkie nauki humanistyczne, wliczając w to historię, którą system zmienia i przeinacza według własnego uznania. Literatura piękna wraz z poezją zostały z biegiem czasu zredukowane – poprzez kilkustronicowe streszczenia, aż do kilkuzdaniowych opisów. Coś Wam to przypomina? Literatura zmuszała do myślenia, a systemowi nie był potrzebny obywatel kontemplujący, dywagujący czy interpretujący na swój sposób. Systemowi potrzebny był obywatel działający w swoim zakresie obowiązków, posłuszny i współpracujący. Konsumpcyjny styl życia był jak najbardziej na rękę władzy. Ostatecznym, nieuchronnym krokiem stała się zatem eksterminacja literatury.

Ponad pół wieku temu powieść Raya Bradbury’ego szokowała i wzbudzała emocje jako przestroga przed totalitaryzmem. Wszak w latach 50-tych XX w. żywa była jeszcze pamięć o hitlerowskich Niemczech czy cesarskiej Japonii, był to również początek schyłku stalinowskiego terroru (Stalin zmarł właśnie w 1953 r.). Nadeszły wreszcie czasy zimnej wojny i strachu przed atomową zagładą świata – co ma odzwierciedlenie także w „451 stopni Fahrenheita”, choć motyw wojny jądrowej jest dość zdawkowy i zawoalowany. Dziś powieść Bradbury’ego zyskuje drugie dno. Jest nim obawa przed losem naszej cywilizacji. Do czego doprowadzi nas dążenie do konsumpcjonizmu, hedonistycznego stylu życia, brak kultury wyższej czy unifikacja społeczeństwa? Czy nasz świat tak bardzo różni się od tego przedstawionego w powieści Bradbury’ego?

Ray Bradbury, 451 stopni Fahrenheita, tłum. Iwona Michałowska-Gabrych, wyd. Solaris, Stawiguda 2012.

Jacek „bio_hazard” Bryk

* Zdjęcia pochodzą z ekranizacji „451 stopni Fahrenheita” w reżyserii Françoisa Truffauta (1966).

** Tekst ukazał się pierwotnie w serwisie kultury postapokaliptycznej Outpost (red. RN).

Rafał Niemczyk, O egzegezach i wizjach Philipa K. Dicka. Esej. Magazyn Wakat, nr 4 (23) 2013.


O egzegezach i wizjach Philipa K. Dicka, czyli dlaczego
Ryszard Wagner nie został wpuszczony do Raju

Gospodyni wydaje przyjęcie i ma śliczny pięciofuntowy stek leżący na stole w kuchni i czekający na usmażenie, podczas gdy ona gawędzi z gośćmi w salonie… wypija kilka drinków i tak dalej. Później przeprasza gości na chwilę i idzie do kuchni, żeby usmażyć mięso… ale steku nie ma. A w rogu siedzi domowy kot, sennie się oblizując.

– Kot zjadł stek – stwierdził Barney.

Naprawdę? Gospodyni woła gości; spierają się o to. Mięsa nie ma, całych pięciu funtów, a w kuchni siedzi kot wyglądający na zadowolonego i najedzonego. „Zważcie kota” – mówi ktoś. Już trochę wypili i wydaje im się, że to dobry pomysł. Tak więc idą do łazienki i stawiają kota na wadze. Waży dokładnie pięć funtów. Wszyscy to widzą i jeden z gości mówi: „Teraz mamy jasność. Stek jest tu”. Są pewni, że wiedzą, co się stało: mają dowód empiryczny. Później w jednym z nich budzą się wątpliwości i pyta ze zdumieniem: „No dobrze, ale gdzie się podział kot?”

(Philip K. Dick, Trzy stygmaty Palmera Eldritcha)

O Philipie K. Dicku krążyły swego czasu (tak po prawdzie, ciągle krążą) różne zwariowane historie. Większość z nich czytelnikowi niezaznajomionemu z jego biografią wyda się z początku mniejszą lub większą konfabulacją, jednakże bliższe spotkanie (trzeciego stopnia) z twórczością pisarza nie pozostawi żadnych wątpliwości, że Dick był freakiem, zaś jego odpały brały się nie z autokreacji, a z przebłysków geniuszu jarzących się w udręczonej narkotykami i naznaczonej cierpieniem poszukiwacza głowie. „Nieodrodne dziecko narkotyczno-hippisowskiej Kalifornii” – pisał o nim przed laty na łamach „Nowej Fantastyki” Jerzy Stachowicz[1]. Lech Jęczmyk z kolei zwykł był nazywać Dicka „Dostojewskim science fiction”[2].

Demaskując Lema

Bodaj najsłynniejszą, zabawną skądinąd, awanturą związaną z urodzonym w 1928 roku w Chicago pisarzem, zawierającą na dodatek polski wątek, okazała się ta z listem do FBI, w którym Philip K. Dick domagał się zdemaskowania komunistycznego tworu, ukrywającego się pod kryptonimem „Stanisław Lem”. Przesłankami tej dekonspiracji miały być nader szeroka tematyka oraz niezliczona ilość pisarskich stylów i konwencji dzieł Lema. Zbyt duża, jak dowodził Dick, by mógł kryć się za nią jeden człowiek, na dodatek Polak z Krakowa. Ów list do Federalnego Biura Śledczego rozwijał wątek komunistycznej propagandy, którą Dick bezlitośnie „zdemaskował” w swojej korespondencji następująco:

Rzecz nie w tym, że osoby te są marksistami [chodzi o Petera Fittinga, Fredrica Jamesona i Franza Rottensteinera – przyp. R.N.], ale w tym, że wszyscy oni bez wyjątku są posłusznymi wykonawcami rozkazów Stanisława Lema z Krakowa w Polsce, stuprocentowego funkcjonariusza partyjnego (wiem to na podstawie jego publikowanych materiałów oraz osobistych listów do mnie i do innych osób). Ta komórka partii zza żelaznej kurtyny – Lem jest najprawdopodobniej wieloosobowym komitetem, a nie pojedynczym osobnikiem, gdyż pisze wieloma stylami i raz zna niektóre obce języki, a raz nie – dąży do zdobycia monopolistycznej pozycji pozwalającej kontrolować opinię poprzez krytykę i artykuły pedagogiczne, stanowiąc zagrożenie dla całej naszej dziedziny science fiction z jej swobodną wymianą poglądów i myśli.[3]

Pisarz (częściowo) odrzucony

Historia ta, jak najbardziej prawdziwa i – jakby nie patrzeć – formułująca pod adresem mistrza polskiej fantastyki wyrafinowane komplementy, stanowi doskonały przyczynek do rozważań na temat utworów samego Dicka. Na jego dorobek – z początku odbierany raczej w kategoriach niezrozumiałej SF, dziś często zaliczany do nurtu postmodernistycznego – składa się niesamowite połączenie klasycznej prozy z fantastyką, rozważań teologicznych w psychodelicznym klimacie z niepowtarzalnym oniryzmem, futurologii z gnozą. Kalifornijczyk często wpisywał w takie tło losy bohaterów borykających się z własnymi lękami, problemami, ludzką niedoskonałością, niepewnością w stosunku do dogmatów, a co za tym szło – poszukujących Nieodkrytego.

Mainstream lat 60. odrzucał prozę Dicka, ponieważ szyld „science fiction”, pod którym funkcjonowała jego wyobraźnia, był wówczas niepopularny zarówno wśród przeciętnych czytelników, jak i (nieprzeciętnych) krytyków. Pomimo licznych znajomości pisarza ze znaczącymi przedstawicielami gatunku (np. z Robertem Heinleinem, autorem Obcego w obcym kraju) literatury tej raczej nie promowano; uznawano ją za zbyt ambitną, niejasną, trudną i mało komunikatywną. Z drugiej strony posiadała ona grono wiernych fanów; Dick był wszak wydawany (może nie w największych wydawnictwach, ale jednak), a powieść Człowiek z Wysokiego Zamku, gdzie przedstawił alternatywną wizję świata – w której III Rzesza Niemiecka z pomocą Włoch wygrała II wojnę światową w Europie i Afryce, a za oceanem Japończycy podbili USA – otrzymała w 1963 roku prestiżową Nagrodę Hugo (rok wcześniej tę samą nagrodę za Obcego w obcym kraju dostał Heinlein). Jednakże książka Dicka, choć wielu zmroziła zamysłem fabularnym, odznaczała się konwencją literacką pozwalającą wpisać ją bez ociągania na mainstreamowe, beletrystyczne listy. Tymczasem z innymi dziełami, w tym z omówioną poniżej trylogią VALIS, bywało różnie…

Wizje w ciemnym zwierciadle, lecz także gdzieś poza nim

Życie prywatne amerykańskiego pisarza przypominało kalejdoskop rzucający na jego postać efektowne, choć zarazem destrukcyjne, refleksy i cienie. Jako człowiek na poły uzależniony, na poły szalony, wiódł życie mimowolnego skandalisty. Nadużywał alkoholu i narkotyków, lecz właśnie w odmiennym stanie świadomości powstało bardzo wiele jego książek. W dodatku nieustanne zażywanie środków psychoaktywnych przypada na czasy największej płodności pisarza. To wtedy, w przeciągu niecałych trzech lat (ok. 1962–1964), napisał jedenaście powieści i ponad sześćdziesiąt opowiadań.

Okres uzależnienia stał się dla Dicka inspiracją do napisania powieści A Scanner Darkly (Przez ciemne zwierciadło, 1977), w której autor przedstawia wizję świata zdegradowanego przez narkotyki, ale też zdegenerowanego poprzez organizacje za wszelką cenę próbujące zapobiegać zjawisku narkomanii. Rok wcześniej wydane zostaje, tworzone wespół z Rogerem Zelaznym przez około dwanaście lat, Deus Irae – dzieło, w którym urodzony bez rąk artysta Tibor McMasters wyrusza wraz ze swoją krową w postapokaliptyczną wędrówkę w poszukiwaniu ludzkiej postaci Boga Gniewu, sprawcy ziemskich nieszczęść, Carletona Lufteufela, aby namalować jego prawdziwe oblicze na fresku. Dzieło symptomatyczne, ponieważ rozmaite wizje i „poszukiwanie prawdziwego oblicza Boga” będą już prześladowały Dicka do końca życia.

Zaczęło się jednak dużo wcześniej. (Rozpoczęcie projektu pt. Deus Irae datuje się gdzieś na rok 1964. W trakcie realizacji Dick doszedł do wniosku, że sam nie da rady, głównie ze względu na braki w wiedzy na temat chrześcijaństwa; stąd pomysł na zaproszenie do współpracy Zelaznego, który znany był z zamiłowania do religii i mitologii) Wspominałem już, że okres największych problemów Dicka z narkotykami przypada na lata 60., dlatego zrzucanie wszelkich nadnaturalnych widzeń na karb przedawkowania wydawało się wówczas dość słuszne. Jerzy Sosnowski w przedmowie do nowego wydania Trzech stygmatów Palmera Eldritcha przytacza wizję, jaka nawiedziła Philipa Dicka w roku 1963 podczas spaceru po polnej drodze w okolicy wynajętej chatki, która służyła pisarzowi wówczas jako dom i pracownia. Wizja przybrała postać twarzy, unoszącej się gdzieś wysoko pod nieboskłonem. Dick wspominał ją później tak: „Była olbrzymia, zapełniała ćwierć nieba. Miała puste szczeliny oczu, była metalowa i okrutna i, co najgorsze, był to Bóg. Pojechałem do mojego kościoła i rozmawiałem z księdzem. Doszedł do wniosku, że miałem widzenie Szatana”[4].

Coś, co przybywa z pustymi, otwartymi rękami, nie może być Bogiem

Szaleństwo? Może i tak, ale z niego wywodzi się jeden z głównych tematów twórczości Dicka, a zarazem jedna z jego najważniejszych (obok Ubika, Człowieka z Wysokiego Zamku, Czy androidy śnią o elektrycznych owcach?, powieści znanej później jako Blade Runner, oraz trylogii VALIS) książek – Trzy stygmaty Palmera Eldritcha. Nawiasem mówiąc, z powyższym zestawieniem wielu czytelników będzie polemizować i dodawać do niego różne inne pozycje, w zależności od fascynacji i upodobań, ale nie to nas w tej chwili najbardziej interesuje.

W ambiwalencji Bóg–Szatan, rozumianej zarówno dosłownie, jak i symbolicznie, słusznie upatruje Sosnowski kręgosłupa Trzech stygmatów… Nie mniej ważnym aspektem jednak, stanowiącym stygmat całej twórczości Dicka, pozostaje opozycja realne – nierealne, a w zasadzie: rzeczywistość – urojenie, gdyż, jak niejednokrotnie będzie nas przekonywał Kalifornijczyk, „realne” nie zawsze oznacza „rzeczywiste”. Trzy stygmaty… są pod tym kątem najistotniejszą książką obok Ubika, w przypadku którego do dezorientacji percepcyjnej przykładali rękę ludzie (żyjący, ponieważ Ubik równolegle rozwijał teorię czasu połowicznego rozpadu) oraz zjawiska/moce paranormalne.

W Trzech stygmatach Palmera Eldritcha tytułowej postać przypisywać należy przymioty mesjańskie, zaś urzeczywistnienie nadchodzącego Zbawienia stanowią narkotyki. Eldritch wprowadza na rynek nowy narkotyk – Chew-Z, w który zaopatruje się podczas tajemniczej podróży międzygwiezdnej. Chew-Z, wywołujący stan perfekcyjnego odrealnienia i przeniesienia do rzeczywistości równoległej, staje się przebojem, wypierając powoli dotychczasowego lidera – Can-D. To ostatnie, w połączeniu z zestawem Perky Pat, pozwalało na iluzję, w esencji której pięknie wyrzeźbione ciała (Pat i Walt – odpowiedniki lalek Barbie i Kena!) hasały beztrosko po słonecznej plaży, flirtując, popijając drinki, wymieniając się kochankami. Dla osób przymusowo „oddelegowanych” na marsjańską pustynię (a lokalizowanie na Marsie getta dla kolonizatorów, wysłanych tam z przeludnionej Ziemi z własnej lub narzuconej woli, charakterystyczne dla ówczesnej fantastyki naukowej, przetrwało szczątkowo w prozie SF do dziś) Can-D było idealnym rozwiązaniem, a z Leo Bolero (jego imię może nawiązywać do Lwa z Apokalipsy) czyniło „biznesmena”, a ściślej: narkotykowego potentata. Pojawienie się Eldritcha krzyżuje mu plany; Leo posyła więc do akcji swojego najpewniejszego zawodnika: konsultanta-prognostyka i jasnowidza w jednym – Barneya Mayersona. Ten ostatni występuje w powieści, jak to często w przypadku protagonistów Dicka bywa, w roli człowieka naszpikowanego własnymi słabościami i naznaczonego niepewną przeszłością, która kładzie się cieniem na jego biografii.

Kluczowe pytanie, jakie trzeba tutaj zadać, posiada naturę ontologiczną: czy Zbawiciel pod postacią Palmera Eldritcha jest Mesjaszem, czy Antychrystem? Istotą, którą można określić za pomocą dyskursu „ludzkiego”, czy też tworem Innego, Niepoznanego, którego istnienie nie oznacza ani Dobra, ani Zła w żadnej ze znanych nam konwencji? Jeśli przyjąć do wiadomości teorię Tomasza z Akwinu, głoszącą, że „zło jest brakiem dobra”, rezygnując jednocześnie z uznawania Eldritcha za Mesjasza lub Antychrysta, to jego postać zacznie dryfować w okolice względnego niebytu, zaś Chew-Z, narkotyk, który oferuje ludziom namiastkę niebytu absolutnego – okaże się nie posiadać żadnych cech i nie mieć logicznego sensu. Pod koniec książki Anne zwraca się do jasnowidza Barneya słowami: „To, co spotkało Palmera Eldritcha i wniknęło weń, i z czym się zetknęliśmy, przewyższa nas i nie możemy osądzić ani zrozumieć, czego chce i do czego zmierza: pozostaje dla nas tajemnicze i niezrozumiałe. Jednakże wiem, że się mylisz, Barney. Coś, co przybywa z pustymi, otwartymi rękami, nie może być Bogiem”[5].

Chińska pułapka na palec

Fascynacja pisarza gnozą i teologią znajduje jeszcze głębsze ujście tuż po pierwszym wydaniu Deus Irae, kiedy Philip K. Dick kończy pisać VALIS[6] (1978), powieść, która wraz z Bożą inwazją i Transmigracją Timothy’ego Archera tworzy tzw. trylogię VALIS (Trylogię Valisa). Są to ostatnie dzieła napisane przez zmarłego przedwcześnie pisarza. W chwili śmierci w 1982 roku Dick miał pięćdziesiąt cztery lata, trzydzieści sześć powieści oraz ponad pięćdziesiąt opowiadań i nowel na koncie, a wiele z nich zostało później zekranizowanych (autor nie doczekał, niestety, nawet kinowej premiery świetnego Blade Runnera w reżyserii Ridleya Scotta, który został wyświetlony kilka tygodni po śmierci pisarza).

Kluczowy dla powstania VALIS był rok 1974 – dla Philipa K. Dicka okres tajemniczych wizji, mistycznych snów i paranoicznych urojeń. Oślepiło go wtedy rzekomo różowe światło wysłane przez Boga (lub jakąś inną skondensowaną twórczą energię), które poza zmianami w świadomości spowodowało powiększenie zdolności poznawczych i poszerzenie zakresu wiedzy. Jakże zdziwić się musiał któregoś dnia, kiedy okazało się, że zamiast charakterystycznych, zatłoczonych amerykańskich ulic widzi… starożytny Rzym nakładający się na obraz Kalifornii lat 70. W tym samym czasie w głowie pisarza rodzą się myśli w języku koine (określenie powszechnej formy języka greckiego, która zastąpiła klasyczny język starogrecki, używana do czasów późnoantycznych – ok. 300 p.n.e. – 300 n.e.). Ponadto, ów promień przekazał mu informację o niewykrytej chorobie jego małego synka, Christophera, która okazała się prawdziwa. „Twój syn ma nie rozpoznaną prawą przepuklinę pachwinową, która perforowała powłokę brzuszną i przedostała się do moszny” – dotarło do Dicka, kiedy słuchał muzyki.

Po prawdzie, osobą rejestrującą ów przekaz nie był już on sam, tylko Koniolub Grubas – alter ego pisarza i główny bohater VALIS. Dick wyjaśnia na kartach powieści pochodzenie tego prostego, choć pozornie dziwacznego pseudonimu: Philip to po grecku philippos („ten, który lubi konie”); Dick to z niemieckiego „gruby”. Koniolub Grubas cierpi na depresję; prześladuje go też mania samobójcza powodowana innym samobójstwem – przyjaciółki Philipa Dicka/Konioluba Grubasa, o której śmierć obwinia się ten ostatni.

VALIS opiera się na fascynacji Dicka gnozą, która zawładnęła nim w ostatnich latach życia. Zainspirowany gnostycznymi teoriami, starając się wyjść poza ramy uznawanych dogmatycznie religijnych porządków, stworzył własną egzegezę zatytułowaną Tractates Criptica Scriptura. Zawarł w niej mieszankę spostrzeżeń i wniosków wyciągniętych z wnikliwych studiów gnozy, różnych odmian chrześcijaństwa, judaizmu, islamu, taoizmu, a także wielu prastarych wierzeń (ze staroegipskimi włącznie), połączonych z rozważaniami na temat kondycji psychicznej człowieka, psychologii analitycznej Junga i dążeniami do absolutnego poznania teologicznego (Koniolub Grubas wyrusza na poszukiwanie kolejnego spośród Szeregu Zbawicieli, do których zaliczają się: Budda, Zaratusztra, Jezus, Abu al-Kasim Muhammad Ibn Haszim, czasami też Mani i Asklepios). Spotykają się tutaj ze sobą „logos będący żywą informacją” (jedną z jego form stanowi poniekąd tytułowy VALIS), entelechia Arystotelesa (w jej świetle każdy byt posiada ucelowioną duszę, która nadaje rzeczy jedność), profetyzm, hipostaza Plotyna (jako byt wyemanowany z Absolutu; przykładem z chrześcijaństwa może być rozbicie Trójcy Świętej na trzy poszczególne osoby), różne formuły kosmogonii (teorie pochodzenia wszechświata), z kolei sam Wszechświat występuje jako hologram (vide: Apoloniusz z Tiany czy współczesny nam Jean Baudrillard). „Istotą wszechświata jest informacja” – dowodzi Dick/Koniolub.

Nie bez przyczyny mówi się, że to najbardziej autobiograficzna powieść w dorobku Dicka. Próbę sięgnięcia w głąb własnych psychicznych rozterek twórcy w transcendentny sposób oddaje prowadzona na kartach VALIS polemika pomiędzy samym Dickiem, Koniolubem Grubasem oraz dwójką jego najlepszych przyjaciół. Pisarza osacza większość lęków, o których pobieżnie wiadomo z jego podstawowych danych biograficznych. „Zgodnie z moją diagnozą ma pan blok w tych trzech sferach: lęk, bezradność i niezdolność do działania” – mówi doktor podczas jednej z psychoterapii do Konioluba Grubasa. Niejako na przekór tej diagnozie stwierdzamy dziś ponadprzeciętną płodność pisarską Dicka i wręcz nieziemskość, nomen omen, jego wyobraźni. Lech Jęczmyk, przytaczając przykład konstrukcji fabularnej VALIS, pyta, czy w taki sposób może pisać szaleniec: „Tak, nadmiar szaleństwa zrywa kontakt między szalonym artystą a normalnym odbiorcą. Zawsze jest ryzyko, że szaleństwo wymknie się spod kontroli i otrzymamy bełkot. W powieściach Valis i Boża inwazja Dick niebezpiecznie, brawurowo zbliża się do powierzchni lustra, ale nie przechodzi na drugą stronę. Przesyła nam zrozumiałe komunikaty z niezrozumiałego świata. Biegnie po ostrzu. Nie ma większej sztuki w sztuce”[7].

Koniolub Grubas zastanawia się, dlaczego Zebra (czyli Bóg, który się kamufluje i ukazuje tylko w rzadkich objawieniach) nie pomógł jego tragicznie zmarłej przyjaciółce. Choroba, ból, niezasłużone cierpienie – skąd się biorą? Od Boga czy „z innego źródła”? Do polemiki na temat braku boskiego zaangażowania w ludzkie problemy włącza się przyjaciel Dicka/Konioluba – Kevin. Posiada on w zanadrzu doskonale skrojony rodzaj testu, który ma zamiar przeprowadzić na Bogu w Dniu Sądu Ostatecznego. Wyobraża sobie, że stanie przed obliczem Najwyższego, dzierżąc w ręku za ogon niczym patelnię swojego martwego, przejechanego przez samochód kota, i zapyta: „What the fuck?”.

Bo VALIS to nie tylko rozprawa filozoficzno-psychologiczna, ale też intrygująca przygoda – zabawna, wciągająca, z charakterystycznymi dla Dicka momentami ciętego, ironicznego humoru. Polecam z uwagą prześledzić motyw rozbierania przez bohaterów książki na części pierwsze filmowej wersji VALIS, z którą to zapoznają się podczas seansu kinowego, a także późniejsze przemówienie dwuletniej Sophii – objawienie, które będzie przekonywać, że „żywym bogiem jest sam człowiek”.

VALIS to także mnogość intertekstualnych, filozoficznych i teologiczno-metafizycznych nawiązań, które spuentować mogą do spółki Philip Dick i Koniolub Grubas historią Ryszarda Wagnera pukającego do bram Raju:

Ryszard Wagner stoi przed bramą do Raju. „Wpuście mnie, powiada. Jestem autorem Parsifala. Jest tam o świętym Graalu, Chrystusie, cierpieniu, litości i uzdrowieniu”. A oni na to: „Wiemy, czytaliśmy i to się nie trzyma kupy”. I TRZASK mu bramę przed nosem. Wagner ma rację i oni mają rację. To kolejna chińska pułapka na palec.[8]

Odlot absolutny

Egzegeza, którą autor podzielił się z czytelnikami za pomocą VALIS, zrodzona z jego obsesji i fascynacji, powraca dwa lata później w Bożej inwazji w sfabularyzowanej formie. Jacek Dukaj napisał w 1997 roku na łamach „SFinksa”, że to od niej powinno się rozpoczynać międzygwiezdną, pogiętą w czasie i przestrzeni wewnątrzumysłową gnostycko-teologiczno-filozoficzną podróż po pełnym narkotykowo-lekowych mikrourazów systema nervosum genialnego kalifornijskiego pisarza. Dukaj dodaje, że dzieło to stanowi najpełniejsze wprowadzenie do wewnętrznego świata autora i że sequelem mógł tę powieść nazwać tylko sam Dick, ponieważ mamy tu do czynienia jedynie z ciągłością obsesji[9]. Dostęp do Dickowskiego świata przypada jednak tylko nielicznym, albowiem nie wystarczy fachowa wiedza, kosmiczna wyobraźnia czy znajomość twórczości i zaburzeń pisarza. Wydaje się, że aby postawić stopę na CY30-CY30 B, gdzie rozpoczyna się akcja Bożej inwazji, trzeba samemu nosić w duszy (jeżeli ta istnieje) pierwiastek szaleństwa.

Herba Ashera, głównego protagonistę, poznajemy w momencie, kiedy leży na koi w swojej kopule we wzmiankowanym CY30-CY30 B, otoczony przechadzającymi się wokół szczuropodobnymi autochtonami i powierzchnią okoloną klatratem metanu, słuchając kasety z nagraniami niejakiej Lindy Fox, która uwspółcześniła muzykę XVI-wiecznego renesansowego wirtuoza lutni – Johna Dowlanda. Asher wyemigrował z Układu Słonecznego do Układu Fomalhauta (większość ludzi emigruje pod presją rządu); w nowym miejscu wegetacji płacą mu za utrzymywanie mentalnego i kulturowego kontaktu z Ziemią, a także wymianę informacji międzyplanetarnej, co ma sprawić, że on i jego sąsiedzi nie zostaną psychicznie zdehumanizowani. Prościej rzecz ujmując: puszcza im w radiu piosenki, najczęściej uwielbianej Lindy Fox. Kiedy pod postacią gorejącego panelu sterowniczego Asherowi objawia się bóstwo Jah i nakazuje mu pomóc w powrocie na Ziemię chorej na stwardnienie rozsiane sąsiadki, Rybys Rommey, która nosi w swoim łonie niepokalanie poczęte wcielenie Boga, wiemy już, że któryś z kalifornijskich szpitali psychiatrycznych szykuje łóżko dla swojego nieodrodnego dziecka. Hola, mości panowie, nie tak szybko!

Na Ziemi rządzi i dzieli mocarny reżim, będący efektem przymierza zawartego pomiędzy Kościołem chrześcijańsko-islamskim z kardynałem Fultonem Statlerem Harmsem na czele a Światopoglądem Naukowym pod przywództwem prokuratora maksimusa Nicholasa Bulkowsky’ego. Mało kto zwraca uwagę na przemycone przez Dicka zjawiska natury społecznej, aktualne również współcześnie, m.in. sztucznie wytwarzaną popkulturową papkę dla mas, seriale, które „dotrzymują ludziom towarzystwa” i współtworzą harmonogram ich życia, problemy kościoła katolickiego i innych instytucji religijnych czy kajdany biurokracji zaciśnięte na przegubach społeczeństwa.

Warstwa fabularna, jak to często bywa u Dicka, pozostaje tutaj jedynie płaszczem, pod którym kryją się garnitury i koszule: rozważania filozoficzno-teologiczne autora dotyczące walki Boga z Szatanem, Dobra ze Złem, Stworzenia z Chaosem, a także znamienne dla jego twórczości, jak choćby w fenomenalnym Ubiku, poszukiwanie granicy rzeczywistości i ułudy. Na pytanie Ziny „Czy piękny sen nie jest lepszy od okrutnej rzeczywistości?”, Bóg-Emmanuel odpowie po chwili zastanowienia, pozostając jednak w rozterce: „Nie można budować świata na życzeniach […]. Bo konieczność jest fundamentem rzeczywistości”[10].

Dick zadaje odwieczne pytanie, na które ludzie od lat bezskutecznie poszukują odpowiedzi: skoro to człowiek odpowiada za zło tego świata, czy można zwalić całą odpowiedzialność na Boga lub fałszywego Demiurga? „W tej Boskiej Maszynerii jest jakieś szczególne okrucieństwo. Żadnego romantyzmu” – rzeknie Rybys. „To dlatego, że chodzi o tak ważne sprawy” – odpowie Elias. Boża inwazja zawiera kilka wyjątkowych smaczków, wśród których polecam szczególnie Biblię pod postacią „żywej” struktury warstw hologramu, różne sposoby odczytywania Tory czy dialog pomiędzy zatrzymanym przez patrol Herbem Asherem, policjantem i centralą policyjną (Dukaj określa go mianem „odlotu absolutnego” i trudno temu zaprzeczyć).

Ostatnie rendez-vous, czyli jak Dick załatwił Śmierć

W 1981 roku ktoś miał przekazać Philipsowi K. Dickowi niezaszyfrowaną informację, niepochodzącą ani od agentów sowieckich, ani od Davida Bowie (w jego piosenkach pisarz doszukiwał się tajnego kodu z przesłaniem dotyczącym natury rzeczywistości), o tym, że Ursula K. Le Guin – w przeciwieństwie do Dicka rodowita Kalifornijka, która wydała się za Francuza – przedstawiła podczas jednego ze swoich wykładów krytyczne uwagi na temat VALIS. Opowiedział o tym Laurence Sutin w książce Boże inwazje. Życie Philipa K. Dicka – bardzo dobrze przyjętej przez krytykę i czytelników biografii. Dicka zabolały słowa pisarki (notabene, bardzo ceniącej całokształt jego twórczości) nawiązujące do kobiecych bohaterek jego powieści, które miały być w każdym calu „odrażającym i zdradzieckim wyobrażeniem śmierci”.

Dick początkowo polemizował z Le Guin, miotał się, wysyłał listy, oświadczenia, czyli przeprowadzał standardowe akcje w swoim stylu, po czym koniec końców pogodził się z opinią pisarki. Ale przyznawszy jej rację, napisał Transmigrację Timothy’ego Archera, książkę, w której narratorką jest przytłoczona ontologicznymi problemami i wszechobecną śmiercią Angel Archer, kobieta ciepła, inteligentna, nijak nieprzystająca do wizerunku literackich bohaterek Dicka, napiętnowanego przez Ursulę Le Guin. Nie mogło jednak być inaczej, skoro pierwowzór głównej bohaterki stanowiła córka pisarza – Laura Archer Dick. Znawcy doskonale wiedzą, że Dick niezwykle rzadko stosował w swoich dziełach narrację pierwszoosobową. Zazwyczaj skłaniał się ku pisaniu w trzeciej osobie, korzystając raczej z narracji prowadzonej równolegle z kilku punktów widzenia akcji. Szczegół ten może dodatkowo podkreślać wyjątkowość tej publikacji dla samego twórcy.

Fatalnym zrządzeniem losu książka przepełniona rozważaniami o śmierci, życiu pozagrobowym, reinkarnacji etc. okazała się ostatnią powieścią Dicka. Owszem, do tej pory miewał ciężkie stany, różne odpały, wieloletnie przejścia z bogatym arsenałem używek, ale wedle słów lekarzy ani ciężko nie chorował, ani nie istniało bezpośrednie zagrożenie dla jego życia. A jednak w roku 1982, kiedy to wydano Transmigrację Timothy’ego Archera, trzecią część trylogii VALIS, przeżywszy lat pięćdziesiąt cztery, Philip K. Dick zmarł.

„W oczach niemieckich romantyków to był największy ze wszystkich grzechów: zmówić się z losem, z losem pojmowanym jako zguba – mówił Dick słowami Timothy’ego Archera (w rzeczywistości zaprzyjaźnionego z Dickiem episkopalnego biskupa Kalifornii Jamesa Pike’a; Tim Archer to postać oparta na jego biografii). – Cały duch Goethego i Schillera, i… innych, cała ich orientacja opierała się na tym, że wola człowieka może pokonać los”[11].

Transmigracja… jest jednym wielkim wyścigiem z losem, ze śmiercią, braniem się z tą szpetną parą za bary, rzucaniem im rękawicy, poszukiwaniem sposobów okpienia ich. Umierają kolejne osoby, umiera symbol epoki ­– John Lennon, a biskup Timothy Archer nie może pogodzić się z istotą śmierci, gotów poświęcić swoją wiarę, dogmaty i drogę, która zaprowadziła go na sam szczyt kościelnej hierarchii. Rzuca wyzwanie, za które przyjdzie mu zapłacić najwyższą cenę. Dowiadujemy się jednak, że śmierć nie ma władzy nad schedą po wartościowym człowieku. Albowiem wpływ, jaki ten ostatni wywiera na swoich przyjaciół i otoczenie, a także piętno myśli, które pozostawia zapisane bądź zakonserwowane w myślach innych, sprawiają, że zyskuje nieśmiertelność. W taki sposób Philip K. Dick załatwił śmierć. To także jedno z przesłań Transmigracji…, pozwalające pisarzowi zaśmiewać się dziś do rozpuku razem z Timothym Archerem/biskupem Pikiem, ożywionym na kartach powieści, który zmarł wycieńczony, spadając w przepaść nad Jam haMelach nad Morzem Martwym, gdzie szukał anokhi, jakiegoś cholernego grzyba, którym rzekomo miał się odurzać Jezus Chrystus wraz ze swoimi uczniami.

Transmigracja Timothy’ego Archera to powieść o poszukiwaniu sensu życia, odtrąceniu, niezrozumieniu i porzuceniu, które wespół doprowadzają do tragedii. Mocną stroną książki jest wewnętrzna walka Tima, kiedy w obliczu traumatycznych zdarzeń jego wiara gaśnie, a biskup rozpaczliwie stawia wszystko na jedną kartę, aby tę wiarę obronić. Nieudolna próba przekonania samego siebie zamienia się w oratorski popis duchownego przed upośledzonym umysłowo Billem, a później w błyskotliwą polemikę pomiędzy nimi.

Dick znany jest z tworzenia dzieł wielopłaszczyznowych, a Transmigracja… nie pozostaje tutaj wyjątkiem. Ostatnią jego powieść należy odczytywać w kategoriach rozliczenia z Ameryką lat 60. i 70. i odbierać jako głos młodego pokolenia tamtych czasów, co spiętrza listę powodów, dla których obsadzenie Angel Archer, studentki Berkeley, w roli narratorki było tak istotne. Autor brutalnie zderza sielankowe życie amerykańskiej klasy wyższej lub średniej owych czasów ze zdegenerowanym parterem, kryjącym się poniżej głównego poziomu wzroku społeczeństwa. W powieści Dicka „dzieci kwiaty” mówią pełnoprawnym głosem.

 

Rzeczywiście jest coś wstydliwego w tym, że młody mężczyzna czy kobieta, a może nastolatek, chce umrzeć i osiąga cel, ginąc, zanim w pewnym sensie zaczął żyć, zanim się narodził. Mężowie biją żony, policjanci zabijają czarnych i Latynosów, starzy ludzie grzebią w śmietnikach albo żywią się jedzeniem dla psów – wstyd rządzi i rozdaje karty. Samobójstwo jest tylko jednym wstydliwym wydarzeniem spośród szerokiego ich wachlarza[12].

 W ostatniej książce Dicka otrzymujemy, jak na ironię, bardzo niewiele fantastyki. Można powiedzieć z czystym sumieniem, że wcale, ponieważ sprawy metafizyczne, wiara w duchy czy ich wywoływanie więcej mają wspólnego z religią, sposobem postrzegania świata tudzież filozofią. Jest w Transmigracji… Dickowska przenikliwość, balansująca na granicy geniuszu i szaleństwa, a jednocześnie ten radosny pierwiastek w odkrywaniu Nieznanego. I może właśnie ta zwariowana odwaga geniusza-szaleńca sprawia, że książki Philipa K. Dicka do dziś stanowią wykopaliska pełne tajemniczych teorii i egzegez. Wiele z nich prowadzi zapewne na manowce, ale istnieją też takie, które nadają Nieznanemu pewne kształty.

Rafał Niemczyk


[1] Jerzy Stachowicz, „Nowa Fantastyka”, nr 12 (279), grudzień 2005, s. 4.

[2] Wywiad z Lechem Jęczmykiem Dick, religijny fantasta: http://esensja.stopklatka.pl/varia/fantastyka/tekst.html?id=1044 [dostęp: 3.11.2013].

[3] Pełny tekst donosu Philipa K. Dicka można przeczytać tutaj: http://hatak.pl/artykuly/16208 [dostęp: 3.11.2013].

[4] Philip K. Dick, Trzy stygmaty Palmera Eldritcha, przeł. Zbigniew A. Królicki, z przedmową Jerzego Sosnowskiego, Dom Wydawniczy REBIS, Poznań 2012, s. 9.

[5] Dz. cyt., s. 278.

[6] VALIS to skrót od Vast Active Living Intelligence System, czyli Rozległy Czynny Żywy System Informatyczny. Nazwę VALIS należałoby zatem pisać wielkimi literami, ale w różnych źródłach spotyka się różną pisownię (raz dużymi, innym razem małymi literami).

[7] Philip K. Dick, VALIS, przeł. i opatrzył przedmową Lech Jęczmyk, Dom Wydawniczy REBIS, Poznań 2011, s. 12.

[8] Dz. cyt., s. 180.

[10] Philip K. Dick, Boża inwazja, przeł. Lech Jęczmyk, z przedmową Mai Lidii Kossakowskiej, Dom Wydawniczy REBIS, Poznań 2011, s. 217.

[11] Philip K. Dick, Transmigracja Timothy’ego Archera, przeł. i opatrzył posłowiem Lech Jęczmyk, z przedmową Dominiki Oramus, Dom Wydawniczy REBIS, Poznań 2012.

[12] Dz. cyt., s. 94-95.

%d blogerów lubi to: