Alessandro Baricco, City.


Odnaleźć w sobie dziecko

Komiks, opowieść bokserska, western, genialny dzieciak wymyślający swoich przyjaciół, profesor rozwiązujący „zagadki futbolowe” i traktat o „Nenufarach” Moneta. „City” Alessandro Baricco to książka-labirynt, napisana w formie pastiszu kilku gatunków, a zarazem afirmacja postmodernizmu i hołd złożony popkulturze. To książka, którą napisałby zapewne Quentin Tarantino, gdyby pisał książki, a nie kręcił filmy. To dziwadełko, w trakcie lektury którego wiele razy przechodziły mnie ciary, nawet jeśli czasami zdarzało mi się zgubić między wersami. To powieść, której Krzysztof Varga nie zaakceptował, pisząc o niej o kilka lat za wcześnie, w 2001 roku, jeszcze zanim stał się zakładnikiem „Lostów” i najlepszych seriali Netflixa. To wreszcie książka, którą powinien przeczytać każdy pisarz aspirujący do uczynienia z literatury gatunkowej czegoś więcej niż kolejnej zagadki kryminalnej z trupem porzuconym na wysypisku śmieci w mrocznej dzielnicy.

To książka fenomenalna w swoim chaotycznym wzorze, który rozsupłała już po części Ania w swojej recenzji na blogu Literackie Skarby Świata Całego. Od siebie dorzucam kilka wątków, które na mnie osobiście zrobiły największe wrażenie.

Mały Mozart

      — Nie widzi pani nic przerażającego w fakcie, że dziecko spędza cały czas z dwoma przyjaciółmi, którzy nie istnieją?
      — Nie, dlaczego?

Plejada barwnych bohaterów, a wśród nich… genialny chłopiec Gould i jego najlepsi, bo wymyśleni przyjaciele: olbrzym Diesel oraz (nie)mówiący niemowa Poomerang.

Ucieczka w świat wyobraźni nie jest niczym nowym, rozmaitych Alicji mieliśmy w literaturze dość sporo. To, co odróżnia Goulda od większości literackich geniuszy, których świat chce „przygarnąć” na własny użytek, kryje się w sposobie uciekania. Jest on nieśpieszny, pozbawiony buntowniczego jazgotu i poczucia wyższości. Gould jest wyciszony, wydaje się pogodzony z losem, nieobecny, czasem wręcz zrezygnowany. Kiedy spotyka młodą opiekunkę Shatzy Shell, która także porusza się gdzieś na marginesach normalnego życia, okazuje się, że oboje mówią wspólnym językiem; jak to trafnie i pięknie ujęła Ania: posługują się „szyfrem stukniętych”.

Postać Goulda skojarzyła mi się z pewnym serialem, wyświetlanym w latach 90. w TVP, w czasach, kiedy nie było jeszcze Netflixów. Był to serial francuski, nosił tytuł „Operacja Mozart”, ale ja zapamiętałem go – nie wiem czemu – pod tytułem „Mały Mozart”. W każdym razie bohaterem tego serialu również był genialny chłopiec, specjalista od przedmiotów ścisłych (podobnie jak Gould), chyba głównie matematyki. Nauczyciel Mozarta, jako reprezentant porządnych ludzi, zaniżał chłopcu oceny, aby „naukowy establiszment”, reprezentowany przez agencje rządowe, nie zaczął się nim interesować. Oczywiście sekret został tak czy siak wykryty i mały Mozart musiał zacząć się ukrywać. Podobno wolność zawsze można odzyskać, ale dzieciństwa – nigdy.

Świat jako boisko piłkarskie

[Profesor Taltomar] miał kilka wątpliwych pewników, streszczających się w zdaniu, którym zamykał wszelką dyskusję: „odbicie ręką w polu jest zawsze zamierzone, spalony nie podlega nigdy wątpliwości, wszystkie kobiety to dziwki”. Twierdził, że wszechświat jest „meczem bez sędziego”, ale na swój sposób wierzył w Boga: „jest sędzią bocznym i zmyśla wszystkie spalone”. (…) Gould przypisywał mu, słusznie, absolutną znajomość regulaminu i szukał u niego tego, czego nie potrafił znaleźć u akademickich znakomitości trenujących go do Nagrody Nobla: pewności, że ład jest własnością nieskończoności.

    

Z portfolio agencji reklamowej Ogilvy Sao Paulo Bandsports in Brazil.

Skraj boiska za prawą bramką. Siedzieli tam nieruchomo i patrzyli. Prof. Taltomar ze swoim niedopałkiem w ustach, Gould w wełnianej czapce na głowie, z rękami w kieszeniach.
Całe minuty.
Potem Gould, wpatrując się nadal w graczy, powiedział:

     — Szalona burza na boisku. Dwudziesta minuta drugiej połowy. Crossowe podanie z lewej, środkowy napastnik z drużyny gości, oczywiście na spalonym, zatrzymuje piłkę piersią, sędzia gwiżdże, ale gwizdek zamókł i nie działa, środkowy napastnik strzela, sędzia znowu gwiżdże, ale gwizdek ponownie zawodzi, piłka trafia do bramki, sędzia próbuje gwizdnąć na palcach, ale obślinia sobie rękę i to wszystko, środkowy napastnik rusza jak szalony w stronę narożnej chorągiewki, zdejmuje koszulkę, opiera się o chorągiewkę, wykonuje kilka kroków jakiegoś idiotycznego brazylijskiego tańca, a w końcu spopiela go piorun, który trafia prosto we wspomnianą chorągiewkę.
Profesor Taltomar zyskuje na czasie, wyjmując z ust papierosa i strząsając nieistniejący popiół.
Przypadek był obiektywnie skomplikowany.
W końcu wypluł okruchy tytoniu i wyszeptał cicho:

     — Gol nie uznany z powodu nieprzepisowego zagrania. Środkowy napastnik dostaje upomnienie, ponieważ zdjął koszulkę. Po wyniesieniu prochów z boiska można przystąpić do niezbędnego zastąpienia go. Przedtem należy wymienić gwizdek sędziego i zainstalować nowe chorągiewki narożne, za karę gra wznowiona ma być dokładnie w miejscu, gdzie zdarzył się spalony. Żadnej sankcji dla drużyny gospodarzy. Tylko tego by brakowało, żeby odpowiadać za fakt, że środkowy napastnik miał wyjątkowego pecha.
Milczenie.
Potem Gould powiedział:
— Dziękuję, panie profesorze.
i poszedł sobie.
— Bądź zdrów, synku — szepnął prof. Taltomar, nawet się nie odwracając.
Utrzymywał się wynik zero do zera.
Sędzia niewiele biegał, ale znał się na rzeczy.
Panował straszny ziąb.
Dzieci potrzebują być pewne czegoś w życiu.

Profesor Taltomar, emerytowany sędzia piłkarski, dziś obserwator. Swoimi analizami przypomina zażywającą valium, spokojną wersję trenera Jacka Gmocha w szczytowej formie. Gould przychodzi do profesora i razem oglądają mecze, ale nie to stanowi klucz do ich porozumienia. Po raz kolejny staje się nim wyobraźnia. W inscenizacjach piłkarskich scenek kryje się klucz do ich postrzegania świata. Gould wymyśla absurdalne sytuacje, „boiskowe choroby”, a profesor Taltomar znajduje na nie antidotum. Profesor i Gould widzą boisko z boku. Kiedy coś się dzieje, nawet bardzo dziwnego, są w stanie jako obserwatorzy znaleźć rozwiązanie najbardziej skomplikowanych problemów. Jest jednak pewna zasada: żaden z nich nigdy nie zajmuje się grą. „Albo grasz, albo obserwujesz”. Jak w życiu, gdy zawsze łatwiej jest doradzać z boku, niż samemu brać w czymś udział. To dlatego profesor Taltomar ląduje ostatecznie w obliczu choroby na szpitalnym łóżku – i choć nie da już rady z tego łóżka wstać, to nadal jest w stanie rozwiązać zagadkę Goulda, który przychodzi się z nim pożegnać.

Boks uprawia się, kiedy jest się głodnym”

Mondini skończył czytać i zrozumiał, że źle się dzieje. Jego zdaniem, źle się działo. Świat boksu jest dziwny, można było w nim spotkać najrozmaitszych zawodników, od tego, kto lubił walczyć na pięści, do tych, co na ringu zarabiają na życie i próbują tylko ratować skórę. Byli pięściarze uczciwi i pięściarze, którzy biją poniżej pasa, ale w ostateczności był to świat dość prawdziwy i on lubił go. Boks. Taki, jaki znał. Lubił go. Ale tytuł mistrza świata, ukoronowanie: to co innego. Za dużo forsy wchodzi w grę, za dużo ludzi, których trudno zrozumieć, za dużo sławy. I ciężkie ciosy, ciosy odmienne od innych.

Jake LaMotta w walce z Tommym Bellem (1945, fot. Hank Olen/New York Daily News).

Chyba nigdy żaden pisarz nie pisał z takim wyczuciem o boksie. Sekwencje walk są opisane kilkustronowym ciągiem, łączącym sprawozdawczy ton ze strumieniem świadomości zawodnika. Bo boks jest tutaj nie tylko sportem – symbolizuje walkę o przetrwanie, o godność, o cel drogi, którą jest życie. Ring to życie. W podobnym duchu, choć z o wiele prościej nakreślonym przesłaniem, nakręcony był nagrodzony Oscarem „Rocky” z 1976 roku (ze scenariuszem i niezapomnianą rolą Sylvestra Stallone’a). Rocky Balboa też był zresztą z pochodzenia Włochem, podobnie jak sam Baricco oraz Jake LaMotta, słynący z nadludzkiej wytrzymałości „Byk z Bronxu” – zawodowy mistrz świata wagi średniej. Temu ostatniemu Baricco składa zresztą oficjalny hołd i podziękowanie na końcu książki. Postać LaMotty upamiętniło również kino: oscarową kreację boksera stworzył we „Wściekłym byku” Robert De Niro (1980). Bokserski świat zapamiętał go m.in. z sześciu epickich pojedynków z Sugarem Rayem Robinsonem, mimo że pięć z nich przegrał. LaMotta słynął nie tylko z mocnej głowy i tytanowej szczęki, ale także „życiowych” anegdot. Część z nich przemyca w „City” Baricco, najlepszą pozostawiając na koniec:

„Byliśmy tak biedni – opowiadał „Byk z Bronxu” – że kiedy nadchodziło Boże Narodzenie, mój stary wychodził na dwór, strzelał z pistoletu w powietrze, następnie wracał do domu i oznajmiał: przykro mi, ale Święty Mikołaj popełnił samobójstwo”.

Wśród literackich mistrzów pięknie o boksie pisał jeszcze Julio Cortázar (choćby w opowiadaniu „Druga podróż”), bo dla latynoamerykańskiej biedoty i emigrantów walka na pięści była często szansą na wywalczenie sobie drugiego życia. „Druga podróż” to tragiczna w skutkach historia argentyńskiego boksera i zapis ojcowskiej relacji z jego trenerem (niemal identyczny rodzaj relacji opisuje w „City” Baricco, z tym że w powieści Włocha jest ona bardziej zniuansowana niż w opowiadaniu Cortázara).

Nie ma nic gorszego dla rewolwerowca niż nie umrzeć”

Szeryf jednak rzekł: Pojadę tylko ja. Sam. Nazywał się Wister, był porządnym człowiekiem. Nie lubił wieszania i wierzył w sądy. Znał Pitta, czasami zabierał go na ryby, obiecał mu również, że nauczy go strzelać, trafiać w butelkę z odległości dziesięciu kroków, z zamkniętymi oczami. Oświadczył: Bear to moja sprawa. Wyruszył rano, podczas gdy wiatr kręcił młynki z piasku pod rusztem rozgniewanego słońca.

Polowanie na człowieka to czysta geometria. Punkty, linie, odległości. Rozrysuj je na mapie: geometrię pijaną, lecz nieuchronną. Może to trwać godziny albo tygodnie. Jedne ucieka, drugi ściga. Każda minuta oddala ich od ziemi, która ich urodziła, a która, zapytana, potrafiłaby ich rozpoznać. Wkrótce stają się dwoma punktami w nicości, nie potrafiącej już odróżnić dobrego od złego. Wówczas, nawet gdyby chcieli, nic już nie mogliby poradzić. Są obiektywnymi trajektoriami, geometrycznymi dedukcjami wykalkulowanymi przez los, a ich punkt wyjścia stanowi wina. Znajdą ukojenie tylko w końcowym akcie, wypisanym u dołu życia czerwonym jak krew atramentem. Muzyka.

Kolejnym pastiszem, któremu hołduje w „City” Alessandro Baricco, jest western. Gatunek, którego dekoracja – jak mogłoby się wydawać, została już (głównie przez kino) wyeksploatowana do granic możliwości (choć ludojady w „Bone Tomahawk” są dowodem na to, że zawsze jest nowy ląd do odkrycia). Jak przystało na Włocha, autor serwuje nam spaghetti western. Jak przystało na postmodernistę – klasyczną kompozycję szkatułkową: opowieść w opowieści. A nawet opowieść w opowieści w opowieści. Mamy tu prawego szeryfa ścigającego podejrzanego o morderstwo młodego chłopaka, udręczonego życiem sędziego, rewolwerowca budzącego lokalny postrach, dwie podstarzałe panny operujące strzelbami lepiej niż szydełkiem i włóczką. I stary zegar pośrodku prowincjonalnego miasteczka na Dzikim Zachodzie, w którym czas stanął w miejscu. Kiedy do miasteczka przybywa… zegarmistrz, wiemy już, że jesteśmy w „City”, gdzie nawet szum wiatru, choć znajomy, nie jest taki, jak nam się wydaje.

Urzekający jest sposób, w jaki Baricco bawi się westernowymi kliszami. „Gdyby ta książka była filmem, mówilibyśmy o niej, że składa się z samych kultowych scen” – powiedział Jakub Małecki i idę o zakład, że miał na myśli w dużej mierze westernową opowieść w „City”.

„To bardzo przykre szukać dziecka i nie móc go znaleźć” – przeczytamy w epilogu powieści. Zanurzony w „City”, przedziwnym mieście pełnym zwariowanych postaci i poruszających scen, odnalazłem w sobie to dziecko niejeden raz, na nowo. Wybitna literatura!

Alessandro Baricco, City, przeł. Joanna Ugniewska, wyd. Czytelnik, Warszawa 2000.

Rafał Niemczyk

Ota Pavel, Bajka o Rašce i inne reportaże sportowe. Recenzja.


bajka-o-raszce-okladkaSport zobaczyć w ziarenku piasku

Sport nie sport, czy to nie wszystko jedno?
Najważniejsze: wysłowić coś nowego,
pisać jakoś inaczej o tym dziwnym świecie.

Ota Pavel

Dla wielu ludzi niezrozumiałe jest, że można z własnej woli przez 16 dni siedzieć po nocach, śledząc transmisje z Igrzysk Olimpijskich w Rio albo tenisowego Australian Open. Ta książka powinna rzucić nieco światła na tę sprawę. Ota Pavel, pisarz, który zasłynął m.in. poruszającym tomem opowiadań „Śmierć pięknych saren”, był jednocześnie sprawozdawcą sportowym Czechosłowackiego Radia oraz autorem reportaży-opowiadań o tematyce sportowej. Zamiłowanie do literatury pięknej pozwoliło mu uczynić z tych ostatnich perełki: połączenie sportowych historii, puentowanych nienachalnym morałem, z psychologicznymi aspektami rywalizacji, obrazem swojej epoki i portretami sportowych bohaterów. Wielkich i mniejszych. Dla Pavla bowiem sport był dziedziną życia, w której liczyła się przede wszystkim droga na szczyt, niekoniecznie jego zdobycie. To, co najpiękniejsze – pisał – tkwiło w tych miesiącach walk i rozczarowań, a nie w zdobytych medalach.

Jiří Raška - mistrz olimpijski w skokach narciarskich z Grenoble '1968. Pierwszy czechosłowacki złoty medalista IO.

Jiří Raška – mistrz olimpijski w skokach narciarskich z Grenoble 1968. Pierwszy czechosłowacki złoty medalista igrzysk olimpijskich.

Zbiór otwiera słynna „Bajka o Rašce” – utwór, który Pavel ukończył na rok przed śmiercią (1972), a który przyniósł mu później popularność. Przypowieść o losach najsłynniejszego czechosłowackiego skoczka narciarskiego łączy w sobie urok bajki, bogatą symbolikę, poetycką wrażliwość Pavla i wyczucie językowe doświadczonego sprawozdawcy sportowego. Historia ubogiego szewskiego syna z kraju o niewielkich tradycjach narciarskich, który wystrugał sobie narty i wymarzył, że będzie latał jak gawrony, chwyta za serce także dlatego, że jest prawdziwa. Jiří Raška zdobył złoty i srebrny medal olimpijski na IO w Grenoble w 1968 roku; był pierwszym czechosłowackim sportowcem, który tego dokonał.

Dla posmakowania stylu Pavla fragment opisujący skocznię w Holmenkollen:

Pojął, że dla Norwegów Holmenkollen znaczy jeszcze więcej niż dla Czechów derby Sparta – Slavia. Dla narciarza znaczyło: zobaczyć Holmenkollen i umrzeć. Skocznia nie była daleko od Oslo, jakoś tak jak wieża widokowa na Petřínie od Wacławaka.  Ale już z oddali Jirka dostrzegał wysoką do nieba, smukłą skocznię z torem najazdowym; przypominała monumentalny pomnik jakiegoś zwycięstwa albo nawet wielkiego pokoju. Była piękna niczym stająca dęba łania bądź jak biały bocian, który w dziobie trzyma czerwoną flagę Norwegii przepasaną niebieskim krzyżem skandynawskim.

Eva Bosákova - czterokrotna medalistka olimpijska. Zdobyła złoty medal na IO w Rzymie '1960 w ćwiczeniach na równoważni.

Eva Bosákova – czterokrotna medalistka olimpijska. Zdobyła złoty medal na IO w Rzymie 1960 w ćwiczeniach na równoważni.

Kolejne utwory są utrzymane w nieco mniej lirycznej tonacji. Bardziej niż bajkami stają się przypowieściami, nośnikami uniwersalnych sportowych prawd i wartości. Takie są historie: czechosłowackich alpinistów (para Radovan Kuchař i Zdeno Zibrín), którzy zdobyli alpejski Eiger, wchodząc nań od północnej ściany, najtrudniejszym przejściem; czechosłowackiej mistrzyni olimpijskiej w gimnastyce, Evy Bosákovej, która przed startem na IO w Rzymie miała problem z wytrenowaniem „najprostszego” salta w tył; a wreszcie legendarnego biegacza Emila Zátopka, „Czeskiej lokomotywy” – jedynego lekkoatlety, który na tych samych IO wywalczył złote medale na dystansach 5 i 10 km, a także w maratonie (Helsinki ‘1952).

Emil Zátopek - "Czechosłowacka lokomotywa". Jedyny biegacz, który na jednych IO wywalczył złote medale na 5 km, 10 km i w maratonie (Helsinki '1952).

Emil Zátopek – „Czechosłowacka lokomotywa”. Jedyny biegacz, który na jednych IO wywalczył złote medale na 5 km, 10 km i w maratonie (Helsinki 1952).

Jan Veselý - zwycięzca kolarskiego Wyścigu Pokoju z 1949 roku.

Jan Veselý – zwycięzca kolarskiego Wyścigu Pokoju z 1949 r.

O samych sportowcach Pavel pisze z czułością. Jest dla nich wyrozumiały, nie wypomina błędów, momentów brawury i niedoskonałości. Wie, że bohaterami sportowych aren byli jedynie przez chwilę, po czym wracali do normalnego życia. A życie to nie było usłane różami, sławą i pieniędzmi, jak życie wielu współczesnych gwiazd sportu. Tak było choćby z kolarzem Janem „Honzą” Veselim, triumfatorem Wyścigu Pokoju z 1949 roku, którego po nieudanym starcie osiem lat później uznano za zdrajcę narodu i odebrano przywileje oraz tytuł Zasłużonego Mistrza Sportu.

Ladislav Bezák - mistrz świata w akrobacjach lotniczych. W 1971 roku wraz z żoną i czwórką dzieci uciekł komunistycznemu reżimowi na pokładzie skonstruowanego przez siebie samolotu.

Ladislav Bezák – mistrz świata w akrobacjach lotniczych. W 1971 roku wraz z żoną i czwórką dzieci uciekł komunistycznemu reżimowi na pokładzie skonstruowanego przez siebie samolotu.

W to samo południe buja się na ugiętych kolanach na dalekim skraju lotniska jeden z młodziutkich pilotów. Od czasu do czasu podnosi ręce do rozczochranych włosów, wygląda to, jakby mały chłopiec bawił się w samoloty, aż dziw, że nie biega w kółko z rozpostartymi jak skrzydła rękoma – pisze Pavel o czechosłowackim pilocie Ladislavie Bezáku, mistrzu świata w lotnictwie akrobatycznym z 1960 roku, który jedenaście lat później zbuduje swój samolot i, ostrzelany po drodze przez czechosłowackie lotnictwo wojskowe, wywiezie na jego pokładzie żonę i czwórkę dzieci z komunistycznego reżimu do Norymbergi, a następnie ułoży sobie życie w Kanadzie.

Dla Pavla ważne są również aspekty czysto sportowe. Ze znawstwem potrafi rozwodzić się nad techniką biegu, rolą peletonu w wyścigu kolarskim, gimnastycznymi figurami na równoważni, meczem hokeja na lodzie i piłki ręcznej. Kto siedzi w temacie głębiej, z pewnością doceni wiedzę czechosłowackiego pisarza.

František Tikal - hokeista, brązowy medalista IO w Innsbrucku. Jego brat, Zdenek (Steve) Tikal wyemigrował pod koniec lat 40. do Australii. Bracia spotkali się po kilkunastu latach na lodowisku olimpijskim w Squaw Valley (USA).

František Tikal – hokeista, brązowy medalista IO w Innsbrucku. Jego brat, Zdenek (Steve) Tikal wyemigrował pod koniec lat 40. do Australii. Bracia spotkali się po kilkunastu latach na lodowisku olimpijskim w Squaw Valley (USA).

Pozostałym polecam utwór pt. „Dwaj bracia” – prawdziwą historię rodzeństwa Franty i Zdenka Tikalów. Ten drugi wyemigrował pod koniec lat 40. do Australii i przez kilkanaście lat nie miał możliwości na spotkanie z rodziną. W 1960 roku bracia zagrali naprzeciw siebie w USA, podczas IO w Squaw Valley. Franta reprezentował Czechosłowację, Zdeno Australię. Wynik był sprawą oczywistą, ale drugorzędną. Sport połączył ludzi, jak to powinien robić.

Bohdan Tomaszewski, legendarny polski dziennikarz, sprawozdawca sportowy i autor kilku książek, mawiał, że sport to najważniejsza dziedzina życia spośród tych najmniej ważnych. Ota Pavel na pewno by się zgodził.

Ota Pavel, Bajka o Rašce i inne reportaże sportowe, przeł. Justyna Wodzisławska, Dowody na Istnienie, Warszawa 2016.

Rafał  Niemczyk

* Zdjęcia pochodzą z archiwów Czechosłowackiej Telewizji.

Eduard Bass, Jedenastka Kłapząba. Sprawozdanie.


jedenastka-klapzaba-okladkaO jedenastu takich, co rozgromili Barcelonę

Nie darowałbym sobie, gdybym nie napisał o tej książce. Chciałem to zrobić w czasie EURO 2016, kiedy to „jedenastka” Adama Nawałki dzielnie stawiała czoła najlepszym, odpadając z turnieju po wyrównanym meczu z przyszłymi mistrzami Starego Kontynentu dopiero po rzutach karnych. Później zdominowany przez igrzyska w Rio odłożyłem książkę, ale gdy w międzyczasie mistrz Polski po ćwierćwieczu awansował do Ligi Mistrzów, zdecydowałem się wreszcie dokończyć niniejszy tekst. Czymże jest bowiem 0:6 Legii z Borussią Dortmund przy K.S. Jedenastce Kłapząba, która rozgromiła Barcelonę 31:0?

Książka Eduarda Bassa – czeskiego pisarza, dziennikarza, reportażysty i humorysty, tworzącego głównie w latach międzywojennych („Jedenastka Kłąpząba” pochodzi z 1922 r.) – to baśniowa przypowieść o ubogim rolniku i jego jedenastu synach, z których tytułowy Kłapząb komponuje piłkarską jedenastkę. Sam natomiast zostaje trenerem lokalnej drużyny, która wspina się po kolejnych szczeblach na szczyt czechosłowackiej ligi, a później wyrusza na podbój Europy i innych kontynentów. Kłapząb, choć to człek prosty, jest oczywiście uosobieniem najpiękniejszych tradycyjnych sportowych wartości: pracy nad sobą, pasji, wytrwałości, uczciwości i przestrzegania zasad fair play. Ów kanon sportowej moralności, w czasach Bassa jeszcze nie całkiem przegniły, dziś wydaje się realny jak pogrom Barcelony przez drużynę Kłapząbów. To właśnie konfrontacja ze „światem zewnętrznym” i weryfikacja ideałów jest kluczem do odczytania morałów płynących z tej książki. Pisze o tym pięknie Ania z Literackich skarbów świata całego – tam doczytacie o bajkowej stronie „Jedenastki Kłąpząba”, inspiracji, jaką był Bass dla Oty Pavla i kilku innych fajnych wątkach. Ja zajmę się w następnych akapitach aspektami czysto futbolowymi.

Futbol przedpotopowy?

Wydawać by się mogło, że bajka dla dzieci sprzed stu lat, napisana w czasach kiedy piłkarski mundial nie został nawet wymyślony (pierwsze MŚ w piłce nożnej to rok 1930), może mieć tyle wspólnego z rzeczywistym futbolem, co ludzie niepiśmienni z grą w scrabble. A jednak. Opowiastka Bassa to dowód na to, że piłka nożna w gruncie rzeczy niewiele się zmieniła. Zawodnicy biegają dziś po boisku szybciej, strzelają mocniej, efektowniej symulują, a trenerskie strategie są być może bardziej zawiłe (fani trenera Gmocha, do których sam się zaliczam, coś o tym wiedzą), lecz mechanizm samej gry pozostaje podobny, piłkarze popełniają te same błędy i ulegają tym samym pokusom. „Jedenastka Kłapząba” co rusz zaskakuje futbolowym smaczkiem, który z bajki dla dzieci czyni lekturę obowiązkową dla piłkarskiego kibica. Serio.

klapzub-trening

Ostatni zakłada siatkę!

12 celnych strzałów w „Jedenastce Kłapząba”

Uwaga: w poniższym akapicie zdradzam pewne szczegóły dotyczące treści książki. Jeśli ktoś jeszcze nie czytał, powinien chyba najpierw to zrobić.

1:0 Po kapitalnej rozmowie Kłapząba-seniora z brytyjskim królem (str. 46-53), obfitującej w ideologiczne bon moty (demokracja vs monarchia), do drużyny Kłapząbów dołącza „stranieri” – książę Walii (str. 63-64), niewątpliwie któryś z przodków Ryana Giggsa czy Garetha Bale’a.

klapzub-rozmowa

„Najlepszy król to taki, który ma najmniej lokajów. Choć oczywiście brak króla jest lepszy niż nawet najlepszy król” (stary Kłapząb)

1:1 Pan Wincenty Macoszka (str. 44 i dalej) z siecią swoich kontaktów i zdolnościami menedżerskimi jako żywo przypomina Pana Zdzisława K. z naszego podwórka, który również zawsze potrafił wszystko wszystkim załatwić.

2:1 Rozważania na temat roli trenera-motywatora w sporcie i podejścia do sportu w USA kończą się motywem piłkarza-celebryty: do Bukwiczek Dolnych (rodzinna wioska Kłapząbów) swoimi grubymi buciorami dociera światowa Sława.

2:2 Kolejni przeciwnicy Kłapząbów jednoczą się w myśl odwiecznej sportowej zasady „Bij mistrza!” (s. 88):

Nie było najmniejszych szans, żeby kiedykolwiek ktoś mógł pokonać Kłapząbów, ale wieczne i nieustające pragnienie osiągania celów nieosiągalnych, które jest najpiękniejszą cechą sportowej rywalizacji, zmuszało wszystkie drużyny do podejmowania coraz to nowych prób. 

2:3 Popularność Jedenastki Kłapząba zmierzała do apogeum, a przeciwnicy proponowali im pieniądze za samą możliwość rozegrania meczu (str. 88). To praktyka obecnie dość powszechna – Reale, Barcelony czy Bayerny jeżdżą sobie w sezonie ogórkowym na tournée po Azji czy Ameryce, promując za pieniądze kontrahentów swoją markę. Sprzedają przy tym tony koszulek wygłodniałym swoich idoli Japończykom czy Chińczykom, zaszczycając strzeleniem kilku bramek ich lokalne drużyny.

klapzub-dzieciaki

„My gramy o honor, a wy o pieniądze! Nie chcę mieć z wami nic wspólnego”

3:3 Po serii sukcesów przychodzi czas na odpoczynek po sezonie, ale Kłapząbów dopada znany piłkarski kac: „głód gry” (str. 90). Dalej mamy „scenkę jak spod bloku” (str. 91) – motyw idoli, których pojawienie się wywołuje wśród kopiących piłkę dzieciaków entuzjazm i chęć wykazania się przed Prawdziwymi Piłkarzami. A jednak zawsze znajdzie się jeden mądry, być może przyszły Ronaldo, który miał w sobie dużo młodzieńczej buty, która nie mogła pogodzić się z tym, żeby przerwać mecz z powodu pojawienia się kilku dorosłych.

Tenże butny młodzieniec wyjaśnia zaraz, że Kłapząbowie są zawodowcami i nie możemy z wami grać. My gramy o honor, a wy o pieniądze! Nie chcę mieć z wami nic wspólnego. Po czym w myśl podblokowej zasady „moja piłka”, zabiera futbolówkę pod pachę, dając słynnym kolegom wiele do myślenia.

3:4 Szpileczka okazuje się bardzo bolesna, przychodzi czas na sportowe wypalenie (str. 97):  Kłapząbowie są zmęczeni własną doskonałością.

4:4 Po okresie zdołowania następuje jednak otrząśnięcie. Oto nasi bohaterowie pojmują, że – jak mawiał nasz nieodżałowany Bohdan Tomaszewski – sport jest najważniejszą rzeczą na świecie spośród tych… mniej ważnych. Bass opisuje to tak (str. 105):

Nagle dostrzegli, że życie jest dużo bogatsze i ciekawsze niż to, co znali dotychczas, oraz że młody mężczyzna ma dużo więcej obowiązków, i to dużo poważniejszych, niż byli to sobie w stanie wyobrazić. W chwili, kiedy sport przestał być ich pracą, a stał się tym, czym naprawdę jest, czyli zdrową zabawą, przyjemnością i uzupełnieniem życia społecznego, zrozumieli, że najważniejsza w życiu jest praca, a nie gra.

Problem gry wyłącznie dla kasy, skrajnego gladiatorstwa, które często stoi w opozycji do prawdziwego ducha sportu, jest w książce poruszany wielokrotnie. Tu rzeczywiście świat i szlachetne poglądy Bassa różnią się znacznie od tych wpajanych nam współcześnie.

4:5 Nie mogło też zabraknąć nieśmiertelnego antyfeministycznego manifestu głoszącego, że „dziewczyny nie znają się na sporcie” (str. 104), a w ogóle to najlepiej, gdy piłkarz nie znajdzie sobie dziewczyny, bo w przeciwnym razie dla drużyny byłby stracony (str. 121).

klapzub-statek

Paaarostatkiem w piękny rejs…

5:5 Podróż statkiem na mecz piłkarski, którą Kłapząbowie odbywają, aby zmierzyć się o mistrzostwo świata z… Australią (dlaczego akurat z Australią, przyznam szczerze, nie rozkminiłem do tej pory), brzmi dzisiaj jak science fiction. A jednak na pierwszy mundial do Urugwaju europejskie ekipy dotarły właśnie drogą morską. Wikipedia, cytując źródła FIFA, pisze na ten temat:

„Zespół rumuński wypłynął z włoskiej Genui liniowcem Conte Verde, na którego pokład 21 czerwca 1930 roku w porcie Villefranche-sur-Mer wsiedli też Francuzi; w Barcelonie na statek dołączyli Belgowie. Statkiem tym popłynął także Jules Rimet wraz z pucharem oraz trzech desygnowanych europejskich sędziów: Belgowie – John Langenus i Henry Christophe oraz Paryżanin angielskiego pochodzenia – Thomas Balway. 29 czerwca w Rio de Janeiro dosiedli się Brazylijczycy, a 7 lipca liniowiec dopłynął do Montevideo. Ekipa jugosłowiańska podróżowała parowcem pocztowym Florida z Marsylii”.

6:5 Rozmowa starego Kłapząba z pułkownikiem armii indyjskiej (– Mewa. – Yes. – The Delfin. – Yes.) odbywająca się na statku (str. 127) przypomina momentami przywiązanie do ojczystego języka i niechęć do zachodnich języków, które w okresie swojej prezesury wykazywał również polski król strzelców z mundialu w 1974 r.:

klapzub-tubylcy

Ekipa Birimarataoa – objawienie nowej edycji Ligi Mistrzów?

6:6 Mecz przeciwko ludożercom z plemienia Birimarataoa (str. 171), cóż… Świat piłkarski widział różne cuda i może jeszcze wszystko przed nami.

Mamy zatem remis 6:6, rzutów karnych nie będzie. Wynik bardziej hokejowy niż piłkarski, ale kto by się tam przejmował. Podobnie jak drobnymi niedoskonałościami technicznymi książki (potknięcia przy składzie i redakcji), które wymieniam jedynie z kronikarskiego obowiązku. Piłkarzy doskonałych nie ma i nigdy nie było, choć staruszkowie w Bukwiczkach Dolnych mogą sądzić inaczej.

klapzub-gol

Eduard Bass, Jedenastka Kłapząba, tłum. Mirosław Śmigielski, ilustr. Josef Čapek, wyd. Stara Szkoła, Wołów 2016.

Relacjonował ze stadionu w Bukwiczkach Dolnych:

Diego Armando Rafi

Przeminęło z wiatrem. Od bestselleru do filmu wszech czasów. Recenzja.


przeminelo-z-wiatrem-brown-wiley-okladkaJak stworzyć Scarlett O’Harę?

Muszę przyznać, że „Przeminęło z wiatrem. Od bestselleru do filmu wszech czasów” to w mojej osobistej historii czytania autentyczny fenomen. Publikacja ta liczy prawie 500 stron, czyli więcej niż przeciętnie, mimo że jej temat jest wyraźnie ograniczony. Oto mamy książkę o książce. Strona po stronie, rozdział po rozdziale, od początku do samego finału rzecz dotyczy wyłącznie słynnej powieści Margaret Mitchell i ani na moment nie wyjeżdża poza margines. Moglibyśmy więc przypuścić, że mamy do czynienia z publikacją wyjątkowo nużącą. Bo czy na opisanie tej „wąskiej” historii nie wystarczyłaby broszurowa objętość? Czy to nie temat bardziej na artykuł niż na opasłą publikację? Jak się okazuje – absolutnie nie.

Z książką Ellen Brown i Johna Wileya Jr. jest tak jak z dobrym filmem dokumentalnym, gdzie często na jednym, niby niewielkim wycinku rzeczywistości, buduje się głęboką, pełną zakrętów i fascynującą fabułę. To prawdziwa sztuka mówić uniwersalnie i zajmująco na tematy hermetyczne. By się udała, trzeba spełnić co najmniej kilka warunków. Po pierwsze: należy być chorobliwie wnikliwym i drobiazgowym. Jak detektyw cierpliwie badać, odkrywać, „grzebać”, katalogować, a poza tym mądrze łączyć fakty. Po drugie: dobrze być wprawnym gawędziarzem, który zamiast przytłoczyć swojego czytelnika nadmiarem szczególików, sprzeda je w zaciekawiający, przyjemny w odbiorze sposób. Tak właśnie jest w przypadku tej książki.

Przeminelo-z-wiatrem-Tara

Tara – posiadłość Scarlett O’Hary, gdzie toczy się spora część opowieści. A także scenograficzne cudo, za które Lyle Wheeler otrzymał w 1940 r. Oscara.

Jej dwie największe zalety to: drobiazgowo opracowany materiał i płynnie opowiedziana historia. Autorzy zaczynają tam, gdzie trzeba, czyli od samego początku. Po krótkiej charakterystyce samej Margaret Mitchell wchodzą w długą i pełną zakrętów historię pisania, wydania, odbioru i dalszych kolei największego bestselleru wszechczasów. „Gdybym miała pojęcie o problemach, jakie wiązały się z Przeminęło z wiatrem, zastrzeliłabym się przed napisaniem powieści” – powiedziała pisarka już po osiągnięciu sukcesu. I owszem, wiele miejsca poświęca się tu na opisanie mozolnej pracy nad ostatecznym kształtem dzieła Mitchell, a także licznych problemów z nieoczekiwaną sławą, promocją, prawami autorskimi itd.

Scarlett-Ohara

Scarlett O’Hara w pełnej krasie. Oscar dla Vivien Leigh za najlepszą kobiecą rolę pierwszoplanową (1940).

Opis tych wszystkich perypetii działa na czytelnika stymulująco. Skrupulatność, którą autorzy odziedziczyli chyba po samej Mitchell, sprawia, że oczami wyobraźni wyczuwalnie przenosimy się do tamtych czasów, momentami zaś mamy wrażenie obcowania z ciekawą fabułą, a nie reportażowym pisaniem. Mitchell z „oczami bardziej niebieskimi niż Paul Newman”, gadatliwa, przejęta, zaangażowana, czasem dziwna, bardzo bezpośrednia, silna, lecz wycofana i ujmująco skromna, sama staje się bohaterką. Kampania reklamowa, szelest rękopisów i telegramów, zebrania w sprawie wydań, pierwsze spotkania autorskie, negocjacje z Hollywood, biznesowe lunche, czerwony dywan, powódź listów i wiele innych elementów życia słynnej pisarki nie tylko same w sobie stanowią ekscytujący materiał. Ogromne znaczenie dla wartkości opowieści ma też opisanie tego wszystkiego we właściwy sposób – prosto, bezpretensjonalnie, sugestywnie i z sympatią do tematu.

Przeminelo-z-wiatrem-Scarlett-Rhett

Legendarna para filmowych kochanków: Scarlett O’Hara (Vivien Leigh) i Rhett Butler (Clark Gable).

„Przeminęło z wiatrem. Od bestselleru do filmu wszech czasów” to nie tylko książka dla miłośników omawianego w niej dzieła. Choć oczywiście fani perypetii Scarlett O’Hary i Rhetta Butlera będą zachwyceni. Dowiedzą się np., że Scarlett miała mieć na imię Pansy, a książce proponowano takie tytuły, jak „Nikt nie był tak ślepy” czy „Trąby wyśpiewały prawdę”. Również sam opis pracy nad powieścią jest arcyciekawy. Imponująca dokładność Mitchell kazała jej na przykład wędrować całe kilometry, by ulokować wyimaginowane miejsca znane z książki tak, aby nie stały tam, gdzie w realnym świecie z pewnością nie mogłyby stanąć. Za dowód staranności autorki niech posłuży cytat:

„Mitchell przejmowała się w szczególności jedną kwestią: czy dobrze określiła porę wysiewania ziaren bawełny przed rozplenieniem się kwiecika bawełnianego. Ponieważ nie potrafiła skupić się na pozostałych sprawach, zwróciła się z prośbą o pomoc do rolnika, który wcześniej pomógł jej z gryką. Przyznała, że nikt poza Georgią nie zorientowałaby się, że popełniła błąd, <<ale ja bym o tym wiedziała i prawdopodobnie budziłabym się w nocy z krzykiem z tego powodu.>>”

margaret-mitchell

Margaret Mitchell ze swoim bestsellerem.

Dziś nie każdy czytelnik „Przeminęło z wiatrem” zdaje sobie sprawę, że sukces tej książki był w swoich czasach ogromnym zaskoczeniem. Nikt nie spodziewał się, że powieść debiutującej autorki, do tego opasła i niełatwa, bo opowiadająca o trudnym okresie w historii Ameryki, zyska taką sławę. Wątpliwości przed jej wydaniem wzbudzała również niejednoznaczność bohaterów (czy są dobrzy, czy źli?), a także otwarte, „zawieszone” zakończenie. Powiedzieć, że ryzyko wydawcy się opłaciło, to mało. Nie da się bowiem bardziej strzelić w dziesiątkę niż w tym przypadku. Dzięki temu opowieść o powstaniu „Przeminęło z wiatrem” zyskuje drugie dno i optymistyczną wymowę. Stanowi jeden z niezbitych dowodów na to, że los potrafi mile zaskakiwać i zupełnie znienacka zamieniać rzeczy niemożliwe w realne. To budujące, że autorka największego bestselleru świata była debiutantką, a sukces osiągnęła za pomocą zupełnie nie-filmowej pracowitości. Publikacja Ellen Brown i Johna Wileya Jr. jest więc nie tylko książką o książce, ale książką o… życiu.

Ellen F. Brown, John Wiley Jr., Przeminęło z wiatrem. Od bestselleru do filmu wszech czasów, tłum. Emilia Skowrońska, wyd. Aleja Róż, Warszawa 2013.

Dorota Jędrzejewska

Larry McMurtry, Czułe słówka. Recenzja.


Czule-slowka-okladkaJak pies z kotem, jak matka z córką

Larry McMurtry to imponująco płodny pisarz z doniosłymi sukcesami (wśród nich Pulitzer za „Na południe od Brazos” i Oscar za scenariusz do „Tajemnicy Brokeback Mountain”). W Ameryce czyta się go chętnie, a każda kolejna jego książka to wydarzenie literackie. A w Polsce? To jeden z tych licznych „nieodkrytych” – słyszy się o nim niewiele, nie wydaje się go prawie wcale, a jego nazwisko mało komu cokolwiek mówi. A szkoda. Do mnie McMurtry trafił drogą kina. Znakomite ekranizacje jego powieści, jak „Ostatni seans filmowy” Petera Bogdanovicha, „Hud, syn farmera” z Paulem Newmanem czy doskonały miniserial na podstawie wspomnianego „Na południe od Brazos” to tytuły, które znajdują się gdzieś w okolicy czołówki mojego osobistego filmowego rankingu. Z taką „podkładką” zabranie się za czytanie McMurtry’ego wydawało się jedynie kwestią czasu. Pretekst okazał się doskonały – oto w księgarniach pojawiło się wznowienie „Czułych słówek”, czyli kolejnego pamiętnego dzieła tego pisarza, utrwalonego głośną, oscarową adaptacją.

No i jak było? Muszę przyznać, że z „Czułymi słówkami” mam mały problem. To książka dość nierówna. Po iskrzącym od energii, obiecującym początku, gdzie żywe postacie ujęte zostają w ramy ujmującej, amerykańskiej obyczajowości, historia powoli zaczyna zgrzytać. Już gdzieś w pierwszej połowie opowieści następuje coś na kształt znużenia, czytelniczej niecierpliwości, zwłaszcza wtedy, gdy pisarz wydaje się być bardziej naiwny niż jest w rzeczywistości. Na szczęście wychodzi z tego obronną ręką.

Czule-slowka-1

Niezapomniane trio z „Czułych słówek” (1983) w reżyserii Jamesa L. Brooksa: Shirley MacLaine (Aurora), Debra Winger (Emma) i Jack Nicholson (Garrett). Oscary za najlepszy film, reżyserię i scenariusz adaptowany.

Głównymi bohaterkami są tu dwie panie: energiczna, perfekcyjna, wiecznie młoda duchem Aurora Greenway oraz jej córka – zdominowana przez matkę młoda żona, nieidealna, trochę zmęczona i zrezygnowana, choć jednocześnie pełna miłości. Jedną z najciekawszych warstw powieści jest relacja między tą dwójką – skomplikowana, zażyła, oparta na wzajemnych, choć niespełnionych oczekiwaniach. Aurora jest uzależniona od Emmy, Emma od Aurory. Aurora bywa wobec córki nieczuła, apodyktyczna i niesprawiedliwa, choć w gruncie rzeczy nawet w swojej egoistycznej postawie chce dla niej dobrze. Emma ucieka przed dominującą matką w małżeństwo bez przyszłości, co całkowicie zdeterminuje jej życie. Obie panie będą się wzajemnie zwalczać i kochać jednocześnie, co zaowocuje zarówno niezłą komedią, jak i przejmującym dramatem.

Czule-slowka-Nicholson

Oscarowe kreacje Jacka Nicholsona i Shirley MacLaine. Co ciekawe, grany przez Jacka charyzmatyczny Garrett Breedlove w powieści McMurtry’ego… w ogóle nie występuje.

I cała książka jest taka: na przestrzeni niespełna 600 stron raz wpadniemy w melodramatyczne nastroje, by po chwili być świadkami niezłej tragifarsy. McMurtry zaskoczył mnie swoim komediowym talentem, wyrażonym choćby w znakomitych fragmentach o pobocznych postaciach, w tym o gosposi Aurory i jej niewiernym, głupkowatym mężu-zazdrośniku, obfitujące w soczyste, świetnie opisane scenki rodzajowe. Właśnie ze względu na ów lekki ton, można nieopatrznie zbagatelizować treści, które kryją się pod jego płaszczykiem. Mowa tu nie tylko o wspomnianej trudnej relacji matki z córką, ale i strachu przed przemijaniem i starością (w wykonaniu Aurory), złych wyborach, niespełnionych marzeniach i smutnej prozie życia (w wykonaniu Emmy), a nawet miejscu kobiety w patriarchalnym społeczeństwie, które rzadko bywa uprzywilejowane czy o problemie męskości, nieraz słabej i tchórzliwej. McMurtry pociąga za wiele sznurków, nie komentując kolei losów swoich bohaterów. Ich historię rozcieńcza czysto zabawowymi dialogami i wesołymi sytuacjami, które niestety bywają męczące, szczególnie te w wykonaniu Aurory – bohaterki charyzmatycznej, ale denerwującej zarówno w świecie przedstawionym, jak i w czytelniczym odbiorze. Dopiero smutny, bardzo przejmujący finał daje nam sygnał, że mamy do czynienia z opowieścią bardziej znaczącą, niż nam się z początku wydawało.

Ostatnia, znacznie szczuplejsza część książki w całości poświęcona jest wyłącznie losom Emmy, spychanej wcześniej na margines, zarówno przez swoją matkę, jak i… autora. Jest mi naprawdę smutno, że McMurtry nie rozciągnął tej części na więcej rozdziałów, bo to tutaj najwyraźniej objawia się jego talent i wrażliwość. To strony pisane z wyraźną empatią i czułością dla swojej bohaterki. Po ich lekturze nabiera się zupełnie innej optyki na całą opowieść, wreszcie dostrzega się jej faktyczną wartość. Rozumiem przewrotny zabieg McMurtry’ego, a jednocześnie kieruję w jego stronę wyrzuty. Sam autor w jednym z wywiadów wyznał, że to jedne z najlepszych stron, jakie napisał. Ich stworzenie kosztowało go ponoć sporo, bo utratę weny trwającą aż osiem lat. Tak trudno było mu się rozstać ze swoimi bohaterami, tak źle było się żegnać z Emmą – naprawdę ciepłą i autentyczną kobietą. Nie wiem, na ile to prawda, na ile kokieteria, da się jednak wyczuć w tej części szczególnie silne emocje.

Larry McMurtry kolekcja

Prywatna kolekcja powieści McMurtry’ego. W Polsce wciąż brakuje wydań wielu świetnych książek tego amerykańskiego pisarza.

Mimo ambiwalentnych odczuć, które towarzyszyły mi w trakcie lektury „Czułych słówek”, po dotarciu do końca wiedziałam, że z McMurtrym jednak nie kończę. Że wkrótce do niego wrócę. Szczególnie, że to rodowity Teksańczyk i obecnie jeden z bardziej znanych pisarzy opowiadających o Amerykańskim Zachodzie (czyli moje klimaty). Niestety McMurtry’ego w polskiej ofercie wydawniczej tyle, co kot napłakał (ja naliczyłam 7 książek z ponad 30-stu) – większość wydań ma już swoje lata, a jedyne wydanie „Na południe od Brazos” chodzi po Allegro w dość wymagającej cenie. Tekst o „Czułych słówkach” kończę więc apelem: Drodzy Wydawcy! Weźcie się, proszę, za książki Larry’ego – naprawdę jest tu co zaproponować polskiemu czytelnikowi. Byłoby fajnie, gdyby „Czułe słówka” stanowiły zaledwie początek większej, amerykańskiej przygody.

Larry McMurtry, Czułe słówka, tłum. Jolanta Mach, wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2015.

Dorota Jędrzejewska

%d blogerów lubi to: