Denise Kiernan, Dziewczyny atomowe. Recenzja.


Schwytać słońce

Teraz wszyscy jesteśmy skurwysynami

 (Kenneth Bainbridge, kierownik testu Trinity, do Roberta Oppenheimera,
w kilka chwil po pierwszym próbnym wybuchu bomby atomowej na pustyni
w Nowym Meksyku)

 Publikacji o „Projekcie Manhattan”, czyli amerykańskim programie budowy bomby atomowej, jest wiele, podobnie jeśli chodzi o próby prowadzone przez nazistowską III Rzeszę czy szaloną pogoń ZSRR za USA na tym polu. Jednak wszystkie te prace skupiają się głównie na aspektach naukowych, wzbogaconych czasem wątkami sensacyjnymi na tle ujawnianych sukcesywnie tajemnic różnych służb wywiadowczych. Być może nie każdy zdaje sobie sprawę, że amerykańskie badania i programy naukowe prowadzone w tym kierunku, czy wreszcie praktyczne próby skonstruowania broni jądrowej, nie były udziałem kilku czy nawet kilkudziesięciu osób. Oczywiście, za ojca bomby atomowej powszechnie uznaje się J. Roberta Oppenheimera, który był dyrektorem naukowym projektu, ale swój wkład w rozwój badań, eksperymenty i wreszcie w powstanie samej bomby miało wielu naukowców, dziesiątki firm i instytucji oraz tysiące przeciętnych ludzi. Gros z tych ostatnich nie zdawało sobie nawet sprawy, nad czym pracują i w czym uczestniczą – projekt otoczony był ścisłą tajemnicą. Przybliżeniem tego mało znanego tematu podjęła się amerykańska pisarka i dziennikarka – Denise Kiernan – w swojej książce „Dziewczyny atomowe”.

Zasady w Oak Ridge (fot. http://www.gstatic.com)

 Dlaczego dziewczyny? Ano dlatego, że z końcem 1941 roku, kiedy to USA przystąpiły do wojny, przemysł amerykański w coraz większym stopniu zaczął spoczywać na barkach kobiet – mężczyźni walczyli wszakże na frontach, niejednokrotnie oddalonych o tysiące kilometrów od swojej ojczyzny. Logicznym posunięciem było więc zatrudnienie w ramach „Projektu Manhattan” największej i propagandowo ważnej w tamtym okresie siły roboczej rekrutującej się z przedstawicielek płci pięknej. Najbardziej pracochłonnym i najtrudniejszym zagadnieniem było znalezienie skutecznej i odpowiednio wydajnej metody wzbogacania uranu, aby można było myśleć w ogóle o zbudowaniu bomby. W tym celu w 1942 roku w stanie Tennessee, w pobliżu miasta Knoxville, na blisko 240 km² rozpoczęto budowę ośrodka, który miał się zajmować tym problemem. W planach była budowa czterech zakładów, w tym trzech do wzbogacania uranu i jednego z przeznaczeniem na eksperymentalny reaktor. Do Oak Ridge – bo tak nazwano to miejsce – zaczęły ściągać setki, tysiące ludzi, zarówno tych zatrudnionych bezpośrednio do projektu, jak i mnóstwo poszukujących lepiej płatnej pracy. Oprócz pracowników naukowych i operatorów urządzeń „Projekt Manhattan” potrzebował rzeszy budowlańców i ludzi do obsługi całej infrastruktury. Początkowo planowana liczba 13.000 ludzi zaangażowanych w projekt i jego budowę rosła w tempie ekspresowym, aż wreszcie przekroczyła 75.000. Taką rzeszę pracowników trzeba było gdzieś zakwaterować. Dla większości z nich wybudowano na miejscu miasto, całkowicie od podstaw. I to właśnie z sylwetkami mieszkanek miasta Oak Ridge postanowiła zapoznać czytelników autorka „Dziewczyn atomowych”.

Młode operatorki kalutronów w zakładzie Y-12 (fot. histmag.org)

Denise Kiernan prezentuje dosyć szerokie spektrum bohaterek. Od czarnoskórej sprzątaczki, przez sekretarki, operatorki urządzeń, po laborantkę i lekarkę miejscowego szpitala. Z rozmów, które z nimi prowadziła, wyłania się obraz miejsca ogarniętego permanentną tajemnicą. Co jest oczywiście zrozumiałe, biorąc pod uwagę rangę projektu oraz stopień przesiąknięcia amerykańskiego społeczeństwa szpiegostwem obcych wywiadów. Utrzymanie wszystkiego w sekrecie było wtedy absolutnym priorytetem. Zwłaszcza że okoliczni mieszkańcy  zaobserwowali intrygujące zjawisko: do ogromnego zakładu ciągle coś wjeżdżało, a nic nie wyjeżdżało, co w kontekście fabryki przemysłu zbrojeniowego, którą było Oak Ridge, musiało przecież wydawać się dziwne. Ciekawość leży w naturze człowieka i naszym bohaterkom nie było łatwo żyć w warunkach ogólnie obowiązującej tajemnicy. Rozłąka z najbliższymi, niemożność podzielenia się z nimi czymkolwiek związanym z pracą w ośrodku czy wreszcie brak zrozumienia sensu wykonywanych zadań – wszystko to nie wpływało dobrze na samopoczucie i kondycję psychiczną mieszkanek i pracownic Oak Ridge. Do tego dodać trzeba trudne warunki mieszkaniowe i wszechobecne błoto w miejscu, które na dobrą sprawę było nieprzerwanym placem budowy.

Atomowe dziewczyny opowiadają, jak radziły sobie z przeciwnościami losu, wiedząc tylko, że swoją pracą przyczyniają się do szybszego zakończenia wojny, a tym samym do powrotu z niej swoich synów, mężów czy braci. I właściwie ten jeden argument decydował zazwyczaj o tym, że akceptowały wszystko, z czym początkowo trudno im było się pogodzić. Oczywiście praca w Oak Ridge była też dla tych kobiet szansą na lepszy zarobek, rozwój zawodowy czy kontakty towarzyskie. Pamiętajmy bowiem, że społeczeństwo amerykańskie lat 40. XX wieku było jeszcze dosyć pruderyjne – kobiety były dyskryminowane zawodowo, a ich rola w środowisku naukowym marginalna. Tymczasem średnia wieku mieszańców Oak Ridge wynosiła 27 lat – tej masie młodych ludzi trzeba było zapewnić rozrywkę, chwile wytchnienia, stworzyć choćby pozory normalnego życia, aby zachować ich kondycję psychiczną w dobrym stanie. I to wszystko w atmosferze permanentnej inwigilacji i tajemnicy w miejscu praktycznie otoczonym drutami.

Zakład Y-12 elektromagnetycznego rozszczepiania izotopów
w 1943 r. (fot. http://www.mphpa.org)

Książka Denise Kiernan i wspomnienia jej bohaterek świetnie oddają ducha tamtych czasów i proces budowy miasta od podstaw oraz tworzenia się specyficznego społeczeństwa bez żadnej historii, za to scementowanego wspólną tajemnicą. Przez pryzmat niektórych wątków i opowieści można zauważyć też mocno zakorzenioną jeszcze wtedy w USA dyskryminację na tle rasowym oraz stopniową liberalizację tych poglądów. Praca amerykańskiej pisarki ukazuje „Projekt Manhattan” w wymiarze czysto ludzkim, z punktu widzenia także najmniejszych trybików tej ogromne machiny organizacyjnej, nie zdających sobie sprawy ze swojej roli. Marzenia, troski i problemy dwudziestokilkuletnich dziewcząt mogą się wydawać trywialne i przyziemne, jednak poprzez to są też bardziej swojskie i bliższe, choć paradoksalnie uświadamiają nam, że najbardziej śmiercionośna broń w historii ludzkości nie jest tworem jedynie grupy szalonych naukowców.

Pracownicy Oak Ridge (fot. http://www.gstatic.com)

„Dziewczyny atomowe” oprócz ogromnego ładunku emocjonalnego, posiadają także wydźwięk edukacyjny. Autorka we wspomnienia bohaterek wplotła dosyć dokładną historię badań nad rozszczepianiem atomu oraz procesem wzbogacania uranu. „Projekt Manhattan” przyczynił się nie tylko do zniszczenia dwóch japońskich miast. Jako niezamierzony eksperyment socjologiczny projekt ukształtował specyficzne społeczeństwo, w większości dumne z tego kawałka historii, do którego dane im było przyłożyć rękę. Oczywiście były i osoby, które przejawiały ambiwalentne uczucia, co do efektu finalnego projektu – żniwa, które bomby „Little Boy” i „Fat Man” zebrały w Hiroshimie i Nagasaki. Takich osób było jednak zdecydowanie mniej – przeważała bowiem radość z zakończenia wojny. Miasto Oak Ridge, choć projektowane tylko jako tymczasowe, przetrwało. Wciąż mieszkają w nim ludzie związani z projektem, a także ich rodziny, które pozawiązywały się właśnie tutaj.

Obrazu całości dopełniają dwie wkładki z fotografiami dokumentującymi życie bohaterek – zarówno na polu zawodowym jak, i prywatnym. Pozwalają choć po części wyobrazić sobie ogrom zakładów Oak Ridge, potęgują i tak bogate doznania płynące z kart tej lektury o zwykłych ludziach, którym udało się schwytać słońce.

Denise Kiernan, Dziewczyny atomowe, przeł. Mariusz Gądek, Wydawnictwo Otwarte, Kraków 2013.

 Jacek „bio_hazard” Bryk

Emil Hakl, Zasady śmiesznego zachowania.


Zasadniczość dojrzałości

– Jak byś scharakteryzował śmieszne zachowanie?
– Dążenie, żeby za wszelką cenę zachować powagę.
– A ten śmieszny musi coś powiedzieć, żeby się ośmieszyć?
– Właśnie nawet nie.

Zastanawiając się nad tym, czym jest śmieszność, należy niewątpliwie zachować szczególną ostrożność, żeby nie popaść w banał. Tak twierdzą mądrzy ludzie. Według nich człowiek właściwie kalkuluje swoje poczynania wyłącznie przez pryzmat powagi. Ilu jest między nami mądrych, zaradnych ludzi, którzy wiedzą, że to powinno być tak, a tamto inaczej, że życie trzeba poukładać w sposób przemyślany, by nie zaskoczyło nas więcej razy niż powinno? Jest ich trochę. Koleś z ostatniego rzędu zadaje jednak pytanie: czy życie jest dla człowieka, czy człowiek dla życia? To autsajder, więc nikt porządny nie zawraca sobie nim głowy. Właśnie napisałem wstęp, w którym za wszelką cenę (prawie) dążyłem do zachowania powagi. Aby dowieść ponad wszelką wątpliwość, iż śmieszny często nie musi nic mówić, żeby się ośmieszyć, trzeba najpierw wykonać manewr odwrotny, choć Lec pisał już wiele lat temu, że nawet w milczeniu mogą tkwić błędy językowe. Emil Hakl milczeć nie może, ponieważ jest pisarzem. Najzupełniej zasłużenie wyróżniona Nagrodą Josefa Škvoreckiego książka, nad którą się właśnie pochylam, jest przez niego samego ulubioną z całego dorobku.

Emil Hakl (fot. Karel Tuma; zdjęcia pochodzą z oficjalnej strony autora: http://www.emilhakl.cz/ )

Kim jest bohater „Zasad śmiesznego zachowania”? To Honza, lat 50, alter ego autora, w zasadzie, nomen omen, sam Hakl, domorosły filozof (choć bez dyplomu), dziś pisarz, kiedyś copywriter. Uwaga, bo zdradzam sekret: w opinii otoczenia nie nadążający za uciekającym życiem!; żyjący z dnia na dzień, uparcie melancholijny i cyniczny, na dodatek od małego wykazujący skłonności do działań artystycznych (poza literaturą także szkicowanie czy fotografia). Dziwoląg i tyle, na pewno niepoważny. Honza to pisarz postrzegany przez kobiety jako niedojrzały egocentryk, szprycujący się psychotropami autsajder, pozostający w specyficznych relacjach ze swoim ojcem i unikający jak ognia stałych związków z lgnącymi do niego pokręconymi ekstrawertyczkami. „Jesteś wiecznie niezadowolony, podkurwiony, nieokreślony, nie można się do ciebie zbliżyć, nie dasz się nabrać, robisz z siebie gwiazdę, chlejesz, rżysz jak koń, w środku cały się trzęsiesz, potem bierzesz stilnox, żeby zasnąć. Chcesz tak umrzeć? Chcesz i jeszcze będziesz z tego strasznie dumny” – opisuje Honzę jedna z jego byłych partnerek. „(…) to nie ja jestem w dupie tylko ty, bo pisanie zastąpiło ci żywych ludzi” – dodaje druga, sposobem esemesowym, bo Honza często bywa nieuchwytny.

Zasadniczo książka Emila Hakla dzieli się na trzy części. W pierwszej jesteśmy świadkami spontanicznego wypadu w góry, podczas którego 50-letni Honza szybuje na paralotni. To jego debiut w przestworzach, nic więc dziwnego, że zbiera mu się na wspomnienia i swoistą wiwisekcję tożsamości. „Tu na górze jednostka nagle uświadamia sobie, jak ze wszech miar przekracza własne możliwości. Jak zwykle pierwsze skrzypce gra samowspółczucie. Poruszenie wywołane świadomością własnej małości, bo jak tu nie być dumnym z własnej małości. Jak tu się nią trochę nie pochwalić. (…) Nikt nie może być pewien, czy nie robi już tylko za najzwyklejszego błazna”. Powietrzne igraszki dosyć dosłownie oddają stan ducha Honzy – życie jest dla niego tożsame z bujaniem w obłokach, ponadto jedynie w ten sposób jest w stanie spojrzeć z dystansem na własną małość. Z góry zawsze bowiem widać więcej niż z dołu, choć z drugiej strony: z dołu widać dokładniej.

Rozległa, podniebna przestrzeń to wymarzone miejsce na monolog wewnętrzny, w trakcie którego poznajemy m.in. wiosnę ’81 i Honzę-wojaka, jego pierwszą dziewczynę (Łatę) i „patologicznie przystojnego” dowódcę kompanii o aparycji Deana Reada, czyli słynnego „Czerwonego Elvisa” (niektóre kawałki wymiatają!). Ta przeszłość, jawnie groteskowa, jest w pewnym stopniu podkładką pod teraźniejszość, ale Hakl nie czyni z niej determinantu, a jedynie składową zbioru. Jest to postawa przeciwna do tej, którą zazwyczaj wykazują nasi rodacy. Honza zdaje sobie sprawę z podobieństwa do własnego ojca, „człowieka, którego królestwo też nie było z tego świata, co oznacza, że wszystko przeputał, przepił, roztrwonił, rozdał babom, a z reszty dał się okraść”, lecz nie rozstrzyga, kto do kogo jest bardziej podobny: on do ojca czy może odwrotnie?

Emil Hakl (fot. Karel Tuma)

Przeczytałem gdzieś, że Honza to zrzęda. To nieprawda – cynik to nie zrzęda. Cynik kpi z wartości, zasad moralnych i ludzi, zrzęda najczęściej nie akceptuje swojego życia. Honza lubi swoje życie; mimo że zdaje sobie sprawę z własnej niedojrzałości, zupełnie mu ona nie przeszkadza. Czym jest pełna dojrzałość? Wpisywaniem się w schematy, odhaczaniem kolejnych etapów w życiu? Spłodzeniem syna? Wybudowaniem domu? Honza ma to, jak sam mówi, w dupie. „Nie użalam się nad sobą – mówi – Po prostu nie ma we mnie krzty altruizmu, jestem linearnie kumplowaty, kaszowaty, ulotny. Ale nie narzekam. Zawsze znajdzie się ktoś, kto wypije ze mną parę drinków i opowie, co go gryzie”. Rozglądając się po polskim podwórku, bohater Hakla przywodzi na myśl bohaterów Krzysztofa Vargi, a więc w dużym stopniu także i samych autorów, choć kontestujący rzeczywistość Varga bardziej się „spina”, trzęsie na znieczulicę kulturową, traci przez to siły. Honza opisuje czeską rzeczywistość ze złośliwością, ale bez złości, stara się z nią pogodzić – to znacząca różnica. „Patrzeć na nich ze śmiechem w duszy, co innego mi pozostaje. Przestać psioczyć. Czuć się jak u siebie. Przyjąć wspólny kod. Być jak oni (…) tu, na peryferiach, jakiekolwiek elitarne zachowanie jest nam obce. Nie pozostaje więc nic innego, jak od razu przeskoczyć kilka etapów i pogodzić się ze statusem nieciekawej kolonii bez potencjału”. Grubo. Dla wielu z nas nie do przeskoczenia.

Rozmyślania Honzy-Hakla (prawdziwe nazwisko pisarza brzmi Jan Beneš, to tak dla porządku) generują cyniczny przekrój społeczeństwa: daleko w dole (przeszłość), a później po twardym lądowaniu (teraźniejszość) – oto rozbudowane tło robiące za czeskie krzywe zwierciadło. Wrzucamy w automat 250 koron i oglądamy „urzekająco farbowane laski, gładkie rajskie ptaki po hennie, które dopuszczają do siebie wyłącznie podobnie odpicowanych samców; niedobitych środkowo czeskich rastafarian w knajpach; kelnerów z balejażowym jeżykiem na okrągłej spoconej głowie; czy inne symetryczne blondyny”.

Nasz bohater jest w pełni świadomy swojej egzystencji, nie oszukuje ludzi, nie ściemnia przed lustrem. Jego osobowość i brak zaangażowania może irytować (głównie kobiety), ale nie można zarzucić mu lanserstwa czy hipokryzji. „Szczegóły jej nie interesują, co mnie cieszy. Wyszedłbym na nieudane dziecko, rozbitka życiowego, dziecię z nieprawego łoża” – nie ma w Honzie admiralskiej dumy, ale nie ma też uległości. Samookreślenie Honzy-Hakla determinuje jego poczucie wolności. Może zatem ucieczka przed stałym związkiem nie jest opiewaną w patetycznych dziełach „ucieczką przed samym sobą”, ale naturalnym odruchem egocentrycznego samca? „Mogę w dowolnej chwili założyć nogę na szyję. Większość otaczających mnie ludzi zdycha ze zmęczenia, stresu, a ja mogę sobie kilka razy dziennie po prostu poczytać. Ta cała wolność naprawdę mnie przeraża. Mam jej w sobie tyle, że na pewno coś jest ze mną nie tak. Jestem pełen radości, zapału, siły a zarazem jestem w głębokiej dupie” – przyznaje. Największa wartość, którą Honza wyznaje, obraca się w chwilach słabości przeciwko niemu. Pieprzenie systemu staje się pewnego dnia uciążliwe, bo człowiek wyciągnięty ze społecznego kontekstu zaczyna zbyt dużo myśleć, czasami dziczeć. „Nigdy się nie ma tego, czego się chce. A jak ktoś ma, to nie docenia, bo nie wie, że ma coś, co chciałby mieć, gdyby tego nie miał, co nie?” – mówi Honza. Proste?

Emil Hakl (fot. Karel Tuma)

Emil Hakl (fot. Karel Tuma)

Drugą część książki Honza-Hakl poświęca skomplikowanym relacjom z umierającym ojcem. Śledzimy ostatnie chwile jego życia, reakcje na wieść o śmiertelnej chorobie, pobyt w szpitalu. To urzekające, ile bliskości kryje się w uczuciach dwójki z pozoru tak różnych i oddalonych od siebie ludzi. Relacjom Honzy z ojcem daleko jest do wzorowych – spotykają się raczej rzadko, ojciec ma o to nawet do Honzy pretensje. Tym, co fascynuje, jest zupełny brak patosu, podniosłości, której można by się spodziewać w nieodwracalnej przecież sytuacji. Więź pomiędzy Honzą a jego ojcem zasadza się na granicy powagi i zabawy, na ćwiczeniach pamięci w formie przypominania sobie postaci i aktorów ze starych filmów albo starych modeli samolotów, na czytaniu po dziesięć razy kryminalnych opowiadań Poego. To układ szarpany, po raz kolejny człowiek poważny zarzuci mu „niedojrzałość”, ale tkwi w nim authentic i emocjonalność o wiele bardziej wartościowa niż „hipokryzja niedzielnych obiadów”. Hakl nie stawia pomiędzy układami granicy, nie przeprowadza rachunku sumienia. Gdy później odsłuchuje utrwalone na magnetofonowej taśmie drobne gesty, pourywane frazy wspomnień, odnajduje w nich portret ojca: fragmentaryczny, ale w gruncie rzeczy bardzo podobny do siebie. Ta część książki jest przy okazji najlepszym dowodem na to, dlaczego Hakl jest nazywany mistrzem mowy niezależnej. Pisarz posiadł bowiem niebywałą lekkość układania dialogów błyskotliwych, celnych i wciągających, a jednocześnie niewymuszonych i nie rażących sztucznym ego.

Tuż przed śmiercią ojciec prosi Honzę o to, aby rozrzucił jego prochy w morzu. Niektórzy upatrują tu nawiązania to odwiecznego czeskiego marzenia (dostęp do morza), synonimu wolności, ale staruszek kochał nauki przyrodnicze, zajmował się stworami morskimi, więc może trop znów jest zupełnie prozaiczny. Z pomocą znowu przychodzą chłopaki od paralotni, Rulpo i Murgy, a cała trójka wyrusza nad Morze Czarne. Relacje Honzy ze wspomnianą dwójką również wiele mówią o nim samym. Dobrze się czuje w ich towarzystwie, ale jednocześnie ich wspólny język wielokrotnie bywa zagłuszony poprzez różnice pokoleniowe i kulturowe. Po raz kolejny widzimy, jak świat ucieka przed Honzą, a on nie próbuje go gonić. Wystarczy mu to, co ma, nie musi na siłę ścigać się i finiszować rzutem na taśmę. „Czym się różni średnio pokurwiony młodszy mężczyzna od średnio pokurwionego starszego mężczyzny? Stary nie uważa się za centrum metropolii. Zaczyna się czuć swojsko na, nie zapadłych może, ale już peryferiach” – wyjaśnia podczas jednej z rozmów z chłopakami, w której nie bierze udziału.

Trzecia część „Zasad śmiesznego zachowania” to wspomniana wyprawa nad Morze Czarne i po raz trzeci Hakl proponuje nam inną konstrukcję literacką. Ostatni rozdział przypomina reportersko-filozoficzne zacięcie, znane choćby z prozy Andrzeja Stasiuka: jest fascynacja peryferyjnym krajobrazem, przyroda, momentami podniosły język, który tonuje nieodłączny cynizm, ostra fraza. Ze złożoności tej prozy wyłania się przy okazji świetna praca, którą wykonała tłumaczka, Julia Różewicz. Sam Hakl posuwa się do nadmiernej ekspresji tylko wtedy, gdy pragnie oddać oczyszczającą atmosferę podróży, której misja określa po trosze tożsamość samego Honzy („Zaglądam sobie prosto w pysk. Okropny widok, wciąż jednak dużo lepszy, niż nie widzieć nic”). W gruncie rzeczy ta podróż nie jest jednak ucieczką a kołem, które zatacza bohater.

Jorge Luis Borges napisał kiedyś, że jeżeli wieczność istnieje, śmierć jest tylko żartem. A co jeśli żartem jest życie?

Emil Hakl, Zasady śmiesznego zachowania, przeł. Julia Różewicz, Wyd. Afera, Wrocław 2013.

Rafał Niemczyk

Detektyw Miś Zbyś na tropie; Wilk, pies i owce.


Jak misie i wilki opanowały komiksy

Kiedy byłam zupełnie mała, łatwo mnie było obłaskawić jakimś komiksem: „Kaczor Donald” (niezapomniane i kultowe już „Giganty”), „Asterix i Obelix” czy „Kajko i Kokosz”, „Garfield” lub „Goliat” albo jeszcze coś innego. „Supermanów” i „Batmanów” nikt mi nie kupował, ale podkradałam je starszemu bratu. Dziś jestem już duża, ale nadal czytam komiksy. Tymczasem nie tylko mi, dojrzałej czytelniczce, odbiera się prawo do pełnoprawnego cieszenia się rysunkowymi opowieściami, nadal utożsamiając je z historyjkami dla dzieci. Paradoksalnie dzisiejsi rodzice również mają wątpliwości, czy komiks okaże odpowiednią lekturą dla ich pociech. Może lepiej książkę? Najlepiej grubą, niegłupią, niech nam dziecko mądrzeje. No i owszem, książki to dobry wybór, ale czy ich czytanie powinno wykluczać poznawanie fajnych komiksów?

Oczywiście, że nie. I od jakiegoś czasu stara się to udowodnić wydawnictwo Kultura Gniewu, w obrębie nowej wydawniczej serii Krótkie Gatki. Warto zwrócić uwagę na pojawiające się w jej ramach tytuły, szczególnie że prezentowo-grudniowe okazje już zaczęły dostarczać nam dylematów. Niejednemu dzieciakowi aż zaświecą się oczy na widok pięknie wydanych przygód „Detektywa Misia Zbysia”, gwarantuję! Trzeba tylko pamiętać, że to pozycja dla tych naprawdę małych czytelników. Starszy uczeń podstawówki mógłby się już poczuć nieusatysfakcjonowany. Tym, co jako pierwsze zwraca naszą uwagę przy zetknięciu z albumem, są przepiękne, soczyste kolory – nie trzeba być dzieckiem, by się spodobały. Tak cudownie barwnego komiksu dawno nie miałam w rękach. Fabuła jest tu prościutka i przybiera kształt detektywistycznej opowieści. Otóż Miś Zbyś wraz ze swoim pomocnikiem, borsukiem Mrukiem, wyrusza rozwikłać zagadkę skradzionego miodu. Zlecenie zostanie wykonane dla nie byle kogo, bo samej Królowej Pszczół.

Co ważne, Misia Zbysia czyta się gładko – estetyczne, duże plansze wzbogacone wesołymi szczegółami otoczenia, tła, krajobrazu sprzyjają lekturze. Cała gama sympatycznych postaci, zwierzaczków, hipków, przyciągnie wzrok i będzie sprzyjać radosnej identyfikacji. Akcja historii skupia się tu na pościgu za złodziejem. Miś i jego towarzysz wędrują przez las, a nawet dżunglę, płyną statkiem, trafiają do doliny pancerników i do przyjemnego miasteczka.  Napotkani po drodze bohaterowie będą ze szczerą chęcią pomagać parze detektywów. Nie obejdzie się jednak bez przeszkód, bo nasz złodziejaszek to całkiem cwany lis. Książeczka ta, niewielka rozmiarowo, ale bardzo przyjazna, uzmysłowi małemu czytelnikowi, że być cwanym najzwyczajniej się nie opłaca.

Bardziej skomplikowany kontekst towarzyszy ilustrowanej bajce pt. „Wilk, pies i owce”, stworzonej przez duet: Przemysław Wechterowicz (autor bajek „Mrówka wychodzi za mąż” i „Lukrecja”), Bartosz Minkiewicz (współtwórca arcylubianego Wilqa). I chociaż w tej oto historii również mamy podział na szlachetnych i złoczyńców, to wnioski i morały nie będą już tak oczywiste. Wilk, wiadomo, będzie próbował skonsumować Owieczki. Tych natomiast strzegł będzie Pies, nie taki znowu bystrzak, sympatyk obsikiwania samochodów, nazywany przez Wilka niewybrednie „Konewką Parkingową” czy „Wstajką-Podlewajką”. Wilk, by osiągnąć swój złowieszczy cel i dostać się do owieczek, będzie zmuszony Psa przechytrzyć. Zrobi więc to, co już w innych bajkach mu się udawało – będzie próbował się przebrać i w ten sposób oszukać stróża. Raz wcieli się w rapera, innym razem w śmierć, będzie też owieczką, suczką albo księdzem. Zaraz, zaraz… kim? Czy my naprawdę mamy do czynienia z bajką dla dzieci?

No więc właśnie – „Wilk, pies i owce” prowokuje pytanie o swój target. Do kogo skierowana ta trochę prześmiewcza, trochę absurdalna, na pewno nie „baśniowa” historia? Twórcy bawią się zarówno rysunkiem, jak i słowem, używają abstrakcyjnego humoru, adaptują do swojej opowieści nie zawsze grzeczne określenia, zdobycze nowoczesności (Wilk zaopatruje się w swoje przebrania na Allegro) czy slang. Na szczęście to wszystko nie przekracza pewnej granicy. Historia ta bez wątpienia okaże się zrozumiała, ciekawa i absorbująca dla dzieciaków. Bo przecież, nie oszukujmy się – w dobie powszechnego dostępu do internetu, szalonych, często także abstrakcyjnych kreskówek, nowoczesnych, wielokontekstowych animacji od studia Pixar, dzieciaki wymagają czegoś więcej niż zwykłej, czarno-białej opowieści o księżniczkach, królewiczach, smokach i szewczykach.

Nasz nowoczesny, podstępny Wilk zaspokoi ich pragnienia, nie uśpi, ożywi, a do tego sprawi, że i dorośli zainteresują się lekturą. Dużą zaletą „Wilka, psa i owiec” jest gładko i sprawnie napisany tekst. Zaczynając czytać, nieco się obawiałam, że wedrze się tu trochę nachalnych, „slangowych” sztuczności, że wkradną się przykłady humoru na siłę, trochę jak ze współczesnego, nienajlepszego, głupkowatego kabaretu. Pomyliłam się jednak. Czytało się przyjemnie, rytmicznie, a i nawet od czasu do czasu uśmiech się na ustach pojawiał. Ilustracje Minkiewicza oczywiście uprzyjemniają całą historię, również pozostając w zabawnej konwencji.

Nie ma co się przed tym bronić. Nie bójmy się kupować dzieciom komiksów. Czytajmy je z nimi wspólnie, zagadujmy o ilustracje, bawmy się razem z nimi. Nie ma obaw, by dziecko uciekło w komiks przed książką, by komiks w jakikolwiek sposób mu zaszkodził. Wiem to na swoim przykładzie.

Maciej Jasiński, Piotr Nowacki, Rybb, Detektyw Miś Zbyś na tropie: Lis, ule i miodowe kule, wyd. Kultura Gniewu, Warszawa 2013.

Przemysław Wechterowicz, Bartosz Minkiewicz, Wilk, pies i owce, Kultura Gniewu, Warszawa 2013.

Dorota Jędrzejewska

Mikołaj Łoziński, Marta Ignerska, Prawdziwa bajka. Recenzja.


Fantazja z kropek i kresek

„Bo fantazja, fantazja, bo fantazja jest od tego, aby bawić się, aby bawić, aby bawić się na całego” – piosenka zespołu Fasolki to jeden z największych przebojów naszego dzieciństwa. Ilustratorka Marta Ignerska i autor powieści „Książka” Mikołaj Łoziński połączyli swoje siły, by dowieść, że ponadczasowe hity nigdy się nie starzeją. Wykorzystanie abstrakcyjnego przekazu, aby pobudzić odbiorcę do myślenia, w malarstwie zaistniało jakieś sto lat temu, ale „Prawdziwa bajka” to spojrzenie świeże i zaskakująco nowoczesne. Z połączenia symbolicznej graficznej formy i prostej opowieści otrzymujemy dzieło względnie uniwersalne – przeznaczone dla młodszego odbiorcy, lecz pozostawiające pole do interpretacyjnego popisu dla tandemu dziecko-rodzic.

Współczesne dzieciaki patrzą na świat w zupełnie inny sposób niż wcześniejsze pokolenia. Jak mówi Marta Ignerska w Polskim Radiu: „Dzieci są o wiele mniej skażone figuratywnym opowiadaniem, dlatego są otwarte na abstrakcyjny język, z tym się rodzą”. Inne niż kiedyś rejony wyobraźni poruszają modne obecnie kreskówki, kultura obrazkowa przemawia do nas przede wszystkim symbolami, skrótami, ujętymi w liniach i kolorach metaforami, ten sam sposób przekazu proponują nam twórcy wszechobecnej reklamy. Skrótowy i bardziej esencjonalny jest współczesny język, a na podobnych założeniach funkcjonuje również nowoczesna sztuka, jakże często nierozumiana czy wręcz lekceważona i bagatelizowana przez dzisiejszych seniorów. Ileż to razy w jej kontekście słyszymy kąśliwe uwagi i żarty opierające się na stwierdzeniach typu: co to za sztuka? Parę kresek, nic więcej – to przecież każdy potrafi.

Para młodych ludzi podróżuje po Europie. Któregoś dnia dołącza do nich tajemniczy „autostopowicz”, nie będący jednak zwykłym pasażerem. Kim jest i gdzie podąża – dowiecie się z „Prawdziwej bajki”. Mnogość interpretacji to zdecydowanie największa zaleta tego albumu. Marta Ignerska i Mikołaj Łoziński udowadniają, że fantazja wcale nie musi przybierać „kosmicznych” odcieni. Geometria, kreski, kropki, figury, kolory – wszędzie kryje się radość z odkrywania, swoboda, a także historia o sporym potencjale.

„Prawdziwa bajka” jest przede wszystkim nastawiona na młodego odbiorcę, który wchodzi w świat kultury z innym bagażem początkowym, niż robił to jego rodzic czy dziadek. Przygotowuje go do zabawy w sztukę, odczytywanie ukrytych sensów, zapełnianie pustych miejsc, dopowiadanie niedopowiedzianego. Nie należy jednak pozostawiać tej przyjemności wyłącznie dzieciom. Jesteśmy pewni, że z pomocą tego albumu nowego sposobu czytania nauczy się także niejeden dojrzały czytelnik, który wspólnie z dzieckiem zasiądzie do lektury.

Nad każdą stroną „Prawdziwej bajki” można podebatować, wskazać palcem to i owo, razem spróbować nazwać pewne elementy, określić je, poszukać odpowiednich słów – w ten właśnie sposób autorzy proponują nowy, ożywczy rodzaj wspólnego czytania. Warto wspomnieć, że tekst wspierający tu wielkie ilustracje, choć momentami banalny, nie jest naiwny. Nie infantylizuje odbiorcy, dzięki czemu czytelnicy niezależnie od wieku nie spojrzą z góry na tego typu uciechę, a po prostu dadzą się wciągnąć.

Mikołaj Łoziński, Marta Ignerska, Prawdziwa bajka, Kultura Gniewu, Warszawa 2013. 

Dorota Jędrzejewska
Rafał Niemczyk

%d blogerów lubi to: