Stephen King, Czarna bezgwiezdna noc. Recenzja.


Czarna-bezgwiezdna-noc-okladkaPotwór zębaty, czyli „Morderstwo to także praca”

Stephen King po raz kolejny uznał, poniekąd bardzo słusznie, że aby straszyć ludzi, nie trzeba wymyślać krwiożerczych wampirów, diabelskich samochodów, wściekłych psów, ani tworzyć postapokaliptycznych wizji. Do tego celu zdecydowanie nadaje się nasz świat w nieodmienionej literacko formie, a cokolwiek prozaicznie by to zabrzmiało – największym potworem tego świata jest niestety człowiek. „Świat to potwór zębaty, gotów gryźć, gdy tylko zechce” – pisał King w powieści „Pokochała Toma Gordona”. Najnowszy zbiór czterech nowel pt. „Czarna bezgwiezdna noc” argumentuje bezpardonowo powyższy punkt widzenia pisarza. Przerażający jest natomiast fakt, że wszystko wskazuje na to, iż Stephen King może mieć rację.

„1922” to obraz amerykańskiej prowincji z czasów prohibicji. Utrzymywane ciężką harówką farmy potrafiła wtedy zniszczyć susza bądź śnieg, a z otoczenia wiejskich chat piszczała bieda i monotonia. 100 hektarów ziemi w spadku (podczas gdy samemu ma się raptem 80) to w takich okolicznościach dar niebios. Tym bardziej kiedy swoje gospodarstwo kocha się ponad życie – zwłaszcza jeśli chodzi o życie swojej żony, a nie własne. Wilfried Eland James postanowił więc żonę zamordować, jej ciało wrzucić do studni, gdzie stało się pokarmem dla szczurów, a w szczegóły swojego krwawego planu wtajemniczyć nastoletniego syna.

Dolores-Claiborne-movieTło opowieści przypomina scenerię znaną ze świetnej „Dolores Claiborne”, ale bohaterowie mają już inne rysy psychologiczne. Farmer Wilfried James okazuje się bowiem wielce niestandardowym wieśniakiem. Przeciętny wieśniak nie czyta przecież Szekspira, nie cytuje Pliniusza Starszego, ani nie nadaje krowom imion greckich bogiń. W premierowej noweli przeplatają się ze sobą elementy skrajnie dramatyczne z cynizmem i humorem rodem z Monty Pythona. „Jeśli się ma płaskostopie, nie można zabijać szkopów. Mężczyźni z płaskostopiem mogą jedynie zabijać żony” – pomyśli podczas rozmowy z szeryfem Wilfried James.

Spotkamy tutaj wiele prozatorskich tricków charakterystycznych dla Kinga, choć przez lata zużytych już do nieprzytomności: mordercę będą prześladować ogromne szczury, zacznie popadać w obłęd, a każdą wizytę niepożądanego gościa poprzedzi pojawienie się „tumanów kurzu”. Jako że zło rodzi nieuchronnie zło – dręczącego wyrzutami sumienia i nieszczęśliwie zakochanego syna Jamesa dopadnie ponury los, którego Wam w tym momencie nie zdradzę. Dodam tylko dla ciekawych, że podobny motyw (ale w zdecydowanie bardziej subtelnym i poruszającym stylu) wykorzystał angielski pisarz Alan Sillitoe w genialnej noweli „Córka szmaciarza”.
Dzięki sprytnym zabiegom Kinga wielu z nas ulegnie złudzeniu, które pisarz wywołał celowo i będzie dla zbrodniarza szukał usprawiedliwienia. Kto wie, może nawet będzie Wam go żal. Pamiętajcie wtedy o jego wyrachowanych słowach: „Morderstwo to także praca”, po których zabrał się do sprzątania zachlapanej krwią żony sypialni.

Leatherface-Andrew-BryniarskiNowele „Wielki kierowca” i „Dobrane małżeństwo” są połączone motywem brutalnych gwałtów i morderstw dokonywanych na kobietach. W pierwszym przypadku mamy do czynienia z pisarką „kobiecych” kryminałów, która przeżywszy cudem gwałt, planuje odwet na swoim dwumetrowym oprawcy. Kierowca-bestia kojarzy się z postacią Leatherface’a z „Teksańskiej masakry piłą mechaniczną”. Miejsce, w którym mieszka, zresztą też. Zabita deskami dziura, gdzie każdy zna każdego, a miejscowi patrzą na obcych bykiem, obskurna knajpa i brudny warsztat samochodowy, z podłogą upaćkaną smarem i hakami wiszącymi z sufitu. Znamy te scenerie, prawda? Głównie ze slasherów i horrorów klasy B, a King jest przecież mistrzem takich opowieści. Psychologii tutaj mało, mamy raczej do czynienia z zestawem: akcja – reakcja. Otrząsnąwszy się po doznanym upokorzeniu, bohaterka opowiadania odpala wyszukiwarkę Google (dzięki której bez wychodzenia z domu prowadzi śledztwo), pakuje do torebki rewolwer Smith & Wesson i wyrusza rozprawić się z bestialskim gwałcicielem. I bardzo dobrze – jeśli się jej uda, na świecie ubędzie jednego bydlaka.

Trochę większy problem ma niejaka Darcy Anderson z „Dobranego małżeństwa”, przypadkowo odkrywając skrytkę męża, która umiejscowiona jest (a jakże!) w garażu. W tym wypadku również wystarczy godzinna sesja z Google, żeby upewnić się, że odnalezione w skrytce kobiece dokumenty należą do jedenastej ofiary niejakiego Beki. Torturuje on kobiety w wymyślny sposób i gwałci, a ich dowody tożsamości wysyła na policję, by bawić się ze stróżami prawa w kotka i myszkę. Czy możliwe jest ukrywanie swojej krwawej, mrocznej strony przez prawie 30 lat małżeństwa? Da się normalnie żyć z psychopatą, który prosi o wybaczenie i obiecuje poprawę? A może oddać zbrodniarza w ręce policji i zrujnować przyszłość dzieciom, które dopiero co wkroczyły w dorosłe życie? Z noweli płynie wyraźna sugestia, że człowiek może spędzić z kimś całe życie, zupełnie go nie znając.

Diabel-Boruta-Tygodnik-Ilustrowany-rycina-1866Na mnie największe wrażenie zrobiło jednak najkrótsze opowiadanie – „Dobry interes”. Choć stałym czytelnikom Kinga może się wydać wtórne, nieco przypominając motyw ze „Sklepiku z marzeniami”. Cały straszliwy urok tkwi w jego prostocie. Oto grubawy jegomość (niejaki George Bełdia – nietrudna anagramowa zagadka) oferuje choremu na raka Dave’owi Streeterowi „przedłużenie życia”. Wiąże się to ze stosunkowo niewielką opłatą (15% dochodów) i wskazanie człowieka, na którego ma spaść nieszczęsne brzemię – takie „prawo karmy” w krzywym zwierciadle. Streeter po krótkim wahaniu, kiedy rozważa nawet wycofanie się z układu (a może tylko udaje?), wskazuje na swojego starego przyjaciela. Ten ma piękną żonę, kochające i uzdolnione dzieci, wspaniały dom, świetnie prosperującą firmę, doskonałą sylwetkę i zdrowie. W chwili gdy Streeter podejmuje się paktu z diabłem, zaczyna mu się walić całe życie. Lekarze odkrywają u żony raka, dzieci chorują i giną w wypadkach, podstępny księgowy doprowadza go do ruiny. Staje się Hiobem w XXI-wiecznej wersji. Streeterowi, po odegnaniu śmiertelnej choroby, wiedzie się zaś doskonale. Napawa się widokiem upadku przyjaciela, grając przy tym wybornie rolę tego, który do samego końca nie opuścił biedaka w potrzebie.

Przesłanie jest proste i przerażające na równi z całym złem, które od dziesięcioleci pod różnymi postaciami ukazuje Stephen King. Głosi ono, że życie bardzo często jest cholernie niesprawiedliwe. Czasami wszystko potrafi popsuć się w jednej chwili. Zdarza się, że szary człowiek w zamian za ciężką pracę „otrzymuje” ciężką chorobę, a byle cwaniak i kombinator wozi się drogimi limuzynami, latem opalając na egzotycznej plaży swój tłusty złodziejski tyłek. Nie ma żadnego przepisu na szczęście, a diabeł potrafi nagradzać hojniej niż bóg. Jeśli się oczywiście w niego wierzy.

Stephen King, Czarna bezgwiezdna noc, przełożył Krzysztof Obłucki, Wydawnictwo Albatros A.Kuryłowicz, Warszawa 2011.

Rafał Niemczyk

Karel Čapek, Listy z podróży. Recenzja.


Quo vadis, pane?

Trudnym zadaniem jest podjęcie się sklasyfikowania w kilku zdaniach twórczości Karela Čapka. Bo w jakie ramy spróbować zamknąć pisarza, który stawiał pytanie o granice prawdy, rozważał teorie dotyczące relatywizmu i stosunek człowieka do wartości bezwzględnych, był wyśmienitym prozaikiem, dramaturgiem, eseistą, aforystą, fantastą, a ponadto znawcą sztuki, ogrodnikiem, dziennikarzem, rysownikiem i podróżnikiem? Zapuszczał się w dziewicze jeszcze w tamtych czasach tereny problematyki nowoczesnej cywilizacji, protestował przeciwko wykorzystywaniu techniki w mordowaniu ludzi podczas pierwszej wojny światowej („R.U.R.”, „Krakatit”). Świadomie czerpał bodźce z nowych prądów filozoficznych i psychologicznych (pragmatyzm, freudyzm), ale równocześnie przestrzegał przed budowaniem zamkniętych systemów myślowych, interpretowanych jednoznacznie i opartych na wybiórczych fragmentach rzeczywistości. Tworzył alegoryczne dramaty i utopijno-fantastyczne powieści (słynne „Inwazja jaszczurów” i „Fabryka absolutu”), a także prześmiewcze sztuki teatralne. Jako pierwszy pisarz wykorzystał i spopularyzował słowo „robot”, we wspomnianym powyżej „R.U.R.” („Roboty Uniwersalne Rossuma”). Przekrojowość literatury Čapka przywodzi na myśl najwybitniejsze umysły pisarskie, a jego bezkompromisowość i poczucie humoru stawiają go w jednym rzędzie obok enfant terrible czeskiego pisarstwa Jaroslava Haška (który także uwielbiał podróżować po Europie, lecz czynił to zazwyczaj… pieszo).

Capek„Listy z podróży” są cyklem inspirowanych podróżami po europejskich krajach felietonów, które Čapek regularnie publikował w prasie w latach 1923-1936. Efektem tych wojaży, połączonych z przenikliwą i wrażliwą obserwacją, są bardzo popularne w owych czasach teksty, które mimo upływu lat warto odświeżyć. Wypełnione uniwersalnymi przesłaniami – w gruncie rzeczy nie zestarzały się ani trochę. Zebrane w formie pięknie wydanego tomu, wzbogacone są setkami rysunków samego autora. Dodaje to subtelnego uroku, a w połączeniu z gawędziarskim stylem opowieści Čapka sprawia, że czytelnik naprawdę może poczuć się, jakby towarzyszył autorowi w jego odkrywczych podróżach. Gdzie zaś zabierze nas Karel Čapek?

Włochy

Zwiedzimy na początku Italię, gdzie czeski pisarz ukaże nam tajemnice starożytnego dziedzictwa kultury, odsłoni kulisy sztuki renesansowej, barokowej i gotyckiej. Wskaże różnice między architekturą chrześcijańską i katolicką, przedstawi sylwetki Giotto, Mantegny czy Donatella. Zwiedzimy m.in. Wenecję, Padwę, Rawennę, Neapol, Palermo, Toskanię. Dowiemy się jakie wrażenie robi padający w San Marino deszcz i dlaczego Karelowi Čapkowi nie podobał się Rzym. Włoska część podróży najbardziej naznaczona jest opowieściami o sztuce. Nie jest to żaden problem, jeśli ktoś chce poczytać więcej o ludziach, ponieważ zaraz potem udajemy się na…

Capek-London-TrafficWyspy Brytyjskie

I tutaj nie zabraknie ogromnej ilości motywów krajoznawczych. Przespacerujemy się ulicami Londynu, gdzie panuje non-stop traffic, cały czas śmierdzi benzyną, a każde skrzyżowanie wygląda tak samo. Zajrzymy do Hyde Parku, dowiadując się, dlaczego tak bardzo uradował podróżnika. Przeczytamy o Natural History Museum i obejrzymy ilustracje rozmaitych muszli i kryształów, mamutów, jaszczurów, ryb i motyli. Zabawimy chwilę w Muzeum Figur Woskowych Madame Tussaud, a także w słynnych uniwersytetach Cambridge i Oxford. Będziemy podziwiać średniowieczne katedry w Lincoln, York czy Durham.

Karel Čapek nie byłby jednak sobą, gdyby nie przyjrzał się dogłębnie napotkanym w różnych krajach społeczeństwom. Podróżując po Wielkiej Brytanii, weźmie udział w spotkaniu w angielskim klubie dżentelmenów, gdzie otoczy go milczenie, wygodne fotele i mężczyźni zatopieni w lekturze gazet. Trafi do East Endu, w ówczesnych czasach dzielnicy biedoty, o której mniej więcej w tym samym czasie napisze niejednokrotnie George Orwell.

Capek-OxfordPrzyjrzy się też życiu angielskiej country i zasmakuje uroków wiejskiego życia. Będzie rozwodził się nad urokiem angielskich parków i ogrodów, które pełne są „starych, rozłożystych, swobodnych, czcigodnych i przeogromnych drzew”. Miłośnicy literatury uśmiechną się, gdy autor dokona prezentacji sylwetek kilku brytyjskich kolegów po fachu. Ze wspomnień czeskiego pisarza wyłonią się John Galsworthy, Gilbert K. Chesterton, Herbert George Wells czy Bernard Shaw. Na koniec Čapkowi przyjdzie pochylić głowę przed angielskim tradycjonalizmem i stwierdzić z satysfakcją, że „Anglia jest naprawdę angielska”.

Był to właśnie jedynie człowiek

Capek-Loch-Eilt-ScotlandJako osobny wątek pozostawiłem wizytę na targach British Empire Exhibition, bo tutaj znajdziemy źródło fascynacji Karela Čapka – piękne, potężne i groźne maszyny. „Piękny jest pałac maszynoznawstwa” – napisze w podnieceniu, dając w dalszych słowach upust myślom, które nękały go aż do śmierci:
„Zanieś mnie do domu, Latający Szkocie, wspaniała stupięćdziesięciotonowa lokomotywo, przenieś mnie przez morze, statku biały i rozświetlony; siądę tam na polnej miedzy porosłej macierzanką i zamknę oczy, bo wywodzę się ze wsi i zaniepokoiło mnie trochę to, co widziałem. Ta doskonałość materii, z której nie wynika doskonałość człowieka, te znakomite narzędzia życia ciężkiego i bez szansy zbawienia mącą mi w głowie. Jak wyglądałby obok ciebie, Latający Szkocie, ślepy żebrak, który sprzedał mi dziś zapałki? Był ślepy i żarła go grzybica; była to bardzo marna i popsuta maszyna; był to właśnie jedynie człowiek.”

Capek-Liverpool

Czy to nie przesunięta dwieście lat w czasie replika Wielkiej Akademii Lagadyjskiej z „Podróży Gullivera” Jonathana Swifta? Gdzieś tutaj zamknięta jest głęboka obawa o przyszłość świata, autor dużo rozprawiał w późniejszych dziełach o nauce i postępie technicznym, przez pryzmat losu zwykłego człowieka stojącego w cieniu tych wspaniałych wynalazków.

Hiszpania, Holandia, Skandynawia

Capek-spanish-gardenPółwysep Iberyjski ukaże nam wąskie uliczki Sewilli, malownicze i egotyczne miniaturowe ogrody; wywołującą dreszcze, aczkolwiek na swój tragiczny sposób piękną, corridę; flamencos, muzułmańskie meczety przeplatające się z katolickimi kościołami (słynna andaluzyjska Giralda). Čapek poświęci więcej miejsca hiszpańskiemu malarstwu ze złotego okresu. Dowiemy się, jakie wrażenie robi malarstwo dworskie Velazqueza; podejrzymy pełne ekstazy, mistyki, ekspresji formy i manieryzmu obrazy El Greco; zatrzymamy się w końcu na krótką chwilę przy twórczości łączącego klasycyzm z barokiem Frascisco Goi, który podobnie jak Čapek starał się „dawać świadectwo prawdzie” i pokazywał ludzi takich, jakimi są – nawet tych z otoczenia królewskiego.

Capek-Netherland-portKraj tulipanów i wiatraków ogląda czeski pisarz z niemałym podziwem, nie mogąc nacieszyć się faktem, że państwo o tak małej powierzchni stało się krainą tak szczęśliwą i niezależną. Holenderską solidność stawia za przykład swojemu krajowi ojczystemu. Równiny, pola, wiatraki, rowery, krowy, wodne grachty, wypompowane i osuszone poldery, przystanie i porty – temu wszystkiemu Čapek oddaje cześć w swoich listach.
Tutaj również dłuższą chwilę poświęca słynnym niderlandzkim malarzom: Vermeerowi, Halsowi oraz Rembrandtowi.

Na koniec długiej podróży zaciąga się na statek i wyrusza na spotkanie dalekiej północy, by podziwiać surowe piękno skandynawskiej przyrody, cieszyć się widokiem fiordów, lodowców i zaznać towarzystwa polarnych dni i nocy. Podczas jednego z takich niesamowitych dni, oszołomiony widokiem z rufy statku napisze:

„I widziałem północne tęcze rozpięte od brzegu do brzegu; złoty i ciepły zachód słońca odzwierciedlał się w morzu w czas mroźnego świtania, widziałem, jak wieczorne oraz poranne zorze łączą się w rozedrganym blasku wód, srebrny grzebień słońca przeczesał iskrzącą się powierzchnię morza; wtem zaczęły groźnie migotać lśniące ścieżki morskich bogów na wodach, i był dzień.”

Capek-Skandynawia

Chwile, momenty, nieuchwytne sekundy

Capek-SevillaNajwiększą radość z odkrywania wraz z Čapkiem tajemnic Europy sprawia fakt, że sposób w jaki mówi czeski mistrz, jest niesamowitym połączeniem mądrości, epickości, błyskotliwej obserwacji oraz prywatnej więzi z czytelnikiem. Urok takiego pisarstwa sprawia, że Karel Čapek staje się nie tylko autorem felietonów, ale przede wszystkim naszym towarzyszem. Dokładając do tego, że opowiada z niesłychaną swadą, wykazując się nietypowym poczuciem humoru (narysuje wam przykładowo konia, który pożarł mu szkicownik albo zaprezentuje instrukcję, jak wspiąć się w pociągu na górne łóżko) – mamy przed sobą postać przewodnika, którego ciężko będzie zastąpić. Przekazał nam też między wierszami cenną wiadomość, że „najbardziej bezgraniczne na świecie nie są rzeczy, tylko chwile, momenty, nieuchwytne sekundy”.

Na shledanou, pane Čapek! To była niezapomniana podróż.

Karel Čapek, Listy z podróży, przełożył Piotr Godlewski, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2011.

Rafał Niemczyk

Vladimir Nabokov, Kęs życia i inne opowiadania. Recenzja.


Zaczarowany wilk Nabokova

Vladimir Nabokov mówił, że pisarz powinien łączyć w sobie trzy cechy: gawędziarza, nauczyciela i czarodzieja, przy czym z całej tej triady, dominująca powinna być postać czarodzieja. To wszakże umiejętność odprawiania czarów czyni pisarza wielkim. Nabokov w niektórych kręgach uważany był za zarozumiałego. Wytrwale wierzył zarówno w nieśmiertelność swoich bohaterów, jak i w duchowe, nieuchwytne, ale i nie mające sobie równych oddziaływanie literackiego geniuszu. W literaturę jako skarbiec dziecięcych wspomnień, jako akwarelę platonicznych i przeżytych miłości czy leśną polanę na końcu drogi, gdzie, gdy sięgnąć wzrokiem wokół, rozciąga się widok na szlaki przeszłości. Dla autora słynnej „Lolity” równie ważne są wzniosłe krajobrazy życia, jak i te szare, budujące codzienność. Ot, wspomnę tutaj na szybko widok z pędzącego pociągu, nocne latarenki rzucające co noc nowe promienie na koślawe budynki starej kamienicy, zabawę w chowanego czy portret szwajcarskiej guwernantki.

„Kęs życia i inne opowiadania” to zbiór przeszło czterdziestu opowiadań napisanych po rosyjsku i angielsku, jakie powstały w latach 1930-50. W 1940 roku pisarz popłynął transatlantykiem do USA, gdzie zamieszkał. Przyjmuje się, że wtedy też zaczął tworzyć w języku angielskim (co, będąc dokładnym, nie do końca jest prawdą, bo Nabokov już w 1920 opublikował na łamach The English Review krótki liryk pt. „Remembrance” plus kilka utworów w czasie międzywojennym). Odnajdziemy w „Kęsie życia…” doświadczenia i obrazy z podróży twórcy po Europie (Rosja, Francja, Wielka Brytania, Niemcy), jak i elementy związane z życiem w USA.

Nabokov-Wyklady-o-literaturzeKiedy przegląda się notatki, które sporządzał Nabokov rozkładający na czynniki pierwsze „Ulissesa” Jamesa Joyce’a (rozrysowany dokładnie plan irlandzkich ulic i domów), „Panią Bovary” Flauberta czy „Przemianę” Kafki (w trakcie lektury powstał szkic Nabokova, obrazujący owada z opowieści Kafki) nie ma wątpliwości, że ma się do czynienia z perfekcjonistą. Każde opowiadanie Rosjanina to nowa magiczna formuła, w której możemy doszukiwać się drugiego dna, zastanawiając się: co tym razem przeoczyliśmy? A może ten dialog ma głębszą lub inną wymowę, niż nam się pierwotnie wydawało?
Niezapomniane chwile, spędzone z krótką formą prozy Nabokova, przepełnione są oprócz tego elegancją i literackim pięknem. Mało które z nich ma „opowiadacką” formę, wszędzie są zakręty i językowe perełki. Nabokov pisze o rzeczach, o których wielu z nas nie ma pojęcia, mimo, iż są często tak blisko – tuż obok nas.

Spora część opowiadań pochłania losy rosyjskich emigrantów w międzywojennym Berlinie. W „Spotkaniu” oglądamy scenę, w której po kilku latach rozłąki, spotykają się dwaj bracia: Serafin (działacz polityczny w ZSRR) odwiedza w Niemczech Lwa (naukowca nie odnoszącego większych sukcesów na emigracji). Tytułowe spotkanie przebiega w ciężkiej i niezręcznej atmosferze. Bracia nie potrafią ze sobą rozmawiać, uciekają się do wybiegów i prozaicznych czynności, by jakoś zabić czas, który niemiłosiernie się dłuży. Tak czasami wygląda przypadkowe spotkanie w autobusie z byłym znajomym z dzieciństwa, każdy z nas musiał doświadczyć w życiu takich sytuacji. Czy powinno tak wyglądać spotkanie dwóch braci, a jeśli tak, to gdzie leży tego przyczyna?

„Usta ku ustom” to historia pisarzyny, który zwodzony komplementami dotuje emigracyjną gazetę. Do czego człowiek jest w stanie się posunąć, w jakie kłamstwa uwierzyć, żeby zaspokoić poczucie własnej wartości, by zapełnić wirtualnym nadzieniem swoje ego? Z kolei w „Nowinie” trzeba przekazać starszej pani tragiczną wiadomość, że jej syn poniósł śmierć na emigracji w Paryżu. Kto ma to uczynić, jak to zrobić, by serce kobiety nie stanęło z żalu?

Nabokov wiele miejsca poświęca także sprawom politycznym, którymi interesował się, choć twierdził, że nie powinny miksować się ze sztuką. Dwa rozdziały z nieukończonej powieści („Ultima Thule” i „Solus Rex”) przemianowane na odrębne opowiadania, łączą w sobie rozważania na temat „istoty rzeczy” i życia pozagrobowego, z wizją utopijnego, wyspiarskiego państwa. W „Unicestwieniu tyranów” mamy do czynienia z próbą obalenia despotycznego przywódcy za pomocą literatury. Narrator zna dyktatora od dzieciństwa (wiele wskazuje na to, że jest nim Stalin), obserwuje kolejne kroki stawiane przez niego na drodze politycznej kariery, a ostatecznie konsekwencje zgubnego wpływu, jaki wywierał na społeczeństwo, które posiadł. Jego nienawiść do dyktatora wzrasta z każdą stroną, na kartach swojej opowieści snuje on plany, co do sposobu w jaki zakończy niecne rządy tyrana.

„Leonardo” to upiorna wizja prześladowań prowadzących do okrutnego mordu. Dokonuje go dwójka braci z robotniczej dzielnicy, do której wprowadza się pewien jegomość sprawiający początkowo wrażenie uczonego. Fakt, że na końcu okazuje się on fałszerzem pieniędzy, wystarczy braciom, jako usprawiedliwienie zabójstwa – ba, są oni nawet w stanie uznać swój postępek za czyn godny pochwały. Nabokov krytykuje ustrój, społeczne zacofanie bohaterów, ich ordynarność i tępotę, konfrontując ich z fragmentem świata zewnętrznego.

VanGogh-Gwiazdzista-noc„Obłok, jezioro, zamek” to obraz piękny i przerażający zarazem. Nabokov w poruszającym stylu opisuje imponderabilia ukryte w zakamarkach ludzkiej duszy. Anonimowość i piękno krajobrazu, niemożność stwierdzenia „dokąd prowadzi ta ścieżka?”, obserwowana z okna pędzącego pociągu. W końcu obrazek złożony z tytułowych elementów: stary, malowniczo położony nad uroczym jeziorem zamek, nad którym unosi się zmieniający w niedostrzegalny sposób swoje kształty obłok. Tło utworu jest podszyte metafizyką – odnajdując w pobliżu gospodę Wasilij Iwanowicz powie: „Wie pan, wynajmę go na całe życie”. Być może takiego właśnie miejsca poszukuje wrażliwy człowiek, być może to tutaj zaczyna się spokojniejszy świat. Iwanowiczowi nie jest dane tego sprawdzić, bo brutalnie zostaje z powrotem zawrócony przez kierownika wycieczki, której stał się uczestnikiem. Musi podporządkować się do sztywnych, ostrych reguł rządzących grupą ludzi, w której się znalazł. Słuchać rozkazów, nakazów, a w końcu szyderstw i wyzwisk. To ciemna strona opowiadania, które Nabokov naznaczył wyraźnymi śladami faszyzmu.
Bezpośrednio czyni to zaś w utworze „Obrazek rodzajowy, 1945”, gdzie pojawia się inny charakterystyczny znak – motyw sobowtóra, który dobrze znamy choćby z twórczości Borgesa. Na skutek dziwnej pomyłki, związanej właśnie z istnieniem sobowtóra bohatera opowieści, trafia on na budzący grozę zjazd emigrantów-nazistów urzędujących w USA.

Vladimir Nabokov wiele miejsca w swojej twórczości poświęcił na wspomniany motyw ludzkiego istnienia po śmierci. „Nie sposób nie zauważyć, że zagadka śmierci i przeczucia dotyczącego spraw, które wykraczają poza zakres ludzkiego poznania i doświadczenia, mają w zróżnicowanej tematycznie twórczości Nabokova miejsce uprzywilejowane” – napisał w posłowiu Leszek Engelking, wybitny tłumacz i znawca twórczości pisarza.
Naznaczone wieloma stygmatami takich rozważań jest opowiadanie „Sygnały i symbole”, uznane przez badaczy literatury za jedno z najlepszych w całym dorobku Nabokova. W tym krótkim utworze dwoje rodziców wychowuje chorego psychicznie syna, ogarniętego bardzo rzadkim rodzajem psychozy, „manii aluzyjnej”. To prawdziwy majstersztyk, naszpikowany ukrytymi tropami, wskazówkami, grą słów. Kto nie ma czasu przebijać się przez siedemset stron opowiadań Nabokova, niech przeczyta choćby te osiem, a później zajrzy do opracowania Leszka Engelkinga. Artysta czy prestidigitator? Jedno i drugie tworzy przecież geniusza.

Vladimir-Nabokov-2W „Siostrach Vane”, które autor uważa za swoje szczytowe dokonanie, mamy do czynienia z czymś jeszcze innym. Nabokov posuwa się o wiele dalej, tworząc niełatwe do odnalezienia przesłanki dowodzące jednoznacznego wskazania na obecność głosów z zaświatów. Wywołuje wspomnienia, skojarzenia, ostatecznie naprowadza czytelnika za pomocą słownych manipulacji w formie kończącego opowiadanie akrostychu, który jest zaklęciem zdejmującym zasłonę z całego utworu. Stosowanie ewokacji jest jednym z wielu zabiegów wskazujących na to, jak bardzo Nabokov świadomy jest swojej literackości. Ucieka się do anomalii narracyjnych, aliteracji, parodii, antyiluzjonizmu (bo pisarz przeczył samodzielnemu istnieniu rzeczywistości przedstawionej); stylistyki tak różnej, że czasami nie chce się wierzyć, że może ona być tak zróżnicowana.
W słynnej „Lolicie” pojawia się nazwisko Vivian Darkbloom, które jest niczym innym jak anagramem pisanego z angielska nazwiska pisarza. W ostatnim ze swych poetyckich zbiorów „Poems and Problems”, udało mu się zaś połączyć wiersz z zadaniem szachowym (był entuzjastą królewskiej gry i zadań szachowych). Wszystko to potwierdza, jak ważne dla Nabokova były same słowa, a także ich kompozycje i zbudowane z nich zdania. Jak napisał Lech Budrecki w szkicach o nowej prozie amerykańskiej, największą wartość artystyczną u Nabokova stanowi zespolenie wartości estetycznej z autentycznym bytem. „Osiągnąć go można jedynie za sprawą wyobraźni. Zespolenie się z „bytem prawdziwym” uświęci więc literaturę” – możemy przeczytać na końcu szkicu poświęconego Nabokovowi.

Vladimir Nabokov opowiedział kiedyś o narodzinach i funkcji literatury w formie zabawnej anegdoty, którą pozwolę sobie na koniec zacytować w niezmienionej formie.
„Literatura narodziła się nie tego dnia, kiedy chłopiec, wołając „Wilk, wilk!”, przybiegł z neandertalskiej doliny, ścigany przez wielkiego, szarego wilka. Literatura narodziła się wtedy, kiedy chłopiec nadbiegł, wołając „Wilk, wilk!”, a wilka nie było. Fakt, że biedaczek został w końcu zjedzony przez prawdziwego wilka, bo kłamał zbyt często, to już sprawa mniej istotna. Ale jest w tej historii coś naprawdę ważnego. Pomiędzy wilkiem w bujnej trawie i wilkiem z bujnej wyobraźni chłopca jest pewien roziskrzony łącznik. Ów łącznik, ów pryzmat jest sztuką literatury.”
I wiecie co? Wilk Nabokova ma straszne zęby, gryzie i żyje w wielu światach.

 Vladimir Nabokov, Kęs życia i inne opowiadania, przełożyli Leszek Engelking i Michał Kłobukowski, Muza SA, Warszawa 2011.

 Rafał Niemczyk

Orson Scott Card, Wezwanie ziemi. Recenzja


Na pohybel Nadduszy

Basilika stoi u progu wojny domowej. Niemniejsze zagrożenie stanowi zbliżająca się z drugiej strony murów miasta potężna armia imperatora Gorayni. Pod komendą charyzmatycznego dowódcy podstępem spróbuje wedrzeć się do Basiliki i wkupić w łaski obywateli. Czy bohaterskiemu, oddanemu ideałom Nafaiowi uda się, z pomocą Nadduszy i swojej młodej żony – wodnej wieszczki Luet – ocalić miasto kobiet przed zagładą? Jak spełnić marzenia o powrocie na Ziemię po czterdziestu milionach lat spędzonych na Harmonii? A może opowieści o podróży na planetę-matkę są tylko absurdalnymi wyobrażeniami kilku chorych umysłów?

„Wezwanie Ziemi” jest drugim tomem pięcioksięgu Orsona Scotta Carda „Powrót do domu”. Czytelników, którzy chcieliby sobie przypomnieć wydarzenia z tomu pierwszego, jak i zasady rządzące uniwersum Harmonii, odsyłam do recenzji „Pamięci Ziemi”.
A ja już spieszę wyjawić, co czeka Was podczas drugiego spotkania z mieszkańcami położonej lata świetlne stąd, choć tak bliskiej ziemskim wyobrażeniom, planety. Wszak Orson Scott Card znany jest z tego, że fantastyka w jego science-fiction jest pryzmatem, przez który przegląda się człowieczeństwo. Nie inaczej będzie tym razem – to ludzie, ich charaktery i perypetie będą kreślić losy świata. Znaczące u Carda płynne dialogi znów pokierują wydarzeniami, rozpędzając fabułę i ukażą nieznane jak dotąd oblicza protagonistów powieści.

Pisarz zafundował nam z okazji „Wezwania Ziemi” dodatkowego głównego bohatera. To generał Vozmuzhalnoy Vozmozhno, którego nazwiskiem mógłby łamać wrogom kończyny sam Steven Seagal. Zorientowawszy się w tym problemie autor, zaproponował skróconą wersję generalskiej godności – Moozh. Generał Moozh jest najznamienitszym spośród dowódców imperatorskiego wojska. Zawdzięcza to nie tylko fizycznej sile i charyzmatycznym usposobieniu, ale także nadludzkiej inteligencji i wojskowemu sprytowi. Cechy te niejednokrotnie pozwoliły jego żołnierzom odnosić wielkie wiktorie, ponosząc przy tym minimalne straty własne. Lecz Moozh zmaga się nie tylko ze swoimi przeciwnikami i ukrywaną nienawiścią do imperatora. Prawdziwym przeciwnikiem jest dla niego Naddusza („bóg”, jak sam ją określa). Vozmuzhalnoy Vozmozhno kroczy drogą chwały i samotnie chce dzierżyć przeznaczenie we własnych rękach. Wewnętrzna batalia toczona przez generała po to, by nie ulegać boskim wpływom przy podejmowaniu decyzji, jest solidną osią wydarzeń „Wezwania Ziemi”.

Wezwanie-Ziemi-Darek-KocurekNa równorzędnym planie rozgrywać się będą przygody Nafaia i jego krewnych. Kluczową rolę odegrają też sny, jakie Naddusza w przypływach wspaniałomyślności zechce zsyłać swoim podopiecznym. Owe nacechowane pretensjonalnym symbolizmem sny, początkowo intrygujące, za którymś razem potrafią znużyć – na szczęście wartka akcja szybko zrekompensuje nam te chwile. Momentami nachalne wydały mi się też działania samej Nadduszy. Jeśli ostatecznie wszystko odbywa się wedle wyższego planu, to gdzieś rozmywa się znaczenie decyzji podejmowanych przez bohaterów książki.

Nie chcąc zdradzić zbyt wielu szczegółów, dodam jeszcze, że mam nieco zastrzeżeń co do zakończenia powieści. Budowane stopniowo napięcie urywa się w ciekawym momencie, a dalsze losy Basiliki poznajemy z epilogu, gdzie Card streścił nam kluczowe wydarzenia na jednej zaledwie stronie. Takie było założenie autora, zamierzającego zrobić pełny zwrot przez rufę i podryfować na inne morza.
Wszystko wskazuje na to, że począwszy od trzeciej części cyklu, czekają nas radykalne zmiany. Karawana śmiałków wyruszy na poszukiwanie Ziemi, prowadzona siłą woli niezmordowanej Nadduszy. Jest sporo przesłanek ku temu, że będzie działo się wiele podczas tej podróży, a amazońskie przygody pana Cejrowskiego staną się przy niej weekendową wycieczką dla młodszego rodzeństwa.

Orson Scott Card, Wezwanie Ziemi, tłum. Edward Szmigiel, Prószyński i S-ka, Warszawa 2011

 Rafał Niemczyk

%d blogerów lubi to: