Alessandro Baricco, City.


Odnaleźć w sobie dziecko

Komiks, opowieść bokserska, western, genialny dzieciak wymyślający swoich przyjaciół, profesor rozwiązujący „zagadki futbolowe” i traktat o „Nenufarach” Moneta. „City” Alessandro Baricco to książka-labirynt, napisana w formie pastiszu kilku gatunków, a zarazem afirmacja postmodernizmu i hołd złożony popkulturze. To książka, którą napisałby zapewne Quentin Tarantino, gdyby pisał książki, a nie kręcił filmy. To dziwadełko, w trakcie lektury którego wiele razy przechodziły mnie ciary, nawet jeśli czasami zdarzało mi się zgubić między wersami. To powieść, której Krzysztof Varga nie zaakceptował, pisząc o niej o kilka lat za wcześnie, w 2001 roku, jeszcze zanim stał się zakładnikiem „Lostów” i najlepszych seriali Netflixa. To wreszcie książka, którą powinien przeczytać każdy pisarz aspirujący do uczynienia z literatury gatunkowej czegoś więcej niż kolejnej zagadki kryminalnej z trupem porzuconym na wysypisku śmieci w mrocznej dzielnicy.

To książka fenomenalna w swoim chaotycznym wzorze, który rozsupłała już po części Ania w swojej recenzji na blogu Literackie Skarby Świata Całego. Od siebie dorzucam kilka wątków, które na mnie osobiście zrobiły największe wrażenie.

Mały Mozart

      — Nie widzi pani nic przerażającego w fakcie, że dziecko spędza cały czas z dwoma przyjaciółmi, którzy nie istnieją?
      — Nie, dlaczego?

Plejada barwnych bohaterów, a wśród nich… genialny chłopiec Gould i jego najlepsi, bo wymyśleni przyjaciele: olbrzym Diesel oraz (nie)mówiący niemowa Poomerang.

Ucieczka w świat wyobraźni nie jest niczym nowym, rozmaitych Alicji mieliśmy w literaturze dość sporo. To, co odróżnia Goulda od większości literackich geniuszy, których świat chce „przygarnąć” na własny użytek, kryje się w sposobie uciekania. Jest on nieśpieszny, pozbawiony buntowniczego jazgotu i poczucia wyższości. Gould jest wyciszony, wydaje się pogodzony z losem, nieobecny, czasem wręcz zrezygnowany. Kiedy spotyka młodą opiekunkę Shatzy Shell, która także porusza się gdzieś na marginesach normalnego życia, okazuje się, że oboje mówią wspólnym językiem; jak to trafnie i pięknie ujęła Ania: posługują się „szyfrem stukniętych”.

Postać Goulda skojarzyła mi się z pewnym serialem, wyświetlanym w latach 90. w TVP, w czasach, kiedy nie było jeszcze Netflixów. Był to serial francuski, nosił tytuł „Operacja Mozart”, ale ja zapamiętałem go – nie wiem czemu – pod tytułem „Mały Mozart”. W każdym razie bohaterem tego serialu również był genialny chłopiec, specjalista od przedmiotów ścisłych (podobnie jak Gould), chyba głównie matematyki. Nauczyciel Mozarta, jako reprezentant porządnych ludzi, zaniżał chłopcu oceny, aby „naukowy establiszment”, reprezentowany przez agencje rządowe, nie zaczął się nim interesować. Oczywiście sekret został tak czy siak wykryty i mały Mozart musiał zacząć się ukrywać. Podobno wolność zawsze można odzyskać, ale dzieciństwa – nigdy.

Świat jako boisko piłkarskie

[Profesor Taltomar] miał kilka wątpliwych pewników, streszczających się w zdaniu, którym zamykał wszelką dyskusję: „odbicie ręką w polu jest zawsze zamierzone, spalony nie podlega nigdy wątpliwości, wszystkie kobiety to dziwki”. Twierdził, że wszechświat jest „meczem bez sędziego”, ale na swój sposób wierzył w Boga: „jest sędzią bocznym i zmyśla wszystkie spalone”. (…) Gould przypisywał mu, słusznie, absolutną znajomość regulaminu i szukał u niego tego, czego nie potrafił znaleźć u akademickich znakomitości trenujących go do Nagrody Nobla: pewności, że ład jest własnością nieskończoności.

    

Z portfolio agencji reklamowej Ogilvy Sao Paulo Bandsports in Brazil.

Skraj boiska za prawą bramką. Siedzieli tam nieruchomo i patrzyli. Prof. Taltomar ze swoim niedopałkiem w ustach, Gould w wełnianej czapce na głowie, z rękami w kieszeniach.
Całe minuty.
Potem Gould, wpatrując się nadal w graczy, powiedział:

     — Szalona burza na boisku. Dwudziesta minuta drugiej połowy. Crossowe podanie z lewej, środkowy napastnik z drużyny gości, oczywiście na spalonym, zatrzymuje piłkę piersią, sędzia gwiżdże, ale gwizdek zamókł i nie działa, środkowy napastnik strzela, sędzia znowu gwiżdże, ale gwizdek ponownie zawodzi, piłka trafia do bramki, sędzia próbuje gwizdnąć na palcach, ale obślinia sobie rękę i to wszystko, środkowy napastnik rusza jak szalony w stronę narożnej chorągiewki, zdejmuje koszulkę, opiera się o chorągiewkę, wykonuje kilka kroków jakiegoś idiotycznego brazylijskiego tańca, a w końcu spopiela go piorun, który trafia prosto we wspomnianą chorągiewkę.
Profesor Taltomar zyskuje na czasie, wyjmując z ust papierosa i strząsając nieistniejący popiół.
Przypadek był obiektywnie skomplikowany.
W końcu wypluł okruchy tytoniu i wyszeptał cicho:

     — Gol nie uznany z powodu nieprzepisowego zagrania. Środkowy napastnik dostaje upomnienie, ponieważ zdjął koszulkę. Po wyniesieniu prochów z boiska można przystąpić do niezbędnego zastąpienia go. Przedtem należy wymienić gwizdek sędziego i zainstalować nowe chorągiewki narożne, za karę gra wznowiona ma być dokładnie w miejscu, gdzie zdarzył się spalony. Żadnej sankcji dla drużyny gospodarzy. Tylko tego by brakowało, żeby odpowiadać za fakt, że środkowy napastnik miał wyjątkowego pecha.
Milczenie.
Potem Gould powiedział:
— Dziękuję, panie profesorze.
i poszedł sobie.
— Bądź zdrów, synku — szepnął prof. Taltomar, nawet się nie odwracając.
Utrzymywał się wynik zero do zera.
Sędzia niewiele biegał, ale znał się na rzeczy.
Panował straszny ziąb.
Dzieci potrzebują być pewne czegoś w życiu.

Profesor Taltomar, emerytowany sędzia piłkarski, dziś obserwator. Swoimi analizami przypomina zażywającą valium, spokojną wersję trenera Jacka Gmocha w szczytowej formie. Gould przychodzi do profesora i razem oglądają mecze, ale nie to stanowi klucz do ich porozumienia. Po raz kolejny staje się nim wyobraźnia. W inscenizacjach piłkarskich scenek kryje się klucz do ich postrzegania świata. Gould wymyśla absurdalne sytuacje, „boiskowe choroby”, a profesor Taltomar znajduje na nie antidotum. Profesor i Gould widzą boisko z boku. Kiedy coś się dzieje, nawet bardzo dziwnego, są w stanie jako obserwatorzy znaleźć rozwiązanie najbardziej skomplikowanych problemów. Jest jednak pewna zasada: żaden z nich nigdy nie zajmuje się grą. „Albo grasz, albo obserwujesz”. Jak w życiu, gdy zawsze łatwiej jest doradzać z boku, niż samemu brać w czymś udział. To dlatego profesor Taltomar ląduje ostatecznie w obliczu choroby na szpitalnym łóżku – i choć nie da już rady z tego łóżka wstać, to nadal jest w stanie rozwiązać zagadkę Goulda, który przychodzi się z nim pożegnać.

Boks uprawia się, kiedy jest się głodnym”

Mondini skończył czytać i zrozumiał, że źle się dzieje. Jego zdaniem, źle się działo. Świat boksu jest dziwny, można było w nim spotkać najrozmaitszych zawodników, od tego, kto lubił walczyć na pięści, do tych, co na ringu zarabiają na życie i próbują tylko ratować skórę. Byli pięściarze uczciwi i pięściarze, którzy biją poniżej pasa, ale w ostateczności był to świat dość prawdziwy i on lubił go. Boks. Taki, jaki znał. Lubił go. Ale tytuł mistrza świata, ukoronowanie: to co innego. Za dużo forsy wchodzi w grę, za dużo ludzi, których trudno zrozumieć, za dużo sławy. I ciężkie ciosy, ciosy odmienne od innych.

Jake LaMotta w walce z Tommym Bellem (1945, fot. Hank Olen/New York Daily News).

Chyba nigdy żaden pisarz nie pisał z takim wyczuciem o boksie. Sekwencje walk są opisane kilkustronowym ciągiem, łączącym sprawozdawczy ton ze strumieniem świadomości zawodnika. Bo boks jest tutaj nie tylko sportem – symbolizuje walkę o przetrwanie, o godność, o cel drogi, którą jest życie. Ring to życie. W podobnym duchu, choć z o wiele prościej nakreślonym przesłaniem, nakręcony był nagrodzony Oscarem „Rocky” z 1976 roku (ze scenariuszem i niezapomnianą rolą Sylvestra Stallone’a). Rocky Balboa też był zresztą z pochodzenia Włochem, podobnie jak sam Baricco oraz Jake LaMotta, słynący z nadludzkiej wytrzymałości „Byk z Bronxu” – zawodowy mistrz świata wagi średniej. Temu ostatniemu Baricco składa zresztą oficjalny hołd i podziękowanie na końcu książki. Postać LaMotty upamiętniło również kino: oscarową kreację boksera stworzył we „Wściekłym byku” Robert De Niro (1980). Bokserski świat zapamiętał go m.in. z sześciu epickich pojedynków z Sugarem Rayem Robinsonem, mimo że pięć z nich przegrał. LaMotta słynął nie tylko z mocnej głowy i tytanowej szczęki, ale także „życiowych” anegdot. Część z nich przemyca w „City” Baricco, najlepszą pozostawiając na koniec:

„Byliśmy tak biedni – opowiadał „Byk z Bronxu” – że kiedy nadchodziło Boże Narodzenie, mój stary wychodził na dwór, strzelał z pistoletu w powietrze, następnie wracał do domu i oznajmiał: przykro mi, ale Święty Mikołaj popełnił samobójstwo”.

Wśród literackich mistrzów pięknie o boksie pisał jeszcze Julio Cortázar (choćby w opowiadaniu „Druga podróż”), bo dla latynoamerykańskiej biedoty i emigrantów walka na pięści była często szansą na wywalczenie sobie drugiego życia. „Druga podróż” to tragiczna w skutkach historia argentyńskiego boksera i zapis ojcowskiej relacji z jego trenerem (niemal identyczny rodzaj relacji opisuje w „City” Baricco, z tym że w powieści Włocha jest ona bardziej zniuansowana niż w opowiadaniu Cortázara).

Nie ma nic gorszego dla rewolwerowca niż nie umrzeć”

Szeryf jednak rzekł: Pojadę tylko ja. Sam. Nazywał się Wister, był porządnym człowiekiem. Nie lubił wieszania i wierzył w sądy. Znał Pitta, czasami zabierał go na ryby, obiecał mu również, że nauczy go strzelać, trafiać w butelkę z odległości dziesięciu kroków, z zamkniętymi oczami. Oświadczył: Bear to moja sprawa. Wyruszył rano, podczas gdy wiatr kręcił młynki z piasku pod rusztem rozgniewanego słońca.

Polowanie na człowieka to czysta geometria. Punkty, linie, odległości. Rozrysuj je na mapie: geometrię pijaną, lecz nieuchronną. Może to trwać godziny albo tygodnie. Jedne ucieka, drugi ściga. Każda minuta oddala ich od ziemi, która ich urodziła, a która, zapytana, potrafiłaby ich rozpoznać. Wkrótce stają się dwoma punktami w nicości, nie potrafiącej już odróżnić dobrego od złego. Wówczas, nawet gdyby chcieli, nic już nie mogliby poradzić. Są obiektywnymi trajektoriami, geometrycznymi dedukcjami wykalkulowanymi przez los, a ich punkt wyjścia stanowi wina. Znajdą ukojenie tylko w końcowym akcie, wypisanym u dołu życia czerwonym jak krew atramentem. Muzyka.

Kolejnym pastiszem, któremu hołduje w „City” Alessandro Baricco, jest western. Gatunek, którego dekoracja – jak mogłoby się wydawać, została już (głównie przez kino) wyeksploatowana do granic możliwości (choć ludojady w „Bone Tomahawk” są dowodem na to, że zawsze jest nowy ląd do odkrycia). Jak przystało na Włocha, autor serwuje nam spaghetti western. Jak przystało na postmodernistę – klasyczną kompozycję szkatułkową: opowieść w opowieści. A nawet opowieść w opowieści w opowieści. Mamy tu prawego szeryfa ścigającego podejrzanego o morderstwo młodego chłopaka, udręczonego życiem sędziego, rewolwerowca budzącego lokalny postrach, dwie podstarzałe panny operujące strzelbami lepiej niż szydełkiem i włóczką. I stary zegar pośrodku prowincjonalnego miasteczka na Dzikim Zachodzie, w którym czas stanął w miejscu. Kiedy do miasteczka przybywa… zegarmistrz, wiemy już, że jesteśmy w „City”, gdzie nawet szum wiatru, choć znajomy, nie jest taki, jak nam się wydaje.

Urzekający jest sposób, w jaki Baricco bawi się westernowymi kliszami. „Gdyby ta książka była filmem, mówilibyśmy o niej, że składa się z samych kultowych scen” – powiedział Jakub Małecki i idę o zakład, że miał na myśli w dużej mierze westernową opowieść w „City”.

„To bardzo przykre szukać dziecka i nie móc go znaleźć” – przeczytamy w epilogu powieści. Zanurzony w „City”, przedziwnym mieście pełnym zwariowanych postaci i poruszających scen, odnalazłem w sobie to dziecko niejeden raz, na nowo. Wybitna literatura!

Alessandro Baricco, City, przeł. Joanna Ugniewska, wyd. Czytelnik, Warszawa 2000.

Rafał Niemczyk

Ota Pavel, Bajka o Rašce i inne reportaże sportowe. Recenzja.


bajka-o-raszce-okladkaSport zobaczyć w ziarenku piasku

Sport nie sport, czy to nie wszystko jedno?
Najważniejsze: wysłowić coś nowego,
pisać jakoś inaczej o tym dziwnym świecie.

Ota Pavel

Dla wielu ludzi niezrozumiałe jest, że można z własnej woli przez 16 dni siedzieć po nocach, śledząc transmisje z Igrzysk Olimpijskich w Rio albo tenisowego Australian Open. Ta książka powinna rzucić nieco światła na tę sprawę. Ota Pavel, pisarz, który zasłynął m.in. poruszającym tomem opowiadań „Śmierć pięknych saren”, był jednocześnie sprawozdawcą sportowym Czechosłowackiego Radia oraz autorem reportaży-opowiadań o tematyce sportowej. Zamiłowanie do literatury pięknej pozwoliło mu uczynić z tych ostatnich perełki: połączenie sportowych historii, puentowanych nienachalnym morałem, z psychologicznymi aspektami rywalizacji, obrazem swojej epoki i portretami sportowych bohaterów. Wielkich i mniejszych. Dla Pavla bowiem sport był dziedziną życia, w której liczyła się przede wszystkim droga na szczyt, niekoniecznie jego zdobycie. To, co najpiękniejsze – pisał – tkwiło w tych miesiącach walk i rozczarowań, a nie w zdobytych medalach.

Jiří Raška - mistrz olimpijski w skokach narciarskich z Grenoble '1968. Pierwszy czechosłowacki złoty medalista IO.

Jiří Raška – mistrz olimpijski w skokach narciarskich z Grenoble 1968. Pierwszy czechosłowacki złoty medalista igrzysk olimpijskich.

Zbiór otwiera słynna „Bajka o Rašce” – utwór, który Pavel ukończył na rok przed śmiercią (1972), a który przyniósł mu później popularność. Przypowieść o losach najsłynniejszego czechosłowackiego skoczka narciarskiego łączy w sobie urok bajki, bogatą symbolikę, poetycką wrażliwość Pavla i wyczucie językowe doświadczonego sprawozdawcy sportowego. Historia ubogiego szewskiego syna z kraju o niewielkich tradycjach narciarskich, który wystrugał sobie narty i wymarzył, że będzie latał jak gawrony, chwyta za serce także dlatego, że jest prawdziwa. Jiří Raška zdobył złoty i srebrny medal olimpijski na IO w Grenoble w 1968 roku; był pierwszym czechosłowackim sportowcem, który tego dokonał.

Dla posmakowania stylu Pavla fragment opisujący skocznię w Holmenkollen:

Pojął, że dla Norwegów Holmenkollen znaczy jeszcze więcej niż dla Czechów derby Sparta – Slavia. Dla narciarza znaczyło: zobaczyć Holmenkollen i umrzeć. Skocznia nie była daleko od Oslo, jakoś tak jak wieża widokowa na Petřínie od Wacławaka.  Ale już z oddali Jirka dostrzegał wysoką do nieba, smukłą skocznię z torem najazdowym; przypominała monumentalny pomnik jakiegoś zwycięstwa albo nawet wielkiego pokoju. Była piękna niczym stająca dęba łania bądź jak biały bocian, który w dziobie trzyma czerwoną flagę Norwegii przepasaną niebieskim krzyżem skandynawskim.

Eva Bosákova - czterokrotna medalistka olimpijska. Zdobyła złoty medal na IO w Rzymie '1960 w ćwiczeniach na równoważni.

Eva Bosákova – czterokrotna medalistka olimpijska. Zdobyła złoty medal na IO w Rzymie 1960 w ćwiczeniach na równoważni.

Kolejne utwory są utrzymane w nieco mniej lirycznej tonacji. Bardziej niż bajkami stają się przypowieściami, nośnikami uniwersalnych sportowych prawd i wartości. Takie są historie: czechosłowackich alpinistów (para Radovan Kuchař i Zdeno Zibrín), którzy zdobyli alpejski Eiger, wchodząc nań od północnej ściany, najtrudniejszym przejściem; czechosłowackiej mistrzyni olimpijskiej w gimnastyce, Evy Bosákovej, która przed startem na IO w Rzymie miała problem z wytrenowaniem „najprostszego” salta w tył; a wreszcie legendarnego biegacza Emila Zátopka, „Czeskiej lokomotywy” – jedynego lekkoatlety, który na tych samych IO wywalczył złote medale na dystansach 5 i 10 km, a także w maratonie (Helsinki ‘1952).

Emil Zátopek - "Czechosłowacka lokomotywa". Jedyny biegacz, który na jednych IO wywalczył złote medale na 5 km, 10 km i w maratonie (Helsinki '1952).

Emil Zátopek – „Czechosłowacka lokomotywa”. Jedyny biegacz, który na jednych IO wywalczył złote medale na 5 km, 10 km i w maratonie (Helsinki 1952).

Jan Veselý - zwycięzca kolarskiego Wyścigu Pokoju z 1949 roku.

Jan Veselý – zwycięzca kolarskiego Wyścigu Pokoju z 1949 r.

O samych sportowcach Pavel pisze z czułością. Jest dla nich wyrozumiały, nie wypomina błędów, momentów brawury i niedoskonałości. Wie, że bohaterami sportowych aren byli jedynie przez chwilę, po czym wracali do normalnego życia. A życie to nie było usłane różami, sławą i pieniędzmi, jak życie wielu współczesnych gwiazd sportu. Tak było choćby z kolarzem Janem „Honzą” Veselim, triumfatorem Wyścigu Pokoju z 1949 roku, którego po nieudanym starcie osiem lat później uznano za zdrajcę narodu i odebrano przywileje oraz tytuł Zasłużonego Mistrza Sportu.

Ladislav Bezák - mistrz świata w akrobacjach lotniczych. W 1971 roku wraz z żoną i czwórką dzieci uciekł komunistycznemu reżimowi na pokładzie skonstruowanego przez siebie samolotu.

Ladislav Bezák – mistrz świata w akrobacjach lotniczych. W 1971 roku wraz z żoną i czwórką dzieci uciekł komunistycznemu reżimowi na pokładzie skonstruowanego przez siebie samolotu.

W to samo południe buja się na ugiętych kolanach na dalekim skraju lotniska jeden z młodziutkich pilotów. Od czasu do czasu podnosi ręce do rozczochranych włosów, wygląda to, jakby mały chłopiec bawił się w samoloty, aż dziw, że nie biega w kółko z rozpostartymi jak skrzydła rękoma – pisze Pavel o czechosłowackim pilocie Ladislavie Bezáku, mistrzu świata w lotnictwie akrobatycznym z 1960 roku, który jedenaście lat później zbuduje swój samolot i, ostrzelany po drodze przez czechosłowackie lotnictwo wojskowe, wywiezie na jego pokładzie żonę i czwórkę dzieci z komunistycznego reżimu do Norymbergi, a następnie ułoży sobie życie w Kanadzie.

Dla Pavla ważne są również aspekty czysto sportowe. Ze znawstwem potrafi rozwodzić się nad techniką biegu, rolą peletonu w wyścigu kolarskim, gimnastycznymi figurami na równoważni, meczem hokeja na lodzie i piłki ręcznej. Kto siedzi w temacie głębiej, z pewnością doceni wiedzę czechosłowackiego pisarza.

František Tikal - hokeista, brązowy medalista IO w Innsbrucku. Jego brat, Zdenek (Steve) Tikal wyemigrował pod koniec lat 40. do Australii. Bracia spotkali się po kilkunastu latach na lodowisku olimpijskim w Squaw Valley (USA).

František Tikal – hokeista, brązowy medalista IO w Innsbrucku. Jego brat, Zdenek (Steve) Tikal wyemigrował pod koniec lat 40. do Australii. Bracia spotkali się po kilkunastu latach na lodowisku olimpijskim w Squaw Valley (USA).

Pozostałym polecam utwór pt. „Dwaj bracia” – prawdziwą historię rodzeństwa Franty i Zdenka Tikalów. Ten drugi wyemigrował pod koniec lat 40. do Australii i przez kilkanaście lat nie miał możliwości na spotkanie z rodziną. W 1960 roku bracia zagrali naprzeciw siebie w USA, podczas IO w Squaw Valley. Franta reprezentował Czechosłowację, Zdeno Australię. Wynik był sprawą oczywistą, ale drugorzędną. Sport połączył ludzi, jak to powinien robić.

Bohdan Tomaszewski, legendarny polski dziennikarz, sprawozdawca sportowy i autor kilku książek, mawiał, że sport to najważniejsza dziedzina życia spośród tych najmniej ważnych. Ota Pavel na pewno by się zgodził.

Ota Pavel, Bajka o Rašce i inne reportaże sportowe, przeł. Justyna Wodzisławska, Dowody na Istnienie, Warszawa 2016.

Rafał  Niemczyk

* Zdjęcia pochodzą z archiwów Czechosłowackiej Telewizji.

Eduard Bass, Jedenastka Kłapząba. Sprawozdanie.


jedenastka-klapzaba-okladkaO jedenastu takich, co rozgromili Barcelonę

Nie darowałbym sobie, gdybym nie napisał o tej książce. Chciałem to zrobić w czasie EURO 2016, kiedy to „jedenastka” Adama Nawałki dzielnie stawiała czoła najlepszym, odpadając z turnieju po wyrównanym meczu z przyszłymi mistrzami Starego Kontynentu dopiero po rzutach karnych. Później zdominowany przez igrzyska w Rio odłożyłem książkę, ale gdy w międzyczasie mistrz Polski po ćwierćwieczu awansował do Ligi Mistrzów, zdecydowałem się wreszcie dokończyć niniejszy tekst. Czymże jest bowiem 0:6 Legii z Borussią Dortmund przy K.S. Jedenastce Kłapząba, która rozgromiła Barcelonę 31:0?

Książka Eduarda Bassa – czeskiego pisarza, dziennikarza, reportażysty i humorysty, tworzącego głównie w latach międzywojennych („Jedenastka Kłąpząba” pochodzi z 1922 r.) – to baśniowa przypowieść o ubogim rolniku i jego jedenastu synach, z których tytułowy Kłapząb komponuje piłkarską jedenastkę. Sam natomiast zostaje trenerem lokalnej drużyny, która wspina się po kolejnych szczeblach na szczyt czechosłowackiej ligi, a później wyrusza na podbój Europy i innych kontynentów. Kłapząb, choć to człek prosty, jest oczywiście uosobieniem najpiękniejszych tradycyjnych sportowych wartości: pracy nad sobą, pasji, wytrwałości, uczciwości i przestrzegania zasad fair play. Ów kanon sportowej moralności, w czasach Bassa jeszcze nie całkiem przegniły, dziś wydaje się realny jak pogrom Barcelony przez drużynę Kłapząbów. To właśnie konfrontacja ze „światem zewnętrznym” i weryfikacja ideałów jest kluczem do odczytania morałów płynących z tej książki. Pisze o tym pięknie Ania z Literackich skarbów świata całego – tam doczytacie o bajkowej stronie „Jedenastki Kłąpząba”, inspiracji, jaką był Bass dla Oty Pavla i kilku innych fajnych wątkach. Ja zajmę się w następnych akapitach aspektami czysto futbolowymi.

Futbol przedpotopowy?

Wydawać by się mogło, że bajka dla dzieci sprzed stu lat, napisana w czasach kiedy piłkarski mundial nie został nawet wymyślony (pierwsze MŚ w piłce nożnej to rok 1930), może mieć tyle wspólnego z rzeczywistym futbolem, co ludzie niepiśmienni z grą w scrabble. A jednak. Opowiastka Bassa to dowód na to, że piłka nożna w gruncie rzeczy niewiele się zmieniła. Zawodnicy biegają dziś po boisku szybciej, strzelają mocniej, efektowniej symulują, a trenerskie strategie są być może bardziej zawiłe (fani trenera Gmocha, do których sam się zaliczam, coś o tym wiedzą), lecz mechanizm samej gry pozostaje podobny, piłkarze popełniają te same błędy i ulegają tym samym pokusom. „Jedenastka Kłapząba” co rusz zaskakuje futbolowym smaczkiem, który z bajki dla dzieci czyni lekturę obowiązkową dla piłkarskiego kibica. Serio.

klapzub-trening

Ostatni zakłada siatkę!

12 celnych strzałów w „Jedenastce Kłapząba”

Uwaga: w poniższym akapicie zdradzam pewne szczegóły dotyczące treści książki. Jeśli ktoś jeszcze nie czytał, powinien chyba najpierw to zrobić.

1:0 Po kapitalnej rozmowie Kłapząba-seniora z brytyjskim królem (str. 46-53), obfitującej w ideologiczne bon moty (demokracja vs monarchia), do drużyny Kłapząbów dołącza „stranieri” – książę Walii (str. 63-64), niewątpliwie któryś z przodków Ryana Giggsa czy Garetha Bale’a.

klapzub-rozmowa

„Najlepszy król to taki, który ma najmniej lokajów. Choć oczywiście brak króla jest lepszy niż nawet najlepszy król” (stary Kłapząb)

1:1 Pan Wincenty Macoszka (str. 44 i dalej) z siecią swoich kontaktów i zdolnościami menedżerskimi jako żywo przypomina Pana Zdzisława K. z naszego podwórka, który również zawsze potrafił wszystko wszystkim załatwić.

2:1 Rozważania na temat roli trenera-motywatora w sporcie i podejścia do sportu w USA kończą się motywem piłkarza-celebryty: do Bukwiczek Dolnych (rodzinna wioska Kłapząbów) swoimi grubymi buciorami dociera światowa Sława.

2:2 Kolejni przeciwnicy Kłapząbów jednoczą się w myśl odwiecznej sportowej zasady „Bij mistrza!” (s. 88):

Nie było najmniejszych szans, żeby kiedykolwiek ktoś mógł pokonać Kłapząbów, ale wieczne i nieustające pragnienie osiągania celów nieosiągalnych, które jest najpiękniejszą cechą sportowej rywalizacji, zmuszało wszystkie drużyny do podejmowania coraz to nowych prób. 

2:3 Popularność Jedenastki Kłapząba zmierzała do apogeum, a przeciwnicy proponowali im pieniądze za samą możliwość rozegrania meczu (str. 88). To praktyka obecnie dość powszechna – Reale, Barcelony czy Bayerny jeżdżą sobie w sezonie ogórkowym na tournée po Azji czy Ameryce, promując za pieniądze kontrahentów swoją markę. Sprzedają przy tym tony koszulek wygłodniałym swoich idoli Japończykom czy Chińczykom, zaszczycając strzeleniem kilku bramek ich lokalne drużyny.

klapzub-dzieciaki

„My gramy o honor, a wy o pieniądze! Nie chcę mieć z wami nic wspólnego”

3:3 Po serii sukcesów przychodzi czas na odpoczynek po sezonie, ale Kłapząbów dopada znany piłkarski kac: „głód gry” (str. 90). Dalej mamy „scenkę jak spod bloku” (str. 91) – motyw idoli, których pojawienie się wywołuje wśród kopiących piłkę dzieciaków entuzjazm i chęć wykazania się przed Prawdziwymi Piłkarzami. A jednak zawsze znajdzie się jeden mądry, być może przyszły Ronaldo, który miał w sobie dużo młodzieńczej buty, która nie mogła pogodzić się z tym, żeby przerwać mecz z powodu pojawienia się kilku dorosłych.

Tenże butny młodzieniec wyjaśnia zaraz, że Kłapząbowie są zawodowcami i nie możemy z wami grać. My gramy o honor, a wy o pieniądze! Nie chcę mieć z wami nic wspólnego. Po czym w myśl podblokowej zasady „moja piłka”, zabiera futbolówkę pod pachę, dając słynnym kolegom wiele do myślenia.

3:4 Szpileczka okazuje się bardzo bolesna, przychodzi czas na sportowe wypalenie (str. 97):  Kłapząbowie są zmęczeni własną doskonałością.

4:4 Po okresie zdołowania następuje jednak otrząśnięcie. Oto nasi bohaterowie pojmują, że – jak mawiał nasz nieodżałowany Bohdan Tomaszewski – sport jest najważniejszą rzeczą na świecie spośród tych… mniej ważnych. Bass opisuje to tak (str. 105):

Nagle dostrzegli, że życie jest dużo bogatsze i ciekawsze niż to, co znali dotychczas, oraz że młody mężczyzna ma dużo więcej obowiązków, i to dużo poważniejszych, niż byli to sobie w stanie wyobrazić. W chwili, kiedy sport przestał być ich pracą, a stał się tym, czym naprawdę jest, czyli zdrową zabawą, przyjemnością i uzupełnieniem życia społecznego, zrozumieli, że najważniejsza w życiu jest praca, a nie gra.

Problem gry wyłącznie dla kasy, skrajnego gladiatorstwa, które często stoi w opozycji do prawdziwego ducha sportu, jest w książce poruszany wielokrotnie. Tu rzeczywiście świat i szlachetne poglądy Bassa różnią się znacznie od tych wpajanych nam współcześnie.

4:5 Nie mogło też zabraknąć nieśmiertelnego antyfeministycznego manifestu głoszącego, że „dziewczyny nie znają się na sporcie” (str. 104), a w ogóle to najlepiej, gdy piłkarz nie znajdzie sobie dziewczyny, bo w przeciwnym razie dla drużyny byłby stracony (str. 121).

klapzub-statek

Paaarostatkiem w piękny rejs…

5:5 Podróż statkiem na mecz piłkarski, którą Kłapząbowie odbywają, aby zmierzyć się o mistrzostwo świata z… Australią (dlaczego akurat z Australią, przyznam szczerze, nie rozkminiłem do tej pory), brzmi dzisiaj jak science fiction. A jednak na pierwszy mundial do Urugwaju europejskie ekipy dotarły właśnie drogą morską. Wikipedia, cytując źródła FIFA, pisze na ten temat:

„Zespół rumuński wypłynął z włoskiej Genui liniowcem Conte Verde, na którego pokład 21 czerwca 1930 roku w porcie Villefranche-sur-Mer wsiedli też Francuzi; w Barcelonie na statek dołączyli Belgowie. Statkiem tym popłynął także Jules Rimet wraz z pucharem oraz trzech desygnowanych europejskich sędziów: Belgowie – John Langenus i Henry Christophe oraz Paryżanin angielskiego pochodzenia – Thomas Balway. 29 czerwca w Rio de Janeiro dosiedli się Brazylijczycy, a 7 lipca liniowiec dopłynął do Montevideo. Ekipa jugosłowiańska podróżowała parowcem pocztowym Florida z Marsylii”.

6:5 Rozmowa starego Kłapząba z pułkownikiem armii indyjskiej (– Mewa. – Yes. – The Delfin. – Yes.) odbywająca się na statku (str. 127) przypomina momentami przywiązanie do ojczystego języka i niechęć do zachodnich języków, które w okresie swojej prezesury wykazywał również polski król strzelców z mundialu w 1974 r.:

klapzub-tubylcy

Ekipa Birimarataoa – objawienie nowej edycji Ligi Mistrzów?

6:6 Mecz przeciwko ludożercom z plemienia Birimarataoa (str. 171), cóż… Świat piłkarski widział różne cuda i może jeszcze wszystko przed nami.

Mamy zatem remis 6:6, rzutów karnych nie będzie. Wynik bardziej hokejowy niż piłkarski, ale kto by się tam przejmował. Podobnie jak drobnymi niedoskonałościami technicznymi książki (potknięcia przy składzie i redakcji), które wymieniam jedynie z kronikarskiego obowiązku. Piłkarzy doskonałych nie ma i nigdy nie było, choć staruszkowie w Bukwiczkach Dolnych mogą sądzić inaczej.

klapzub-gol

Eduard Bass, Jedenastka Kłapząba, tłum. Mirosław Śmigielski, ilustr. Josef Čapek, wyd. Stara Szkoła, Wołów 2016.

Relacjonował ze stadionu w Bukwiczkach Dolnych:

Diego Armando Rafi

Jennifer L. Scott, W domu Madame Chic. Recenzja.


W-domu-madame-chic-okladkaKoneserka domowej codzienności

To już druga książka autorstwa Jennifer L. Scott, która została wprowadzona na polski rynek przez Wydawnictwo Literackie. Pierwsza, Lekcje Madame Chic bardzo szybko stała się bestsellerem, zresztą nie tylko w naszym kraju. Trudno się temu dziwić, jest to bowiem przezabawna i bardzo sprawnie napisana opowiastka o tym, jak (jeszcze wtedy) panna Scott na pół roku trafia do pewnej francuskiej rodziny w ramach studenckiej wymiany i jak to owe pół roku przewraca jej życie do góry nogami. Oto bowiem widzimy autentyczną, wręcz stereotypową amerykańską studentkę, z wielką walizą ciuchów (wśród których znajduje się obowiązkowa rozciągnięta koszulka z nazwą uczelni oraz dziurawe dresy służące za piżamę), która nagle przekonuje się, że można żyć inaczej – pełniej, piękniej, bardziej elegancko i bardziej świadomie. Że można mieć w szafie tylko kilka (naście) rzeczy naprawdę dobrej jakości, a w łazience jedynie podstawowe kosmetyki i codziennie wyglądać jak z żurnala. Że można cieszyć się każdym posiłkiem, a nie wrzucać w siebie jedzenie podczas jazdy samochodem lub stojąc opartym o blat kuchni, w pośpiechu, wręcz nieświadomie. Że można i warto żyć z klasą, zwolnić tempo, korzystać na co dzień ze swoich najlepszych rzeczy, wreszcie, że można celebrować codzienność taką, jaka ona jest i tylko dzięki temu czuć szczęście, spokój i spełnienie. Podtytuł pierwszej książki Scott – Jak z szarej myszki stałam się ikoną stylu, jest w tym wypadku najlepszym jej streszczeniem. W domu Madame Chic stanowi naturalną kontynuację Lekcji… .

W domu Madame Chic Deleguj obowiazki Nasza „szara myszka” albo „ikona stylu” już dawno wróciła do Stanów, założyła rodzinę, prowadzi dom. I chociaż momentami to naprawdę trudne, zwłaszcza przy dwójce małych dzieci, niezmiennie wciela w życie to, czego nauczyła się w Paryżu – dzień po dniu, godzina po godzinie sprawia, że jej życie staje się pełniejsze, a jej otoczenie eleganckie i stylowe. Ona sama zaś błyszczy na tym tle jak gwiazda, zawsze nienagannie ubrana, umalowana, a kwiaty w jej wazonie są świeże bez względu na pogodę i porę roku (która tak naprawdę nie ma znaczenia, jeśli się mieszka w Kalifornii, prawda?). Brzmi jak lansowana na siłę idylla z Marthą Stewart albo Perfekcyjną Panią Domu w tle? Tak właśnie brzmi, ale niezwykła charyzma i poczucie humoru, z jakimi przemawia do nas autorka sprawiają, że oto otrzymujemy coś, czego wśród twórców szeroko rozumianej literatury „poradnikowej” bardzo często brakuje. Perełkę autentyczności.

W domu Madame Chic Garnek aromatowPerełka ta potrafi bez cienia zażenowania napisać, że picie porannej herbaty z porcelanowej filiżanki lub słuchanie Chopina do lunchu może wydawać się na początku głupie (warto jednak próbować!), a wszelkie zabiegi pielęgnacyjne powinno się wykonywać w zaciszu własnej łazienki, bez towarzystwa osób trzecich, zwłaszcza zaś potencjalnego męża. To takie nie-chic! Wszystkie o tym wiemy, a jednak czasami zdarza nam się chodzić po domu z maseczką na twarzy lub ręcznikiem na głowie albo regulować brwi przy kuchennym stole… Autentyczność w tym wypadku polega głównie na tym, że Jennifer nie tylko radzi „jak żyć” – raczej opowiada, jak sama żyje, co jej smakuje, w jaki sposób rozwiązuje pewne problemy. W ten sposób dostajemy słowo w 100% potwierdzone czynem – i to głównie stoi, w moim przekonaniu, za tak dużym sukcesem tych książek.

W domu Madame Chic Kontroluj martwe i gorace punktyW domu Madame Chic nie jest zatem klasycznym poradnikiem – choć znajdziemy tam osobne akapity poświęcone np. na „stylowe rady”, przepisy lub krótkie listy podsumowujące omawiane zagadnienia. Jest to pozycja wyjątkowa, ponieważ autorka zdaje się przypominać współczesnym kobietom, że można i warto prowadzić pełnowartościowe życie w domu. Że kiedy się ten dom kocha i o niego dba, on i otoczenie odpłacają w dwójnasób – spokojem, poczuciem bezpieczeństwa, uporządkowanym życiem, które można poświęcić na rozwijanie siebie i swoich pasji, a nie przeczekać jak w dworcowej poczekalni z nosem w ekranie telefonu/tableta/laptopa, z przerwami na siku między jednym a drugim serialem, po prostu nieświadomie.

Osobiście obie książki uważam za istotne z jednego powodu – nieustannego, podprogowego wręcz przekazu ćwiczenia się w uważności (mindfulness) – bycia tu i teraz, doceniania tego, co się ma, tego co się robi i robienia tego z klasą. Prowadzenie domu, wychowywanie dzieci – to sprawy bardzo istotne i tak naprawdę zajmujące większości z nas dużą część życia. Jennifer L. Scott pokazuje nam, że jeśli tylko trochę zmienimy swoje przyzwyczajenia i spróbujemy być chic – cóż, koniec z zaskoczonym naszym wyglądem listonoszem! A Chopin słuchany do przedpołudniowej herbatki lub świeże kwiaty w łazience nagle przestają brzmieć pretensjonalnie…

Małgorzata Jędrzejewska

W domu Madame Chic plakatJennifer L. Scott, W domu Madame Chic, przeł. Anna Sak, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2015.

* Warto dodać, że doskonałym uzupełnieniem obu książek jest blog prowadzony przez Jennifer L. Scott – the Daily Connoisseur (Koneserka Codzienności): dailyconnoisseur.blogspot.com.

W cotygodniowych postach autorka zamieszcza tam porady dotyczące m.in. Szafy Dziesięcioelementowej, („Ten Item Wardrobe”, termin, ale również idea, która zawojowała sporą rzeszę internautów), podsuwa też ciekawe tematy do dyskusji, stanowiące rozwinięcie większości tez zawartych w książce.

Kateřina Tučkova, Boginie z Žítkovej. Recenzja.


Boginie-z-Zitkovej_okladkaBoginie i agenci

Mariaż literatury popularnej i historycznej ze szczyptą realizmu magicznego oraz na poły prawdziwe, bo oparte na rzeczywistych aktach, dokumenty gestapowskich i komunistycznych aparatów bezpieczeństwa w oparach folkloru i tradycji odludnych okolic Białych Karpat – oto przepis na sukces, który odniosła Kateřina Tučková. Boginie z Žítkovej sprzedały się w Czechach w nakładzie bliskim stu tysięcy egzemplarzy, czyniąc z Tučkovej najpoczytniejszą współczesną czeską pisarkę.

Bogowanie – magia a religia

Tytułowe boginie kryją się gdzieś w samotnych chatach, porozsiewanych na wzgórzach Žítkovej, wsi położonej nieopodal Starego Hrozenkova, w Białych Karpatach – na granicy zachodniej Słowacji i wschodnich Moraw. Tu, na cywilizacyjnym odludziu, zakrapiany śliwkową wypalanką czas płynie zupełnie inaczej, a hermetyczna lokalna społeczność rządzi się własnymi prawami. To prawa natury, których okiełznanie staje się możliwe dzięki połączeniu ludowych przesądów, bogobojności (boginie żyją w zgodzie z tradycją chrześcijańską), znajomości podstaw medycyny i tradycyjnych receptur, a także ludzkich przekonań, zahamowań i trosk, jednym słowem ludzkiej duszy, ponieważ boginie leczą nie tylko ciało, ale i ducha. Potrafią przy tym zaglądać zarówno w przeszłość, jak i w przyszłość, co nie zawsze podoba się petentom przychodzącym po poradę. Umieją zaradzić problemom sercowym i rodzinnym. Są wśród nich także kobiety parające się czarną magią, zdolne napsuć człowiekowi wiele krwi, sprowadzając na niego nieszczęście, a te najpotężniejsze – nawet śmierć. Zgodnie z naszą tradycją byłyby to wiedźmy, czarownice, szeptuchy – w zakamarkach Białych Karpat są boginiami, a ich wyczyny to „bogowanie”. O fenomenie „bogowania” jako syntezy religii z magią czytamy:

Niemniej jednak w celu zarysowania problematyki tzw. bogiń z Žitkovej konieczne jest posługiwanie się tymi kategoriami, a także konsekwentne odróżnianie religii od magii. Dopiero wówczas będziemy w stanie zrozumieć syntezę obu tych zjawisk w procesie magicznej działalności bogiń, które do swoich rytuałów włączyły także chrześcijańskiego Boga. Od tego zresztą pochodzi nazwa całego procesu wróżenia, z którym wiąże się późniejsze udzielanie rad, stawianie diagnozy itp. Proces ten nazywany jest bogowaniem i oznacza prośbę do Boga o objawienie tego, czego dany podmiot pragnie się dowiedzieć. Pośredniczki tego objawienia nazywane są boginiami.

Gdzieś tu, nieopodal Starego Hrozenkova, na morawskiej granicy w Białych Karpatach, urzędują tytułowe boginie (wiele ciekawostek na temat regionu znajdziecie tutaj: http://www.staryhrozenkov.cz/)

Oczywiście wszystko, co niewpisane w szarą egzystencję człowieka, prędzej czy później mści się na ludziach wyjątkowych, dlatego boginie niemal od zawsze były prześladowane. Najstarszy ślad, na który natykamy się w powieści Tučkovej, pochodzi z połowy XVII w. Dotyczy on procesu o czary i herezję, z przebiegu którego dowiadujemy się o prześladowaniu i torturach, jakim poddawano ówczesne boginie (tym bardziej interesująca jest religijna zagorzałość, która przetrwała wśród bogiń do samego końca). Na przełomie XIX i XX w. mocno „udzielał” się w tym względzie niejaki Josef Hofer, który oczerniał i piętnował boginie w swoich utworach z pobudek osobistych i ambicjonalnych. W zbiorze Hofera pt. Kopanickie opowieści każda z historii kończy się „przykładnym ukaraniem bogiń”.

Ludowa uzdrowicielka (fot. www.naludowo.pl)

Ludowa uzdrowicielka (fot. http://www.naludowo.pl)

Właściwe wydarzenia w powieści skupiają się jednak na wieku XX, w którym rolę Kościoła katolickiego przejmują najpierw naziści, a później komuniści. Rozwikłanie zagadkowego życiorysu bogini Surmeny, która zakończyła żywot w szpitalu psychiatrycznym w CSRS, stanowi główny wątek fabularny powieści. Śledztwo podejmuje główna bohaterka książki, Dora Idesová, która wychowana przez Surmenę czuje się w obowiązku dotarcia do prawdy. Dora jest autorką pracy naukowej o boginiach, pracuje w Instytucie Etnografii i Folklorystyki Akademii Nauk w Brnie. Mamy więc do czynienia z nie do końca klasycznym konfliktem: restrykcyjne spojrzenie naukowca i romantyczny sentyment determinują bowiem bohaterkę równocześnie, z dwóch stron. Przy czym pochodzi ona z karpackich zboczy, gdzie była naocznym świadkiem niejednego dziwu. O owym dualizmie mówi Kateřina Tučkova w rozmowie z Łukaszem Badulą:

Katerina-TuckovaPierwotnie zakładałam, że podejdę do tego zjawiska wyłącznie jako badacz, pragmatycznie. Zainteresował mnie fakt, że kobiety te żyły na pograniczu Moraw i Słowacji od pokoleń i że ich sztuka zanikła dopiero, gdy komuniści zamknęli ostatnią z bogiń w szpitalu psychiatrycznym […]. Właśnie ta strona problemu na początku interesowała mnie najbardziej. Fakt, w jaki sposób my, Czesi, zniszczyliśmy tak cenny fenomen etnograficzny. Ale kiedy wgłębiłam się w tę sprawę i zaczęłam jeździć w miejsca, gdzie żyły boginie, moje początkowo bardzo pragmatyczne i czysto opisowe podejście trochę osłabło. Poczułam ogromną chęć wciągnięcia do książki całej tej magii.

Bardzo długo zastanawiałam się, gdzie postawić w swojej powieści granicę, jak połączyć te dwa obszary. Nie chciałam napisać ani reportażu, ani powieści w klimacie realizmu magicznego, starałam się więc połączyć te dwa światy. Umożliwiły mi to postaci niektórych z bogiń, pewne opisane w książce sprawy opisuję z ich perspektywy. Nie chciałabym przesadzać, ale kiedy słuchałam osób, którym boginie pomogły, biła od nich niesamowita, wręcz namacalna wiara i wdzięczność. Choć opowiadali o sprawach, które wydarzyły się dość dawno […].

Státní bezpečnost – wierzenia ludowe a treści socjalistyczne

Najmocniejszą stroną powieści Tučkovej jest (para)dokumentacja historyczna. Choć autorka przyznaje, że dokumenty wykorzystane w książce nie są autentyczne, to jednak stworzyła je w oparciu o materiały rzeczywiście istniejące. W ogromie przegrzebanych archiwów (słowackich, czeskich i polskich) pisarka odnalazła teczki byłych agentów StB – aparatu bezpieczeństwa Czechosłowackiej Republiki Socjalistycznej (odpowiednik naszego SB), a w nich nieprawdopodobne historie, kłamstwa i donosy, które doskonale znamy z własnego podwórka. Na ich kanwie nie tylko ukuła znaczną część fabuły swojej książki, ale sportretowała przy okazji budzącą grozę komunistyczną rzeczywistość. Nie tylko pracę tajnych służb, ale na przykład „opiekę” w państwowych szpitalach psychiatrycznych.

Státní bezpečnost - akta agentów

Státní bezpečnost – akta agentów (fot. http://www.novinky.cz)

Percepcja komunistycznego zagrożenia, skądinąd w polskiej i światowej literaturze mocno wyeksploatowana, nabiera nowego kolorytu poprzez zestawienie jej z niesamowitym obiektem śledztwa: tytułowymi wiedźmami. Na kartach Bogiń z Žítkovej dochodzi więc do „polowania na czarownice” ad verbum: służalcy totalitarnego ustroju dwoją się i troją, aby uznać boginie za wrogów systemu. Nie chcę w tym miejscu zdradzać powodów tychże działań, ale równie ciekawe są sposoby ich realizacji, zwłaszcza zaś profile agentów. Wśród nich znajdują się zarówno szeregowi „towarzysze”, jak i „kandydaci nauk, potępiający wierzenia ludowe i magię, by gloryfikować prawdziwą kulturę, czyli będącą narodową w swej formie i socjalistyczną w treści”. Wiejskie szeptuchy ścigane przez komunistyczne służby – ten groteskowy wydźwięk kojarzy się z PRL-owskimi komediami, ale nie ma w nim humoru. Cała historia jest dość ponura, naznaczona traumatycznym dzieciństwem głównej bohaterki (a także jej chorego na zespół Aperta brata) i jej dorosłym nieuporządkowanym życiem, stłamszonym wpierw przez bezsilność wobec aparatu państwowego w czasach CSRS, a po aksamitnej rewolucji w 1989 r. przygniecionym sekretami, które przyniosła lustracja. Dora to „zwykła” dziewczyna, żadna bogini, fascynująca nie sama w sobie, lecz poprzez wydarzenia, które odkrywa lub w których bierze udział.

Zło o kilku twarzach

W Boginiach z Žítkovej prawda miesza się z fikcją, religia z magią, a starosłowiańskie wierzenia z komunistyczną i postkomunistyczną rzeczywistością. Ale to przede wszystkim opowieść o ludzkiej słabości, zawiści, nienawiści i zdradzie. O tym, jak daleko człowiek jest w stanie się posunąć, aby zrealizować swoje pragnienia. Opowieść o ludzkim złu.

Z plejady czarnych bohaterów na pierwszy plan zdecydowanie wysuwają się dwie postacie. Josifčena Mahdalka to skrzywdzona przez własną matkę okrutna bogini, która rzuca klątwę na własną rodzinę. Epickie zło, które uosabia, przywodzi na myśl straszliwą czarownicę z bajki – jest metafizyczne, choć namacalne, nie wierzymy w nie, a jednak zbiera swe plony. To metafora zła nieomal mitologicznego, „systemowego”, które wyrastając z ludzkich korzeni, pożera swojego nosiciela i całe jego otoczenie. To zło, któremu trudno się przeciwstawić. Na drugim biegunie macha do nas serwilista obu systemów totalitarnych (służy wpierw faszystom, a później komunistom) – bezwzględny Jindřich Švanc, który skompromitowany za młodu i pozostawiony na pastwę losu przez miłość swojego życia, staje się schwarzcharakterem totalnym. W jego istnienie łatwo uwierzyć, przez co jest postacią nieco zbyt stereotypową – parszywiec jakich mało, ale jednowymiarowy. W powieści Tučkovej uosabia zło w ideologiach totalitarnych, które przez fanatyków było usprawiedliwiane jako siła napędowa dziejów i fundament do zbudowania lepszego świata.

Okolice Starego Hrozenkova i Kopanic - tam rozpoczyna się powieść i tam się też kończy (fot. Petr Kaisler, www.idnes.cz)

Okolice Starego Hrozenkova i Kopanic – tam rozpoczyna się powieść i tam się też kończy (fot. Petr Kaisler, http://www.idnes.cz)

Boginie z Žítkovej Kateřiny Tučkovej to smakowity kąsek, który mieści się na pierwszej karcie menu literatury środka ostatnich kilku lat. Szkatułkowa w nowoczesnym rozumieniu konstrukcja książki (opowieści bogiń, relacje świadków, dokumenty StB, listy nazistów itp.), podszyta sensacją fabuła, tajemnicza historia, kilka zgranych motywów z jednej strony, a z drugiej ogrom zebranego materiału, ekscytująca nuta folkloru (scena pogrzebu!) i wyrazisty klimat zaszczucia – to więcej, niżby można wymagać od mainstreamowego bestsellera.

Kateřina Tučkova, Boginie z Žítkovej, przeł. Julia Różewicz, wydawnictwo Afera, Wrocław 2014.

Rafał Niemczyk

* Tekst został napisany dla Magazynu Wakat, gdzie można przeczytać wiele innych ciekawych artykułów.

Document1

%d blogerów lubi to: