Philip K. Dick, Doktor Bluthgeld. Recenzja.


Koniec świata w krzywym zwierciadle

W niemalże każdej recenzji „Doktora Bluthgelda” przeczytacie, że to jedna z najpogodniejszych książek w dorobku Philipa K. Dicka. Dowiecie się również, że jak na powieść postapokaliptyczną autor obchodzi się z nami (i ze swoimi bohaterami) dość łagodnie. To prawda. Nie oznacza to jednak, że „Doktor” jest książką mniej wartościową czy naiwną. Wręcz przeciwnie. Postapokalipsa według Dicka przedstawiona jest w sposób barwny, oryginalny i ciekawy. Mrożące krew w żyłach wydarzenia pisarz kształtuje przy pomocy specyficznego i odpowiedniego do absurdu sytuacji poczucia humoru, które z pełną mocą objawia się już na pierwszych stronach książki. I choć będziemy się przy lekturze zaśmiewać, to jak przystało na rasową opowieść o końcu świata – nie unikniemy również refleksji.

Kiedy Dick zasiadał do pisania „Doktora Bluthgelda”, był przekonany, że świat lada dzień się skończy. Jego przewidywania były w pełni uzasadnione. Wyobraźnią Kalifornijczyka kierował wówczas kryzys kubański oraz widmo III wojny światowej, która tym razem mogła być przecież atomowa. Autor postanowił więc skonstruować własną wizję rzeczywistości dotkniętej właśnie atomem. I owszem, jest to świat wynaturzony, ale o dziwo pełen wiary w człowieka i jego wrodzoną chęć do działania, budowania, życia w zgodzie z naturą i w miarę godnie.

Kryzys kubański – przemówienie Johna F. Kennedy’ego, 22.10.1962 (fot. http://www.britannica.com)

Książka Dicka jest bogata w osobliwych bohaterów. W pierwszej kolejności należy oczywiście wspomnieć o tytułowym Doktorze Bluthgeldzie, ojcu bomby atomowej, który dźwiga okrutnie niewygodny ciężar w postaci poczucia winy za losy całej ludzkości. Jest to typ skrajnie antypatyczny, ogarnięty potężną paranoją, niezdolny, by funkcjonować wśród społeczeństwa. A społeczeństwo wcale się do tego nie garnie, winą za Katastrofę obarczając jednego człowieka. „Widzi pan te krosty?” – zapyta Bluthgeld swojego psychiatrę – „Te wstrętne znamiona, które sprawiają, że wyglądam inaczej niż wszyscy?”. Na zdziwienie swojego rozmówcy, niezdolnego dostrzec niczego nadzwyczajnego na twarzy fizyka, odpowie: „A jednak je mam. Są oczywiście ukryte pod skórą, ale ludzie i tak je zauważają i gapią się na mnie”. Warto wspomnieć, że w zupełnie inny sposób skonstruował „swojego” twórcę bomby atomowej Kurt Vonnegut w wydanej dwa lata przed książką Dicka „Kociej kołysce”: Feliks Hoenikker to człowiek wyzbyty jakiegokolwiek poczucia odpowiedzialności, bezemocjonalnie podchodzący zarówno do efektów swojej pracy, jak i otaczającego go świata (co w rezultacie okazuje się jeszcze bardziej niepokojące).

Wybuch bomby atomowej w Nagasaki, 9.08.1945

Dick plastyczną, wyraźną kreską rysuje również inne osobliwości. Najbardziej cudaczną z nich jest fokomelik Hoppy Harrington, urodzony bez rąk i mózg kaleka, obdarzony za to genialnym umysłem. Paradoksalnie to właśnie dla niego, ułomnego fizycznie, ale wyjątkowo rozwiniętego intelektualnie, katastrofa oznacza wielką szansę. W świecie, w którym produkcja zostaje wstrzymana, a przedmioty, które do tej pory w naturalny sposób ułatwiały życie ludziom, ulegają zniszczeniu lub wyczerpaniu, na wagę złota stają się umiejętności „rzemieślnika”, technicznego wirtuoza. I tu Hoppy sprawdza się jak znalazł. Z pośmiewiska staje się gwiazdą. Jego upośledzenie, dorastanie pełne krzywd i upokorzeń, budzi w nim jednak szereg nieoczekiwanych cech, z szaleńczą żądzą władzy i zemsty na czele. Ten niepozorny, na pierwszy rzut oka nieszkodliwy człowieczek, przy „sprzyjających warunkach” staje się potężnym, budzącym wstręt zagrożeniem.

Na drugim biegunie historii mamy za to Walta Dangerfielda, astronautę, który tuż przed Katastrofą w ramach eksperymentu kolonialnego został wysłany na Marsa. Wybuch bomb sprawia, że bohater zostaje uwięziony w kosmosie, gdyż brak możliwości technicznych nie pozwala mu wrócić do domu. Wówczas jego misją stają się pełne ciepła i dobrej energii cykliczne audycje odbierane z wielkim entuzjazmem przez mieszkańców Ziemi. Kolejni bohaterowie to rozbudzona seksualnie Bonny, jej córeczka rozmawiająca z wyimaginowanym (czyżby?) bratem czy czarnoskóry sprzedawca telewizorów, Stuart McConchie, ulubiona postać Dicka, z którą zresztą pisarz sam się utożsamiał. Cała ta galeria postaci tworzy barwny i na swój sposób zabawny korowód charakterów, a ich zachowania, emocje, odczucia możemy traktować również symbolicznie – jako projekcje konkretnych ludzkich cech i postaw.

„Doktora Bluthgelda” czyta się gładko, bez większych przeszkód i główkowania w trakcie lektury. I choć autor postanowił ująć tę historię w ramy postapokaliptycznego świata, nie uświadczymy tu ani epickich opisów zagłady, ani dramatycznej walki o przetrwanie. Owszem, będą gruzy, mutacje czy szczury, czyli elementy dobrze znane entuzjastom tego typu fantastyki, całą wizję otrzymamy jednak w minimalistycznej, a na dodatek groteskowej formie. Powieść skrzy od ekscentrycznego poczucia humoru, zaskakujących puent i abstrakcyjnych rozwiązań. Dodatkowo przedstawia człowieka w całkiem niezłym świetle. Lekturę zakończymy więc bez goryczy, raczej z uśmiechem na twarzach. Mimo to w nasz dobry nastrój może wkraść się niepokój. Wszak Dick w posłowiu pisze: „Jestem dumny z bohaterów tej powieści. I tak jak powiedziałem, chciałbym być jednym z nich (…). Byłbym szczęśliwy, gdybym mógł tam z nimi być w ich mikrokosmosie – w powojennym świecie West Martin”. Czyżby sugerował, że świat po Katastrofie byłby lepszy, bardziej szczery i przyjazny, niż ten, w którym żyjemy?

Philip K. Dick, Doktor Bluthgeld, tłum. Tomasz Jabłoński, wyd. Rebis, Poznań 2012.

Dorota Jędrzejewska

* Przy okazji polecamy tekst Doroty na blogu cdp.pl pt. „To nie rurki z kremem, kochanie. To postapokalipsa!”. Jest tam o szperaczach, rupieciarzach i „uprzedmiotowianiu” postapokaliptycznego świata – w oparciu o prozę Philipa K. Dicka, Dona DeLillo, Doris Lessing, Paula Austera, Cormaca McCarthy’ego i kilku innych.

Shaun Tan, Regulamin na lato.


Jeśli nie znasz reguł, weź ze sobą przewodnika

Braliśmy wszystko to, co dało się zabrać, stając się na wieki dłużnikami. Przeskakiwaliśmy przez szosę, z jednej strony chodnika na drugą, gdzie nie czekało na nas nic prócz podziurawionych betonowych kwadratów, z których letnie ulewy spłukiwały wyrysowane kredą lub cegłą symbole. Były to sekretne znaki na ołtarzach, po których deptały podziurawione i zakurzone trampki. Obserwowaliśmy owady, ich życie w upale było zbyt pracowite i pełne pasji, aby się nami przejmować. Wąchaliśmy truskawki, bo nasze żołądki nie dały już rady ich pomieścić, a żując na wyścigi pestki z czereśni, graliśmy na nosie zgrzybiałemu właścicielowi sadu. I było lato, i dni były długie, nieskończone: zaczynały się gruchaniem gołębi, trwały w popołudniowym bezruchu dumne i gorące, by zakończyć się dopiero różowym blaskiem nieba, na tle którego odcinały się ptaki wieczora, kruki, wrony, i smukłe kominy elektrowni. I każdy taki dzień trwał tak długo, dopóki niebo nie zniknęło, a kiedy już zniknęło, znikaliśmy i my, wracaliśmy do domów i kładliśmy się spać w bezgranicznej ufności, że promienie słońca wędrują i zawracają, wędrują i zawracają, by za parę godzin znów obudzić gołębie na poddaszach, osuszyć trawę z porannej rosy, rozświetlić letni ołtarz i ocucić z letargu swych wyznawców. Wielu z nas chodziło spać ze smutkiem, niekochani, oszukani, ale budziliśmy się zawsze pełni wiary. Mieliśmy swoje zasady. Najważniejsze, że było ciepło.

(„Ciepło”)

Tego nauczyłem się ostatniego lata:

Lato rządzi się własnymi prawami. To wtedy wolno włóczyć się do samej nocy, a do domu wracać z poharatanymi łokciami i siniakami w zaskakujących miejscach. Mimo że na lato składa się kilka najbardziej beztroskich tygodni w roku, jest ono jednocześnie okresem najintensywniejszego dorastania. Pozostawieni samopas przygodzie, nieodpowiedzialni i rozochoceni słońcem, nazbyt pewni siebie i zupełnie naiwni, to właśnie latem poznajemy świat najintensywniej. Nie z podręczników i regułek wygłaszanych przez odpowiedzialnych opiekunów, ale z własnego doświadczenia.

Nigdy nie zostawiaj jednej czerwonej skarpetki na sznurze do suszenia prania.

Musimy jednak zachować ostrożność. Nasza letnia wolność, choć piękna, może nas bowiem wpuścić w maliny. Bezcenny okazuje się więc bardziej doświadczony towarzysz i zbiór odpowiednich zasad. Bohaterów jest zatem dwójka: starszy z nich jest przewodnikiem młodszego (brata?), odkrywa przed nim tajemnice i reguły. Taka konwencja przypomina nieco wspaniałą grę video stworzoną przez studio Starbreeze pt. „Brothers: A Tale of Two Sons” – osadzoną w klimatach skandynawskich legend i baśni Andersena opowieść o dwóch braciach wyruszających w podróż po lekarstwo dla chorego ojca.

„Regulamin na lato” to kolejny popis nieograniczonej wyobraźni i wspaniałej kreski Shauna Tana. Tym razem sięga on do czasów dzieciństwa, które spędził na przedmieściach australijskiego Perth. Jednak podobnie jak w przypadku innych dzieł Australijczyka, i tutaj mamy do czynienia z dziełem uniwersalnym. Lato i dzieciństwo każdy przeżywa i pamięta na swój sposób, mimo to istnieje szereg kluczy, za pomocą których jesteśmy w stanie się porozumieć. Tan za pomocą swojego picture booka oddaje w nasze ręce cały pęk kluczy – złożone sceny i krajobrazy pełne są metafor, dwuznaczności i symboliki. Punktów regulaminu jest szesnaście, a każdy z nich zawarty jest dokładnie w jednym zdaniu.

Nigdy nie dawaj kluczy nieznajomemu.

Ilustracje Shauna Tana to wielobarwne, soczyste obrazy olejne, często wypełnione znaczącymi szczegółami. Bez trudu dostrzeżemy w nich przeróżne inspiracje, z których na pierwszy plan wysuwają się prace przedwojennego brytyjskiego surrealisty Paula Nasha. Krajobrazy są bujne i parne, ale nie zawsze beztroskie. Prócz pięknych scenerii i lazurowego nieba, mamy tu surowe, opustoszałe przedmieścia, wszędobylskiego kruka czy korowód niepokojących gości. Surrealistyczne widziadła podkreślają niesamowitość letniej przygody, ale ostrzegają też, że niebezpieczeństwa czyhające na naszych małych bohaterów, choć nienazwane, są bardzo realne. Zwłaszcza, jeśli ktoś nie zna reguł.

Shaun Tan, Regulamin na lato, tłum. Jacek Drewnowski, Kultura Gniewu, Warszawa 2014.

Dorota Jędrzejewska
Rafał Niemczyk

Preludium do parady (więcej na: http://www.shauntan.net)

Shaun Tan, Przybysz. Recenzja.


Przybysz-okladkaSwój w obcym kraju

Gdyby tak usiąść i zastanowić się nad tym dłużej, uznać by można pomysł opowiedzenia o rozłące bez pomocy słów za jednocześnie: prosty, dość karkołomny, lecz jednocześnie genialny. Jako że mamy do czynienia z australijskim mistrzem obrazu, Shaunem Tanem, autor „Przybysza” bezsłowność swojej opowieści czyni jednym z jej głównych atutów. To właśnie brak słów w którymś ze znanych nam języków sprawia, że rysunki Tana ożywają na kartach komiksu, układając się mimowolnie w niewypowiedziane zdania, emocje i historie. Zasłużenie obsypany licznymi nagrodami „Przybysz” jest opowieścią o emigracji, wyobcowaniu, próbie odnalezienia swojego miejsca w nieznanej i egzotycznej rzeczywistości, a także o sile rodzinnej więzi, stanowiącej dla bohatera największe oparcie.

Przybysz-1Nie ma potrzeby, by zdradzać szczegóły niezbyt skomplikowanej fabuły komiksu. Wystarczy powiedzieć, że pewnego dnia ojciec pakuje walizkę i wyrusza za chlebem do dalekiego kraju, pozostawiając w domu tęskniącą żonę i dorastającą córkę. Jak zaznacza autor w krótkiej nocie na końcu książki, inspiracją dzieła były w dużej mierze anegdoty opowiedziane przez imigrantów z różnych stron świata, w tym również ojca samego Shauna Tana, który przybył do Australii z Malezji w 1960 roku. Tan inspirował się również fotografiami ze starych albumów (m.in. zdjęciem z 1912 roku, na którym uwieczniono chłopca ogłaszającego zatonięcie Titanica), a także rysunkami i obrazami z XIX i XX wieku. Nie byłoby w tym niczego nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że artysta dokonuje syntezy neorealistycznych ujęć (np. kadry z tłoczącymi się ludźmi), znanych z wybitnych filmów włoskich reżyserów tego okresu (choćby Roberta Rosselliniego), z surrealistycznym pejzażem odległego świata.

Przybysz-2Neorealizm jest zresztą wpisany w „Przybysza” również od strony programowej. Podglądanie ciężkiego losu emigrantów w historii Shauna Tana przywodzi na myśl okres powojenny, a więc czasy największej świetności włoskiego kina, kiedy to głównymi aspiracjami ówczesnych reżyserów (Rossellini, Visconti) były filmy „przyglądające się życiu”. Hanna Książek-Konicka szuka korzeni tego filmowego powołania w „wizualnym typie kultury, jaki owocował we Włoszech przez stulecia olśniewającym bogactwem i niespotykaną ilością sztuk plastycznych”. Skąd u komiksiarza z Antypodów taka właśnie inspiracja? Takiej wiedzy nie mam. Natomiast zamiłowanie do nostalgicznych i surrealistycznych obrazów dostrzeżemy bez trudu zarówno we wcześniejszej, jak i późniejszej twórczości Tana, m.in. w „Opowieściach z najdalszych przedmieść” czy „Zagubionej rzeczy” (za krótkometrażową animowaną adaptację tej książki otrzymał wraz z Andrew Ruhemannem w 2011 roku Oscara).

Przybysz-3W „Przybyszu” surrealistyczny świat z jednej strony służy autorowi do uwypuklenia izolacji naszego bohatera i jego towarzyszy w doli lub niedoli (bo obraz Australijczyka, choć melancholijny, nie jest z gruntu pesymistyczny). Drugą rolą, którą pełni owa stylistyka, jest – paradoksalnie – nadanie dziełu rangi uniwersalnej (znów kłania się neorealizm, w którym obserwację dramatu szarego człowieka twórcy przedzierzgali w wielkie uogólnienia).

Kraina, do której trafia nasz emigrant, pełna jest dziwnych istot, roślin, maszyn, pojazdów i budowli. Język, którym posługują się jej mieszkańcy, to system tajemnych znaków i symboli. Wraz z oniryczną stylistyką (popadającą momentami w steampunkowe tony) znakomicie oddają one zagubienie mężczyzny w radykalnie obcym dla niego miejscu. Do tego dochodzi specyficzna kolorystyka i kadrowanie – najróżniejsze odcienie sepii i często stosowany „fotograficzny” układ kadrów przywodzą na myśl stary album ze zdjęciami. Oglądamy zatem starą jak świat (i emigracja) historię zwykłego człowieka przeniesioną w egzotyczne (wręcz fantastyczne) realia.

Przybysz-4Dzieło Shauna Tana, pomimo postmodernistycznej otoczki, dzięki swej płynności i wiarygodności, zachowuje cechy klasycznej (choć niemej) opowieści. Odkrywając krok po kroczku zasady rządzące obcą krainą, później zaś jej zakamarki i mieszkańców, dostrzegamy podobieństwo z „naszym” światem. Choć pejzaże wydają się abstrakcyjne, a niektóre istoty budzą grozę, mechanizmy rządzące „nieznanym” są nam raczej znane. W ten sposób autor pogodził zapędy własnej wyobraźni, która przełożyła się na wspaniałe rysunki, z uniwersalnym przekazem. A że uczynił to w mistrzowski sposób, „Przybysz” stał się komiksem, który nawet sceptycy mogą uznać za wybitny.

Shaun Tan (scenariusz & rysunki), Przybysz, Kultura Gniewu, wyd. II, Warszawa 2013. 

Rafał Niemczyk

Saga o Egilu. Omówienie.


Saga-o-Egilu-okladkaO ekonomii, rzemiośle wojennym i poezji wikingów w czasach przejściowych, na przykładzie dziejów życia Egila, syna Skalla-Grima, i kilku innych przedstawicieli jego rodu

„Saga o Egilu”[1] powstała w XIII wieku, jest to tekst anonimowy, choć coraz częściej za jego prawdopodobnego autora uznaje się Snorriego Sturlusona, islandzkiego poetę skalda, który napisał „Eddę młodszą” (prozaiczną) oraz „Heimskringlę” (Sagę o królach norweskich). Utwór jest sagą rodową – napisany został prozą, lecz posiada również krótkie fragmenty wierszem, o czym później – i, jak często zdarza się w przypadku tego gatunku literackiego, zdecydowanie bliżej mu do powieści niż kroniki historycznej. Wprawdzie daje opis licznych faktów i postaci historycznych, znanych z innych źródeł, niemniej czyni to w sposób nie spełniający wymagań historiograficznych, bywa nawet sprzeczny z nimi – warstwa historyczna została tu wyraźnie podporządkowana wątkom fabularnym i poetyckim. Może dlatego książkę czyta się bardzo dobrze, niemal jak współczesną powieść historyczną.

Berserk w ogniu walki (Maria Hiszpańska-Neumann, drzeworyt)

„Egils Saga Skalla-Grimssonar” (bo tak brzmi jej tytuł w oryginale) opowiada dzieje życia Egila i niektórych jego krewnych, większą uwagę poświęcając oczywiście Egilowi, ale również jego dziadowi, który nosił imię Kweldulf, oraz dwóm synom tego ostatniego: Thorolfowi oraz Skalla-Grimowi, i wreszcie potomstwu Egila, głównie Thorsteinowi. Warto dodać, iż nie wszyscy ludzie byli bezwzględnie pewni, że Kweldulf, Skalla-Grim i Egil nie przemieniali się czasem w wilka lub niedźwiedzia, zwłaszcza podczas walki. Innymi słowy – byli berserkami[2]

Można wyodrębnić dwie części książki. Po pierwsze: sagę o Thorolfie, wuju Egila, mężu słynącym z dzielności, siły, szlachetności i przezorności, skutecznie szukającym sławy na dworze i okręcie króla Harolda Pięknowłosego. Jest to postać archetypiczna dla okresu starożytności nordyckiej: Thorlolf jest piękny, mądry, odważny i sprawiedliwy, uosabia ideały dawnego wojownika. Mimo to, albo właśnie dlatego, ostatecznie los nie jest dla niego łaskawy. Sam, na skutek pewnych intryg, wpada w niełaskę u króla, a potem zostaje zabity, a cała jego rodzina zostaje wyjęta spod prawa i zmuszona do emigracji.

Egil Skallagrimsson na XVII-wiecznym manuskrypcie

Egil Skallagrimsson na XVII-wiecznym manuskrypcie

Drugą częścią jest właściwa opowieść o Egilu, który urodził się już w czasach wczesnofeudalnych w Islandii, jako syn banity, lecz nadal posiada silne związki z Norwegią i jej mieszkańcami. Egil i ludzie, z którym przeplata się jego życie, oddani są bardziej konkretnie, nieco mniej mitycznie, za to naturalistycznie, przy czym pozostają wciąż niewolni od magiczności. Egil jest brzydki, łysy, zdarza mu się postępować nie tylko gwałtownie, ale również niesprawiedliwie, ma także inne słabości, co zbliża go do zwykłych ludzi, mimo to jest berserkiem, do tego wojownikiem znanym i szanowanym, pewnego rodzaju bohaterem. Nie tak krystalicznym jak wuj, niemniej sławnym i podziwianym. Jego postać łączy w sobie nowe ze starym. Dopiero Thorstein, syn Egila, stanie się nowym człowiekiem, osadnikiem, skupionym bardziej na gospodarowaniu na swojej ziemi w Islandii niż na łupieżczych wyprawach. I dopiero on w pełni uzna Islandię za swoją ojczyznę.

Czas trwania wydarzeń opisanych w sadze to mniej więcej druga połowa IX wieku i pierwsza połowa wieku X. Zdarza się, że autor wykracza poza tę cezurę, lecz czyni to tylko epizodycznie. Jest to okres bardzo ważny dla Norwegów i ich państwa, następują wtedy istotne zmiany organizacji społeczeństwa – dawny ustrój plemienny oparty na przynależności do rodu i demokrację wiecową zastępuje wczesnofeudalna monarchia i władza króla. Nie była to, zapewne, bezbolesna transformacja, zwłaszcza w tak indywidualistycznym narodzie, rządzącym się na ogół prawem siły i obyczajami, które zwykliśmy nazywać barbarzyńskimi, co, mówiąc na marginesie, źle świadczy nie o tych obyczajach, a o naszej wiedzy.

Synowie Hildiridy przynoszą królowi daninę z Finnmarku (Maria Hiszpańska-Neumann, drzeworyt)

Synowie Hildiridy przynoszą królowi daninę z Finnmarku (Maria Hiszpańska-Neumann, drzeworyt)

Król domagał się posłuszeństwa oraz danin i dysponował siłą potrafiącą to wymóc. Nie było łatwo zaakceptować taki stan rzeczy, tym bardziej trudne było to dla ludzi obdarzonych nieujarzmioną wolą bycia i działania, nauczonych samowolnego stanowienia o sobie i ziemi, którą posiadali. Osoby nieumiejące znaleźć się w nowych porządkach miały dwa wyjścia: nierówną walka z hirdem[3] królewskim lub ucieczkę z ojczyzny – na ogół korzystały z drugiej możliwości. Jednostki mniej skłonne do kompromisu i podporządkowania musiały w ten lub inny sposób uciekać od władzy królewskiej, a im ta ostatnia była silniejsza, tym emigracja musiała być bardziej odległa. W ten sposób zasiedlono, dotychczas dość bezludną, Islandię.

Innym rezultatem wspomnianych zmian było to, że na terenie Norwegii zapanował większy niż wcześniej porządek prawny, zatem udać się na wiking – wyprawę łupieżczą, gdzie swoją odwagą i orężem, ale także okrucieństwem i przemocą zdobywało się majętność – wypadało zagranicę. Płynęły wobec tego, wzbudzając trwogę wśród innych mieszkańców Europy, długie i smukłe langskipy do Anglii, Szkocji i Irlandii, do Danii, Islandii oraz z nieco mniejszą regularnością do wszystkich innych krajów w basenie Morza Północnego i Bałtyckiego, nawet do Kurlandii, wszędzie tam, gdzie możliwa była grabież, dla największych hałaburdów i zawadiaków zachowując miejsce na dziobie okrętu, gdzie, to prawda, najłatwiej było o śmierć, ale tak samo szybko można było zdobyć sławę.

Historia kolonizacji Islandii i owych „wypłynięć na wiking”, solidnie osadzona w realiach okresu powstawania scentralizowanego państwa norweskiego, stanowi główną scenerię fabuły omawianej książki. Osią akcji pozostają dzieje Egila i jego krewnych i znajomych, choć poznajemy znacznie więcej postaci, bardzo charakterystycznych i ciekawych.

Wikingowie

Wikingowie

Świat to okrutny, pełen przemocy i napawający się do syta brutalnością. Mord, grabież, gwałt, tortura, bestialstwo to chleb powszedni, tak się żyje, takie są realia. Zło definiuje świat, a autorytetem moralnym jest siła. Jest i inny ważny żywioł, ekonomia, co, biorąc pod uwagę ówczesne stosunki społeczne, nieco zdumiewa. Na pewno jest charakterystyczna żądza posiadania złota, srebra oraz innych dóbr, nie zawsze znajdujących właściwe miejsce w rzeczywistości wojowników nordyckich; dóbr gromadzonych nie tyle dla wykorzystania lub pomnożenia, co samego posiadania. Egil, za swoją służbę i jako rekompensatę za śmierć brata, otrzymał od króla Anglii, Adalsteina, dwie skrzynie srebra, które potem bezsensownie woził ze sobą na wszystkie wyprawy, a gdy już był zbyt stary, żeby je odbywać i osiadł na stałe w Islandii, nadal pilnie o nie dbał, przez co należy rozumieć, że strzegł ich przed innymi, a tuż przed swoją śmiercią wyniósł je w nieznane miejsce i zakopał w ziemi. Wątek ekonomiczny pojawia się często, i sam w sobie jest uzasadnieniem działań. Przy czym nie jest to, lub nie tylko, sposób utrzymania, ale raczej metoda zyskania prestiżu wśród innych i dowartościowania się we własnych oczach – okoliczność, jakby nie było, dobrze nam znana.

Odnaleźć można tu pewną, nieco śmieszną regularność. Mężowie – a więc wojownicy, ci, których zwykliśmy nazywać wikingami – większą część roku, tę podczas której jest możliwa żegluga na morzu, spędzają na wyprawach łupieżczych, a na zimę osiadają na swojej lub przyjaciół ziemi. Wyciągają wtedy swoje łodzie na brzeg, a sami udają się na niekończące się uczty, gdzie gościem honorowym jest rytualne obżarstwo, a towarzyszy mu siostra niezguła, libacja. To, rzecz jasna, spore uproszczenie i uleganie stereotypom, bo przecież zimą załatwiano wszystkie konieczne gospodarcze sprawy, witano się również z dawno nie widzianymi żonami… Upraszcza czytelnik, ale podobnie robi autor, bo ta opowieść jest w dużej mierze pieśnią chwały, posiadającą w sobie pewne elementy legendy i bajki, a chwała znaczy owy koniec świata starożytności norweskiej, w zamyśle autora będąc jakby podstawą i budulcem późniejszej tożsamości potomków Egila.

Za sprawą wikingów, czyli wypraw mających przynieść majętność i sławę, w pewnym sensie jest „Saga o Egilu” literaturą zawierającą w sobie wątek drogi. Nieustannie słyszymy o permanentnym ruchu bohaterów uprawiających rodzaj włóczęgi łupieżczej i wojennej. Można sobie wyobrazić owy wiosenny, wesoły rozgardiasz wśród Norwegów wypływających w morze, ku nowemu, często niebezpiecznemu, lecz dającemu szansę na odmianę losu, a nawet jeśli nie, to niosącemu ze sobą sposobność do wciąż nowej przygody, do awantury, do wydarzeń, które później końcem jesieni i zimą będzie można opowiadać przy zastawionym stole, trzymając w rękach róg wypełniony alkoholowym napojem.

Egil w sporze z Bergiem-Önundrem (obraz Johannesa Flintoe z końca XVIII w.)

Egil w sporze z Berg-Önundem (obraz Johannesa Flintoe z końca XVIII w.)

Opowiadać przygody, sławić bohaterskie czyny, kpić z wroga i okazywać sympatię dla przyjaciela lub stronnika – to zawsze było cenne wśród tego narodu, stąd chyba niecodzienna instytucja skalda, który jest kimś pośrednim między poetą a wojownikiem, dokładniej – jest jednocześnie jednym i drugim; więcej jednak cenionym niż zwykły wojownik, może przez długość zimowych wieczorów, a może przez sentyment wielu pokoleń do poezji, która, w tym wypadku, utrwala czas. Taki jest Egil – na co dzień trudni się rozbojem, czasem jest to rozbój słuszny, lub za taki go uważa, to znów zwykły, przestępczy, ale również na co dzień Egil jest poetą. Naprawdę. Czasem bywa to trudne do zrozumienia. Walczy z kimś a potem, po zwycięstwie, które na ogół oznacza śmierć przeciwnika, nierzadko okrutną, opowiada o tym wierszem. Zdecydowanie inny to obraz poety od towarzyszących nam, zazwyczaj, w tej mierze wyobrażeń. Znajdujemy tę poezję w tekście, na ogół są to wiersze składające się z ośmiu wersów, napisane językiem mniej gładkim, niż pozostała część książki, który jest jakby mniej uporządkowany, bardziej dziki i gwałtowny, być może autor sagi zapożyczył te fragmenty ze starszych źródeł, funkcjonujących w jego czasach w przekazach ustnych.

Świat „Egils Saga” jest inny, zupełnie odmienny od naszego, może właśnie przez to w pewien sposób fascynujący i ciekawy; jest straszny i okrutny, wydawałoby się pozbawiony tego wszystkiego, co zwykliśmy nazywać człowieczeństwem. Lecz to chyba przesada, sąd pochopny, wydany bez zastanowienia, bo ten świat i jego bohaterowie umierają, ostatkiem sił zdobywając się na honorowe przemożnych sił odparowanie. Jest więc w tym i piękno, i duma dzielnie zmagającego się ze swym losem człowieka, który ma świadomość nieuchronności nadchodzącego losu i swojego w nim końca, a mimo to postanawia walczyć o prawo bycia sobą.

Lektura nie jest trudna, mimo że od powstania książki upłynęło już wiele epok, nie należy spodziewać się tu ekwilibrystyki językowej, bo to opowieść napisana językiem raczej prostym, za to bardzo homogenicznym, posiadającym wiele sformułowań ściśle przypisanych określonym sytuacjom. Dla przykładu: gdy wprowadzana jest nowa postać pada rytualne: XYZ zwał się pewien mąż, syn tego i tej, spokrewnionych z tymi i tamtymi, mieszkał w takim miejscu; gdy epizod autor uznaje za wyczerpująco opisany: Nic się nie stało, o czym warto wspominać, aż do… Mamy tu także pewne zwroty, charakterystyczne, jak: Miał miecz, na imię mu było, lub Możesz zabrać ze sobą tylu towarzyszów, ilu tylko zapragniesz – co było formą wyrażenia zgody na zimowanie przez gospodarza. Jest tego znacznie więcej i niewątpliwie wzmacnia ekspresję tekstu, pozwalając nam lepiej ukonstytuować wyobrażenie o tamtym świecie.

Wikingowie w drodze na wyprawę (Maria Hiszpańska-Neumann, drzeworyt)

Wikingowie w drodze na wyprawę (Maria Hiszpańska-Neumann, drzeworyt)

Autor „Sagi o Egilu” zdecydowanie przedkłada treść nad formę, lecz tej drugiej nie można wiele zarzucić. Jest to opowieść o czasach byłych, czasach z pewnych względów istotnych, niepozbawionych malowniczości, stanowiących przy tym ważną cegiełkę w gmachu tożsamości potomków ludzi takich jak Egil. Opowieść miejscami okrutna, lecz pokazana bardzo malowniczo, nieco – jak przystało pieśniom chwały – wyidealizowana, ale właśnie przez to bardziej literacka, bardziej magiczna i bajkowa. Oprócz wspomnianych wyżej tematów, znajdziemy tu wiele szczegółów dotyczących czasów wikingów, ich konstytucji psychiczno-społecznej, ich uzbrojenia, statków, słowem całej kultury materialnej i duchowej tamtego świata. Tym cenniejsze to świadectwo, że napisane przez ich niemalże bezpośredniego następcę.

Wedle mojej wiedzy, opisywana książka jest pierwszym i jedynym wydaniem tej pozycji w języku polskim. A powstała, a jakże, staraniem Wydawnictwa Poznańskiego (które jest kontynuatorem przedwojennego Wydawnictwa Polskiego Rudolfa Wegnera z siedzibą również w Poznaniu), zgodnie z pewną tradycją wydawniczą, o której także warto kiedyś napisać, tu wystarczy powiedzieć, że większość literatury skandynawskiej dostępnej w języku polskim zawdzięczamy wspomnianym wydawnictwom.

W ostatnim słowie warto powiedzieć, że „Saga o Egilu” jest ilustrowana całostronicowymi drzeworytami, wykonanymi przez Marię Hiszpańską-Neumann, co znacznie wzmaga estetykę edycji, i niektórym czytelnikom sprawi przyjemność, choć pewnie znajdą się też tacy, których wyobraźnia wytwarza obrazy nieco odmienne od tych zamieszczonych na ilustracjach w książce…

Snorri Sturluson (prawdopodobnie), Saga o Egilu, przekład ze staroislandzkiego: Apolonia Załuska-Stromberg, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 1974.

Dominik Śniadek

[1] Gdzie indziej spotyka się pisownię Egill, tu przyjęto wersję podaną w opisywanej książce, ta sama uwaga dotyczy innych kontrowersji wokół pisowni nazw użytych w tekście.

[2] Berserk, według Słownika Języka Polskiego, to występujący w sagach nordyckich wojownik mający opinię niezwyciężonego, walczący z siłą i dzikością niedźwiedzia, choć „Egils Saga” ujmuję sprawę nieco inaczej. Wedle tego źródła był to wojownik, który w czasie walki przeistaczał się w zwierzę, np. wilka, rodzaj zwierzęcia nie jest dokładnie sprecyzowany; skutkiem przemiany był tzw. „szał berserka”, który sprawiał, że wojownik nabierał cech nadnaturalnych, mógł pokonać znacznie większą ilość wrogów, a gdy po skończonej walce wracał do zwykłej swej postaci, był zmęczony, stawał się ospały i rozkojarzony, zupełnie jakby wrócił z jakiejś odległej i wyczerpującej podróży.

[3] Były to oddziały wojskowe skupione na dworze władcy norweskiego, razem z nim odbywające wyprawy wojenne, przez swą siłę legitymizujące jego poczynania, ale również stanowiące zalążek przyszłej nomenklatury.

Ray Bradbury, 451 stopni Fahrenheita.


Gdzie płoną książki

Ray Bradbury (1920-2012) to jeden z najwybitniejszych amerykańskich twórców fantastyki. Pochodził z rodziny wydawców prasowych, we wczesnej młodości zetknął się z magazynami pulpowymi i SF. Jako 19-latek zaczął wydawać fanzin „Futuria Fantasia” i publikować pierwsze opowiadania. Jego premierowa książka („Dark Carnival”) została wydana w 1947 r. Trzy lata później ukazały się „Kroniki marsjańskie”, a rok potem „Człowiek ilustrowany” – oba zbiory opowiadań przyniosły mu wielką sławę. W 1953 r. ukazała się pierwsza, a jednocześnie jego najsłynniejsza powieść „451 stopni Fahrenheita” (sfilmowana w 1966 r. przez François Truffauta). Na podstawie opowiadań kręcono miniseriale, tworzono scenariusze, komiksy. Za całokształt twórczości otrzymał World Fantasy Award, nagrodę Brama Stokera i wiele innych.

451 stopni Fahrenheita to temperatura, w której papier zaczyna się palić. Liczba 451 widnieje także na hełmach strażaków, w tym i Guya Montaga – głównego bohatera powieści. Z tym że w antyutopii Bradbury’ego strażacy nie zajmują się gaszeniem pożarów, lecz paleniem zakazanych książek, nierzadko razem z domami, w których je znaleziono. Właściwie to nigdy nie zajmowali się gaszeniem pożarów, gdyż domy były od zawsze ognioodporne – taka przynajmniej jest wersja oficjalna i obowiązująca.

Montag lubi swoją robotę – budzi ona u ludzi respekt, podziw, u niektórych nawet lęk, no i jest nienajgorzej opłacana. Remiza strażacka to jego drugi dom, a może nawet pierwszy, gdyż z żoną Mildred ma kiepski kontakt, zarówno na płaszczyźnie werbalnej, jak i fizycznej. Mildred spędza całe dnie w salonie, pośród trzech „ścian-ekranów”, zaabsorbowana sączącą się z nich miałką i ogłupiającą papką. Poza salonem – w kuchni i sypialni – cały czas nosi w uszach miniaturowe słuchawki radiowe zwane „muszelkami”, non stop chłonąc propagandowy bełkot. Opanowała nawet sztukę czytania z ruchu warg, aby nie przerywać słuchania w trakcie zdawkowych rozmów z mężem. Jej największym marzeniem jest wyburzyć ostatnią ścianę salonu i zainstalować czwarty ekran.

Pewnego dnia Montag spotyka na swej drodze z pracy dziewczynkę o imieniu Clarisse. Wywiązuje się między nimi rozmowa, bardzo dziwna i niewygodna dla Montaga. Okazuje się, że Clarisse zamieszkała niedawno w sąsiedztwie, a czas spędza na spacerach po okolicy. Rzuciła szkołę, gdyż według niej nie uczy się tam myślenia, a narzuca jedynie „słuszne odpowiedzi’. Nie jest ważne, „dlaczego” coś jest zrobione, istotne jest jedynie, „jak” to działa. Clarisse zwraca Montagowi uwagę na rzeczy, nad którymi do tej pory się nie zastanawiał – na piękno przyrody, ale też i na sens oraz słuszność wykonywanej przez niego pracy. Dziewczynka zaczyna towarzyszyć strażakowi codziennie w drodze do domu lub do pracy i mimo że ten początkowo jest zaniepokojony niebezpiecznymi tematami poruszanymi w ich rozmowach, to jednocześnie staje się coraz bardziej zafascynowany swoją rozmówczynią – jakże inną od otaczających go na co dzień „ludzkich automatów”. Montaga dopada coraz więcej wątpliwości i zaczyna sobie uświadamiać, że nie jest szczęśliwym człowiekiem.

Pewnego dnia dziewczyna nagle znika. Na dodatek zwykle rutynowa akcja palenia książek kończy się spaleniem domu wraz z właścicielką, która nie chciała zostawić swoich zbiorów. To wydarzenie w połączeniu z wiadomością, iż żona zapomniała mu powiedzieć, że Clarisse „umarła czy coś” cztery dni temu, sprawia, że Montag rozważa odejście z pracy. Tu jednak pojawia się ważna postać – kapitan Beatty, jego zwierzchnik, chodzący wzór strażaka i obywatela, którego Montag się obawia. Boi się, że kapitan podejrzewa go utratę motywacji do pracy i o zwątpienie w istniejący porządek rzeczy oraz o coś, co Montag skrzętnie ukrywa w kanale wentylacyjnym swojego domu. Beatty próbuje wytłumaczyć Montagowi, dlaczego książki stały się zakazane. Demonstruje mu bezsens istnienia „literatury wyższej” w obecnym świecie dobrobytu i powszechnego szczęścia. Co ciekawe, Beatty sypie przy tym cytatami z zakazanych dzieł jak z rękawa, czym jeszcze bardziej zbija z tropu Montaga.

Montag decyduje się wreszcie sięgnąć do ukrytych książek, które zbierał na akcjach od jakiegoś czasu. Robi to na oczach żony, która jest tym faktem przerażona. Przemiany zachodzące w Montagu oraz splot wydarzeń sprawiają, że Montag staje się wyjęty spod prawa. Udaje mu się wydostać z miasta, gdzie natyka się na grupę podobnych jemu renegatów, która okazuje się być częścią wielotysięcznej rzeszy ludzi, żyjących w małych miasteczkach i wsiach, często jako włóczędzy. Są żywymi książkami, każdy z nich zna na pamięć jakieś dzieło literackie, aby ocalić je od zniszczenia i zapomnienia.

Postacie w powieści są nieco przerysowane i płaskie, pomijając głównego bohatera, ale jest to zapewne celowy zabieg, służący uwypukleniu poruszanej problematyki. „451 stopni Fahrenheita” nie przypadnie raczej do gustu miłośnikom szybkiej akcji, ale też nie o akcję tu idzie, a o naświetlenie problemów i niebezpieczeństw czyhających na krętej ścieżce rozwoju cywilizacyjnego i społecznego.

Jaki więc obraz społeczeństwa wyłania się z powieści Bradbury’ego? Jest to typowy przykład dystopii lub też antyutopii, w której wolność i niezależność jednostki jest ograniczana i podporządkowana dyktatorskiemu systemowi władzy. Jednocześnie ogół jest tak sterowany, że ludziom wydaje się, iż żyją w krainie szczęśliwości. Podwaliny do wtłaczania ludziom gotowych i jedynie słusznych odpowiedzi na wszelkie pytania są czynione już w szkołach. Wiedza specjalistyczna ogółowi nie jest potrzebna – od tego są odpowiedni ludzie (specjaliści). Na banicję i wymarcie skazane zostały wszelkie nauki humanistyczne, wliczając w to historię, którą system zmienia i przeinacza według własnego uznania. Literatura piękna wraz z poezją zostały z biegiem czasu zredukowane – poprzez kilkustronicowe streszczenia, aż do kilkuzdaniowych opisów. Coś Wam to przypomina? Literatura zmuszała do myślenia, a systemowi nie był potrzebny obywatel kontemplujący, dywagujący czy interpretujący na swój sposób. Systemowi potrzebny był obywatel działający w swoim zakresie obowiązków, posłuszny i współpracujący. Konsumpcyjny styl życia był jak najbardziej na rękę władzy. Ostatecznym, nieuchronnym krokiem stała się zatem eksterminacja literatury.

Ponad pół wieku temu powieść Raya Bradbury’ego szokowała i wzbudzała emocje jako przestroga przed totalitaryzmem. Wszak w latach 50-tych XX w. żywa była jeszcze pamięć o hitlerowskich Niemczech czy cesarskiej Japonii, był to również początek schyłku stalinowskiego terroru (Stalin zmarł właśnie w 1953 r.). Nadeszły wreszcie czasy zimnej wojny i strachu przed atomową zagładą świata – co ma odzwierciedlenie także w „451 stopni Fahrenheita”, choć motyw wojny jądrowej jest dość zdawkowy i zawoalowany. Dziś powieść Bradbury’ego zyskuje drugie dno. Jest nim obawa przed losem naszej cywilizacji. Do czego doprowadzi nas dążenie do konsumpcjonizmu, hedonistycznego stylu życia, brak kultury wyższej czy unifikacja społeczeństwa? Czy nasz świat tak bardzo różni się od tego przedstawionego w powieści Bradbury’ego?

Ray Bradbury, 451 stopni Fahrenheita, tłum. Iwona Michałowska-Gabrych, wyd. Solaris, Stawiguda 2012.

Jacek „bio_hazard” Bryk

* Zdjęcia pochodzą z ekranizacji „451 stopni Fahrenheita” w reżyserii Françoisa Truffauta (1966).

** Tekst ukazał się pierwotnie w serwisie kultury postapokaliptycznej Outpost (red. RN).

%d bloggers like this: