Petra Soukupová, Zniknąć. Recenzja.


Półtora rodzica

Książka Petry Soukupovej mogłaby rozpoczynać się od przemówienia jakiegoś ponurego urzędnika, który nosowym głosem odczytałby z kartki garść danych statystycznych: „Według danych czeskiego GUS-u w Czechach rozpada się ponad 50 procent małżeństw. Jednocześnie Czeszki rodzą coraz więcej dzieci. W roku 2009 (a więc wtedy, kiedy w Czechach miała miejsce premiera „Zniknąć” – przyp. RN) przyszło ich na świat 119,6 tysięcy, co oznacza, że każda Czeszka ma już przeciętnie 1,5 dziecka. Ponadto na 10 nowych małżeństw przypada 9 rozwodów, a spory odsetek dzieci jest wychowywany przez samotne matki lub w dwóch rodzinach jednocześnie”. Ten urzędniczy monolog skleciłem naprędce z kilku odnalezionych w sieci źródeł, więc może zawierać małe przekłamania. Ale „Zniknąć” Soukupovej nie jest książką o rozwodach. „Zniknąć” jest książką o dzieciach i to jest w niej najbardziej bolesne.

„Największe przekleństwo ludzkości: większości ludzi wydaje się, że może mieć dzieci” – to zdanie stanowić może motto zbioru, który składa się z trzech dość obszernych nowel. Bohaterem pierwszej z nich jest Jakub, ustępujący w „chłopięcej rywalizacji” swojemu starszemu bratu Martinowi. Kuba rysuje ptaki, niezbyt lubi biegać, co Martinowi wychodzi znakomicie. Rywalizując o względy ojca-trenera, Kuba nie ma szans. Pewnego dnia w wypadku traci nogę i zostaje kaleką. Brzmi brutalnie. Taki zwrot akcji, zrozumiany niewłaściwie, można by odebrać jako poruszający trick, którego miejsce jest w tanich serialach lub literaturze niższego gatunku. Nic bardziej mylnego. Zdradzając ważny element układanki Soukupovej, nie naruszam przy tym ani fabularnego, ani recenzenckiego porządku (nie spoileruję), ponieważ wspomniane zdarzenie ma miejsce na samym początku. To świetny przyczynek do rozważań o alegoryczności widocznej w pierwszym utworze.

Fot. Michael Nitzschke (www.europarl.europa.eu)

Rodzina, której losy przedstawia młoda czeska pisarka, jest pozornie ułożona. Wszelka toksyczność gromadzi się tu powoli, niczym budzące się z pradawnego snu okrutne bóstwo, by pod wpływem tragicznego bodźca wydostać się na powierzchnię. Deformacja rodziny postępuje, ciągnie za sobą następne ofiary, przynosi kolejne tragedie. Degradacja jest jednocześnie metaforyczna (poszukiwania matki), jak i namacalna (picie ojca). Mariusz Szczygieł w swojej recenzji na łamach Gazety Wyborczej przyrównał ten horror do klimatu utworów Elfriede Jelinek. Zakrada się tu również cień surrealistycznej abstrakcji prażanina Franza Kafki. Doskonale widać to na przykładzie zmieniających się adekwatnie do nastroju bohaterów pór roku, kiedy najbardziej dramatyczne sceny rozgrywają się w śniegu i mrozie, a dokoła, jak okiem sięgnął szaro i ponuro. Szaleństwo matki, włóczęga po obskurnych dworcach, ślepa droga na ratunek dziecka – to wszystko z łatwością można wyobrazić sobie jako rzeczywiste. Jednakże sposób literackiego „kadrowania” Soukupovej, łączenia ze sobą poszczególnych obrazów, nadawania im wymiaru nieomal kryminalnego – to z kolei w mistrzowski sposób nadaje opowieści wymiar ponurej groteski. I ten kunszt, nie kunszt języka, a kunszt konstrukcji, to najmocniejsza strona prozy Soukupovej.

Język Soukupovej jest prosty, pozbawiony literackich ornamentów, ponieważ dostosowany do otoczenia, które opisuje. Czeszka twardo trzyma się zasady decorum, operując jednolitym stylem i budując na jego fundamencie wiarygodność. Jednocześnie jest to język perfekcyjnie wystylizowany na „dziecięco-młodzieżowy”, jakby Pani Petra wczoraj w południe odebrała świadectwo ukończenia którejś z klas gimnazjalnych. Żeby tak pisać, trzeba być świetnym obserwatorem, wtopionym w świat, o którym się pisze, bo na najprostszych zdaniach wyłożyć się można równie łatwo, jak na tych bardzo skomplikowanych. Wydarzenia relacjonuje najczęściej chłopiec, a gdy zmienia go narrator, posługuje się podobnym językiem. Ta jednorodność stylistyczna jest niezbędna, aby „podglądać” naszych bohaterów.

Petra Soukupová (www.petrasoukupova.pl)

Tak jest właśnie w drugiej noweli, której bohater, 11-letni Vojta, jest mały i rudy, jego pasją jest sklejanie modeli okrętów, a w szkole uważają go za dziwadło. Ma starszą siostrę, Pavlinę, dziewczynę wpędzoną w kompleksy przez znaczną nadwagę. Barierą między, skądinąd kochającym się, rodzeństwem jest „pomnik ojca”. Chłopiec i dziewczynka mają różnych ojców, których łączy ze sobą to, że… ich nie ma. Szczygieł napisał obrazowo, że mężczyźni w „Zniknąć”… znikli. Ojciec Pavliny przysyła paczki ze Stanów, co dziewczyna bezwzględnie wykorzystuje podczas kłótni z bratem. Małemu Vojcie wkręcono bowiem, że jego tata jest marynarzem, który przez wiele lat podróżuje po morzach i oceanach niczym Odys. Jak relikwię chłopiec traktuje „szwedzką koszulkę” – w przeszłości rzekomo noszoną przez tatusia. W rzeczywistości ojcem Vojty jest mieszkający w tym samym mieście beztroski pijaczek, który wiele lat wcześniej zostawił ich samych z matką. Gdy prawda wychodzi na jaw, Vojta jest wkurwiony.

Wulgaryzmem posługuję się nie ze względu na językowe preferencje, ale dlatego, że nie unikają go nasi bohaterowie. To kolejna świetna rzecz w nowelach Soukupovej. Nie wulgaryzmy, a charaktery chłopców. Mimo że jeden i drugi są w pewien sposób na społecznym marginesie, nie tracą rezonu. Mimo że wielokrotnie poniżani i spragnieni rodzicielskich uczuć, których doświadczają tak rzadko, to fajne, rozumne chłopaki. Połączyła mnie z nimi niespotykana wręcz empatia – te wszystkie kłopoty z nauczycielami, tępi i zarozumiali kumple z klasy, babcie, które wiedzą najlepiej, nieobecni lub podpici ojcowie, sfrustrowane matki, brak należytej uwagi ze strony rodziców… A z drugiej strony to, co w dzieciństwie najpiękniejsze: zapach mieszkania, smak babcinego ciasta, to nieopisane uczucie, kiedy mama w chwilach słabości podchodzi i przytula, pierwsze szkolne zauroczenia. Oczywiście szala przeważa na tę pierwszą, wykrzywioną stronę. Jest jednak spora szansa, że bohaterowie z nowel Soukupovej wyrosną na kogoś lepszego niż ich tatusiowie. A dopóki jest taka nadzieja, mamy obowiązek udzielić im zrozumienia i kredytu zaufania.

Petra Soukupová, Zniknąć, przeł. Julia Różewicz, Wydawnictwo Afera, Wrocław 2012.

Rafał Niemczyk

Dmitrij Głuchowski, Metro 2033. Recenzja.


Świat w tunelu

Moskiewskie metro A.D. 2033 – dom nielicznych (nie)szczęśliwców, którzy zdążyli schronić się w tunelach przed atomową apokalipsą, która obróciła w perzynę ich miasto i unicestwiła większość życia na Ziemi. Po metrze zaś krąży wiele legend, zabobonów i dziwnych, wręcz niewiarygodnych opowieści, jego tunele skrywają mroczne sekrety. Metro ma również swoich bohaterów. Zaliczają się do nich stalkerzy – parający się przeszukiwaniem korytarzy oraz wyprawami na powierzchnię, odnajdywaniem i przynoszeniem do tuneli wszystkiego, co da się w jakikolwiek sposób wykorzystać. Bez nich życie pod ziemią byłoby po stokroć cięższe. Zawód stalkera jest marzeniem niemal każdego chłopca zamieszkującego metro.

Główny bohater – dwudziestokilkuletni Artem – urodził się przed apokalipsą. Jest sierotą uratowaną przez jednego z żołnierzy przed szczurzym potopem, który pochłonął całą jego stację, gdy Artem miał pięć lat. Od tamtej pory żyje na stacji WOGN jako przybrany syn swojego wybawcy. Uczy się i pracuje dla wspólnego dobra małej społeczności, ale skrycie marzy o wyrwaniu się z okowów przygnębiającej i nudnej egzystencji na rodzinnej stacji. Pragnie zgłębiać i poznawać tajemnice metra – świata, w którym przyszło mu żyć. Nadarzy się ku temu okazja, kiedy Artem wyruszy z jednym ze stalkerów w podróż przez stacje i tunele podziemnej kolei, aby ocalić WOGN (a być może i całe metro) przed inwazją „czarnego zła”.

Nie będzie to łatwe zadanie, gdyż stacje ze sobą walczą, zawierają sojusze, próbują narzucać swoją ideologię sąsiadom. Jednak pod ziemią to nie człowiek jest swoim najgroźniejszym wrogiem. W tunelach można spotkać przeróżne niebezpieczne stwory i mutanty. Co więcej – niektóre tunele same w sobie stanowią zagrożenie. W niewyjaśniony sposób doprowadzają do obłędu przebywających w nich ludzi, a niewytłumaczalna siła czająca się w korytarzach jest zdolna nawet zabić. Zagrożenie zaczyna przychodzić także z powierzchni. I to nie tylko pod postacią różnorakiego zmutowanego tałatajstwa, bo z tym mieszkańcy jakoś sobie dotąd rodzili. Oto do tuneli metra, przez stację WOGN, próbują wdzierać się tzw. „czarni”. Wyglądem przypominają ludzi, ale jest w nich coś innego, odmiennego. Wydają się bezbronni, ale pozbawieni uczucia bólu – sama myśl o tych istotach wywołuje dreszcz strachu. Kiedy nadchodzą „czarni”, mało kto jest w stanie oprzeć się postępującemu wraz z nimi przerażeniu.

Metro A.D. 2033 to przekrój przez alternatywny świat. Mimo że zamieszkują je mieszkańcy tylko jednego miasta, głównie Rosjanie, jest to w pewnym sensie zminiaturyzowana kula ziemska. Każda stacja (lub grupa stacji związanych sojuszem) posiada inny klimat, charakter, ustrój, wierzenia. Różnią się też między sobą poziomem cywilizacyjnym, kulturowym i technicznym. Znajdziemy tu faszystów, komunistów, rewolucjonistów, wyznawców Jehowy, handlarzy, wojskowych, wyrzutków społecznych różnej maści, uczonych, a nawet kanibali. Cała mozaika ideologii i postaw zamknięta w tunelach metra.

Choć Dmitrij Głuchowski nie ustrzegł się iście hollywoodzkich scen z rodzaju „uratowany w ostatniej chwili” czy „zabili go i uciekł”, to wykreowany przez niego świat i fabuła są dość wiarygodne. Dominuje atmosfera dusznych korytarzy rodem ze „Schronu” Mirosława Jabłońskiego, momentami zahaczając o klimaty socjotechnicznego eksperymentu z „Klaustropolis” Istvana Nemere. Wraz z wyjściem bohaterów na powierzchnię nasuwają się skojarzenia z „Aleją Potępienia” Rogera Zelaznego – zwłaszcza jeśli chodzi o pomysły Głuchowskiego odnośnie nowych gatunków fauny i flory. Tej chwytliwej mieszanki dopełniają wątki z „Gdzie dawniej śpiewał ptak” Kate Wilhelm czy filmu Davida Cronenberga „Scanners”. Takich zapożyczeń jest cała obfitość, ale rosyjski pisarz żongluje nimi bardzo sprawnie.

Akcja prowadzona jest dynamicznie, bez zbędnych przestojów, co w połączeniu z niewyszukanym językiem miało wpływ na popularność, którą zdobyła powieść. Autor umiejętnie stopniuje napięcie, potęguje krok po kroku aurę tajemniczości wypełniającą tunele metra, sugerując czytelnikowi, że w jego najgłębszych zakamarkach czai się coś nieznanego.

„Metro 2033” na pewnym poziomie jest również książką drogi. Razem z głównym bohaterem przemierzamy kilometry tuneli, odkrywając nowe skrawki mapy i spotykając całą paletę postaci rozmaitego pochodzenia i charakteru. Ateista Artem kroczy także ścieżką rozwoju duchowego. Podczas wędrówki dojrzewa w nim przeświadczenie o bezsensowności egzystencji bez nadziei na powrót do dawnego życia czy wiary w kogoś lub w coś, co czuwa nad człowiekiem i prowadzi go od narodzin aż do śmierci. Powieść zyskuje dzięki temu drugie dno. Choć napisana językiem prostym i przystępnym (wedle słów autora był to zabieg celowy, mający przysporzyć książce popularności), nie jest jedynie prostą historyjką o walce ze znojem w podziemnym postnuklearnym świecie. Głuchowski ukazuje katastrofę człowieczeństwa – zarówno pod względem technicznym, cywilizacyjnym, jak i moralnym. Dowodzi, że w ostatecznym rozrachunku życie pozbawione wyższych idei i wiary okazuje się być beznadziejną i pozbawioną sensu wegetacją.

Wybuchowa mieszanka Dmitrija Głuchowskiego usatysfakcjonuje wielbicieli dynamicznych opowieści spod znaku „motocykla i obrzyna”, ale i czytelnicy preferujący nieco ambitniejszą lekturę mogą zostać pochłonięci przez moskiewski podziemny świat A.D. 2033.

Dmitrij Głuchowski, Metro 2033, tłum. Paweł Podmiotko, Insignis 2010.

 Jacek „bio_hazard” Bryk

* Screeny ilustrujące recenzję pochodzą z gry pod tym samym tytułem (prod. 4A Games, wyd. THQ).

** Tekst ukazał się także w serwisie kultury postapokaliptycznej Outpost.

Stephen King, Joyland. Recenzja.


Lato ze Stephenem Kingiem

Jedną z moich ulubionych rzeczy, które napisał Stephen King, jest opowiadanie pt. „Ciało” zamieszczone w zbiorze pt. „Cztery pory roku”. Historia to magiczna, wyposażona w rewelacyjny klimat, smak dziecięcej przygody i mocno wyczuwalny zapach lata. To najlepszy King z możliwych – nieco nostalgiczny, intrygujący, mocno obyczajowy, a dodatkowo napisany ładnym językiem. Sięgając po „Joyland”, książkę rekomendowaną jako „opowieść o miłości i stracie, o dorastaniu i starzeniu się”, a rozgrywającą się właśnie latem, spodziewałam się czegoś w klimacie ulubionego „Ciała”. Moje prognozy okazały się niestety na wyrost. Nie czuję się jednak dotkliwie zawiedziona. „Joyland” to przyjemna, letnia propozycja dla fanów lekkiej rozrywki – nie wypada więc przesadnie marudzić.

Stephen King to konsekwentny rzemieślnik, który swoje książki konstruuje z premedytacją, według rozmyślnie stworzonej recepty. Nie jest czarodziejem, a genialnym kuglarzem (tak zresztą określa paru bohaterów „Joylandu”). Nie używa prawdziwej magii, a skrzętnie dobranych pod publiczkę zagrań. Sposób na dobrze czytającą się powieść opracował już dawno, a w swojej nowej książce stosuje go bez skrupułów. Wrzuca więc do letniej historii wszystkie świetnie dobrane pod nią klocuszki. Pisze o pierwszej miłości i złamanym sercu, oczyszczających duszę wakacjach, przygodzie, zbrodni z przeszłości, marzeniach, inicjacji seksualnej, konsekwentnie brnąc ku mocnemu zakończeniu z piorunami i wichurą w tle.

Stary park rozrywki Joyland (fot. borg.com)

Również swoje postacie dobiera w perfekcyjny sposób – główną rolę w tej historii otrzymuje niepoprawny marzyciel. Podejmując się pracy w parku rozrywki, zawiera znajomości z troszkę dziwacznymi, czasem złowrogimi jego pracownikami, przyjaźni się z ciężko chorym chłopcem (co również dodaje historii specyficznego klimatu), a kocha się w starszej od siebie, skrzywdzonej przez życie i jakże stereotypowej kobiecie. Wszystkie te elementy zgrabnie połączone w jedną całość składają się na „idealne czytadło”, co najpewniej chciał osiągnąć sam autor.

Czyta się więc dobrze, lektura jest przyjemna i ciekawa, wciąga. A mimo to mam pewne pretensje do Stephena Kinga. O co? Choć należę do tej szerokiej grupy czytelników, która z przyjemnością poddaje się jego sztuczkom, tym razem myślę, że przesadził. Jako uważny czytelnik rozłożyłam sobie jego książkę (fabułę, bohaterów, język) na części pierwsze – obnażyłam tym samym schemat za schematem, zagrywkę za zagrywką, chwyt za chwytem. Poprzez taką analizę (zastosowaną mimowolnie) historia Kinga straciła w moich oczach na wiarygodności. Momentami trudno było mi uwierzyć w ten sztucznie skonstruowany świat, zaangażować się w opowieść pisaną według wykresu. Nawet język, u Kinga przeważnie prosty, co w jego przypadku odczytujemy jako zaletę, tutaj otarł się już o trywialność.

Istnieje jednak usprawiedliwienie dla Kinga i to całkiem logiczne. To konwencja, którą wybrał dla swojego „Joylandu”. Warto bowiem wspomnieć, że jego książka została wydana w Stanach Zjednoczonych pod skrzydłami oficyny „Hard Case Crime”, specjalizującej się w pulpowych, często przerysowanych kryminałach czy thrillerach. Tym razem King również jest przerysowany i bawi się narzuconą przez siebie stylistyką. Zamiast tworzyć – konstruuje. No i cóż – wychodzi mu to dobrze, o czym świadczy entuzjazm całej masy czytelników i świetne recenzje. Doceniam i przyznaję, że bawiłam się nieźle. Obstaję jednak przy swoim, twierdząc, że więcej artystycznej fantazji, a mniej rzemieślniczej roboty dodałoby „Joylandowej” nostalgii smaku, przygodzie brawury, a przesłaniu głębi.

Stephen King, Joyland, tłum. Tomasz Wilusz, wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2013.

Dorota Jędrzejewska

Grzegorz Rogóż, Bieganie dla początkujących i zaawansowanych.


Jak biegać długo, daleko i z głową

Autor książki „Bieganie dla początkujących i zaawansowanych” w prosty sposób tłumaczy jej genezę. Na rynku przeważają dziś bowiem dwa rodzaje poradników. Pierwszą grupę tworzą wyczerpujące teoretyczne publikacje napisane przez trenerów, zawodników, lekarzy i innej maści fachowców. To książki profesjonalne, ale dla amatora (który najpewniej zagubi się w dziesiątkach zagadnień i „biegowym żargonie”) najczęściej słabo przyswajalne. Druga grupa to poradniki dla zupełnych amatorów. Z nich z kolei ktoś biegający kilka lat (jak np. autor tej recenzji) nie dowie się niczego nowego.

Grzegorz Rogóż – maratończyk, miłośnik kolarstwa i ultramaratończyk szosowy – wstrzelił się gdzieś pomiędzy te dwie grupy. Zaowocowało to kompletnym i precyzyjnym poradnikiem dla ludzi zaczynających przygodę z bieganiem oraz takich, którzy znaleźli się już na „biegowej fali”, lecz nie do końca potrafią wykorzystać jej siłę. Rogóż tłumaczy bowiem, jak biegać efektywniej i czerpać z tego jak najwięcej radości. Co istotne – to poradnik skupiający się na biegach ulicznych, po twardej i równej nawierzchni, choć ogólne zagadnienia dotyczące choćby diety czy rodzajów treningu z powodzeniem można przełożyć na bieganie w dowolnych warunkach.

Dobrze się czyta książkę o bieganiu napisaną przez człowieka, który odwołuje się do literatury pięknej (cytaty z Dukaja, Murakamiego) i słucha jazzu. Przydaje to „suchej” zazwyczaj publikacji przyjaznego charakteru. Grzegorz Rogóż w uroczy sposób wielokrotnie podkreśla, że traktowanie amatorskiego lub półprofesjonalnego biegania jako „celu swojego życia” jest niebezpieczne. A jednak to właśnie pasja, a wraz z nią samodyscyplina, konsekwencja, rosnąca z postępami wiara w siebie i charakter pozwoliły autorowi osiągnąć znakomite sportowe wyniki, z czego wyrosła później chęć podzielenia się swoją wiedzą z czytelnikami. Nic nie stoi na przeszkodzie, aby pójść w jego ślady, ponieważ bieganie w mniejszym lub większym stopniu rozwija te elementy u każdego człowieka.

Według autora jednym z głównych trybów napędzających biegacza jest rywalizacja, dlatego w poradniku znajdziemy wiele stron poświęconych motywacji oraz startom w zawodach i poprawianiu wyników. Ten punkt widzenia wyostrza się z każdym rozdziałem, choć Rogóż o sporcie mówi z rozwagą i oczywistym respektem. Nie dla wszystkich biegaczy rywalizacja jest głównym napędem – osobiście najbardziej cenię w bieganiu możliwość wyciszenia, relaksu, swoistej kontemplacji oraz intymności. Autor „Biegania…” zwraca ponadto uwagę na korzyści praktyczne: utrzymanie organizmu w zdrowym, lepszym stanie czy zrzucenie zbędnych kilogramów, co dla wielu ludzi w ostatnim czasie stało się bodaj głównym impulsem do uprawiania sportu.

Bardzo dobrze opracowany jest rozdział o diecie i gospodarce wodnej (link do kompletnego spisu treści zamieściłem poniżej), gdzie obok standardowych porad żywieniowych obalane są mity, których namnożyło się ostatnio jak grzybów po deszczu, głównie w sieci (np. odnośnie mleka i mięsa). Rogóż udziela rad, zdając sobie sprawę, że czytelnicy jego książki to ludzie pracujący lub pochłonięci życiem rodzinnym, zatem cenna jest dla nich każda chwila. Dlatego rezygnuje z „diet cudów” i przepisów na „daktyle w sosie własnym” na rzecz praktycznych porad, możliwych do wdrożenia przez każdego bez wyjątku. Znajdziemy tu nawet przepis na „izotonik domowej roboty”, do przygotowania którego wystarczy woda, miód, sól i cytryna. Książka jest wypełniona przydatnymi ciekawostkami.

Autor pamiętał również o biegających paniach. W aspektach, w których duże znaczenie odgrywa różnica płci (przy okazji omawiania ubioru sportowego, butów czy techniki biegu), osobne akapity przeznaczył na omówienie ich z kobiecego punktu widzenia.

Rozdziały poświęcone sprzętowi (buty, odzież) i nauce biegania (technika, rozgrzewka, różne rodzaje treningu, wybieganie) są najobszerniejsze. Znajdziemy tam nie tylko standardowe rady i sposoby trenowania, ale również np. przydatne biegaczom gadżety czy testy sprawdzające formę i wydolność (m.in. popularny test Coopera). Przydałoby się może szersze omówienie poszczególnych elementów rozgrzewki (np. stretchingu dynamicznego), ale dla chcącego… z małą pomocą internetu spokojnie można uzupełnić wiedzę, kierując się drogą wskazaną przez Rogóża.

Chcesz założyć dres, buty i zacząć biegać? Biegasz i zastanawiasz się, dlaczego postępy przychodzą tak wolno? Nie chcesz ryzykować urazu albo wydać pieniędzy na niewłaściwe buty? Wydaje ci się, że skoro masz 40 lat, to jesteś za stary na wielokilometrowe trasy? Wpadłeś na genialny pomysł, aby wyleczyć kontuzję „przez internet”? „Bieganie dla początkujących i zaawansowanych” przyjdzie ci z pomocą. Murakami ma 64 lata i wciąż biega maratony. A biegać warto, warto żyć zdrowiej i pełniej.

Grzegorz Rogóż, Bieganie dla początkujących i zaawansowanych, Samo Sedno, Warszawa 2013.

 Rafał Niemczyk

* Szczegółowy spis treści można znaleźć pod tym adresem: http://www.samosedno.com.pl/bieganie-dla-poczatkujacych-i-zaawansowanych,1043.html

Daytripper. Dzień po dniu. Recenzja.


Daytripper-okladkaCałe życie jest piękne, stary

[…] je­dynie w śmier­ci nap­rawdę mog­li być ra­zem, je­dynie w śmier­ci pośród miłości miała szan­se mu spros­tać, tam, w niebie ho­telo­wych po­koi, by­li równi, by­li nadzy, i tam do­piero mogło do­konać się praw­dzi­we zmar­twychwsta­nie fe­nik­sa; wprzód zadławiw­szy ją wśród rozkoszy, z nitką śli­ny w ot­wartych us­tach, pat­rząc na nią ek­sta­tycznie, jak­by do­piero ją poznał, jak­by wreszcie przyjął ja­ko swoją, prze­ciągnął na swój brzeg.

 (Julio Cortázar, „Gra w klasy”)

Nieznośna myśl – wpełzająca do głowy stopniowo, gdy zaczynamy oswajać się ze światem i konwencją „Daytrippera” – huczy w głowie jak daleki dzwon, zanoszący wieść, że jedynie śmierć kształtuje życie w sensie ostatecznym i jedynie ona nadaje mu głębszy wymiar, kształt i znaczenie. Proste? Proste. Było? Było. Ale Brazylijczycy Fábio Moon i Gabriel Bá za swój komiks, którego dziesięć zeszytów ukazało się w Polsce nakładem Mucha Comics w zbiorczym albumie pt. „Dzień po dniu”, zebrali mnóstwo nagród (m.in. Eisnera, Harveya oraz Eagle). Nie ma w tym nic dziwnego, ponieważ brazylijskie bliźniaki (tak, tak!) filozoficzne oczywistości przełożyli na serię poruszających, dobrze opowiedzianych historii, które łączy nieuchronna śmierć głównego bohatera.

Brás de Oliva Domingos umiera w każdym rozdziale – tyle możemy zdradzić z konwencji, aby nie zepsuć zabawy. Tytuły rozdziałów zawsze są numerem lub cyfrą i oznaczają pułap wieku, który udało się osiągnąć bohaterowi w kolejnych opowieściach. Przy czym aby nie było zbyt banalnie, kolejne rozdziały nie są ułożone chronologicznie: Brása poznajemy jako faceta w średnim wieku, a później raz cofamy się w przeszłość, raz wybiegamy w przyszłość, poznając coraz to nowe wydarzenia i postacie z jego życia. Jak skończyłoby się, gdyby tragicznie zginął jako nastolatek, a co oferuje mu wiek dojrzały, przejrzały, starość.

Brás to fajny facet i chyba to jest największa siła komiksu. Jest dziennikarzem mieszkającym i pracującym w tętniącej życiem brazylijskiej metropolii – São Paulo. W redakcji zajmuje stanowisko szczególne – układa bowiem nekrologi, które dla rodzin zmarłych są formą ostatniego hołdu, ale i obolem wkładanym w usta bliskim na pożegnanie. Brás wywiązuje się ze swego posłannictwa świetnie, ma wyczucie i własny styl, lecz marzy o czymś więcej, przytłoczony sławą ojca – pisarza. Melancholijne oblicze Brása rozjaśniane jest przez drobne radości: kwitnącą męską przyjaźń z Jorge, coraz większymi sukcesami zawodowymi, pierwszą miłością, narodzinami dziecka, czułością matki. Jednak naszego bohatera spotyka wiele życiowych przeszkód, zawodów, które wpędzają go w kompleksy. Raz jest to nieudany związek, innym razem brak weny, często egzystencja w cieniu ojca, którego uwagę Brás próbuje zwrócić, najczęściej bezskutecznie.

Brás to także zwyczajny facet, co dodaje tej historii jeszcze większej mocy. Na różne sposoby odnajdujemy w nim siebie – w jego przeciętnych problemach i ponadprzeciętnych ambicjach, w jego potencjale, smętnym uosobieniu, strachu przed działaniem, romantyzmie i marzycielstwie, w pytaniach, które zadaje życiu. Nie jest to superbohater, nie jest to też człowiek przebojowy – to normalny, choć szlachetny zjadacz chleba, który podróżuje przez codzienność bez pośpiechu, powoli pchając swój życiorys do przodu.

Jego historia natomiast to ujmująca pochwała życia, w którym każda z chwil ma swoją wartość i gdzie każdy dzień, nawet ten pozornie zwyczajny, niesie ze sobą najprostszą z możliwych, choć często niedocenianą przyjemność istnienia. Połykamy ten haczyk, zgadzamy się z ideą podsuniętą przez autorów, nawet jeśli w pewnych momentach ociera się ona o trywialność. Na szczęście w tej przyjaznej oprawie zupełnie nam to nie przeszkadza.

Komiks autorstwa brazylijskiego duetu jest wyposażony w wyjątkowo przyjemną atmosferę. Kolejne epizody czyta się „miodnie”, a melancholijna opowieść staje się refleksyjną, lecz również autentycznie relaksującą lekturą. Nie bez zasług w takim właśnie odbiorze jest oprawa graficzna „Daytrippera”. Dzięki niej czytelnik płynnie przesuwa się po kadrach, dając się ponieść scenariuszowi. Twarze są tu sympatyczne i pełne emocji, brazylijskie plenery (głównie ulice i domy São Paulo, ale też plaże Rio de Janeiro, a nawet prowincjonalne zakamarki Brazylii) wyraziste i ładne, a kolory – róże i delikatne pastele – skutecznie potęgują klimat.

Całość stanowi zgrabną, poruszającą przypowieść, która głosi, że wbrew pozorom życie jest długie i warte przeżycia. A śmierć, strata, przemijanie? Urodzony po sąsiedzku Argentyńczyk Jorge Luis Borges uważał, że jeżeli wieczność istnieje, śmierć jest tylko żartem. Julio Cortázar dodawał, że jeśli się pośpieszymy i przybiegniemy przed nią – zrozumiemy, że to już bez znaczenia. Fábio Moon i Gabriel Bá do tych latynoskich rozważań dodali kolejną cegiełkę. Podczas jednej z podróży Brás pyta swojego przyjaciela-fotografa, dlaczego ten nie robi zdjęć. „Klisza by pękła od tego piękna – odpowiada Jorge. – Całe życie jest piękne, stary”.

Fábio Moon & Gabriel Bá (scenariusz i rysunki), Daytripper. Dzień po dniu, tłum. Tomasz Sidorkiewicz, Wydawnictwo Mucha Comics, Warszawa 2012.

 Dorota Jędrzejewska
Rafał Niemczyk

%d blogerów lubi to: