Mieczysław Porębski, Spotkanie z Ablem. Recenzja.


List pisany do nas

Według Mieczysława Porębskiego, wybitnego historyka, teoretyka i krytyka sztuki, ikonosfera rekonstruuje przestrzeń epoki, zarówno tę rzeczywistą, jak i utajnioną, pozostającą w sferze imaginacji. Profesor zdefiniował to pojęcie, aby nadać wyraz całości obrazów wypełniających przestrzeń człowieka, zwracając jednocześnie uwagę na zmienność tego wypełnienia. Ikonosferę mogą współtworzyć widoki, osoby, miejsca, ale także idee, historia, tradycja i mnogość innych czynników społeczno-kulturowych. Dziś ikonosfera wyłania się głównie z architektury, mass-mediów i współczesnej kultury masowej w całej rozciągłości. W „Spotkaniu z Ablem” Mieczysław Porębski sięga znacznie głębiej.

Czwarty tom serii dzieł wybranych Mieczysława Porębskiego otwierają teksty pochodzące z lat 80. i 90., a kończą rozmowy z przyjaciółmi (uczniami) z początku XXI wieku. Profesor jawi się w tych tekstach jako wrażliwy, ale i surowy, wymagający od sztuki bardzo wiele odbiorca, pełen głębokiej wiedzy erudyta, ale i człowiek zdający sobie sprawę z własnej „małości” względem diapazonu sztuki i jej wszechoddziaływania. Humanista sercem i rozumem. Ambasador polskiej sztuki za granicą. Przedstawiciel nieco zapomnianego, a z pewnością zrewolucjonizowanego dzisiaj zawodu krytyka sztuki, który łączy portrety artystów z refleksją historyczną i analizą przemian społeczno-kulturowych.

Tytuł książki nawiązuje do biblijnego mitu Kaina i Abla, swoistego „mordu założycielskiego”. Kain, zamordowawszy brata, wyrusza na wschód od Edenu, by stworzyć  podwaliny pod przyszłe społeczeństwo i cywilizację, ale także sztukę. Bo piętno Kaina głęboko naznaczyło sztukę. Abel, choć staje się ofiarą, jest równocześnie zagrożeniem, jego osoba niesie ze sobą obawy. To esencja dobra i zła, nie jako ambiwalentnych bytów, ale jednej masy, położonej nie na przeciwnych szalach wagi, lecz tworzących tę wagę, ulepionej z dwóch skrajnie różnych gatunków gliny. To uosobienie i esencja sztuki oraz celów, jakie sama przed sobą powinna stawiać. Tam, gdzie istnieje zło, rodzi się sztuka najwyższej próby. Bo po stokroć gorsza od fascynacji złem jest banalizacja zła, na którą cierpi współczesny świat.

Tadeusz-Brzozowski-Kuchenka„Miejsce sztuki – słowa, obrazu – jest nie poza, ale pomiędzy Dobrem i Złem, nie po to jednak, by się „angażowała”, ale by dawała tej sytuacji, sytuacji w y b o r u, świadectwo właśnie” – pisze Mieczysław Porębski. „Bo milczenie winno być zachowane na cmentarzu, ziemi przeklętej, która połknęła krew niewinnego, ale wszędzie gdzie indziej, na wschód od Edenu, w tułaczej ziemi Nod sztuka budowania miast i wierszy winna być pomimo wszystko uprawiana”.

Zbiór tekstów rozpoczyna analiza malarstwa Tadeusza Brzozowskiego – abstrakcjonisty. Stworzył on „wokabularz słów arcyrzadkich” – fundamenty jego dzieł zaczepiały się w pustce właśnie za pomocą Słowa. „Nikt nie opisze koloru, na tym polega malarstwo” – mówi Porębski. Posiłkuje się przy tym doktrynami Andre Bretona, założyciela i twórcy nurtu surrealizmu, przypominając, że „komentowanie obrazu słowami zuboża go o to, co jest w nim nie do opisania”. Brzozowski odwrócił sytuację „stworzenia plamy i nazwania jej”, malując właśnie słowa przekształcone w obrazy.

Spotkamy się później z malarstwem „infracerebralnym” Jerzego Tchórzewskiego, zadając pytanie z milczącym legionem odpowiedzi: czy można przystosować się do apokalipsy?
Skrzyżujemy spojrzenia z fantasmagorycznymi postaciami, wyzierającymi zza onirycznych krajobrazów, namalowanych na płótnie fotograficznym przez kubistę, nadrealistę – Jerzego Skarżyńskiego.
Poznamy motywy twórczości Marii Jaremianki, twórczości uwikłanej w historię i politykę. Zajrzymy w abstrakcyjną, opatrzoną cyframi rzymskimi, przestrzeń Stefana Gierowskiego.

Jerzy-Skarzyński-Portret-Inkwizytora

Adam Hoffmann, demiurg, anatom, gimnastyk, rysujący z medyczną precyzją, opowie o miłości do ludzkiej niedoskonałości. Stworzył rysunki człowieka uwstecznionego, zniekształconego, tragicznie samoświadomego, „człeko-zwierzęcego” i „człeko-owadziego”.

„ – Miłość do ludzi.
– ?
– Zgoda na to, czym jest człowiek”.

Zapoznamy się ze świadectwem Jonasza Sterna i Grupy Krakowskiej – „odpowiedzią na czasy pogardy, które mijały, i na czasy narzuconego milczenia, które przyszły później”. Te krajobrazy-epitafia połączone węzłem egzystencjalnym, w którym uczestniczą zarówno twórca, jego trofea, jak i działania, poprzez które powraca on do najbardziej elementarnych praw natury („człowiek łowca jest zarazem człowiekiem złowionym”).

Wiązaniem będzie tutaj postać animatora życia kulturalnego, reżysera, malarza, scenografa, grafika etc. – Tadeusza Kantora. Idea Kantorowska to idea improwizacji – stąd powrót do tradycji teatru niezinstytucjonalizowanego. To wspólnota ludzi, ich wzajemnych doświadczeń, przemian, układów, ale także wątków, pomysłów, przenośnych rekwizytów. Z takiej wspólnoty twórca spektaklu, artysta-inspirator układa nową, trudną do przewidzenia całość. To szkoła twórczych podmiotów, współpraca z suwerennym aktorem, nie zawsze profesjonalistą, czasem nawet i widzem.

Zbigniew-Gostomski-Wieza-BabelOdwiedzimy „Wieżę Babel” Zbigniewa Gostomskiego. Zastanowimy się nad fenomenem fotografii Zbigniewa Dłubaka i nad tragizmem zdjęć Tomasza Kizny. Rozszyfrujemy dzieło „Vitae Lampadae Traditae” Zbigniewa Makowskiego. Galeria sztuki nowoczesnej zaprezentuje „technologiczne” dzieła – prototypy „Laski tułacza”, „Rzecznika” czy „Pojazdu bezdomnych” Krzysztofa Wodiczko oraz słynne instalacje Mirosława Bałki, którego metalowym kontenerem zachwycała się publiczność londyńskiej Tate Modern, i który wyrzeźbił na wzgórzu w Kalifornii plan swego rodzinnego domu w skali 1:1.
Wymieniłem sporo nazwisk, by oddać ogrom pracy profesora, ale „Spotkanie z Ablem” zawiera ich o wiele, wiele więcej.

Mieczysław Porębski każe się też zastanowić nad kryzysem świadomości, kulturalnym kryzysem epoki, kryzysem czasów nowożytnych. Jak określić, podzielić, sklasyfikować nowoczesność, Baudelaire’owską modernité? Jak spojrzeć na postmodernizm – twórcze imitatorstwo wszelkich stylów i epok? Profesor wskazuje na „przełomy, w których dokonuje się zmiana lub następuje daleko idące przewartościowanie osiągającego swą pełnię s t y l u .  Przełomy, „które znamionują zmianą bądź równie daleko idące przewartościowanie usensowniającego stylową formułę k o d u”.
Przy czym styl, także współczesny, umieszcza nie tylko pod postacią pojęcia stricte artystycznego, ale także stylu życia, współżycia, uprawiania zawodu, świętowania.
Kod zaś jako sposób odczytywania i pojmowania świata, tryb znajdowania w nim – i uwidoczniania – szczególnie znaczących, organizujących nasze życie i zachowania punktów odniesienia.
Mieczysław Porębski przywołuje podział na epoki i style Johanna Wicckelmanna oraz Gambattisty Vico. Zastanawia się nad granicami współczesności.

MOCAK-Biblioteka-Mieczyslawa-Porebskiego

„Coś może „mieć wartość” lub „być wartością”. I dzieło sztuki właśnie jest wartością autonomiczną, jak żywy człowiek. Nie da się jej zastąpić. To list pisany do nas, rękopis” – mówi Krystyna Czerni.
W kończących książkę rozmowach ze swoimi uczniami i następcami profesor wylicza dokonania sztuki, odnosi się do własnych przemyśleń człowieka kilku epok. Wyłania się z tego obraz czułego, wrażliwego, choć wymagającego obserwatora, który odsłania sztukę, czaruje, przysłania, oddziela.
„Profesor widzi kulturę jak wielki gmach z rozmaitymi piętrami, gdzie wszyscy ze wszystkimi rozmawiają – dodaje Czerni. – Czytając jego teksty, ma się poczucie intymnej bliskości z artystami wszystkich epok. Jemu się naprawdę wszystko ze wszystkim kojarzy”.

To wielkie szczęście i ogromna satysfakcja móc, jeśli nie porozmawiać, to choćby posłuchać wyrazistych głosów płynących z wnętrza tego gmachu.

Mieczysław Porębski, Spotkanie z Ablem, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2011.

Rafał Niemczyk

Bogusław Polch, Maciej Parowski: Funky Koval – Wrogie przejęcie, t. 4. Recenzja.


„Koval zawinił, Cygana powiesili”, czyli czasy się zmieniają, a Funky wciąż ten sam

Czasy się zmieniły. Ostatni „Funky Koval” powstał przy współpracy Macieja Parowskiego i Bogusława Polcha blisko ćwierć wieku po wydaniu „Wbrew sobie”, kiedy „ucieczka w prywatność – jak mówi Polch – z okresu stanu wojennego skończyła się”. „Wrogie przejęcie” powstało już w czasach demokracji, ba – demokracji nie raczkującej już, ale jak się wydaje i na co mamy nadzieję – demokracji świadomej swojej odpowiedzialności. „Faktem jest, że [tamte] warunki domowe socjalizowały nas ze sobą, ale z drugiej strony z wiekiem zmniejsza się potrzeba bycia z innymi” – dodaje rysownik.

Nowy „Funky Koval” jest jednocześnie… stary i nowy. Nie trzeba już przemyślnego kamuflażu, aby krytykować i szydzić z komunistycznej władzy, nie potrzeba metafor, zasłaniania się i przemycania w dialogach niepożądanych ówcześnie treści. Ale w tych czy innych czasach – podstępni wrogowie nie śpią. We „Wrogim przejęciu” na każdym kroku pachnie spiskiem, szachujące się wzajemnie układy mają już nie drugie, ale czwarte dno, a nad wszystkim unosi się smog wszechobecnej agentury. Maciej Parowski w ironicznym tonie zwraca w ten sposób uwagę na „spiskowe widzenie rzeczywistości”, jakie w dobie wolności słowa jest dla społeczeństwa nie mniejszym problemem niż demony przeszłości. Wszak na Greenpoincie mawiają: „Koval zawinił, Cygana powiesili”.

Funky-Koval-4Czwarty „Funky” jest narysowany trochę inną techniką niż poprzednie trzy części. Polch poświęcił do pewnego stopnia detalizm tła, który był mocnym punktem i sprawiał, że sięgając po komiks nawet setny raz, można w nim dostrzec ukryte nowe szczegóły, szczególiki, wizje czy przedmioty o ukrytym znaczeniu. Kosztem owego uszczegółowienia twórca wzbogacił i rozbudował kolorystykę albumu. Oddajmy głos mistrzowi: „Tak, uprościłem tło, wprowadzając nawet chwilami estetykę tzw. czystego tła, wiedząc o tym, że będę je podkreślał barwą (…) Czytelnik zauważywszy, że zmieniła się kolorystyka i oświetlenie, od razu zwróci uwagę, że zmieniła się akcja – taki klucz stosowałem podczas planowania plansz (…) dotyczyło to szczególnie miejsc, gdzie akcje się przenikają, lub zmieniają się narracje. Od początku przewidywałem silnie eksponowany udział koloru” – tłumaczy motywy technicznych zmian Bogusław Polch. Efekt jest niezmiernie udany – „Funky” nadal pozostaje komiksem mocno pobudzającym wyobraźnię, ale teraz ma w sobie momentami więcej ekspresji, drapieżności, dojrzałej nowoczesności.

Duet Parowski & Polch uraczyli czytelników niespodziankami również na gruncie fabularnym. Rozwiązało się większość zagadek, podomykano sprawnie nieukończone wcześniej wątki, a niektóre z nich, jak i samo efektowne zakończenie – potrafi zaskoczyć nawet uważnych i przewidujących czytelników. Bo „Funky’ego” trzeba czytać uważnie, smakować i układać w głowie skomplikowane intrygi; w przeciwnym razie, gubiąc jakiś wątek, można go już później nie odnaleźć lub dopasować w układankę w nieodpowiedni sposób. Żeby dodać pikanterii, „Wrogie przejęcie” uderza mocno w tony cyberpunkowe, wysyłając Kovala w kolejną odyseję nie tylko w przestrzeni, ale i w „pokombinowanym” czasie. No i rzecz jasna, jak na cyberpunk przystało – pojawia się w albumie istotny motyw Sieci.

Funky4Jaka jest przyszłość Kovala? Sami twórcy nie określają tego jednoznacznie, być może wiele zależy od realizacji hollywoodzkiej produkcji na motywach kultowej polskiej serii. Faktem jest, że pomimo przemian ustrojowych Funky ma z kim walczyć. Na ulicę wychodzą, bezczeszcząc narodowe symbole, czasem mimowolnie, radykalni przedstawiciele przeróżnych opcji politycznych, aby wyrazić swoje frustracje w jedyny sposób, jaki przychodzi im do głowy. Dołączają do nich popularni ostatnio „kibole” z zakrytymi twarzami i co bardziej nierozsądni działacze polityczni. Przed pałacem prezydenckim „Bitwa o krzyż”, w sejmie „Bitwa o krzyż II”, a na ciemniejącym niebie widmo kolejnego, światowego kryzysu.

Tak, Funky niewątpliwie miałby z czym się mierzyć. Pytanie tylko: czy mu się chce? Mam w głębi duszy szczerą nadzieję, że tak – w trochę „jaśniejszej” formie niż we „Wrogim przejęciu”. W końcu Funky Koval to patriota, choć urodzony w USA. Tak pięknie śni o fortepianie Szopena; parafrazując słowa Cypriana Kamila Norwida: „A w tym coś grał: taka była prostota…”

Bogusław Polch, Maciej Parowski: Funky Koval – Wrogie przejęcie, t. 4, wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2011.

Rafał Niemczyk

Haruki Murakami, 1Q84 (tom 3). Recenzja.


Świnie na wietrze

Skończyło się. Dwa księżyce, duży jasny i mniejszy zielonkawy, zeszły się w jeden. Japońskie kyū zamieniło się na powrót w arabską dziewiątkę i rok 1Q84 dobiegł końca. Ktoś zginął, ktoś uciekł, ktoś się ukrył, a ktoś inny odnalazł. Ostatni tom trylogii Murakamiego udzielił odpowiedzi na kilka enigmatycznych Questions, jakie autor postawił w poprzednich tomach. Ale czy są to odpowiedzi dla czytelnika satysfakcjonujące?

Żeby nie rozpisywać się na temat warstwy fabularnej, odsyłam do wcześniejszych recenzji poprzednich tomów „1Q84”: pierwszego i drugiego. Ostatni tom trylogii spina klamrą wiele powieściowych zdarzeń, pozostawia jednak sporymi momentami uczucie znużenia i niedosytu. Zacznę jednak od pozytywnych stron, co by nie zostać zjedzonym przez fan-cluby japońskiego prozaika, w które obrodziło w naszym kraju ostatnimi laty całkiem obficie.

Pojawiła się nowa postać (choć występująca epizodycznie już na kartach środkowego tomu), eksponowana w finałowej części na równi z Aomame i Tengo. To Ushikawa – były prawnik wykluczony z palestry, aktualnie zaś prywatny detektyw, idący tropem naszych bohaterów niczym rasowy pies gończy. Ushikawa jest konsekwentny w działaniach, uparty w dążeniu do wytyczonego celu, doświadczony, opierający się na sprawdzonych przez siebie w praktyce metodach. Ponadto łysieje, ma zdeformowaną głowę, nikt go nie lubi, nie wzbudza w ludziach zaufania, wyrzekła się go rodzina, a żona zabrała dzieci i odeszła od niego wiele lat wcześniej. Ushikawa – godzien z jednej strony potępienia, a z drugiej współczucia – jest niewątpliwie w „1Q84” oddechem świeżości, którego długimi momentami naprawdę brakuje.

Umiejętnie wyprofilowane postacie są mocną stroną trylogii Murakamiego. Pytanie tylko, czy autor aby na pewno potrzebował do ich wykreowania prawie półtora tysiąca stron? Mielenie do upadłego poszczególnych wątków zaczyna chwilami irytować. Nieszczęśliwe dzieciństwo głównych bohaterów Murakami przedstawiał w interesujący sposób, stosując retrospekcje, wspomnienia, ciekawe rozmowy. Niekonieczne było dodawanie kilku łopatologicznych rozdziałów, które fabularnie niewiele wnosząc, sprawiają, że opowieść sztucznie się wydłuża i rozmywa. Do tego dochodzi nadmierne uszczegółowianie, które powoduje, że czytelnik może czasem poczuć się jak obserwator japońskiego reality-show. Uważam, że skondensowanie treści przydałoby „1Q84” więcej lekkości i esencjonalności.

Murakamiemu udało się też długimi chwilami zbudować przygnębiający klimat osaczenia. Uzyskał go nie tyle poprzez wykorzystanie w książce zgranych elementów rasowego thrillera, ale wprowadzając postać upiornego inkasenta NHK. Ten uporczywie terroryzuje jednego po drugim bohaterów powieści, dobijając się do drzwi, których żaden z nich nie może z różnych powodów otworzyć, prowadząc przy tym dwuznaczny, demoniczny monolog. Postać „upiornego inkasenta NHK” mogłaby z powodzeniem zagościć na planie filmowym któregoś z japońskich horrorów.

Japoński pisarz porusza też kilka spraw światopoglądowych, wrzucając je jak smaczne przyprawy do gotującej się zupy. Nie zawsze wnoszą coś wyrazistego, ale sprawiają, że smak powieści staje się bardziej różnorodny. Mamy więc rozważania na płaszczyznach teologicznych, liberalne podejście do miękkich narkotyków wypowiadane ustami sympatycznej dziewczyny, obraz godnego znoszenia nieuchronnej bliskości ludzkiej śmierci czy wspomnienie domu Carla Gustava Junga, słynnej „Wieży” wybudowanej w Bollingen nad Jeziorem Zuryskim. Jeśli ktoś nie miał okazji odwiedzić Szwajcarii, może podziwiać niesamowity pałacyk twórcy psychologii głębi w tym miejscu (krótką podróż śladem szwajcarskiego psychologa ozdabia piękna muzyka włoskiego kompozytora Gianni Ferrio, pochodząca z nieznanej u nas adaptacji „Tajemniczej wyspy” Juliusza Verne’a z 1973 roku, z Omarem Sharifem w roli głównej).

1Q84-book-3Za oknem pierwsze solidne oznaki jesieni. Kończy się rok 2Q11, a ja nie będę ukrywał, że mam ogromny problem z oceną „1Q84” jako całości. Swoista ludyczność prozy Murakamiego sprawia, że jego książki, pomimo wytykanych mu przez krytykę usterek, czyta się bardzo dobrze. Niosą też one ze sobą wartości literackie całkiem nietuzinkowe, czego dowodem niech będzie charakterystyczny, rozpoznawalny na całym świecie styl pisarza. Opinie o tym, czy Murakami zmierza w dobrym kierunku, pozostawiam Wam.

Nie mam w zwyczaju przyznawać w recenzjach wymiernych ocen ani gwiazdek. Robię to czasem na własny użytek, „dla zabawy”, mając świadomość subiektywizmu i niemożności porównywania wielorakich stylów i szkół pisarskich. Zdradzę Wam za to, że gdybym miał ocenić najnowsze dzieło Japończyka, wystawiłbym mu zdecydowane Q/10. W tym przypadku Q niech pozostanie pytajnikiem, a nie „dziewiątką”, „zerem” czy jakąś inną „cyferką” albo „gwiazdką”.

Jeśli zaś idzie o uczucie Tengo i Aomame (zapomniałbym dodać, że poznajemy w końcu jej pierwsze imię), to zamiast wpatrywać się ze zjeżdżalni na placu zabaw w niebo (co oczywiście jest czynnością nader romantyczną), powinni dla odmiany posłuchać gdzieś na odludziu „Pigs on the Wing” Pink Floydów. Wczytawszy się w słowa Rogera Watersa, „zerkając na siebie poprzez strugi deszczu, zastanawiając się, którego z tych kretynów obwinić, patrząc na latające świnie”.

Haruki Murakami, 1Q84 (tom 3), przełożyła z japońskiego Anna Zielińska-Elliott, wyd. MUZA, Warszawa 2011.

Rafał Niemczyk

EXPERYMENT LITERACKIM BLOGIEM ROKU 2011


6 listopada 2011 roku, podczas 15. Targów Książki w Krakowie ogłoszono wyniki konkursu na Literacki Blog Roku, do którego zgłosiło się ponad 200 blogów zajmujących się literaturą. Spore zainteresowanie wzmocniła dodatkowo możliwość wydania twórczości laureatów w formie książkowej.

Wyboru dokonało jury w składzie:

Dorota Malinowska-Grupińska (właścicielka Wydawnictwa MG, tłumaczka, była wiceprezes Wydawnictwa Prószyński i S-ka, w którym pracowała od 1993 do 2007 roku, była prezes Polskiej Izby Książki w latach 2003-2006, przewodnicząca Rady m. st. Warszawy),
Justyna Gul (recenzentka, krytyk literacki, autorka kryminału dla młodych czytelników),
Sławomir Krempa (redaktor naczelny wortalu Granice.pl, redaktor naczelny e-magazynu o książkach „Czytam”, współautor kilku książek, redaktor antologii poetyckich i zbiorów wierszy).

NAGRODY W KATEGORII BLOGÓW KRYTYCZNO-LITERACKICH

W kategorii blogów krytyczno-literackich (o literaturze) główną nagrodę jury uzyskał nasz blog: „Experyment. Recenzja dobrej książki”.

Jury przyznało też szczególne wyróżnienia, które otrzymali:

– Jarosław Czechowicz – za ogromnie rzetelne i merytoryczne podejście do literatury w blogu „Krytycznym okiem”,
– Danuta Awolusi – za niebanalne ujęcie tematu i za to, że udowadnia, iż pisanie o literaturze stanowić może samo w sobie kawał doskonałej literatury w blogu „Książki zbójeckie”,
– Grzegorz Krzymianowski za połączenie żywego języka z zacięciem prawdziwego krytyka literackiego w blogu „Doczytania”,
– Agata Jankowska – za najciekawszy blog poświęcony książkom na określony temat – „Słowo i obraz. Refleksje graniczne”,
– Paulina Surniak – za wymykanie się wszelkim schematom i dążenie do literackiego sedna w „Mieście książek”.

NAGRODY W KATEGORII BLOGÓW LITERACKICH

W kategorii blogów literackich (z twórczością własną) nagrodzono Jana Antoniego Homę – twórcę bloga „Oto i owo”.

Wyróżnienia w tej kategorii uzyskały panie:

– Marta Rusek-Cabaj – za blog „Sztucznych rzęs mimowolny chrzęst”, ze szczególnym uwzględnieniem „Cyklu panien słodkich”,
– Agnieszka Nietresta-Zatoń – za blog „Doktor Maltretor i Siostra Ostra”, z uznaniem dla przekuwania życia w literaturę i wielką prośbą o zmianę czcionki na bardziej czytelną,
– Dorota Kamińska – za blog „Sałatka po grecku”, z uwagi na reporterskie zacięcie i literacką materię.


NAGRODY PUBLICZNOŚCI

Swoich faworytów miała także okazję nagrodzić publiczność, czyli Wy – Drodzy Czytelnicy. Tysiące głosów, jakie spłynęły na konkurs, wyłoniły najpopularniejsze blogi w sieci.
Najwięcej głosów zdobył blog Katarzyny Warpas „Bebeluszek (nie)codzienny”, który organizatorzy postanowili potraktować jako blog literacki. Drugi wynik w rywalizacji uzyskał blog Joanny Mentel „Book me a cookie”, nagrodzony wśród blogów o literaturze.

Ze swojej strony serdecznie dziękujemy za uznanie jurorom i czytelnikom. Ta szczególna nagroda będzie dla nas ogromną motywacją do dalszej pracy. Mamy nadzieję, że będziecie nam dalej towarzyszyć, czytać razem z nami, wymieniać uwagi (także te krytyczne), komentować. Wszak piszemy także dla Was i wkładamy w to całe serce.

Experyment. Recenzja dobrej książki

Dorota Jędrzejewska
Rafał Niemczyk

(* informacje za wortalem granice.pl,
zdjęcia dzięki uprzejmości Pani Dominiki Napory)

Experyment w pełnym składzie

Wraz z Asią Mentel, autorką „smacznego” bloga Book me a cookie

Kurt Vonnegut, Śniadanie mistrzów, czyli żegnaj, czarny poniedziałku! Recenzja


Przystawka z pstrąga, czyli jak obrazić symbole narodowe i nie zostać wygnanym z ojczyzny  

Wystarczy krótki rzut oka na fabułę utworu, by już po chwili z prawdopodobieństwem bliskim 100% stwierdzić, że mamy w ręce albo scenariusz do kiczowatej amerykańskiej komedii typu „misz-masz gatunkowy z nieudacznikiem w głównej roli i salą śmiechu w tle”, albo powieść Kurta Vonneguta – słynnego amerykańskiego postmodernisty, cynika i prześmiewcy. Z tym że w tym drugim wypadku do śmiechu może być co poniektórym, ponieważ trzeba być przygotowanym na to, że Vonnegut wyszydzi nie tylko obywateli, ale mnie, Ciebie, nasze matki, babcie i – gdyby mieszkał nad Wisłą – sprawę krzyża wiszącego w polskim Sejmie.

„Śniadanie mistrzów, czyli żegnaj czarny poniedziałku” powstało w roku 1973, cztery lata po słynnej „Rzeźni numer pięć”. Główne skrzypce w powieści gra dwóch skrajnie różniących się od siebie protagonistów: Kilgore Trout i Dwayne Hoover.

Kilgore Trout (z angielskiego – pstrąg) pisze taśmowo powieści i opowiadania SF, których nikt nie czyta. „Nikt” nie jest w tym wypadku nadużyciem, ponieważ nie powiela on swoich tekstów, ale wysyła do wydawców oryginały, które najczęściej służą do wypełniania treści magazynów pornograficznych (obok tzw. „bobrów” – według Vonneguta zwierząt najbardziej przypominających kobiece narządy płciowe). Trout jest samotnym, podstarzałym człowiekiem; jako odskocznię od rzeczywistości traktuje wymyślanie niewiarygodnych fantastycznych historii, przy których kolonizacja Marsa, „Gwiezdne wojny” czy potwory z pięcioma głowami to naprawdę sprawy niegodne uwagi. Oczywiście Trout nie mógłby żyć z pisania, więc za pieniądze montuje ludziom żaluzje w oknach. Zaproszony dziwnym zbiegiem okoliczności na festiwal sztuki w Midland City, pakuje się i wyrusza na wyprawę swojego życia.

Dwayne Hoover to z kolei człowiek sukcesu. Najbogatszy przedsiębiorca, szanowany i lubiany obywatel fikcyjnego Midland City – kwintesencji prowincjonalnego, amerykańskiego miasteczka, które jest główną areną wydarzeń w „Śniadaniu mistrzów”. Hoover zaczyna popadać w obłęd, osiągający kulminację po lekturze nowej powieści Trouta. Biznesmen dowiaduje się z niej, że Ziemia zamieszkana jest przez roboty, a on sam jest jedynym stworzeniem na planecie posiadającym wolną wolę.

Breakfast-of-Champions-movieSkoro już intensywnie zapachniało Vonnegutem, wyjaśnię, że Pstrąg, znany z kilku innych utworów Vonneguta (m.in. „Rzeźni numer pięć”, „Sinobrody”, „Trzęsienie czasu”), był wedle słów samego pisarza obwoływany swoim alter ego, a jego postać wzorowana na znanym powojennym twórcy SF – Teodorze Sturgeonie. Publikował on w przeróżnych antologiach, w tym bardzo popularnych w latach 50. tzw. pulp magazine – tanich wydawnictwach, drukujących taśmowo powieści SF lub kryminały na papierze niskiej jakości. Wśród nich zdarzały się jednak perełki. Była takową kompilacja trzech opowiadań połączonych w powieść „Więcej niż człowiek” Sturgeona. Pisał on także scenariusze do oryginalnego „Star Treka” – serialu noszącego dzisiaj status „kultowy”.

Żeby od razu zrobiło się wesoło, Vonnegut bez zbędnych ceregieli już w pierwszym rozdziale szydzi z symboli, które są dla przeciętnego obywatela amerykańskiego nienaruszalną świętością – z flagi i hymnu państwowego. Dla Amerykanów nie ma piękniejszej pieśni niż „Gwieździsty sztandar”; Vonnegut określa ją „bełkotem naszpikowanym znakami zapytania”.

Dalej jest cały czas z górki. Krótką rozprawę o wszechobecnym nie tylko w polityce oportunizmie, sprowadza do lapidarnego wykładu:
„Na Ziemi poglądy były znakami rozpoznawczymi przyjaciół i wrogów. Ich treść nie miała znaczenia. Przyjaciele zgadzali się z przyjaciółmi, aby dać wyraz swojej przyjaźni. Wrogowie nie zgadzali się z wrogami, aby dać wyraz swej wrogości. Przez setki tysięcy lat poglądy Ziemian nie miały większego znaczenia, jako że i tak nie można ich było zrealizować. Mogły służyć jako znaki rozpoznawcze równie dobrze jak wszystko inne”.
Scen nasyconych zgryźliwym humorem jest w powieści cała masa. Vonnegut krytykuje otyłość swoich rodaków, ich niewyrafinowane słownictwo, rasizm, niski poziom kultury (każde miasteczko za wszelką cenę chce mieć „własnego Kilgore’a Trouta”), konsumpcjonizm czy brak elementarnej wiedzy na temat ekologii („procesy produkcyjne niszczyły planetę, a produkowano przeważnie świństwo”).

Kurt Vonnegut (fot. Ulf Andersen)„Śniadanie mistrzów” zostało przyjęte przez krytykę literacką z dużym dystansem. Nie jest to z pewnością najlepsza powieść Vonneguta. Niektórych denerwuje „Maniera Wszechmogącego Twórcy”, innych – nadmierna pewność siebie autora, z której to był znany. Kilka razy, głównie w środkowych partiach utworu, mamy też do czynienia z delikatnymi „zgrzytami”, kiedy ma się wrażenie, że Vonnegut pisał kolejne strony, nie za bardzo wiedząc dokąd zmierza. Ale krótkotrwałe są to zgrzyty i miłośnikom amerykańskiego cynika na pewno nie będą przeszkadzały. Tym bardziej że powieść okraszona jest własnoręcznymi rysunkami autora, które dodają książce kolorytu i jeszcze większego „jaja”.

Na koniec „czarna kurka” – gra popularna w wesołych miasteczkach w czasach dzieciństwa Hoovera:
„Czarny człowiek wysuwał głowę przez dziurę w brezencie, a ludzie płacili za przywilej rzucania w tę jego głowę twardymi piłkami od baseballu. Jeżeli trafili, wygrywali nagrodę”.

Twórczość i sukces Kurta Vonneguta jest pomimo powszechnych kontrowersji znakiem niezależności i wolności literackiej, dlatego warto ją znać. Nawet wychodząc z nieśmiałego założenia, że w Polsce prawdopodobnie stanąłby przed sądem, został zlinczowany, pozbawiony obywatelstwa i wygnany gdzieś do południowej Patagonii.

Kurt Vonnegut, Śniadanie mistrzów, czyli żegnaj, czarny poniedziałku!, przeł. Lech Jęczmyk, Wydawnictwo Albatros A. Kuryłowicz, Warszawa 2011.

Rafał Niemczyk

%d blogerów lubi to: