Alice Munro, Za kogo ty się uważasz? Recenzja.


Jak zrozumieć kobietę?

Tytuł kolejnego już, wydanego w Polsce, zbioru opowiadań autorstwa Alice Munro, niesie ze sobą sporo treści. „Za kogo ty się uważasz?” to swego rodzaju wykładnia stanu uczuć głównej jego bohaterki – Rose. Niewygodne pytanie zawieszone nad jej życiorysem w zależności od kontekstu i intonacji zawiera w sobie zarówno pewien rodzaj buty i dumę, z drugiej natomiast – kompleksy i poczucie niższości. Książka ta składa się z dziesięciu miniatur, których tematem są pojedyncze epizody z różnych okresów życia Rose – dziewczyny wywodzącej się z niskiej warstwy społecznej, lecz dzięki ambicjom i przyjaznym okolicznościom pnącej się hardo po klasowej drabinie. Każde z opowiadań coraz mocniej i głębiej wnika w psychikę bohaterki, i to w tak drobiazgowy sposób, że pod koniec lektury mamy wrażenie, że znamy Rose wyjątkowo dobrze.

Rose przez całe życie będzie zmagać się z kompleksem pochodzenia. To on, ten nieznośny uszczerbek w życiorysie, skaza, na którą trudno mieć wpływ, stanie się niechcianym towarzyszem, a jego obecność zdeterminuje wiele ważnych wyborów Rose i ukształtuje jej losy. Dorastająca na prowincji w okolicy dość podłej i obskurnej, zrealizuje cichy cel – awansuje społecznie. Dzięki inteligencji, fantazji i pracowitości, wkrótce dostanie się na studia. Jako stypendystka pokona parę schodów więcej niż tyjące i bezbarwne koleżanki ze szkoły podstawowej, jako żona zamożnego mężczyzny – przeskoczy nawet parę pięter. Karkołomnym zadaniem okaże się ucieczka od swojego pochodzenia. Rose nie zerwie z przeszłością. Chroniczne poczucie niższości i wstydu będzie się w niej mieszać z poczuciem wyższości, przez co bohaterka utknie gdzieś pośrodku – niezdecydowana do końca, nieukształtowana, trochę zagubiona, choć przecież silna i zdeterminowana.

Ucieczka Rose nie jest jednak jedynym tematem tej książki. Wraz z kolejnymi etapami życia bohaterki Munro otwiera przed czytelnikiem całą masę innych kategorii, emocji, pragnień, marzeń, problemów i zakrętów. W żadnym z wypadków nie udziela kompletnej odpowiedzi, nie podaje właściwego rozwiązania. Jedynie sygnalizuje. Tka z elegancją i z niebywałą spostrzegawczością obrazki złożone z autentycznych przeżyć i dylematów, unikając przy tym niepotrzebnej egzaltacji. Każda z przywołanych tu opowieści to całe bogactwo mniejszych i większych smaczków, malutkich furteczek otwierających ścieżynki do kobiecego umysłu.

Z ogromnym wyczuciem podejmuje autorka choćby wątek nieszczęśliwego małżeństwa, w które Rose pcha się zupełnie niepotrzebnie, wiedząc jeszcze przed wypowiedzeniem sakramentalnego „tak”, że cała ta farsa nie ma szans powodzenia, że skończy się katastrofą. Odpowiedź na pytanie: po co to robi? – nie zostaje tu udzielona. Przynajmniej nie wprost. Klucz do zrozumienia absurdalnych czynów bohaterki tkwi gdzieś indziej – w piramidzie jej uczuć.

Proza Munro w „Za kogo ty się uważasz?” jest tylko z pozoru prosta. Na pierwszy rzut oka to całkiem zwyczajne, sprawne opowiadania z bohaterką wcale nie wyjątkową. Przy uważnej lekturze, odsłania się jednak przed nami cała masa niuansów i swobodnych wątków nagromadzonych wokół jednej postaci. Próba ułożenia sobie życia na nowo, samotność, strach przed tym „co ludzie powiedzą”, misterne konstruowanie własnego wizerunku, zakładanie masek, dostosowywanie się do sytuacji i kontekstów, walka z ambicjami, zmaganie się z niesłusznymi kompleksami, katowanie się za nieosiągnięte cele, pragnienie czułości, uniesień i opieki, przykra konfrontacja marzeń z rzeczywistością, a wcześniej dojrzewanie, skomplikowane relacje z rodziną, zawieszenie w dwóch oddzielnych światach – mimo pozornej prostoty, tak naprawdę to niemały gąszcz myśli. Kobiecych myśli.

Alice Munro (fot. The Guardian)

Warto jednak zaznaczyć, że Alice Munro, choć jest pisarką wyjątkowo czułą na kobiece sprawy i problemy, tworzy prozę gęstą i wartościową, wykraczającą daleko poza schemat „babskiej pisaniny”. Kanadyjska pisarka nie mówi bowiem wyłącznie o kobietach, ale przede wszystkim o ludziach. Uważnie, starannie rysuje ich sylwetki, drobiazgowa w szczegółach i naprawdę przekonująca skupi uwagę każdego wrażliwego na dobrą lekturę czytelnika. A przy okazji – być może pozwoli lepiej zrozumieć kobiety.

Alice Munro, Za kogo ty się uważasz?, tłum. Elżbieta Zychowicz, W.A.B., Warszawa 2012.

Dorota Jędrzejewska

Alice Munro, Taniec szczęśliwych cieni. Recenzja.


Egzorcyzmowanie wspomnień

Co może kryć się w kamieniu ciśniętym niezdarnie przez dziecko w otchłań jeziora? Czy spacer z ojcem po lesie może odkryć ponurą tajemnicę? Gdzie tak naprawdę mieszkamy i kto jest naszym sąsiadem? „Taniec szczęśliwych cieni” to debiutancki zbiór opowiadań Kanadyjki Alice Munro, która w pewnych kręgach bywa nazywana „współczesnym Czechowem”. Jej domeną są opowiadania i nigdy nie wychodzi poza krótką formę, ponieważ, jak sama twierdzi, „powieść posiada spójność, której nie widzi wokół siebie”. Jakby na przekór tym słowom, książki Munro należy traktować jako całości, kompletne zbiory, gdyż opowiadania odczytywane pojedynczo tracą sporą dozę siły wyrazu. Trzeba się mocno skupić, aby wyróżnić w tym solidnym zbiorze utwory zapadające w pamięć najbardziej, a jednak nie sposób nie dostrzec w tej prozie blasków i cieni codzienności obserwatorskiego kunsztu. Opowiadania Munro oparte są bowiem na obserwowaniu wycinków życia często z pozoru bezbarwnych ludzi.

Scenerię tworzą tu przeważnie obrzeża kanadyjskiej prowincji Ontario, z Doliną Wielkich Jezior i granicą z USA na południu, Zatoką Hudsona na północy, prowincjami Quebec i Manibota na wschodzie i zachodzie. Czy posiada to większe znaczenie? Chyba tylko takie, że to strony, z których pochodzi autorka, trzeba więc przy okazji wspomnieć o wyczuciu, z jakim je opisuje. Ponadto jest tutaj zielono, pachnie lasem i jeziorem, ale wszak dla Kanady to krajobraz wcale nie wyjątkowy. Czas opowieści jest różny, ale można założyć, że zamykają się w dwudziestoleciu powojennym, zaś najwcześniejsze z nich to okres prohibicji, który w niektórych kanadyjskich prowincjach trwał do roku 1948.

Okładka pierwszego amerykańskiego wydania „Dance of the Happy Shades”

Narracja większości utworów prowadzona jest z perspektywy kobiety lub dziewczynki. Munro, opowiadając o młodzieńczych (dziewczęcych) kompleksach, z lekka feminizuje, ale nie ma w tym nic denerwującego ani ideologicznego (w przeciwieństwie do okładki polskiego wydania, która z przyczyn prawdopodobnie marketingowych sugeruje, że sięgamy po literaturę „kobiecą”, co, używając słów litościwych, „nie jest do końca prawdą”) – ot, ukazuje rzeczy i ówczesne realia takimi, jakimi je pamięta. Problemy nie dotyczą samej nierówności płci – kanadyjska pisarka przedstawia dwoistą percepcję dziecięcego świata, z wyraźnym podziałem zadań, ale również krzywą wrażliwości kształtowaną machinalnie przez świat dorosłych.

Najdobitniej widać to w świetnym opowiadaniu o sprzedawcy lisich skór, pod którego strzechą dorastają syn i córka, która nie może pogodzić się z losem uśmiercanych w gospodarstwie zwierząt. Koń wierzga w agonii, brat się głupkowato śmieje. Małej nikt nie słucha, a wszelkie słabości składane są na karb „dziewczyńskości” bohaterki. „Jestem tylko dziewczynką” – dochodzi wreszcie do wniosku. Trudne relacje damsko-męskie znajdziemy z kolei w ponurym i klaustrofobicznym opowiadaniu „Biuro”, którego bohaterka – początkująca i traktowana nie do końca poważnie pisarka – jest nękana dziwnym zachowaniem właściciela tytułowego lokalu.

Autostrada w pobliżu Bissett Creek w prowincji Ontario (fot. wikimedia)

Autostrada w pobliżu Bissett Creek w prowincji Ontario (fot. wikimedia)

Wiele w tym zbiorze pojedynczych dziwności, jest też garść odpałowych postaci, które pojawiają się znienacka na tle zwyczajnego świata, zwracając uwagę jeśli nie na siebie, to na szczegóły zręcznie zakamuflowane przez autorkę. Pewne motywy powtarzają się w kilku opowiadaniach – czujny czytelnik wyłapie je i powiąże ze sobą, co sprawi, że obraz stanie się bardziej pełny, choć nigdy do końca wyraźny. „Taniec szczęśliwych cieni” przypomina bowiem egzorcyzmowanie koszmarnych wspomnień z przeszłości – nie żywych już, ale nigdy do końca martwych.

Alice Munro, Taniec szczęśliwych cieni, przeł. Agnieszka Kuc, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2012.

Rafał Niemczyk

Alice Munro, Kocha, lubi, szanuje…Recenzja


W obliczu ryzyka, które przynosi nam codzienność

Wielki urok tkwi w zwyczajnych opowieściach. Takich, które sięgają po prawdopodobną codzienność, po uczucia, chwile i dylematy, znane naszym sąsiadom i kolegom, przyjaciołom i wrogom, bądź oczywiście nam samym. Obyczajowe obrazki, umiejętnie skonstruowane z pomocą wprawnego, czujnego oka pisarza, pozbawione dziwactw i nieprawdopodobności, skomplikowanego tła i egzotycznych elementów, mimo pozorów „zwyczajności” potrafią być nośnikiem cennej prawdy. Proza Alice Munro tym właśnie się charakteryzuje – nieskomplikowaną prawdą o człowieku – o jego emocjach, uczuciach i lękach, cichych, mało spektakularnych, drobnych, wcale nie najważniejszych w perspektywie problemów całego świata. Zbiór dziewięciu opowiadań pt. „Kocha, lubi, szanuje…” zawiera całe jej pokłady.

Munro, jako drobiazgowa, wrażliwa obserwatorka, tworzy obrazki nie tylko osadzone w obyczajowości, ale wyjątkowo i dogłębnie autentyczne. Jej proza jest urzekająco dojrzała i przekonująca, a sama pisarka operuje subtelną, gładką i piękną narracją. Dobrze się czyta te historie – nie tylko dzięki elastycznemu, wprawnemu językowi, ale i dzięki intrygującym pomysłom, zwyczajnym i niezwyczajnym zarazem.

Dwa przewodnie tematy zbioru „Kocha, lubi, szanuje…” to miłość i znienacka atakująca choroba. Do ludzkiej niemocy, gdy ciało odmawia głowie posłuszeństwa, pisarka podchodzi z wyjątkowym wyczuciem. Nie operuje jednak górnolotnymi kategoriami, unika patosu i tandetnych emocji, nie korzysta z kalek. Dzięki temu jej proza jest jeszcze bardziej przejmująca.

Alice-MunroKażdy z dziewięciu tekstów stawia czytelnika w roli obserwatora rozwijającej się właśnie sytuacji, zaistniałej w życiu bohaterów. Munro nie robi długich wstępów, nie przygotowuje odbiorcy na mające za moment nastąpić wydarzenia. Sami musimy się połapać, oswoić z odsłanianym z każdym nowym opowiadaniem mikroświatem problemów, uczuć i emocji. Każdorazowo fabuła opowieści zawiązuje się wokół ważnej, czasem nawet przełomowej chwili w poukładanym świecie danego bohatera (częściej bohaterki) – niespodziewanego spotkania (na przykład z obiektem miłości sprzed lat lub młodym chłopcem znienacka okazującym czułość), decyzji (o ryzykownym wyjeździe bądź jednorazowym skoku w bok), tragedii (choroby żony lub męża). Pisarka starannie oddaje nastrój tych momentów i emocje z nimi związane. To w nich możemy przejrzeć się jak w lustrze, przez co podczas lektury często doświadczamy wrażenia, że „też tak kiedyś mieliśmy”, „też tak kiedyś czuliśmy”.

Munro trafia w sedno ludzkiej wrażliwości, naturalnych uczuć, jakimi są zazdrość, strach przed samotnością, panika narastająca w obliczu niepewnej przyszłości lub straty, namiętność. Drobiazgowo odtwarza ciąg naszych myśli, gdy mierzymy się z każdym z nich, rekonstruuje proces walki, którą toczymy sami z sobą w obliczu ryzyka, które mamy możliwość podjąć z szansą na odmianę życia. Bohaterowie Munro nieustannie pytają – czy powinni, czy wypada, czy należy, czy w ogóle się da? Konsekwencje tych dylematów są różne. Niektórym udaje się zrewolucjonizować swój mikroświat mimo niesprzyjających okoliczności, inni nie mają odwagi, niektórzy natomiast po prostu nie zdążą skorzystać z czyhającej pod nosem okazji.

Większość tych historii dzieje się w latach 60. lub 70. XX wieku. Nic dziwnego więc, że ich bohaterowie mierzą się z dylematami moralnymi, skoro tłem ich życia jest rewolucja obyczajowa. Mimo to pytania, które przyszło im wtedy zadać, wcale nie straciły na wartości, nie przebrzmiały. Dzisiaj, choć obyczajowo jesteśmy kilka kroków wprzód, wciąż one nam towarzyszą, bo wciąż jesteśmy uwięzieni w pułapce między własnymi pragnieniami a poczuciem ich niepoprawności.

Munro ze szczególną również uwagą traktuje kobiety. To na ich emocjonalności się skupia, opisuje ich sytuację społeczną i związane z nią trudne wybory – nie feminizuje jednak. Nie narzuca swojego stanowiska. Konstruuje po prostu autentyczne obrazki i pozostawia je nam do interpretacji. Operuje również symboliką, którą wedle naszych czytelniczych kompetencji próbujemy odczytać. Robimy to mimowolnie i z zaangażowaniem. Wszak Munro pisze o nas, trudno byłoby pozostać na jej słowa obojętnym.

Alice Munro, Kocha, lubi, szanuje…, tłum. Jadwiga Jędryas, Tina Oziewicz, wyd. Dwie Siostry, Warszawa 2011.

Dorota Jędrzejewska

%d blogerów lubi to: