Joe Puleo, dr Patrick Milroy, Anatomia w bieganiu. Recenzja


Tajemnice biegacza – mądrze, zdrowo i wydajnie

Z tym bieganiem to u nas jest różnie. Niby ostatnio zapanowała moda na zdrowy tryb życia, w którym zaszczytną rolę zajmuje czas poświęcony na rekreacyjne przebieżki. Niby tak, ale biegając regularnie od przeszło czterech lat, na treningowych trasach spotykam z reguły tych samych ludzi, a przemierzając okolice różnych osiedli wciąż najczęściej dosięgają człowieka spojrzenia zdziwione, znudzone lub sfrustrowane komentarze osiedlowych ochlaptusów. Na szczęście statystyki ulicznych biegów pokazują, że rodzina biegaczy rokrocznie się rozrasta. „Anatomia w bieganiu” dra Patricka Milroya i Joego Puleo przeznaczona jest dla biegaczy świadomych – niekoniecznie zawodowców, ale ludzi, którzy chcą zrobić coś sensownego z własnym czasem, ciałem i duchem w wolnych chwilach, których nie zawsze przecież jest dużo.

Oddzielny akapit należy poświęcić wspomnianym już z nazwiska autorom książki.

Joe Puleo pełni dziś funkcję szkolenia mężczyzn i kobiet w biegach przełajowych oraz na bieżni na Uniwersytecie Rutgera w Camden – największej instytucji edukacyjnej w stanie New Jersey. Pracuje też nad przygotowaniem biegowym żołnierzy Korpusu Piechoty Morskiej USA. Spod jego trenerskiej ręki wyszło wielu maratończyków i olimpijczyków. W przeszłości sam był bardzo dobrym triathlonistą, a dzisiaj nadal bierze udział w biegach przełajowych.

Dr Patrick Milroy od 1998 piastuje stanowisko Chief Medical Officer w Road Runner’s Club. Przez wiele lat pracował jako doradca w prestiżowych magazynach poświęconych bieganiu. Jest uznanym specjalistą w leczeniu stóp i częstych dolegliwości, na które zapadają biegacze. Dwukrotnie został nagrodzony nagrodą Yellow, przyznawaną za wybitne zasługi w rozwoju różnych dziedzin nauki i perspektywiczne działanie. Był lekarzem młodzieżowej reprezentacji Wielkiej Brytanii. Sam biegał na różnych dystansach, głównie średnich i długich. Jego rekord życiowy w maratonie – 2:26 h – musi budzić respekt nawet wśród zawodowców.

Maraton-New-York„Anatomia w bieganiu” podzielona jest na dwanaście rozdziałów. W pierwszym autorzy prezentują krótką historię biegania (od starożytności po czasy współczesne) oraz wyjaśniają, jakie czynniki uwarunkowały ewolucję biegaczy na przestrzeni stuleci. W drugim rozdziale przedstawiają ogólne założenia treningu biegowego w odniesieniu do układów sercowo-naczyniowego i sercowo-płucnego, wprowadzając przy tym w podstawy inteligentnego treningu (trening progresywny, bazowy, progowy, VO2max). Kolejny rozdział to wyjaśnienie mechaniki biegania na podstawie anatomicznej budowy człowieka. Rozdział czwarty udziela odpowiedzi na pytania, w jaki sposób dostosować rytm i sposób biegania do danej prędkości i zmiennej nawierzchni terenu (często kontuzjogennej, zwłaszcza w miastach), mając na uwadze różnorodną charakterystykę sylwetek biegaczy.

Rozdziały 5-9 poświęcone są treningowi wzmacniającemu. Opisano w nich dokładnie anatomię poszczególnych partii ciała (górna część tułowia, ramiona i barki, tułów, uda i kolana, golenie i stopy) oraz rozpisano cykle treningowe, które pomogą je wzmocnić. Całość uzupełniono przejrzystymi ilustracjami, na których dokładnie przedstawiono prawidłowe wykonywanie wielu ćwiczeń.

Rozdział dziesiąty to omówienie najczęstszych urazów przydarzającym się biegaczom, wraz ze wskazówkami, w jaki sposób można zminimalizować ich występowanie. Bardzo ważny jest następny rozdział, wyjaśniający rolę butów do biegania, problemy z ich doborem i charakterystyką. Ostatni rozdział ma formę podsumowania i zawiera kilka ćwiczeń ogólnorozwojowych, które w prosty sposób pozwalają dbać o kondycję całego ciała.

William Faulkner napisał kiedyś, nieco z przymrużeniem oka, ujmujące opowiadanie pt. „Konkury”, w którym dwaj Indianie rywalizują o względy pięknej dziewczyny – siostry niejakiego Hermana Kosza. Nie mogąc rozstrzygnąć sporu, niczym elementy w twierdzeniu Gödla, decydują się na wyścig do jaskini znajdującej się na drugim końcu krainy. Biegną więc dniem, wypoczywając krótko nocą; raz jeden jest na przedzie, raz drugi. Pod koniec biegu szacunek względem przeciwnika zaciera wszelkie ślady rywalizacji. Odchodzą jako przyjaciele, a jeden z nich mówi na końcu:

„Był taki jeden nasz mędrzec i powiedział, że kaprys kobiety jest jak motyl, co krąży z kwiatu na kwiat, a wreszcie zatrzymuje się najpewniej tam, gdzie stał koń”.

Może więc już lepsze to bieganie?

Joe Puleo, dr Patrick Milroy, Anatomia w bieganiu, przeł. Marcin Ring, Wydawnictwo MUZA SA, Warszawa 2012.

Rafał Niemczyk

Karen McCreadie, Adam Smith. Bogactwo narodów / Steve Shipside, Karol Marks. Kapitał. Recenzja


Adam Smith kontra Karol Marks – garść analiz
i rozliczeń z kapitalizmem

W świetle ogólnoświatowego kryzysu gospodarczego, zapoczątkowanego w 2007 roku zapaścią na rynku pożyczek hipotecznych wysokiego ryzyka w Stanach Zjednoczonych, nie ma aktualnie w ekonomii tematu podejmowanego częściej, niż kapitalizm, wolny rynek i jego wpływ na sytuację gospodarczą.

Zestawienie ze sobą dwóch dzieł, analizujących dwie skrajnie odmienne wizje ekonomiczne i sprowadzenie ich idei w czasy współczesne daje bardzo ciekawe efekty – zwłaszcza biorąc pod uwagę wspomniany wyżej kryzys. Bo teraz nie jest już tak bardzo oczywiste to, czego zdroworozsądkowy człowiek był pewien jeszcze kilka lat temu. Teraz nic już nie jest pewne, dlatego nie warto bezmyślnie wyrywać się do odpowiedzi.

„Bogactwo narodów” szkockiego filozofa i ekonomisty Adama Smitha opublikowano w 1776 roku – było to pierwsze dzieło poświęcone w całości zagadnieniom ekonomii politycznej. Położyło ono podwaliny pod nowożytny kapitalizm, ukazując mechanizmy, korzyści i konsekwencje wolnego rynku.

Składa się z pięciu ksiąg. W trzech pierwszych Smith opisuje podział pracy, pochodzenie i rolę pieniądza na rynku, znaczenie wynagrodzenia, zysku, dzierżawy oraz majątku. W księdze czwartej analizuje system handlu, a w ostatniej najpierw argumentuje zasadność ograniczonego udziału państwa w ekonomii i gospodarce, by na końcu udzielić rad, jak finansować edukację, wymiar sprawiedliwości wraz z organami obronności czy sieć transportu.

Autorką książki poddającej analizie zasady Adama Smitha jest Karen McCreadie – ghostwriterka i autorka książek na temat sprzedaży, zarządzania majątkiem, marketingu, ale także publikacji psychologicznych. Mieszkająca w Szkocji McCreadie w 52 rozdziałach (tyle samo mają pozostałe pozycje z serii) prezentuje myśli Smitha, przekładając je na język współczesny i transplantując na rynek brytyjski i amerykański.

Adam-Smith_Karol-Marks

Analizie zostają poddane m.in.: kwestia postępu (wzrostu sprawności i wydajności pracy), podział pracy i specjalizacje, usprawnianie transportu, pochodzenie i współczesna rola pieniądza, regulacje bankowe, strategie konkurencyjne, prawa popytu i podaży, sposoby i formy regulacji wynagrodzeń, problem bezrobocia i zasiłków socjalnych, systemy ubezpieczeniowe, bardzo aktualna kwestia systemu nauczania i nieudolnych nauczycieli (u Smitha czuć zalążek „Ferdydurke” Gombrowicza), problem kobiet i stereotypów, kapitał obrotowy i trwały, kłopoty z kredytami (także hipotecznymi), inflacja, wykorzystywanie surowców jako sposób na dobrobyt kraju czy jakże współczesny problem konsumpcjonizmu.

„Kapitał” z 1876 roku, najobszerniejsze i nieukończone dzieło Karola Marksa, współautora „Manifestu komunistycznego”, jest z kolei ostrą krytyką kapitalistycznego systemu, sprzeciwem wobec ostrego wyzysku ludzi pracy. W swoich badaniach Marks przewidywał rychły upadek kapitalizmu, a „Das Kapital” miał być „młotem do rozbijania systemu kapitalistycznego”.

Steve Shipside, autor książki poświęconej „Kapitałowi”, zajmuje się ekonomią i sprawnością biznesową. Choć, co można zauważyć w trakcie lektury, przyświecają mu umiarkowane poglądy wolnorynkowe, podchodzi do dzieł Marksa obiektywnie. Wytykając mu błędy i drobne manipulacje, nie zapomina o relatywnym spojrzeniu na czasy, w których powstawał „Kapitał”. Nazywa Karola Marksa „zwiastunem nowoczesnej szkoły myślenia antyglobalistycznego”, cytując jego własne słowa wedle których… sam Marks nie był bynajmniej marksistą.

„Jeśli odwołamy się do oryginalnego kształtu dzieła Marksa, oczyszczonego z tych sekciarskich wypaczeń, dostrzeżemy w jego autorze obserwatora i myśliciela zatroskanego cierpieniami robotników i przejętego lękiem, że system, który je powoduje, aspiruje do wiecznotrwałości” – pisze Shipside we wprowadzeniu.

W kolejnych rozdziałach możemy przeczytać o zarzutach stawianych przez Marksa mechanizmowi kapitalizmu, poznając jednocześnie powody, jakie nim powodowały.

Wymienię poniżej najważniejsze z poruszonych tematów: monopol kapitału (społeczne następstwa kapitalistycznej chciwości), odpowiedzialność społeczna, kapitalistyczna eksploatacja planety i ochrona środowiska, wykorzystywanie siły roboczej, Marksowska definicja technologii i „umaszynowienie”, wprowadzenie Ustawy o pracy i czas pracy, mechaniczna praca wyjaławiająca umysł, przepracowanie, „fetyszyzowanie użyteczności” (konsumeryzm), kryzysy jako strukturalny składnik regularnego cyklu przemysłowego, zespół pracowniczy (zbiorowy pracownik), polityczne gierki słowne i przemyślny cynizm (także na przykładzie samego Marksa – casus „samousprawiedliwienia Dickensowskiego Sykesa), a także emocjonalność Marksa, edukacja robotników, industrializacja rolnictwa angielskiego (ponadczasowa nostalgia za „dawnymi laty”), spółdzielczość i stowarzyszenia zawodowe, niepohamowane dążenie do zamożności i rzecz jasna – wszechobecny kryzys.

I o ile historia wieku XX pokazała, że w sprawach gospodarczych Marks często się mylił, o tyle krytycyzm „brodacza” (jak dobrodusznie nazywa go Shipside) w świetle nadużyć kapitalizmu i kryzysu z początku XXI wieku jest już postrzegany bardziej poważnie. Shipside często używa zwrotu „A nie mówiłem? – powiedziałby Marks”, czyniąc ironiczne uwagi głównie w stronę konsumpcjonizmu.

Niektóre z rozdziałów są bardziej ciekawe, inne mniej, kilka można by spokojnie połączyć w jedną całość. Mamy jednak do czynienia z dwoma sztandarowymi dziełami ekonomii politycznej, warto więc zapoznać się i z „Bogactwem narodów” Adama Smitha, i z „Kapitałem” Karola Marksa, choćby w formie ich skróconej analizy. Dzieła te odcisnęły piętno nie tylko na współczesnej ekonomii – odnoszą się też do życia nowożytnych społeczeństw. Co ciekawe, szukając punktów wspólnych (wbrew pozorom odnajdziemy ich tu więcej, niż się można spodziewać), na czoło wysuwa się jedno zagadnienie: etyka.
W przypadku Marksa jest to zrozumiałe, ale trzeba pamiętać, że i Smith, pomimo kapitalistycznej wizji świata, pozostawał przy tym moralistą i wyobrażał sobie, iż obie rzeczy da się pogodzić. Stawiał przy tym surowe zarzuty wobec kapitalizmu wyzbytego moralności. Marks powiedział, że „filozofowie tylko różnie interpretowali Świat; chodzi o to, żeby go zmienić”. Oboje swoimi ideami niewątpliwie go zmienili, ale wątpliwe, by taki obraz ich usatysfakcjonował.

Karen McCreadie, Adam Smith. Bogactwo narodów z serii Współczesne interpretacje klasycznej ekonomii, przeł. Dariusz Bakalarz, Wyd. Studio EMKA, Warszawa 2012.

Steve Shipside, Karol Marks. Kapitał z serii Współczesne interpretacje klasycznej ekonomii, przeł. Wacław Sadkowski, Wyd. Studio EMKA, Warszawa 2012.

Rafał Niemczyk

Tim Phillips, Niccolo Machiavelli. Książę. Recenzja


Cel uświęca środki, czyli
makiawelizm wczoraj i dziś

„Książę” to pierwsza książka Niccolo Machiavellego, napisana w 1513 roku i uznawana za dzieło życia florenckiego pisarza społecznego, filozofa, dyplomaty, historyka i prawnika, które przyniosło mu nieśmiertelność, choć jak na ironię losu wydano „Księcia” dopiero po śmierci autora (Machiavelli zmarł w 1527, a pierwsze wydanie „Księcia” datuje się na 1532; w 1521 roku ukazała się „O sztuce wojny”, a w 1525 „Historie florenckie”). Dodatkowo Machiavelli napisał swój utwór niejako w prezencie dla władców z rodu Medici, którzy kilka tygodni wcześniej torturowali go, ponieważ zamieszany był w konspiracyjny spisek przeciwko nim. Skoro jednak sam głosił przekonanie o tym, że tortury to nieodzowny element instrumentów władzy, więc pretensji do swoich zwierzchników nie mógł mieć najmniejszych.

Słynny przedstawiciel włoskiego odrodzenia, dla którego ideałem ustroju była republika, zawarł w swoim dziele krótki, ale treściwy traktat dotyczący skutecznych sposobów sprawowania i utrzymywania się przy władzy. „Książę” to kamień milowy w dziedzinie filozofii politycznej, na jego bazie ukuto doktrynę nazwaną „makiawelizmem”, choć we współczesnej świadomości zatracił on obiektywną wartość.

Tim Phillips interpretuje XVI-wieczne dzieło, przenosząc jego zawartość i przesłania na płaszczyznę dzisiejszych realiów. Dziennikarz specjalizujący się w tematyce biznesowej, społecznej i technologicznej, felietonista kilku prestiżowych gazet (m.in. The Times”, „The Observer”, „The Independent”, „Guardiana”) analizuje politykę finansową firm XXI wieku, strategie biznesowe, „diabelski” PR i inne sprytne sztuczki, z których korzystają światowi potentaci.
A czyni to, rozkładając na czynniki pierwsze „Księcia” Machiavellego. Jednak nie w żmudny naukowy sposób, ale z dużym wyczuciem, nie stroniąc często od specyficznego poczucia humoru i lekkiej ironii.

Książka podzielona jest na krótkie rozdziały, a każdy z nich zaczyna się myślą przewodnią zaczerpniętą z oryginału „Księcia”, którą autor rozwija później w oparciu o konkretne przykłady dwutorowo: realia Machiavellego vs czasy współczesne.

I tak, kiedy w rozdziale 11 czytamy o „odrzucaniu starych zwyczajów i wprowadzaniu nowych” (w oryginale to rozdział 6), Phillips podaje przykład menedżera Angielskiej Unii Rugby, który zaraz po objęciu stanowiska pozbył się małej grupy starszych graczy „trzymających władzę”, ponieważ uważał ich za „wsysaczy energii”. Polskiemu czytelnikowi zainteresowanemu sportem do głowy przyjdzie wykazujący spore podobieństwo przypadek trenera naszych piłkarzy – Franciszka Smudy.

Niccolo-MachiavelliW kolejnym rozdziale Machiavelli w mocny sposób rozwodzi się nad tym, „jak ciężko jest utrzymać władzę, gdy się ją dostało za nic”. To tam poznajemy postać Cezara Borgii, inspirację i pierwowzór „Księcia” – syna Rodrigo Borgii (późniejszy papież Aleksander VI), włoskiego polityka, kondotiera, świeckiego kardynała i księcia Romanii, często przedstawianego jako prekursora ojca chrzestnego mafii. Soczysty kawałek Włoch, który „wykroił” mu ojciec, za jego rządami przechodził burzliwy okres. Choć zmarł w wieku 32 lat, jego podboje i próby zjednoczenia Italii, brutalne sposoby walki, niedotrzymywanie umów, gwałty i zbrodnie były nader okrutne nawet w realiach przełomu XV i XVI wieku. Wykorzystywał do swoich celów nawet siostrę, słynną kontrowersyjną Lukrecję Borgię, wokół postaci której do dziś toczą się historyczne spory (zarzucano jej kazirodcze stosunki z ojcem i bratem, a także trucicielstwo, które to zarzuty odrzuca wielu współczesnych historiografów). Można więc napisać, że dybuk Cezara Borgii został zamknięty w „Księciu” Machiavellego i żyje tam nadal.

Niektóre z przytaczanych przez Phillipsa anegdot są zabawne, jak choćby ta o Takahashim Hashiyamie, prezesie Maspro Denkoh Corporation, który wahając się pomiędzy dwoma domami aukcyjnymi, do których miałby sprzedać swoją kolekcję sztuki (Christie’s i Sotheby’s), kazał im stoczyć pojedynek w „papier, kamień, nożyce” (batalię wygrały nożyce).

Kiedy omawia kwestię „bycia pomocnym”, czyli okazywania dobroci, które jest niczym innym, jak perspektywicznym cynicznym planem, przywołuje historię Bernardo Provenzano – legendarnego przywódcę Cosa Nostry, którego dzięki jego przebiegłości i żelaznych zasadach, jakie wyznawał, schwytano dopiero po 43 latach poszukiwań.

Do udowodnienia, jak ważna w dowodzeniu jest sprawność fizyczna („polowanie wzmacnia ciało”), powołuje się na przykłady klubów bokserskich dla Białych Kołnierzyków.

Niektóre analizy są z kolei zbyt trywialne (na szczęście spora mniejszość) – za przykład niech posłuży ta z 23 rozdziału, o „władcy osobiście dowodzącym armią”, zamieniającego się w lekkomyślnego dyrektora firmy, wykonującego regularnie manicure spinaczem do papieru, który z powodu braku zaangażowania doprowadził przedsiębiorstwo do ruiny.

„Książę” Niccolo Machiavellego w analizie Tima Phillipsa to pozycja ciekawa, choć wypadałoby po nią sięgać, mając na podorędziu oryginał (tym bardziej, że nie jest duży objętościowo). Sam autor używa na 40 str. słów „jeśli nie chcesz sięgać do oryginału”, w podtekście zachęcając czytelnika do poświęcenia Machiavellemu większej uwagi. Słusznie czyni, choć jego książka również zawiera interesujący materiał, spinający klamrą przeszło pięć wieków historii.

Tim Phillips, Niccolo Machiavelli. Książę z serii Współczesne interpretacje klasycznej ekonomii, przeł. Magdalena Bugajska, Wydawnictwo Studio EMKA, Warszawa 2012.

Rafał Niemczyk

Orson Scott Card, Statki Ziemi. Recenzja


Cywilizacja wygnańców

„Statki Ziemi”, trzecią powieść z pięcioczęściowego cyklu science-fiction Orsona Scotta Carda „Powrót do domu”, mamy okazję przeczytać w polskim przekładzie po raz pierwszy. Amerykański pisarz powraca w niej niejako do konwencji, którą zastosował w przypadku „Pamięci Ziemi” – akcja mocno zwalnia, a na pierwszy plan zostają położone relacje interpersonalne pomiędzy uchodźcami z Basiliki. Jest to o tyle ciekawe, że większość z nich połączona jest bliższymi bądź dalszymi więzami rodzinnymi,  co stanowi problem narastający wokół piętrzących się skomplikowanych układów psychologiczno-charakterologicznych, ale ma znaczenie również podczas samego procesu prokreacji.

Bo to jest główny motyw „Statków Ziemi”: chcąc przeżyć wiele lat na pustyni, szesnastoosobowa na początku grupa musi się rozmnażać. Tyle tylko, że nie zawsze jest łatwo skojarzyć pary, bo ze względu na wspomniane we wstępie więzy krwi, „dozwolonych” kombinacji nie jest znowu tak wiele. A przecież nie każdy każdego „lubi”, i nie każdy każdemu musi się podobać – już to fizycznie, już to zespołem cech i usposobieniem.

Card zawiązuje w ten sposób alegoryczny pakt z biblijnym „mitem Kainowym”. Mocno dostrzegalna parabola dotyczy nie tylko wygnania, rozmnażania się rodziny, założenia nowych osad, z których ostatnie (Dostatok) w bezpośredni sposób nawiązuje do Edenu, ale również piętna – wygnańcy muszą strzec się niebezpieczeństw zabójczej pustyni oraz uważać na szajki rozbójników, czyhających na życie grupy, w której szeregi wkraść by się miała dezorganizacja. Survivalową pieczę sprawuje zaprawiony w karawanowych wyprawach Elemak, a w centrum zdarzeń pozostaje jego konflikt o władzę i decyzyjność z ojcem Volemakiem oraz przyrodnim młodszym bratem Nafaiem. Jeśli zaś chodzi o niebezpieczeństwo, to basilikańscy wygnańcy mają nad biblijnymi tę przewagę, że czuwa nad nimi Naddusza, a ich wyprawa nie jest powodem grzechu, a raczej boskim zrządzeniem (ramię w ramię z Nadduszą działa tym razem tajemniczy Opiekun Ziemi).

Statki-Ziemi (Darek Kocurek)Pustynia „weryfikuje” dotychczasowe poukładane i dość wygodne życie w Basilice. W budowanym na nowo porządku społecznym początkowo iskrzy i zgrzyta jak w źle naoliwionym mechanizmie. Basilikańską rozwiązłość trzeba zamienić na przymusową monogamię, co nie wszystkim się podoba, ale orzeczenie kary śmierci dla kobiet za cudzołóstwo, jako jedynego sposobu na utrzymanie grupy w ryzach, wydaje się rozwiązaniem na wskroś brutalnym. Problemy natury seksualnej pojawiają się także później – nie wszyscy uczestnicy są „klasycznej” orientacji, a nieposiadanie męża/żony wiąże się z utratą pewnych przywilejów i niższym statusem społecznym (subtelny motyw uczucia i poruszającego związku służącego-bibliotekarza, homoseksualisty Zdoraba, z uczoną genetyczką Shedemei). W rodzącym się w bólach społeczeństwie dostrzegamy także zalążki feminizmu (pamiętajmy jednak, że Basiliką rządziły kobiety), ksenofobii czy parytetów.

Sama akcja jest dość statyczna – choć czasem „przeskakuje” o kilka lat wprzód, nie ma tutaj efektownych zwrotów akcji ani zbyt wielu mrożących krew w żyłach wydarzeń. A jednak w toksycznych relacjach (głównie pomiędzy mężczyznami) jest sporo niewiadomych i nieokiełznanych instynktów, co sprawia, że w przypadków „Statków Ziemi” mamy momentami do czynienia z czymś w rodzaju thrillera sci-fi. Czasami może nazbyt rozwleczonych, ale do samego końca budujących napięcie (jak choćby obsesyjna zazdrość Vasa i jego chytry, nikczemny plan albo nieposkromione instynkty przywódcze Elemaka).

Na koniec słowo o tłumaczeniu, bo Edward Szmigiel został zastąpiony w tej roli przez Kamila Lesiewa. Nowy tłumacz trzyma się językowych konwencji z dwóch pierwszych tomów, ale na uwagę zasługują wprowadzane przez niego do tekstu archaizmy. Pasuje to do klimatu książki już choćby przez wzgląd na wspomniane „uwstecznienie” społeczno-obyczajowe (tworzenie nowego społeczeństwa niejako od fundamentów – pracą organiczną i pracą u podstaw), jednak niekiedy archaizmy (drzewiej, zoczyć, ozwać, żołądkować się) gryzą się z kolokwializmami w stylu „bzykania”. Biorąc pod uwagę, że język Carda jest w gruncie rzeczy bardzo prosty i poza technicznym slangiem raczej pozbawiony ozdobników, takie „ożywcze” zabiegi, pomimo że nie pozbawione potknięć, są jednak godne pochwały.

Orson Scott Card, Statki Ziemi, tłum. Kamil Lesiew, Wydawnictwo Prószyński i S-ka, Warszawa 2011.

Rafał Niemczyk

%d blogerów lubi to: